piątek, 5 sierpnia 2016

Rozdział XXIII

Ważne informacje na końcu. 


Koń na B5.

Wyrzeźbiony z niezwykłą precyzją czarny koń przesunął się zgrabnie po szachownicy. W chwili, gdy chciał zająć miejsce białego gońca, uderzył niewielkimi kopytami w przeciwnika, zmieniając go tym samym w proch. Figura znalazła się na wyznaczonym przez gracza polu.

Mat — odezwał się ponownie William. — Starzejesz się, bracie.

To dość nietrafna uwaga, zważając na to, iż obaj jesteśmy wampirami — zauważył Wilhelm. Nie odwracał wzroku od czarno-białej planszy. — Nie ważne, co zrobię, każdy ruch poprowadzi mnie do przegranej. Gratulacje.

Starzejesz się wewnętrznie. — Nachylił się nad szachownicą, z zadowoleniem obserwując zwycięską pozycję czarnych figur. — Ćwiczyłem. Miałem na to wieki.

Z kim?

Ze sobą — odpowiedział beznamiętnie. — Jak długo chcesz zostać?

Masz zamiar pytać mnie o to codziennie? — Usiadł wygodnie w fotelu, zakładając nogę na nogę. Chwycił za laskę i zaczął się nią bawić. — Nie wyjadę szybko. Czekam.

Masz zamiar za każdym razem odpowiadać tak samo? Na co czekasz?

Wilhelm jedynie wzruszył ramionami. Uśmiechnął się do brata, lecz w tym geście nie było ni krzty radości.

Widzisz te pionki? — zaakcentował ostatnie słowo. — To czarodzieje. Czekam więc na to.

Zamachnął się silnie laska, strącając figury z szachownicy.

Nudzisz mnie. Twoja nienawiść sprawiała, że stałeś się ślepcem.

Nie wydaje mi się — oznajmił stanowczo. — To ty jesteś omamiony przez te kreatury.

Na Boga, przestałbyś już! Sami jesteśmy kreaturami, także zabijamy. Może o tym zapomniałeś? — prychnął zrezygnowany. Przetarł kark dłonią, obserwując bezustannie brata z dezaprobatą. — Zniżasz się do poziomu śmierciożerców? Oni mówili o nas to samo.

Odszczekaj to — szepnął, a szept ten był groźniejszy o warknięcia.

Zrobię to w chwili, gdy wreszcie się opamiętasz. Nie zamieniaj się w Pierwszego.

A ty w człowieka.

Jestem nim — syknął i poderwał się gwałtownie z siedzenia.

Byłeś.

Wściekły William spojrzał na białego Hetmana, którego trzymał od dłuższego czasu w dłoni. Zmarszczył brwi, przeklął pod nosem, po czym cisnął figurą w brata.

Pieprz się, Wilhelmie.

Cóż za wyszukany język. A co do śmierciożerców... — urwał na niedługą chwilę. — W Niemczech sprawy nie mają się dobrze. — Również powstał i podszedł do okna.

Co masz na myśli?

Właściwie sam nie wiem, czy są to śmierciożercy, chociaż nazwa ta wydaje się zdecydowanie odpowiednia. Czy wyznawcy Grindelwalda mieli swój własny jakże wyszukany tytuł? Nie przypominam sobie. Zresztą, oni kierują się tymi samymi ideałami, po prostu zasiedlają inne państwa.

Mów co się dzieje, nie piszesz teraz książki.

Ależ owszem, piszę. — Zerknął na Williama przez ramie, uśmiechając się smutno.

Niechęć wobec szlam w Niemczech różniła się od tej, którą można było napotkać w Wielkiej Brytanii w pierwszej połowie XX wieku. Oczywiście można było dostrzec tę samą pogardę, zaobserwować jednakowe działania prześladowcze w stosunku do mugolaków, czy usłyszeć wyzwiska rzucane w twarze niewinnych ludzi. Sytuacja jednak zmieniła się w chwili, gdy Niemcy przemieniły się w III Rzeszę, a losy świata niemagicznych i czarodziejów zaczęły się niebezpiecznie ze sobą przeplatać. Potężne państwo zachodnioeuropejskie (ze szczególnym naciskiem na ludność magiczną), podobnie jak każde inne, od wieków było przyzwyczajone do wojen, doszczętnie niszczących pewną stabilność, którą trzeba było odbudowywać w kolejnych latach. Niemieszanie się w sprawy mugoli stało się priorytetem ministrów, przez co czarodziejom pozostało jedynie przyzwyczajenie się do śmierci i ukrywanie się. Czystokrwiści zaszywali się w swoich posiadłościach, aby knuć intrygi, obmyślać plany zagłady, wyczekiwać tego, który mógłby uwolnić w końcu prawdziwych panów z rąk barbarzyńców. Co biedniejsi wyjeżdżali na wsie lub opuszczali państwo, żeby powrócić do niego po skończonych walkach. Wbrew pozorom w tym przypadku życie czarodziejów nie różniło się wiele od życia mugoli: nikt nie chciał oddychać powietrzem przesiąkniętym krwią.

Rok 1938 przyniósł niezaprzeczalne niepewności. Każdy zdawał sobie sprawę ze zbliżającej się kolejnej wojny, lecz o wiele groźniejszej, straszniejszej. W chwili, gdy jedni uciekali przed nieuniknionym, Czystokrwiści zacierali ręce: w końcu mieli swego przywódcę — Grindelwalda — a rzeź mugoli mogła przynieść im wyłącznie korzyści.

Szef SS Henrich Himmler, drugi człowiek po Adolfie Hitlerze, interesował się nazbyt okultyzmem, podobnie jak sam Führer. Zaklęcia, przedziwne rytuały czy przekonanie o swojej wyższości rasowej wywoływały salwy śmiechu w rezydencjach czarodziejów, choć wzbudzały także niemałe zainteresowanie. Niemieccy faszyści z każdym dniem realizowali swe nieludzkie plany, a Czystokrwiści przyglądali się ich działaniom z ambiwalentnymi uczuciami.

Oddziały Schutzstaffel charakteryzujące się czystością rasową przypominały do złudzenia armię samozwańczych wyznawców Gellerta Grindelwalda, która nasiliła swój terror w stosunku do szlam po usłyszeniu pogłosek o straszliwych ceremoniach odbywających się w zamku Wewelsburgu (przecież nie mogli być gorsi od nedznych mugoli). Żydzi, Słowianie, mugolaki nie byli już bezpieczni. Zachwyt „ostatecznym rozwiązaniem kwestii żydowskiej” pozwolił Czystokrwistym (na niedługi czas) zignorować swą nienawiść wobec mugoli.

W przeciwieństwie do niemagicznych, w świecie ukrytym za kurtyną znaczna część ludzi zdawała sobie sprawę, czego chciały dokonać najbogatsze głowy rodów szlacheckich. Byli także świadomi niezdrowej ambicji i wiedzieli, jak daleko szlachcice potrafili się posunąć, aby zrealizować swoje chore idee. Otto VI Wulff był pierwszym, który wykazał inicjatywę w stworzeniu obozów na wzór nazistowskich. Mimo usilnych prób nie udało się Czystokrwistym urealnić swoim „fantazji”, dzięki silnej i zorganizowanej opozycji. Wściekłość, jak i oburzenie, jakie wybuchło w kręgach czarnoksiężników, były na tyle wielkie, iż w konsekwencji zginęło setki mugolaków, wampirów, wilkołaków oraz innych mieszańców.

Walki (które zapisały się na kartach historii magicznego świata) trwały przez cały okres II Wojny Światowej i zakończyły się w chwili, gdy Albus Dumbledore pokonał Gellerta Grindelwalda w legalnym pojedynku. Po upadku czarnoksiężnika większość jego wyznawców została zesłana do Nurmengardu czy też Azkabanu, pozostali ukryli się lub uciekli na wschód (Rosja, Białoruś).

Minęło prawie pięćdziesiąt lat, lecz każdy szlachcic czuł na sobie porażkę swych ojców, wstyd oraz upokorzenie. Nikt nie zapomniał o żałosnym kopiowaniu „mugolskiego ścierwa”, a co gorsza — niezrealizowaniu prostego planu zagłady.

Niektórzy nie pogodzili się z przegraną Wielkiej Wojny — zaczął. — Kilku z wyznawców Grindelwalda ujawniło się, informując, iż czekają na powrót Voldemorta. Mają dwóch panów. Zaginęło siedmiu mugolaków, a co gorsza znaleziono zwłoki trzech wampirów z rodu Schymurów.

Czy już coś wiadomo więcej w tej sprawie? Szukacie sprawców?

William nawet nie starał się dopytywać, czy Wilhelm był pewien swych racji w kwestii mordercy. Starszy McBlack rzadko się mylił, szczególnie jeśli chodziło o skutki konfliktów rasowych.

Mamy kilka tropów, które przywiodły mnie do Anglii... Nie patrz tak na mnie, ty także byłeś jednym z moich priorytetów. Moi ludzie udali się do Rosji i Polski.

Gdybyś się czegoś dowiedział, informuj mnie. — William położył dłoń na ramieniu Wilhelma i oparł czoło o kark mężczyzny.

Nagle zaczęło ci zależeć?

Zależy mi na ukaraniu każdego mordercy, bracie.

Nas też?

My już cierpimy, przecież wiesz.

Młodszy McBlack ujął w ramiona drugiego wampira, wdychając głośno powietrze. Oblizał usta, przykładając je do ucha brata.

Nie muszę oddychać, ale nie potrafię odzwyczaić się od tego przez sześćset lat. Wykonując tę zbędną czynność czuję się bardziej ludzki — powiedział nie szeptem, ale bardzo cicho.

Jesteś idiotą. Pora zaakceptować kim jesteś.

Wilhelm obrócił się do Williama. Uśmiechnął się boleśnie, obejmując wzrokiem brata; wszystkie jego emocje, gesty oraz mimikę. Westchnął cicho, jakby chciał się powstrzymać o śmiechu, po czym ucałował czoło młodszego wampira.

Muszę napisać parę listów i skontaktować się z kilkoma osobami. Porozmawiamy później.

Mów mi o wszystkim — poprosił.

Zamów prenumeratę Täglich Prophet, wtedy z pewnością nic ci nie umknie. I jeszcze jedno: niepotrzebnie ściąłeś włosy.

McBlack chwycił z powrotem za laskę i opuścił rezydencję Ulciscereów.



***


Bar, do którego pierwotnie mieliśmy się skierować, okazał się starą herbaciarnią, ukrytą w labiryncie uliczek Londynu. Nie wiedziałem, gdzie się dokładnie znajdowałem, i wprawdzie nie interesowało mnie to na tyle, aby zaprzątać sobie tym głowę. Ufałem Hansowi oraz jego dobremu gustowi.

Kręte żelazne schody prowadziły w dół do obszernej, lecz niskiej piwnicy. Pomarańczowe ceglany ściany zostały obwieszone portretami nieznanych mi ludzi oraz barwnymi arrasami, przedstawiającymi sfory wilków. Przygaszone lampy naftowe znikomo rozświetlały pomieszczenie ognistym blaskiem, dodając tym samym miejscu intymności oraz ciepła. Kolorowe dywany, złocisto-czerwone pufy, jak i całe mnóstwo najróżniejszych ozdób (porcelanowe figurki, zwierzęta wyrzeźbione z drewna, łapacze snów, zniszczone serwisy herbaciane) dopełniały całą kompozycję, która z nieznanych przyczyn kojarzyła mi się z zachodem słońca.

Zasiedliśmy na obitej w bordowy materiał kanapie, pozbywając się wierzchnich okryć.

Bar, tak? Ciekawe.

Gdzie indziej napijesz się wódki z herbatą?

W domu? — odpowiedziałem Hansowi z kpiącym uśmiechem.

Masz na myśli tę swoją jaskinię Batmana? — Uniósł brwi i wyszczerzył się niewinnie. Nie miałem pojęcia, o czym mówił. — Wspaniały dom, nie zaprzeczę. W końcu kto by nie lubił mieszkać w zimnych wilgotnych lochach, wśród pająków i szczurów... Ach, i te słoiki z martwymi zwierz...

Kiedy ostatni raz byłeś moim gościem? — przerwałem mężczyźnie, krzyżując ręce na piersi.

Nigdy? Ale podobno wystrój mieszkania odzwierciedla osobowość właściciela. — Wzruszył ramionami i wyjął różdżkę. — Herbatą malinowa z wódką dla mnie, dla Malcolma zielona herbata, dla Severusa... Earl Grey z Ognistą Whiskey.

Przed kanapą pojawił się niewielki zwyczajny brązowy stolik z naszym zamówieniem. Filiżanki z napojami różniły się od siebie, jakby wybrano je losowo z różnych serwisów porcelany. Obok naczyń znajdował się czarny pojemniczek z przyczepioną do niego karteczką. „Płać albo wypij truciznę”. Interesujące.

W takim razie podaruję sobie opis twojego mieszkania, nie chcę być aż nazbyt niemiły. — Rzuciłem przyjacielowi wymowne spojrzenie, następnie zwróciłem się do towarzysza Hansa: — Drogi Malcolmie, jakim cudem wytrzymujesz z tym gówniarzem?

Kwestia przyzwyczajenia. — Upił łyk napoju ze swojej filiżanki. — Zielona herbata, melisa, eliksir uspokajający pomagają w krytycznych sytuacjach.

Twoja cierpliwość jest godna podziwu. — Pokiwałem głową z uznaniem, obserwując z rozbawieniem zdezorientowanego Hansa.

Snape, jestem od ciebie o pięć lat starszy, więc jakim cudem nazywasz mnie gówniarzem? — zapytał zbulwersowany Henrich.

Mentalnie masz szesnaście lat, jeżeli nie mniej. Twój przyjaciel...?

...partner.

Partner wręcz to potwierdził. Ale do rzeczy: co was sprowadza do Anglii?

Wyluzowałbyś trochę, Snape, jednakże martwię się, że to najwięcej, na co cię stać. Widziałem cię poważnego... Aż brakuje mi słów.

To konsekwencje nieczytania książek.

Zabawne — prychnął. — Nie jesteśmy tutaj w sprawach służbowych, a na wakacjach. Postanowiłem przy okazji cię odwiedzić. Wiem, że się cieszyć.

Jestem dogłębnie poruszony.

A przy okazji szukam sobie jakiegoś ucznia. Może znajdę jakiegoś bachora, który będzie na tyle zdolny, żeby za mną nadążyć.

A myślałem, że w cuda nie wierzysz — mruknął Malcolm, zaraz wzdychając ciężko.

Cicho bądź — uciszył Malcolma. — To był jego pomysł — zwrócił się do mnie, kiwając głową na Braina. — Nie nadaje się do tego, do niańczenia rzecz jasna, ale muszę komuś przekazać swój geniusz.

Coś za coś. Zapiszesz się w kartach historii, a zapłacisz za to latami udręki. — Uśmiechnąłem się nieprzyjemnie i posmakowałem herbaty. — Zanim odpowiesz, muszę jednak wspomnieć, że nasze dzisiejsze plany, jednak nie dojdą do skutku. Za kilka godzin muszę pojawić się w szkole. Trzeźwy.

Przypilnuję Hansa, żeby nie otruł tego biednego dzieciaka, a dzieciaka odwiodę od zamiaru popełnienia morderstwa — skomentował Malcolm z rozbawieniem. — Przykre. Przez to będę musiał znosić jego dzisiejszy humorek sam.

Miernota — powiedział tylko, całkiem ignorując Braina. — Raz mógłbyś sobie odpuścić wieczór halloweenowy.

Zapewne tak, gdybym tylko uprzedził wcześniej dyrektora. Dumbledore nie podarowałby mi takiej niesubordynacji. Powiesiłbym się, gdyby wcisnął mi jeszcze jednego Gryfona w plan zajęć.

To znaczy? — zapytał zainteresowany.

Przekląłem w myślach, wykrzywiając przy tym twarz w niezadowoleniu, co nie umknęło uwadze Hansa. Nie powinienem o tym wspominać, chociażby dla samego świętego spokoju.

Nie wydaje mi się, żeby to było wart twojej uwagi, Henrich.

Och, przestań. Chętnie się dowiem, o co chodzi, szczególnie jeśli mówisz to z takim niezadowoleniem. No już — ponaglał.

Prowadzę dodatkowe zajęcia dla pewnej Gryfonki.

To już wiem, coś więcej?

Nie.

Dobrze, będę zadawać pytania. Dlaczego?

Ponieważ Albus wydał mi takie polecenie, podobnie jak innym nauczycielom.

Dlaczego? Nie baw się ze mną.

No nie wiem, to całkiem zabawne, jak rżnie cię ciekawość od środka — powiedziałem z nieukrywanym rozbawieniem. — Przestań robić takie miny, to nie przystoi mężczyźnie w twoim wieku. Dziewczyna nie uczęszczała wcześniej do Hogwartu, uczyła się w domu.

Czyli nic ciekawego. Nuda — mruknął pod nosem i oparł się na Brainie. — Nuda. Nuda. Nuda.

Przez chwilę chciałem powiedzieć Hansowi o interesującej chorobie panny Snape, lecz powstrzymałem się. Wiele lat temu stracił żonę przez swój własny błąd. Poprzez swą nieuwagę źle uwarzył eliksir, który w ramach eksperymentu został podany Clarze. Jako że formuła została zmieniona, nie podziało na kobietę wcześniej przygotowane antidotum, a stworzenie nowego zajęło Hansowi zbyt wiele czasu. Widział cierpiącą, umierająca Clarę, której nie mógł trzymać za rękę w ostatnich chwilach życia: miał nadzieję, że zdąży. Nie zdążył. Wspomnienie o umierającej Marice z pewnością nie przyniosłoby niczego dobrego.

Henrich opowiedział mi to podczas naszego trzeciego spotkania, kiedy był zbyt pijany, żeby odczuwać wstyd. Rozpłakał się wtedy jak dziecko i wtulił mi się w pierś, a ja... A ja objąłem go i odwdzięczyłem mu się swoją historią. Tylko trochę żenujące.

Tak, nuda — przyznałem.

I jak jej idzie?

Jej IQ zapewne nie przewyższa trzydziestu, ale wyjątkowo dobrze. Jak na Gryfona oczywiście.

Kiedy w końcu zrozumiesz, że bycie Gryfonem, Puchonem czy Ślizgonem nie ma nic do rzeczy? — zapytał sfrustrowany. — To tak jakby oceniać ludzi po tym, że są Żydami, Anglikami, Hiszpanami... Jestem Niemcem, czy to oznacza, że jestem gorszy?

Nie, ale ludzie tak właśnie na siebie patrzą. Nie jestem wyjątkiem.

Próbowałem zignorować palące zawstydzenie, które zaczęło pożerać moje sumienie. Odsunąłem wszystkie te myśli na bok, starając się nie okazać niczego. Udało mi się.

Właśnie, dlatego jesteś nudny.

Możliwe. Czy coś ciekawego dzieje się w Niemczech?

Szybka zmiana tematu wydała się odpowiednia.

Skąd mam wiedzieć? Nie interesuję się polityką.

Pytałem Malcolma, czyli tej zdecydowanie bardziej ogarniętej połówki.

Och... — westchnął Brain, który do tej pory przysłuchiwał się wymianie zdań. — Napięta atmosfera w państwie. Kiedy wyjeżdżaliśmy, jeszcze nie były tak źle, jednak teraz... Kilka ofiar nieznanych sprawców. Niby nieznanych. Wielu podejrzewa o morderstwa wyznawców Grindelwalda, choć dowodów jest niewiele. W sumie prawie w ogóle. Panika i te sprawy, a ministerstwo stara się panować nad sytuacją i o dziwo im wychodzi.

Czyje ciała znaleziono?

I tu leży problem, ponieważ ofiarami są mugolaki i chodzą pogłoski, że także wampiry. Ja raczej w nie nie wierzę, ludzie potrafią koloryzować. — Pokręcił głową i uśmiechnął się smutno. — Raczej nikt nie chciałby zaczynać w tej chwili wojny rasowej. W ogóle wojny.

Dlaczego nie? Niektórzy po prostu lubią zabijać. W tej chwili nie widzę nawet korzyści w wojnie... — potarłem machinalnie lewe przedramię... — jednak istnieją osoby, którym to nie przeszkadza. Wystarczy trochę nienawiści i chęci pokazania, kto jest lepszy. — Wzruszyłem ramionami. — Ale to tylko kilka ciał, o wojnie na razie nie można mówić, szczególnie jeśli nie znany jest sprawca.

Merlinie, jakie to nudne! — Hans odwrócił się ode mnie, wsadzają twarz w zagięcie szyi drugiego mężczyzny. Malcolm tylko przewrócił oczami.

Dla ciebie wszystko jest nudne — stwierdził Brain, gładząc lekko Henricha po plecach. — Siądź normalnie i się zachowuj. — Malcolm chciał brzmieć stanowczo, ale uległość w jego głosie była zbyt słyszalna.

Mówiłem: dzieciak.

Och, zamknij się, Snape.

Nie będziesz musiał mnie więcej znosić. Muszę wracać do zamku — mówiąc to, wstałem, gładząc przód szaty. — Mam się spodziewać niedługo wiadomości od ciebie?

Tak — odpowiedział tylko, dalej wtulony w Braina. — Na pewno tak.

Rozumiem. Malcolmie. — Kiwnąłem głową na pożegnanie i ruszyłem do wyjścia. Zaraz potem teleportowałem się i znów byłem u siebie.



***



Dlaczego mi nie powiedziałeś? — zapytał Hans chwilę po tym, jak Severus opuścił herbaciarnię. Odsunął się od przyjaciela, wpatrując się w niego rozeźlony.

Jak sam powiedziałeś: nie interesuje cię polityka.

Ale to ważne. Bardzo ważne. Co, jeśli mnie potrzebują? Jeśli będzie dużo rannych, a eliksiry...

...uwarzą twoi koledzy z pracy, bo tyle potrafią. I nikt nie jest ranny. Nie było masowych ataków, a pojedyncze ofiary. Jak sam słyszałeś: na razie nie można mówić o wojnie, a według mnie tym bardziej o żadnych wyznawcach upadłego czarnoksiężnika. — Pobłażliwy ton w głosie Braina z nieznanych przyczyn uspokoił Hansa. Mężczyzna na powrót wtulił się w szyję partnera.

Skoro tak mówisz... Zaufam ci.

Cieszę się — mruknął z nieukrywaną radością. Błądził dłonią po plecach Henricha, od czasu do czasu drapiąc Mistrza Eliksirów po karku. — Szczęśliwy?

Bardzo. Miło było go spotkać. To jedna z tych osób, z którymi lubię spędzać czas.

Wiem — odpowiedział tylko.

Chcesz wiedzieć, co robił na cmentarzu?

Nie. To jego prywatna sprawa. Jesteś przyjacielem Severusa, masz prawo wiedzieć, ale ja nie. — Odsunął na niedługi moment od siebie Hansa, a odgłos, który wydobywa się mężczyźnie z gardła, jest głosem sprzeciwu. Brain zaśmiał się cicho i pociągnął mężczyznę na swoje kolana.

Jesteś za dobry. — Złapał twarz Braina w dłonie, na przemian patrząc czarodziejowi na usta i w oczy.

To też wiem — prychnął cicho.

To dobrze.

Mój cholernie piękny geniuszu, wróćmy do domu.

Teraz?

Tak, teraz. Chcę cię mieć teraz w domu, a najlepiej nad jakimś kociołkiem. — Pocałował szybko Hansa. — Stęskniłeś się za tym, prawda?

Tak... — potwierdził.

Widać. No to chodź.



***



I jak ci się podobała Noc Duchów w Hogwarcie?

Charlie szedł obok, dalej zajadając się ciastem, które zwinął ze stołu, zanim wyszliśmy. Zresztą nie on jeden. Prawie każdy coś ze sobą zabrał, a bliźniacy Weasley przeszli samych siebie: dwie misy ze słodyczami oraz dzban soku z dyni wędrowały do Pokoju Wspólnego Gryfonów. Filch aż warczał z wściekłości, gdy podążał ścieżką skaczących zaczarowanych żelek, które wypadały po drodze rodzeństwu. Każdy uczeń domu lwa wiedział, że noc w wieży Gryffindoru nie będzie cicha ani spokojna.

Idealnie, niesamowicie, nieziemsko, genialnie, fantastycznie, cudownie, nie do opisania, normalnie brak słów — powiedziałam na jednym oddechu i uśmiechnęłam się do chłopaka.

Jeśli sądziłam, że Hogwart był krainą wszelakich barw, to po Nocy Duchów musiałam stwierdzić, iż niewiele jeszcze widziałam. Cztery stoły (a może i pięć, jeśli liczyć stół prezydialny) były dosłownie skąpane w kolorach tęczy: najróżniejsze wypieki, eksplodujące cukierki, cukierki niespodzianki, ciastka-zwierzątka, kwaśne żelki, owoce w czekoladzie i karmelu, paszteciki dyniowe, lody, wielkie bryły nugatu, skaczące po całej sali czekoladowe żaby. Dynie zwisające z sufitu robiły wręcz absurdalne miny w stronę wszystkich uczniów, a nietoperze co jakiś czas przeszkadzały w posiłku przez „atak” z powietrza. Barwa zderzała się z barwą; pomarańcz z zielenią, żółty z niebieskim, róż z fioletem i bitw nie było końca.

Świetnie, to teraz ta jeszcze lepsza część. — Poruszył sugestywnie brwiami i zlizał z palców z lukru.

Wiesz, że nie mogę.

Och, przestań. Zignoruj Snape'a, powiedz, że zapomniałaś i załatw to z McGonagall. Na pewno cię jakoś usprawiedliwi — nalegał.

To by było bardzo łatwe i mogłoby się udać, ale pomyśl: co by Snape zgotowałby mi na następnych zajęciach?

Charlie zastawiał się w milczeniu przez niedługą chwilę, po czym wzdrygnął się i spojrzał na mnie z niepewnością w oczach. Chciał, żebym wróciła z nim do wieży, a jednocześnie wiedział, jakie konsekwencje niosłoby za sobą takie zachowanie.

To śmieszne. Przecież Snape jest jak sam wielki nietoperz, nie mógłby spędzić swojego święto, nie dręcząc nikogo?

Ale przecież to Noc Duchów, no, w jego przypadku zjawy. Dzisiaj zachowanie Snape'a jest usprawiedliwione, co nie?

Oboje roześmialiśmy się, ale żadna mijająca osoba nie zwróciła na nas uwagi.

Masz rację, toż to święta racja. Uwarz mu idealnie eliksir i pokaż, że Snape ze Snape'em się mierzy. — Mrugnął do mnie, potarmosił po włosach i zniknął za rogiem.

Zanim skierowałam się do lochów, jeszcze przez kilka sekund wpatrywałam się w plecy Charliego. W końcu zeszłam po marmurowych schodach i udałam się do gabinetu profesora Snape'a.

Niesamowicie chciałam spędzić tę noc z innymi Gryfonami, zobaczyć jak to jest bawić się wśród swoich, ale kiedy Snape stwierdził, że Halloween nie było powodem do odwołania zajęć, nie czułam się (aż tak bardzo) rozczarowana. Oczywiście pojawiło się pewne lekkie ukłucie zawodu, ale perspektywa spędzenia tego czasu jak zawsze w podziemiach nie okazała się taka zła.

Zapukałam.

Właź, Snape.

Zamknęłam za sobą drzwi, następnie zajęłam miejsce przed biurkiem profesora.

Dzisiaj antidota, a pod koniec sprawdzę twoją wiedzę na temat eliksirów leczniczych. Skoro chcesz być uzdrowicielem, to powinnaś znać na tym etapie nauki, chociażby podstawy. — Snape nie patrzył na mnie, lecz pisał coś w swoim notesie. O dziwo w głosie nauczyciela nie było zwyczajnej drwiny, nawet obojętności. Mówił nad wyraz... lekko. Po jakiejś minucie podniósł wzrok znad pergaminu. — Snape, czy mógłbym pobrać twoją krew?

Tak. — Przez ostatnie lata nieraz oddawałam krew, byłam już przyzwyczajona do igieł (których mimo wszystko szczerze nienawidziłam). — Profesorze?

Tak, Snape?

Przeczytałam dwa pierwsze rozdziały książki. Historia i działanie oklumencji oraz wstęp do obrony umysłu.

Zrozumiałaś?

Nie do końca, ale tak... wydaje mi się, że znaczną część tak.

I nie było to kłamstwo, choć spędziłam nad sześćdziesięcioma stronami prawie cztery dni. Zbyt wielu słów nie znałam, a fakt, że książka została napisana skomplikowanym naukowym językiem, nie pomógł mi w zrozumieniu tekstu. Lektura zdecydowanie była skierowana do osób o większej wiedzy i doświadczeniu niż moje.

Dlaczego nie ligilimencja? — zapytał, zamykając notes. Odłożył pióro wraz z kałamarzem na bok i splótł dłonie pod brodą.

Nie interesuje mnie grzebanie w czyjejś głowie — odpowiedziałam szczerze. — I nie wiem do czego, mogłaby mi się przydać taka umiejętność.

Rozumiem. — Pokiwał głową, dalej mnie obserwując. — W takim razie zmieniam program na dzisiejszy wieczór. Wstawaj, Snape.

Gdzie idziemy?

Do moich komnat.

Tym razem ja przytaknęłam ze zrozumieniem.

A krew...

U mnie — odparł tylko.

Co sprawia, że zmienia się pan tak nie do poznania?

Co masz na myśli, Snape? — Zmarszczył brwi i tylko trochę wyglądała na rozdrażnionego.

Jest pan spokojny.

Jestem zbyt zmęczony, aby tłumaczyć ci, Snape, że nie jestem zaprogramowany na wiecznie wrzaski. Wydawało mi się, że to raczej oczywiste. — Już całkiem poirytowany wyszedł z gabinetu, nie oglądając się za mną.

Przepraszam, nie chciałam pana zdenerwować. Po prostu to coś innego. — Uśmiechnęłam się, raczej do siebie samej niż do Snape'a.

Spędziłam z tym człowiekiem tydzień w jednym pokoju i zdarzyło się, żeby był taki... normalny. Ale cóż... Czym jest siedem dni nerwów, bo ktoś zajął ci sypialnie przy całym życiu.

Zamilcz.

Więc zamilkłam. Komnaty Snape'a nie zmieniły się — nadal były tak samo przepełnione zielenią. Wskazał mi fotel, w którym chętnie zasiadłam. Sam zajął miejsce na kanapie.

Widziałaś się z wampirem? — Rozpiął szatę, którą zaraz zdjął i odrzucił na bok. Pozostał w samej białej koszuli. Biały pasowała do Snape'a.

Nie. Nie odzywał się.

Dobrze. Poczekamy z tym. Co ze Svarturem?

Nic szczególnego, zachowuje się jak zawsze. Nie powiedział niczego, co mogłoby zwrócić moją uwagę. Jedynie obiecuje, że zajrzy mi do głowy.

Tylko obiecuje i nic nie robi?

Tak.

Dobrze — powtórzył. — A nauczyciele na innych zajęciach? Powiedzieli coś, czego nie zrozumiałaś?

Nie. Nie przypominam sobie. Uważają jedynie na mój stan zdrowia.

Niewątpliwie — mruknął i podwinął rękawy. — Wolałbym teraz wziąć twoją krew niż po zajęciach. Będziesz wykończona — wyjaśnił po chwili.

A tak, jasne... To znaczy oczywiście. — Powierciłam się, szukając jakby wygodniejszej pozycji. — Mam wstać czy...

Siedź.

Snape wstał i skierował się do swojego laboratorium. Nie czekałam na niego nawet minuty, kiedy wrócił ze strzykawką (która wyglądała jak zwyczajna mugolska) oraz dwoma niewielkimi fiolkami (jedna była wypełniona przezroczystą substancją). Uklęk przede mną, nie podnosząc wzroku. Zacisnął czarną opaskę trochę powyżej łokcia.

Właściwie, do czego pan jej potrzebuje?

Spodziewałem się tego pytania wcześniej. Nie powinnaś się zgadzać od razu, a dopiero po tej odpowiedzi. To nieodpowiedzialne. — Zerknął na mnie i otworzył wypełnione spirytusem (rozpoznałam po zapachu) naczynie. — Jest kilka powodów. Wiesz, że niewiele osób jest odporne na eliksiry? Powinnaś wiedzieć w każdym razie. Twoja cecha jest nabyta i nie odnosi się do każdego wywaru, jednak chciałbym sprawdzić, czy coś można z tym zrobić.

Chce pan wykorzystać moją krew do eliksirów?

Zgadza się. Sztuczna — wyjaśnił w dwóch słowach. Nie pytałam o nic więcej: i tak by nie opowiedział. — To tylko eksperyment, nie jestem pewien czy się powiedzie.

Może, ale myśl jest genialna — przyznałam. Usta Snape'a drgnęły.

Dalej. Gdybym dowiedział się, jak działa twoja... przypadłość, to może mógłbym tworzyć dla ciebie eliksiry o zwyczajnej mocy, lecz z pewnym dodatkowym składnikiem. Trzecim powodem jest dowiedzenie się, na co chorowałaś.

Dziękuję, choć nie robi pan tego dla mnie. Ale nadal dziękuję. — Posłałam mu krzywy uśmiech; wymuszony. Snape nie odpowiedział.

Zaciśnij teraz dłoń i się nie ruszaj.

Igła wbiła się w ciało. Niegłęboko. Czułam, jak krew upływała ze mnie; jak niewielka jej ilość opuszcza organizm. Czerwona, rubinowa, szkarłatna, ciepła, może skażona... czy krew może być nienormalna? Znane uczucie, znany widok. Nieobce doświadczenie na tyle, że powinno być to niepokojące. Uniosłam drugą dłoń i zobaczyłam na niej czerwony płyn, którego nie było. Lekkie szaleństwo. I piękno. Straszne piękno.

Snape?

Tak? — mruknęłam, nie patrząc na niego.

Przestań.

Przepraszam. — Opuściłam dwie ręce. Snape zdążył uleczyć niewielką ranę, którą sam stworzył.

Dlaczego tak zareagowałaś na krew? Podczas ataków nie okazywałaś żadnych objawów fobii ani paniki.

Nie wiem. Nie... nie, nie wiem. Odzwyczaiłam się szybko. Przyzwyczaiłam do normalności. Może. Nie wiem.

Snape dalej przede mną klęczał i powoli zaczynało robić się to kłopotliwe. Patrzył i obserwował.

Nie widziałam troski w jego oczach czy niepokoju... Niczego delikatnego. Tylko ciekawość i lekka fascynacja. Bardzo nikła, prawie jakby nie istniała, ale tkwiła w tej czerni. Merlinie broń, ale Snape był zachwycający. Bez współczucia. Bez nienawiści. Bez tego męczącego żalu. Bez pogardy. Wyłącznie neutralna ciekawość. Trzydziestego pierwszego października Snape na chwilę stał się zmaterializowaną wspaniałością.

Wiesz, Istoto, zawsze będzie ci daleko do normalności — zaczął nagle. — Choroba naznaczyła twoje ciało nieodwracalnie, przez co nigdy o niej nie zapomnisz, nawet nie zbliżysz się do chwilowego zapomnienia. Masz nieodpowiednie nazwisko, ludzie biorą cię za ofiarę, zanim zdążysz się odezwać. Widzisz to, prawda? Profesor Dumbledore wie więcej o tobie więcej niż ty sama — nie jest to powód do dumy, wręcz przeciwnie. Wampir cię zna. Svartur musi cię znać. Nie jesteś normalna.

Dlaczego pan to mówi?

Zaraz mam wejść do twojego umysłu. Musisz mi zaufać. — Spokojnie wyznana szczerość i ukryta prośba w wykonaniu Snape'a potrafiła zaboleć niczym uderzenie w twarz. Przyjemnie zaboleć.

Jestem tu, czytam te książki, zgadzam się na wszystko... Ufam panu, to raczej oczywiste — stwierdziłam. Wiedział to, po prostu chciał i usłyszeć; chciał się upewnić.

Mistrz Eliksirów podniósł się wreszcie z ziemi. Otrzepał nieznacznie kolana i wrócił na kanapę.

Wolałbym, żebyś siedziała bliżej mnie.

Więc zrobiłam to, co kazał: usiadłam obok mężczyzny.

Dostanie się do czyjegoś umysłu, nie jest proste, a nawet niejednokrotnie niebezpieczne. Niedoświadczony czarodziej może nie tylko uszkodzić wnętrze drugiej osoby, ale także i swoje. Wdzieranie się na siłę jest pewnym wyjściem, które stosują najczęściej czarnoksiężnicy, lecz wyłącznie, jeśli zna się zasady, reguły, zagrożenie oraz posiada się wprawę i doświadczenie. Ponadto sposób ten nie jest stuprocentowo skuteczny. Oczywiście wszystko zależy od umiejętności czarodzieja, jednak nigdy nie osiągnie się siłą pełnej satysfakcji. Można poruszać się po chaotycznym umyśle „obiektu”, uderzając w przypadkowe wspomnienia oraz myśli, można szukać konkretnych obrazów, ale osoba atakowana walczy i nie pozwala na dogłębne penetrowanie świadomości, rozumu czy po prostu pamięci.

Svartur właśnie to zrobił. Wdarł się. Znalazł jedno wspomnienie, które wróciło bez moje zgody. Zdawałam sobie sprawę, że on tam jest... znaczy u mnie. Był w mojej głowie.

Tak. I cieszmy się, że zrobił to w tak nieumiejętny sposób. — Snape uśmiechnął się krzywo. — Domyślam się, że jest uzdolnionym legilimentą, jednak wtedy był nieuważny i wyrzuciłaś go wystarczająco szybko. Miałaś mały pokaz siły. Bolesny, wyczerpujący oraz użyty przez ambitną osobę sposób nadający się na torturę. — Snape zmierzył mnie wzrokiem. Och, nie chyba nie chce... — Tak. Mam zamiar katować cię w ten sposób. Ale nie teraz, nie w najbliższym czasie. Nie dlatego, iż jestem sadystą, który będzie czerpał z tego przedstawienia chorą przyjemność. Będziemy tylko ćwiczyć.

Mówi pan to z tego samego powodu, co wcześniej?

Snape, odzywaj się w odpowiednich momentach, inaczej stracę cierpliwość. — Zmarszczył brwi w charakterystyczny dla siebie sposób. Był zły. — Umysł to ciekawe narzędzie. Czarodziej potrafi wślizgnąć się do głowy innej osoby, a ona może nawet tego nie poczuć. Jeśli ruchy będą płynne, wyćwiczone, wyważone, to legilimenta może zdobyć odpowiednie informacje, a „obiekt” nawet się nie dowie, że był celem. Na to potrzeba jednak lat praktyki. Na szczęście ja te lata mam za sobą, więc jestem idealnym nauczycielem. My skupimy się na ochronie, na oklumencji. Zbudujesz obraz swojego wnętrza. Wykreujesz tarczę. Stworzysz pułapki, spokojnie, nauczę cię. Będziesz poruszała się po swoim umyśle wraz ze mną. Będę też atakował. Twoim zadaniem będzie powstrzymanie mnie. Po każdych zajęciach będziesz wyczerpana. Nie zawsze będę mógł cię częstować eliksirem, nie możesz się uzależnić. Pół godziny odpoczynku w moich komnatach to wystarczający czas na zregenerowanie sił.

Co z eliksirami? Jeśli poświęcimy czas na lekcję oklumencji, pozbawię się zajęć z eliksirów.

Nie są ci potrzebne — powiedział beznamiętnie. — Dajesz sobie radę — wyjaśnił. — Jeśli będziesz miała z czymś problem, powiesz mi o tym. Zrozumiałaś?

Tak, profesorze.

Skoro tę część mamy za sobą, to bierz się do pracy, Snape. Zacznij tworzyć. Kiedy skończysz, powiadom mnie.

Kiwnęła głową i zamknęłam oczy.



***



W czasie, kiedy Snape zajęła się własnym umysłem, sprawdziłem kilka zaległych prac. Przyzwyczajony już do obecności czarownicy, zajęcie spędziłem w zwyczajnym rozdrażnieniu (z powodu głupoty uczniów), a nie tak jak się spodziewałem — w poważniej frustracji. Ledwie po pięciu minutach od odłożenia pióra panna Snape uchyliła powieki.

Chyba to mam — odezwała się zadowolona. — Chyba o to chodziło.

Czy to korytarz z niezliczoną liczbą drzwi? — zapytałem, zajmując na powrót miejsce obok dziewczyny.

Nie, choć z początku i taka myśl przeleciała mi przez głowę. To zbyt banalne, prawda?

Cóż, tak — przyznałem. — Często spotykana „arena”, jeśli mogę się tak wyrazić. Jesteś gotowa?

Wydaje mi się, że tak, profesorze.

Nie rzucaj się, gdybyś poczuła ból. Z pewnością pojawi się chwilowy dyskomfort, więc bądź przygotowana. Rozluźnij się, skup się nad tym, co stworzyłaś. Rozumiesz? — Dziewczyna przytaknęła. Uniosłem różdżkę. — Legilimens.

Uczucie było podobne do zanurzania się myślodsiewni, jednak nie czułem niewygody, która zawsze towarzyszyła przy staniu nad naczyniem. Nic nie wyrywało mnie z umysłu panny Snape; nie próbowała walczyć, umysł dziewczyny przyjął mnie ze spokojem. Zbudowanie pewnej więzi i zdobycie zaufania z pewnością było koniecznym oraz bardzo korzystnym posunięciem przy takim przedsięwzięciu.

Spodziewałem się większego oporu u siebie: pewniej blokady, która nie pozwoliłaby mi na bycie wyrozumiałym, ponieważ przecież taki nie były, czyż nie? Nie interesowała mnie choroba panny Snape, czułem pewnie współczucie, jednak na tym się kończyło. Możliwe, że nigdy nie wyleczyłem się z bycia śmierciożercą, a raczej na pewno nie. Widziałem w życiu zbyt wiele cierpiana, zadałem też zbyt wiele ciosów drugiemu człowiekowi oraz sam skosztowałem bólu i rozgoryczenia, więc w gruncie rzeczy nie było możności, abym się w końcu nie uodpornił. W każdym razie wizja porozumienia z Mariką, panną Snape, Istotą, czy jak zwał, tak zwał była z początku wręcz odstraszająca, może w pewnym sensie obrzydliwa, ale w rezultacie poszło wszystko po mojej myśli.

Marika Snape była dziwnym uczniem, innym. Nie wyjątkowym, zdecydowanie nie. Nie różniła się niczym od przeciętnego studenta. W swoje karierze nauczycielskiej zetknąłem się z młodymi geniuszami w różnych dziedzinach. Stanąłem twarzą w twarz z niespokojnymi duchami, może nawet obłąkańcami. Spotkałem dzieci arystokratów, które nie radziły sobie z magią oraz życiem. Widziałem i dzieci mugolskie — bardzo aroganckie, bardzo pewnie siebie i zdecydowanie zbyt zdolne jak na takie charaktery. Przez te kilka lat poznałem osobowości niezwykłe, choć zawsze milczałem, jednak nikt nie zabronił mi doceniać uroków ludzkiej natury. Porównując więc pannę Snape do tych cudownych dzieci, stwierdzałem, że nie była nikim wyjątkowym.

Ale Istota była bezspornie cichsza. Może przez okoliczności, jakie de facto sam też stworzyłem, lecz cisza ta różniła się. Była to cisza rozbawiona (cóż za głupie określenie, Severusie) i wdzięczna. Wdzięczność nie była zaskoczeniem, w końcu wiele dobroci ją spotkało, chociażby nowe życie oraz przybycie do Hogwartu. Lecz kryła się też w dziewczynie cicha radość. Patrzenie, jak panna Snape pracowała nad swoimi zadaniami, często wywierało we mnie miłe ukłucie zadowolenia: przyjemnie było wiedzieć, że ktoś tak bardzo kochał to, co robił, bo Marika niezaprzeczalnie uwielbiała eliksiry. Nie obserwowałem czarownicy nigdy poza swoją klasą, nie była zajmująca, a może nawet czasami wręcz przeraźliwie nudna. Tylko w sali eliksirów pozwalałem sobie czasami na zerknięcie na kolejny niezaprzeczalny dowód, iż młode pokolenie może czcić wywary, uważając je za pełnoprawną magię.

Jeśli coś naprawdę byłoby dziwnego w pannie Snape, to jej zagadkowe życie. Fakt, obok tej dziwności oraz swoistej ciekawości pojawiała się także frustracja i wściekłość (na Albusa oraz Svartura), jednak pomijając negatywne odczucia, sama sprawa ubarwiała postać Mariki Snape.

Gdy znalazłem się w jej umyśle, spodziewałem się wielu rzeczy, choć tak naprawdę, nie zastanawiałem się nad nimi. Wiedziałem, że była artystką, także na wymyślne krajobrazy byłem przegotowany. To, co zobaczyłem, rozczarowało mnie, a jednocześnie spowodowały pewien zachwyt. Nie byłe człowiekiem, którego łatwo zaskoczyć, zdecydowanie nie. Nie patrzyłem ze zdumieniem na zjawiska zwyczajne oraz pospolite i taki też nie był umysł panny Snape.

W okresie, gdy zaglądałem do głów dość regularnie, poznałem wiele wnętrz ludzkich: szaleńców, wrażliwców, naprawdę zwyczajnych, przewidywalnych, genialnych. Niektórzy trzymali swoje wspomnienia, odczucia, plany w korach drzew, inni w zmasakrowanych zwłokach. Wielokrotnie przechodziłem przez banalne drzwi oraz stawałem nad brzegiem morza. Tym razem pojawiłem się na pustyni.

Pustynia była ogromna, lecz nie na tyle, żeby nie zobaczyć jej końca: na granicy piaskowego bezludzia zaczynał się las. Drzewa (liściaste oraz iglaste) sięgające prawie nieba tworzyły krąg, w którym byliśmy zamknięci. A co do nieba... Niebo nie było niebieskie, granatowe... Och, granatowe po części, ale także różowe, fioletowe, złociste, czarne. Sklepienie okazało się po prostu kosmosem: galaktykami, księżycami, planetami, gwiazdami, które iskrzyły się wszystkie nad miodowym piachem. Trzy elementy tworzące nadzwyczajną całość. Wspomnienia ukryte zostały w płótnach, ułożonych na sztalugach. Dwa nieskończenie długie równoległe rzędy barwnych obrazów, które poruszały się, gdy zbliżyło się do nich wystarczająco blisko.

Nie-do-końca-panna-Snape stała nieruchomo, obserwując moje poczynania. Pozwała mi na wszystko, wiedząc (wiedziała, gdyż przeczytała książkę), że może pozbyć się mnie w każdej chwili, gdybym zrobił coś nie tak. Także ostrożnie, lecz niepozbawiony pewności siebie, zbliżyłem się do ostatniego zarejestrowanego wspomnienia.

Widziałem samego siebie, klęczącego nad Istotą i ponownie przyznałem sam sobie, że zdobycie zaufania, było trafnym poczynieniem. Obraz był skupiony na moich oczach. Odwróciłem się z uniesionymi brawami ku dziewczynie.

Ach, lubię pana oczy. To wszystko. Bardzo ładny odcień czerni.

Nie odpowiedziałem. Przedostatnim wspomnieniem był Charlie Weasley oraz jego bracia — Fred i George — którzy nie po raz pierwszy postanowili zrobić coś niewinnego, ale nadal nielegalnego. Dalej już nie patrzyłem, a podszedłem do czarownicy.

Jest dobrze — pochwaliłem Marikę, ponieważ to była pochwała, której wiele osób nie usłyszało przez siedem lat uczęszczania do Hogwartu.

Od czego zaczynamy? — zapytała z uśmiechem. Wyglądała na miło połechtaną, choć nie powinno. Choć może... Może zdawała sobie sprawę, co oznaczało „dobrze” w moich ustach.

Pułapki. Twoja „arena” jest interesująca. Prawdopodobnie po kilku miesiącach, może dłużej, będziesz musiała ją zmienić, ale w tej chwili jest doskonała. Pułapki — powtórzyłem, kiwając na nią głową.

Mam wymyślić? Dobrze. Oczywiście ruchome pisaki, w końcu mam pustynię, wręcz nie jest to zaskoczeniem. Las... wilki. Wilki mogą atakować, wychodzić z lasu i rzucać się na Niezaproszonych. Kruki. Skoro kosmos, to meteoryty. Spalający ogień słońca, chłód księżyca. Ciemność, wszystko może zgasnąć. Burze piaskowe! Oczywiście, że burze. Puste płótna, fałszywe sztalugi...

Nie przerywałem jej: słuchałem i zastawiałem się, które z wymienionych propozycji była w stanie wykonać już wtedy. Skrzyżowałem ręce na piersi, czekając, aż skończy.

...spływająca farba z obrazów, czarne dziury. Nieskończenie wiele możliwości, wystarczy tylko przysiąść i wszystkie zapisać.

Wiesz dlaczego, w ogóle będziemy nad tym pracować?

Tak... — mruknęła niepewnie, po czym się opamiętała. — Tak. Nawet jeśli wedrze się siłą i nie zobaczy tego wszystkiego, to niektóre zabezpieczenia zadziałają. Jak wilki lub burze piaskowe. Zamarzą obraz, a zwierzęta wgryzą się w nieproszonych gości.

Odrobiłaś lekcje, Snape. — Udało mi się unieść kącik ust. Zaufanie. — Zanim zabierzemy się za pierwszą pułapkę, przenieś nas do pierwszego wspomnienia, jakie utkwiło ci w pamięci. Zobaczymy, czy potrafisz się poruszać po swoim małym dziele.

Hm... dobrze.

Ruch ten przypominał teleportację, jednak nie do końca. Zaledwie raz jechałem samochodem, ale znałem ten widok i uczucie, gdy auto bardzo szybko pędziło przez drogę. Przeniesienie się w umyśle panny Snape było właśnie czymś takim, tylko zdecydowanie szybszym.

Co to jest? Nie budowałam tego.

Pierwszym wspomnieniem Istoty okazał się ojciec, budujący dla córki domek na drzewie. Marika miała wtedy siedem, może osiem lat i z zachwytem obserwowała pracującego rodzica. Przed tym obrazem był mur. Na tyle wysoki, że zadziwiający był fakt, iż żadne z nas nie zauważyło go na początki drogi. Prosta ściana zbudowana z beżowej cegły ciągnęła się przez znaczną długość pustyni, odgradzając niemały fragment umysły panny Snape od reszty. Oboje zbliżyliśmy się do czerwonych drzwi, na których znajdowało się dziesięć cyfr.

Nie znam kodu, ponieważ to nie mój mur — powiedziała nagle. Zła, była naprawdę wściekła.

Oczywiście, że nie twój. Ty stworzyłabyś zielone przejście, to oczywiste. Ktoś zbudował to bardzo dawno, jeśli patrzymy na uszkodzenia. Ściana jest popękana, kruszy się, drzwi także nie są najnowsze. Blokada istnieje już od wielu lat.

Te wspomnienia też nie są prawdziwe.

Słucham? — zapytałem na tyle zdziwiony, żeby to w ogóle ukryć.

Widział pan ten obraz z drzewem. Wiem, ja też to widzę i mam na nim z osiem lat, ale ja wiem, że miałam wtedy z sześć. Dwa lata do przodu. Nie pomyliłabym się o tyle. Bo ja wiem, a to nie jest prawdziwe. Po prostu nie. Te pierwsze wspomnienia wszystkie takie są. Dopiero kiedy naprawdę kończę osiem lat, jest wszystko w porządku.

Kto się tu nieźle zabawił, Snape. Szperał ci w głowie jak we własnej. Następnym razem przejrzymy wszystkie obrazy, sprawdzając, czy czegoś jeszcze ci nie zniszczyli lub zablokowali.

A co z murem?

Mógłbym go zniszczyc, ale tego nie zrobię. Ty tak. Lecz nie teraz, jesteś za słaba, masz zbyt małe umiejętności. Dobrze poradziłaś sobie z „areną”, ale na tym koniec. Mur jest dziełem profesjonalisty, zdolnego czarodzieja... — zamilkłem na chwilę, gdyż zdałem sobie sprawę, że nieproszonym gościem mógłby być Dumbledore. Oczywiście. To nawet nie byłoby dziwne, a wręcz całkiem zrozumiałe i normalne. — Z czasem będziesz rozkładać ścianę cegła po cegle, a ja będę nadzorował twą pracę.

Dziewczyna kiwnęła głową. Jej złość doprawdy była fascynująca. Cicha i Merlinie... niewinna. Czy to dziecko potrafiłoby się naprawdę obronić, gdyby mogło? To niedopuszczalne, żeby wściekłość wyglądała tak słabo. Tyle nauki przed nią.

Co z pułapkami?

Nie dzisiaj. Nie jesteś skoncentrowana. — Ponownie przytaknęła, nie wyglądała na zawiedzioną. Sama złość i niezrozumienie. — Wypchnij mnie ze swojej głowy. Na tyle sobie możemy pozwolić.

Snape podniosła na mnie wzrok. Już po ułamku sekundy widziałem swój salon. Może jednak jej gniew nie był tak słaby, jak się wydawało.

Istota oddychała ciężko Była bledsza niż zazwyczaj, pot spływał jej po twarzy, ręce się trzęsły. W skrócie: była wykończona. Pozwoliłem rozłożyć się dziewczynie na kanapie, bo przecież już wcześniej to robiła, więc obraz ten nie był niczym nowym. Zamknęła oczy, próbowała się uspokoić.

Przyjdziesz do mnie jutro. — To nie był rozkaz, a stwierdzenie.

Tak. — Zgodziła się, choć nie mieliśmy kolejnego dnia wspólnych zajęć. Spodziewałem jej się później niż zwykle.

Zbudujesz pierwszą pułapkę.

Och Merlinie, tak.

I w tamtym momencie naprawdę mnie zszokowała: nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. Odpowiedzi pełnej ulgi, podniecenia, wyczekiwania. Boże drogi, i nie było w tej dziwnej zgodzie wcześniejszej złości, a determinacja: czysta i jakby szlachetna.

Snape, wszystko w porządku?

Tak... Nie, co ja mówię, nie. Nic nie jest w porządku. Ale pana to nie obchodzi, prawda? Nic mi nie jest w kwestiach zdrowia.

Nie zapominaj, z kim rozmawiasz — powiedziałem ostro.

Nie zapominam, po prostu... nie musi pan pytać. Jest dobrze. Po prostu nie dowierzam, w to, co zobaczyłam. To coś stoi mi w głowie, przez nie wiadomo ile lat, a ja nawet nie czułam... Czy to można czuć? Nie widziałam, nie byłam świadoma tego czegoś. Przecież tak nie można, to powinno być nielegalne, zakazane. Babranie się w czyichś wspomnieniach. To chore, za przeproszeniem popieprzone. Naprawdę przepraszam, ale w tej chwili takie ekspresywne słowo jak najbardziej pasuje. I przepraszam, że wszystko to panu mówię. W ostateczności mnie pan nie lubi, ze wzajemnością, ale szanuję pana i ufam, i o Merlinie, jest pan jedynym człowiekiem, któremu mogę to wszystko powiedzieć. Bo teraz nawet Williamowi nie mogę ufać i wszystko się robi tak cholernie, ponownie przepraszam, dziwne, że nie wiem co o tym myśleć. Jestem zwyczajna, nie chcę brać w tym wszystkim udziału.

Ja także nie chcę. — Jeśli tym razem dziewczyna była zszokowana moją prostą odpowiedzią, to nie okazała tego. Widziałem tylko jej lekki uśmiech, gdyż ramieniem zasłoniła sporą część twarzy. Pozwoliłem jej na ten wywód, w rezultacie naprawdę nie miała z kim o tym porozmawiać, a jak sam zaoferowałem jej swoje zaufanie.

I tak, zgadzam się na wszystko, gdyby pan kiedyś jeszcze pytał. I cieszę się na budowanie zabezpieczeń w mojej głowie. I wyciągnę wszystko od Williama. I może podpuszczę Svartura, bo on lubi gadać i się bawić. Ja za to nie potrafię grać, ale czytałam wiele książek kryminalnych, także może coś zdziałam...

Snape — przerwałem jej z lekką frustracją w głosie. — Nie działaj pochopnie, nie narażaj się. Wiesz, co mam na myśli, prawda? Nie pokazuj, że wiesz, a raczej próbujesz się dowiedzieć. On zapewne zdaje sobie ze wszystkiego sprawę, jednak nie trzeba mu rzucać stuprocentową pewnością w twarz. Także jestem w to wszystko wplątany, więc opamiętaj się i nie rób z siebie głupiego Gryfona.

Jestem Gryfonką — żachnęła się.

Co nie oznacza, że musisz zniżać się do poziomu swoich kompanów z Pokoju Wspólnego, jeśli jakichś masz, nie licząc pana Weasleya — zadrwiłem z czystą przyjemnością.

Dzięki panu, to wszystko dzięki panu. Przyzwyczajali się. Przyzwyczailiby się. Może byli nieznośni, ale w końcu by się udało, więc... bardzo panu dziękuję. — Podniosłą się z kanapy, chwyciła za torbę. — Mogę iść, prawda?

Jutro o tej samej porze.

Tak jest. Do widzenia.

Wyszła, nie trzaskając drzwiami. Westchnąłem cicho pod nosem, uświadamiając sobie, że będę miał do czynienia z fizycznie ucieleśnianym paradoksem: nudna i zwyczajność, które zaskakują. Nic nie zapowiadało się dobrze.



***



Severus zaczyna grać. Nie podoba mi się to.

Och, Adhamie, nie musisz się przejmować — powiedział Albus z jawnym rozbawieniem. — Zbytnio zamartwiasz się sprawami, które nie rozwiną się wcale tak szybko. Co prawda panna Snape kończy niedługo siedemnaście lat i odkryje coś nowego, jednak... Jednak do tego czasu zostało nam szesnaście dni spokoju.

Wiesz, że niektóry blizny już widać, prawda? Oczywiście, że wiesz. Ty wszystko wiesz. Więc widać. Pojawiły się na brzuchu oraz nowe na plecach. Wpadnie w panikę, prawda? Na pewno tak.

Svartur mówił z nieukrywanym podekscytowaniem. Dotknął dłonią piersi, wyczuwając pod cienkim materiałem wąskie znamiona powstałe w odległej przeszłości.

W końcu nie będę jedyny — pomyślał Svartur.

Albus nie patrzył na swojego przyjaciela lub ewentualnie tylko wspólnika, którego mimo wszystko lubił oraz szanował. Może nazwałby go także złem koniecznym, które musiał trzymać przy sobie, inaczej obłąkana natura Svartura zniszczyłaby wszystko. A było wiele do zrujnowania.

Nie bez powodu Dumbledore ściągnął pannę Snape do Hogwartu, oczywiście, że nie. Druga przepowiednia nie istniała, była tylko jedna i dotyczyła Harry'ego Pottera, który był zbyt młody i nieświadomy: chłopiec skończył dopiero dziesięć lat i nie wiedział o istnieniu magii. Więc została Marika Snape, gdyż była starsza i miała to w sobie, nawet jeśli tylko przypadkiem. Potrzebowała wszakże odpowiedniego szkolenia, które zapewniał jej bez wątpienia Svartur — mężczyzna nie był delikatny i tego właśnie oczekiwał Albus od Adhama. Dumbledore wtedy nie myślał o nauce Harry'ego, ponieważ było na to zbyt wcześnie, ale wizja zaprawy Pottera okazywała się nieunikniona, nawet jeśli niosła za sobą niebezpieczeństwo. Albus Dumbledore kilaka razy nazwał się potworem, lecz za każdym razem przypominał sobie, że jego działania służyły większemu dobru, i na tym kończył się temat. Manipulacja, przewidywanie, zdobywanie sojuszników — wszystko to było konieczne.

Albus nie miał absolutnej pewności co do panny Snape, lecz nie nazwałby swoich poczynań ryzykiem, raczej próbą. W Niemczech źle się działo, ciemna strona odradzała się jeszcze silniejsza, sojuszniczy Grindelwalda...


...Gellert Grindelwald był cudownym mężczyzną, pełnym pasji i planów, które pragnął spełnić za wszelką cenę. On nie marzył: marzenia były złudne. On kreował swój przyszły doskonały świat i był święcie przekonany, że dokona wszystkiego. A Albus chciał patrzeć na niego i pomagać mu, bo przecież przypadkiem nie było, że się spotkali...



...wrócili. Dumbledore przetarł oczy, wzdychając ciężko. W tamtej chwili poczuł się bardzo zmęczony, stał się starcem, którym nigdy nie chciał być i zniknął na chwilę ze świata. Dyrektor Hogwartu obawiał się, że nigdy nie pokona swojego demonicznego światła, którym był Grindelwald.

Ale to dobrze — pomyślał. — Każdy posiada jakieś słabości.



***



Życie jest pozbawione sensu — oznajmiłam światu, stojąc pod prysznicem.

Od chwili opuszczenia komnat Snape'a byłam zła. Od chwili opuszczenia mieszkania profesora miałam ochotę zrobić wiele rzeczy W-Porządku i może jeszcze więcej Nie-W-Porządku. Między innymi:

1. Walić głową w ścianę tak długo, aż mur z umysłu się rozsypie — bardzo Nie-W-Porządku i idiotyczne.

2. Iść do Svartura, sprowokować go, dać się sponiewierać, a potem wymusić od niego szczątki informacji, gdyż po użyciu przemocy stawał się uległy, więc zdradziłby cokolwiek — cholernie Nie-W-Porządku.

3. Zostawić wszystko i wrócić do domu — W-Porządku

4. Znaleźć w bibliotece jak najwięcej informacji o legilimencji oraz oklumencji, żeby jak najszybciej zburzyć mur — W-Porządku.

5. Po nauczeniu się oklumencji wedrzeć się do głowy dyrektora (zdecydowanie niemożliwe) — bardzo Nie-W-Porządku.

6. Znaleźć Williama i dać mu w twarz — W-Porządku.

7. Napisać do Alicji z pytaniem o swoje wczesne dzieciństwo — W-Porządku.

8. Wyczyścić sobie całą pamięć, ponieważ wiedziałam, że tak się da: czytałam o tym. Rozwiązanie to byłoby najlepszym posunięciem w życiu — Bardzo, bardzo Nie-W-Porządku.

9. Wykraść z sali od eliksirów szalenie silny wywar uspokajający — Nie-W-Porządku.

10. Rozwalać mur siłą, co mogłoby uszkodzić mój umysł — Nie-W-Porządku.

Ułożyłam się na łóżku, zamknęłam oczy i starałam się nie myśleć: myślenie mogłoby sprowokować mnie do wielu głupich i niewybaczalnych czynów. Uspokoiłam oddech, odepchnęłam na bok wściekłość i zapragnęłam zapomnieć przeklęty wieczór ze Snape'em, zniknąć na trochę, odpocząć, dowiedzieć się dlaczego. Tajemnica stawała się coraz bardziej męcząca i nielogiczna. Ojciec czarodziej, prawdopodobnie rodzeństwo, ukryte wspomnienia, blizny, wepchnięty w życie Snape, skrytka w banku, zostawiona różdżka, milczenie Ollivandera, śmiech Svartura, pomoc Dumbledore'a... Za dużo.

Za dużo.

Za dużo.

Za dużo.

Zasnęłam. Znowu śniłam.

Tym razem miałam szesnaście lat, choroba nie zniknęła, a ciało gniło, gniło, rozkładało się, przypominało zwłoki, krew była mętna i brudziła perłowe prześcieradło. I nie umarłam ani nie wyzdrowiałam, po prostu egzystowałam jako żywy trup. Matki nie było, ojca także. Nikt mnie nie odwiedzał, tylko Carley, a potem Svartur. Ten drugi śmiał się, śmiał piekielnie ubrany w swój najlepszy, oczywiście czerwony, garnitur z koroną na głowie. Drwił ze mnie, kpił, szydził, wyśmiewał...

Obudziłam się cichym jękiem i łzami w oczach.



***



Drogi Williamie,

czy nie chciałbyś się umówić na spotkanie szesnastego listopada? Byłabym ci bardzi wdzięczna.



Droga panno M.,

z wielką przyjemnością się z tobą zobaczę. Będę czekał na ciebie pod zamkiem.



***



1 listopada

Snape.

Profesorze — przywitała się.

Nie wyglądasz najlepiej, Istoto — stwierdziłem. Stan zdrowia, fizycznego i psychicznego, był istotny przy budowaniu pułapek.

Źle spałam — odpowiedziała tylko. Musiała mieć nadzwyczajnie męczące koszmary. Zadziwiające, że McGonagall nie wysłała dziewczyny do Skrzydła Szpitalnego. — Zaczynamy?

Prześpij się tutaj, obudzę się za pół godziny. Nie możesz pracować w takim stanie.

Jest przed dziewiętnastą, mam do napisania dwa eseje na jutro, jeden dla pana tak tylko przypomnę, i tak jakby jestem diabelnie zmęczona... Nie chcę tracić czasu. Zacznijmy, proszę.

Głupia dziewczyno... — Zirytowany wepchnąłem pannie Snape podręcznik od eliksirów w dłonie. Zlustrowałem ją nieprzyjemnym spojrzeniem, po czym wróciłem na fotel. — Nie mam zamiaru grzebać ci w głowie ani patrzeć, jak sama to robisz, w chwili, gdy ledwo stoisz na nogach. Nie chcesz spać, to napisz pracę dla mnie.

Mogę to zrobić u siebie — zauważyła.

Oczywiście, że możesz. Ale zostaniesz tutaj.

Marika otwierała już usta, ale po chwili je zamknęła. Pokręciła głową, wyjęła kałamarz wraz z pergaminem. Otworzyła książkę na odpowiednim rozdziale, by po chwili zagłębić się w lekturze.

Po piętnastu minutach dogłębnego rozmyślania nadal nie wiedziałem, dlaczego kazałem jej zostać.



___



Trochę słów ode mnie, tym razem na końcu.

Z początku chciałam zrobić ten rozdział bardzo długi, taki żeby nadrobić te stracone miesiące. Ale to bezsensowne. Mam dni, kiedy pisze po kilka stron, a potem rzucam coś na tydzień lub dłużej, bo mi się nudzi. Także lepiej dodać to, co mam. Postaram się pisać regularniej Zieleń. Nie porzucę tego ff. Nie dodawałam nic przez tak długi czas, ponieważ SHERLOCK. Wpadłam totalnie. To świeża obsesja. Z HP jestem od ponad dziesięciu lat, więc odstawienie go na chwilę nie było problemem. Sherlock jest czymś świeżym.

Co do rozdziału: CHCIAŁAM TYLKO POKAZAĆ, ŻE ŚMIERCIOŻERCY NIE RÓŻNIA SIĘ NICZYM OD ESESMANÓW, A SĄ TAK PRZECIEŻ UWIELBIANI, BO LUDZIE O TYM ZAPOMINAJĄ. Tyle. Tylko o to chodziło. Nie chce spłaszczać historii... Nie, nie o to chodziło. Tylko o pokazanie podobieństwa.

Nie wiem co jeszcze, a miałam tyle do napisania. Podoba mi się ten rozdział nawet. Pewnie ma mnóstwo błędów, ale nie ma kto mi go sprawdzić, więc wybaczcie.

A, właśnie! Piszę dla siebie, ale publikuje dla was, więc dajcie znak, co sądzicie o rozdziale. Tym i kolejnych. W komentarzu na blogu, na AO3, na wattpadzie, w komentarzy pod postem z reklamą, w wiadomości prywatnej, na fp. Byłabym wdzięczna.

Dzięki, że nadal ze mną jesteście!

Marika Snape

Edit: WIEM, CO CHCIAŁAM NAPISAĆ. ZMIANA KONCEPCJI. MNIEJ KOBIET, WIĘCEJ FACETÓW. Nie będę lecieć z HP kanonicznie, nope. To ff, więc zmieniam to. Nie wiem jeszcze jak, ale będzie inaczej. NIE WIEM, JAK SERIO. WSZYSTKO MI SIĘ ZMIENIŁO. Okej, to tyle. 



7 komentarzy:

  1. O kochana! Tak mi się to podoba. Szczególnie interesujący wątek historyczny. Super pomysł. I później Snape taki spokojny. Coś nowego co przyciąga uwagę. Szkoda, że taki krótki, ale może to dobrze, bo moje dziecko właśnie zasnęło, a to znaczy, że ja też muszę. Nie chcę wyglądać jak zombie. ;D jestem z Ciebie dumna.
    I czekam na następny rozdział. Obym nie musiała czekać tak długo jak poprzednio. ;) powodzenia z Scherlokiem. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarza C:
      Cieszę się! Bałam się, że niektórzy źle go odbiorą.
      Nie chcę robić z Snape'a kobiety podczas okresu - stwierdziłam po kilku miesiącach przerwy.
      Och, rozdział ma koło 16 stron jakoś, więc nie jest taki krótki, ale na pewno nie tak długo jak chciałam.
      Śpij i nie wyglądaj jak zombie :3
      Dzięki wielkie!

      Usuń
  2. W końcu nowy rozdział <3 Co tu dużo mówić, notka ci się udała, przeszłaś samą siebie xd Mam nadzieję, że na następne posty nie trzeba już będzie czekać tak długo ;)
    Pozdrawiam i życzę weny ^^
    ~Meyrin

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz!
      Bardzo się cieszę, że się podobało. Ja także mam taką nadzieję c":
      Również pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję c:

      Usuń
  3. Niewiem czemu ale dopiero po 2-3 dniach widzę twoje nowe notki. Ale wracając do rozdziału to bardzo mi sie spodobał. Zaintrygowała mnie rozmowa Svartura z Dumbledorem. Nie mogę doczekać sie urodzin Maiki z powodu niejakich zmian które maja w niej zajść i najbliższego spotkania jej i Svartura. Z niecierpliwoscią czekam na następny rozdział. Liczę ze pojawi sie choć TROCHE szybciej.
    Pozdrawiam i niech wena będzie z tobą.

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny rozdział, w sumie każdy kolejny jest lepszy od poprzedniego i to chyba dobrze c: Uwielbiam każdą wykreowaną przez Ciebie postać, wszystkie wątki są naprawdę intrygujące. Mam nadzieję, że kolejny rozdział pojawi się trochę szybciej, dużo weny i chęci do pisania <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Właśnie wzięłam się za czytanie tego ff, bo od lat nie trafiłam na żadne dobre ff z OC i postanowiłam spróbować... Nie spodziewałam się, że aż tak mi się spodoba. Sama próbuję pisać fan fiction z HP, z moją ocką i Snapem na pierwszym planie, ale na razie jeszcze nigdzie nie opublikowałam. Co do tego bloga- nie umiem pisać komentarzy, ale uwielbiam Twoje rysunki i tak samo zaczynam uwielbiać to opowiadanie. Mam nadzieję, że kiedyś do niego wrócisz.

    OdpowiedzUsuń

Layout by Alessa