wtorek, 2 lutego 2016

Rozdział XXII

Witam. Żyję! Jej! Zanim zaczniecie czytać rozdział, przeczytajcie moje żale i nie żale, proszę. Zacznę od tego, że rozdział nie jest wybitny (jak zawsze), może nawet rozczarowujący. Oczywiście niebetowany, także błędów zapewne masa — przepraszam za to. Wszystko, co to jest, jest moją kreacją i jest celowo... Także, no... No. Dlaczego nie pisałam? Sherlock mnie wciągnął... Pisałam ciągle, ale nie Zieleń. Bawię się teraz johnlockiem, więc wybaczcie, bo wpadłam w kolejny fandom. W końcu dokończę te zaczęte potterlocki, obiecuję. Ach, jeszcze jedno: kocham Boga i wcale tak nie myślę (będziecie wiedzieć, o co chodzi).
Miłego czytania.
P.S. Dziękuję Marcie za pomoc.




Tak bardzo nie chciałeś urlopu, a siedzimy w Anglii już prawie miesiąc. Spodobało ci się lenistwo, Hans?
Przeszkadza ci to? Nikt cię tu nie trzyma, wracaj sobie do tych idiotów — powiedział urażony mężczyzna. — Zapamiętaj: ja nigdy się nie lenię.
Oczywiście — odpowiedział Malcolm z szerokim uśmiechem na twarzy.
Henrich leżał na kanapie, a dokładniej opierał głowę o uda Braina, który bawił się długimi włosami przyjaciela. Hans mruczał pod nosem (prawdopodobnie po koreańsku) jakieś formułki, a Malcolm starał się czytać Kordiana Słowackiego. Spędzali razem tak każde popołudnie, nie chcieli wychodzić na miasto — tłumy ludzi przerażały Hansa.
Oboje, ku niezadowoleniu dyrekcji, przedłużyli swoje urlopy aż do stycznia, chcąc spędzić w Londynie jak najwięcej czasu. Z początku Henrich miał odwiedzić Severusa tydzień po ich przyjeździe, lecz plany się zmieniły. Hans znał na tyle Snape'a, żeby wiedzieć, gdzie mógł go złapać i darować sobie siłowe wyciągania mężczyzny z Hogwartu. Malcolm nie miał zamiaru narzekać na brak organizacji przyjaciela, w końcu sam wiele na tym skorzystał. Nigdy wcześniej nie byli tak blisko z Hansem, czego szczerze żałował. Henrich okazał się wspaniałym... partnerem, nadal nieznośnym i infantylnym, ale cudownym.
Powiedz mi, mój drogi Brainie, dlaczego czytasz Kordiana.
Lubię dzieła Słowackiego, to chyba oczywiste — odpowiedział, zamykając na chwilę książkę.
Nie, dla mnie nie. Wolę Mickiewicza, nie był tak zniewieściały jak Juliusz. — Wyszczerzył się do przyjaciela.
Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że Słowacki miał większe jaja niż wszyscy faceci razem wzięci z Koła Sprawy Boże, prawda? Adam był cholernym sadystą i... Nie, zamknij się! — Zasłonił dłonią usta Hansa, widząc, że ten chciał się wtrącić. — Ty nim nie jesteś, jesteś po prostu geniuszem.
Geniusze to sadyści! — uniósł głos, nie ukrywając swojej radości. — I tak wolę Adama. Dziady, ballady, sonety! To lubię.
Och, mogłeś sobie darować ten sytuacyjny żarcik. W ogóle nie spodziewałem się, że wielki Henrich Hans czytuje romantyczną twórczość. Mam cię czym szantażować. I Pan Tadeusz to dno.
Mistrz Eliksirów przez chwilę milczał. Kilka razy otwierał usta, po czym je zamykał, aż w końcu przemówił:
Masz cholerną rację, Tadeusz to gniot. W takim razie Norwid.
Jesteś niemożliwy!
Lubię Polaków, mają charakter. Mam kuzyna z Polski. Pojedziemy tam kiedyś, co? — zapytał, choć Malcolm wiedział, że Hans już planował kolejny wyjazd, na który zostanie zaciągnięty. I dobrze, ponieważ każda chwila spędzona z Henrichem, nie była momentem straconym.
A niby Niemiec Polaka nie lubi — prychnął, wracając do lektury.
Czcze gadanie, szczególnie że właśnie w Polsce jest najwięcej naukowców oraz Mistrzów Eliksirów. Strasznie niedoceniony kraj, nie uważasz?
Tak, uważam. Kiedyś zamawiałem broń u jednego rzemieślnika z Hogsmeade, u Wyspiańskiego. Chryste... To było coś pięknego — mówił podniecony Malcolm, przypominając sobie srebrny sztylet, który wyszedł spod rąk Polaka. — Aż dziwne, że nie ma międzynarodowej sławy.
Nie słyszałem o nim... — mruknął do siebie. — W takim razie będę musiał odwiedzać wioskę. Widzisz, jak pięknie się składa? Może wynajmiemy tam pokój na dwa dni, co? Podokuczamy Severusowi. Ale to w listopadzie, nie teraz.
Jak sobie życzysz — westchnął. — Nie mam zbyt wiele do gadania.
I dlatego jesteś mój — powiedział pewnie, zabierając książkę Malcolmowi. — Trochę przygłupi, ale zdolny, świetnie strzelający i niesamowicie cierpliwy. Cały Malcolm Brain. Mój.
Jesteś strasznie zachłanny i chciwy — stwierdził, zaraz przygryzając dolną wargę, aby się nie wyszczerzyć. — A co jeśli mi się znudzisz albo wkurzysz na tyle, że w końcu odejdę? — zapytał całkiem poważnie.
Pierwsza opcja nie wchodzi w grę, wiesz o tym. Jestem zbyt interesujący. — Podniósł się do pozycji siedzącej, nie spuszczając wzroku z przyjaciela. — Pracujemy w tym samym miejscu, raczej trudno będzie ci ode mnie uciec. — Uśmiechnął się maniakalnie.
Tak uważasz? Jestem bardzo sprytny, unikałbym cię.
Jasne, przyjechałeś za mną do Anglii, nie dałbyś rady. Po prostu musisz być przy mnie, nic więcej.
Będę. Zawsze. — Nachylił się i pocałował Henricha w czoło, następnie w policzek. — Opowiesz mi coś o tym kuzynie?
Jeśli muszę. — Ponownie się położył. — Tak naprawdę chyba nie jest moim kuzynem, jesteśmy po prostu spokrewnieni w jakiś tam dziwaczny sposób. Nie wiem, nigdy nie interesowała mnie rodzina od strony ojca. W sumie od matki też. W każdym razie mieszka i studiuje w Polsce na Akademii Magicznej Ambrożego Kleksa...
Szkoła została ochrzczona nazwiskiem fikcyjnej postaci z bajki napisanej przez mugola?
Z łaski swojej nie przerywaj mi i Kleks nie jest fikcyjną postacią. — Hans zmarszczył brwi i pokręcił głową z niedowierzaniem. — Jakim cudem znasz Adasia i Julka, a Ambrożego już nie? Dobrze, nie patrz tak na mnie, już tłumaczę. — Westchnął cicho i kontynuował: — Ambroży Kleks założył pierwszą w Polsce szkołę magii, jeszcze za czasów średniowiecza. W tamtym okresie kobiety miały takie, a nie inne prawa, więc uczęszczali do niej jedynie chłopcy. Kleks był bardzo przyjaznym i naprawdę utalentowanym człowiekiem, zapisał się na kartach historii jako totalny świt oraz mistrz pięknej magii. Uwierz, chciałbym go poznać. Zresztą opisywanie ci go jest bezsensowne, w końcu znasz Brzechwę i jego małe dzieło. To mugolak, badacz i pisarz. Natknął się w przeszłości na kroniki o Kleksie i oto mamy książeczkę dla dzieci. A właściwie my nie mamy, a mugole: Janek nigdy nie czuł się dobrze w społeczności czarodziejskiej. Polskie Ministerstwo Magii nie miało zastrzeżeń co do lektury, więc pozwolili na jej wydanie. Brzechwa opisał Kleksa fenomenalnie, do tego dodał oczywiście swoje wątki w historiach. Z tym że Niezgódka był ulubieńcem Kleksa, a Matusz, ten szpak — animagiem.
Jestem zachwycony ich kreatywnością! Polaków mam na myśli oczywiście. Nie miałem o tym pojęcia — przyznał niechętnie. — Ale wróćmy do twojego nie-kuzyna.
Na czym ja... A, dobra. Julian studiuje sobie na tej Akademii i uczy się podstawowych rzeczy: eliksiry, transmutacja, zaklęcia. Oprócz tego próbuje ustalić, dlaczego czarodzieje są czarodziejami, a mugole mugolami.
Co? — zapytał głupio, patrząc niepewnie na przyjaciela.
Ech... Ciekawi go, dlaczego my sobie możemy czarować, a mugole nie. Mało kto zastawia się nad takimi rzeczami w Anglii czy w Niemczech, lecz Polska to całkiem inny wymiar. Może dlatego, że tam życie mugoli czasem aż za bardzo wpływa na losy magicznego świata. — Uśmiechnął się słabo i zamknął oczy. — W każdym razie mają tam cały wydział poświęcony biologii, że tak się wyrażę. Geny, mózg, krew — sprawdzają, co mogą, aby dostać odpowiedź. Julian jest ode mnie chyba czternaście lat młodszy. To nadal dzieciak, ale zdolny.
Dlaczego nie utrzymujesz z nim kontaktu? — Splótł ich palce.
Nie wiem. — Wzruszył ramionami. — Nie potrzebuję tego. Czasem do mnie napisze z prośbą o jakiś eliksir. Ostatnio chciał Wywar Żywej Śmierci ze zmienioną formułą. Wysłałem mu. Tyle.
Rozumiem. No nic, zdarza się. Teraz sam chcę poznać Juliana, więc trzymam cię za słowo, że pojedziemy do Polski.
Mhm — mruknął. — Kupię ci strój góralski, co ty na to?
Boję się odpowiedzieć, jeśli mam być szczery.
Jestem taki okrutny dla ciebie. — Zaśmiał się i złapał za koszulę Malcoma. Przyciągnął go do siebie, uśmiechając się szelmowsko. — Jesteś moim cholernym cudem, Brain. Nie spieprz tego.
Co to za wyznanie? — prychnął, nie ukrywając swojego rozbawienia.
Mój drogi panie, był taki czas, gdy rozważałem skoczenie z klifu w ciemną burzę oceanu, lecz zjawił się mój mroczny rycerz, podał mi swą dłoń i odjechał w stronę najstarszych gór, by spędzić ze mną resztą życia. Lepiej? — zapytał ironicznie, lecz Brain bez trudu dostrzegł miłość w oczach przyjaciela.
Malcom tylko przełknął ślinę i złożył na ustach Henricha delikatny pocałunek.

***

Zapalcie światło.
Dookoła panowała ciemność. Ciemność, której nienawidziłam... Przerażająca, wyżerająca duszę, zbyt mroczna... śmiertelna. Otaczała mnie, zbliżała się, choć było to niemożliwe, a jednak tak właśnie się działo. Westchnęłam głośno, zacisnęłam dłonie w pięści i ruszyłam przed siebie. Poruszanie się w czerni było nużąco proste: nie istniały kierunki świata, wiatr, ludzie ani materia. Nie było niczego, jedynie ciemna pustka; totalna nicość.
Zapalcie światło — powtórzyłam.
I nastąpiła iluminacja; reflektory sceniczne wybuchały na tle ciemnego nieba niczym gwiazdy, aby po chwili mogły jarzyć się spokojnie jak ogień świec. Zniekształcone ciała niebieskie wyglądały zbyt cierpiąco, wręcz oślepiały bólem. Odwróciłam od nich wzrok i usiadłam w pierwszym rzędzie: czarne krzesło było usypiająco wygodne. Znajdowałam się sama na sali, wszystkie inne miejsca były wolne i nie zapowiadało się na to, aby ktokolwiek miał do mnie dołączyć. Wpatrywałam się więc w szkarłatną kurtynę, czekając, aż zacznie się przedstawienie. Żadnego gongu, ostrzeżenia, po prostu story podniosły się, ukazując bibliotekę wypełnioną starymi księgami oraz papirusami: uśmiechnęłam się mimowolnie na ten widok. Wyszedł pierwszy aktor na scenę, ukłonił się i zasiadł na drewnianym stołku, który pojawił się znikąd. Albus Dumbledore w sutannie, pozbawiony swoich charakterystycznych iskier w oczach, wyglądał wręcz makabrycznie. Wpatrywał się we mnie pustym wzrokiem i miałam wrażenie, że ten cholerny szatan wydziera ze mnie duszę. Pokręciłam głową, wiedząc, że dopóki nie byłam razem z nim na scenie, nic nie mógł mi zrobić.
Dziwne.
Usłyszałam znajomy niski głos i obróciłam się w prawo. Snape w swoim codziennym stroju zajmował miejsce obok. Zerknął na mnie przelotnie, uśmiechając się krzywo.
Co jest dziwne?
Albus nie je cytrynowych dropsów — odpowiedział z kpiną. — Milcz, Istoto.
To pan odezwał się pierwszy — odrzekłam rozbawiona i wywróciłam oczami.
Milcz, inaczej wciągną nas do siebie. Zamknij się po prostu.
Więcej nic nie powiedziałam, a ponownie spojrzałam na scenę. Teraz Dmbledore'owi towarzyszył ubrany w czerwony garnitur Svartur. Z głowy wyrastały mężczyźnie imponujące koźle rogi, a oczy pobłyskiwały krwiści. Można było powiedzieć, że Szaleniec ujawnił swoje prawdziwe oblicze. Uśmiechnął się szatańsko, gdy tylko mnie spostrzegł, następnie obrzucił Snape'a pogardliwym spojrzeniem.
Nie zapomnijcie się pocałować, marionetki — odrzekł i ukłonił się lekko.
Williamie, zapraszamy — odezwał się zachrypniętym głosem Albus.
Na scenę wkroczył McBlack w poszarpanej, zakrwawionej szacie. Bledszy, chudszy (zapewne wygłodzony), mniej ludzki, mniej żywy niż powinien być. Brakowało mu paznokci u dłoni, a widoczna szara skóra naznaczona została głębokimi niezgrabnymi cięciami. Czerwony płyn spływał leniwie po kościstym ciele wampira, zostawiając po sobie mdłe czerwone ślady.
William... — szepnęłam i wyciągnęłam w jego stronę dłoń. — Dlaczego...
Uspokój się, to przeszłość. Nic mu nie jest.
Co to ma znaczyć?
Nie wiem, ty mi powiedz, Istoto. Co ja tu robię? Dlaczego tu z tobą jestem? Dlaczego cię poznałem? Jakim prawem wpadłem na ciebie swoim życiem i zostałem przykuty do twojego? No, odpowiedz mi na wszystko. Teraz — mówił powoli, spokojnie. Lekko drżał, zacisnął dłonie na materiale szaty, więc odruchowo chwyciłam Snape'a za rękę.
Nie wiem, o czym pan do mnie mówi, ale będzie dobrze. Musi być.
Jesteś chora — wypalił i odwrócił wzrok.
Już nie, przecież pan wie.
Skąd wiesz? — Oblizał usta, lecz dłoni nadal nie zabrał.
Co mam na to odpowiedzieć?
A co byś chciała?
Że się pan myli. — Uśmiechnęłam się lekko.
Czy Severus się kiedykolwiek mylił? — zaczął Svartur prześmiewczo. Usiadł na skraju sceny i zaczął machać nogami. — Odpowiedź brzmi: tak. Severus Snape myli się przez całe życie, ale nie o tym teraz mowa. — Zaklaskał w dłonie i posłał Mistrzowi Eliksirów wyzywające spojrzenie. — Do twarzy ci, Snape.
Na głowie profesora pojawiły się ogromne jelenie rogi, na których umieszczone zostały suche kwiaty. Snape uniósł brwi i prychnął pod nosem.
Powiedz mi, Adhamie, dlaczego uważasz, że bycie jeleniem jest złe?
Bo jest...
Nie tutaj — przerwał mu. — Jesteś idiotą i na zawsze nim pozostaniesz.
A teraz wystąpi panna Snape i jeleń — poinformował dyrektor. Albus na powrót wyglądał normalnie niczym niewinny staruszek, lecz coś się zmieniło. Tylko co?
Na scenie pojawiłam się... ja. Marika klękająca nad ciałem konającego zwierzęcia, w którego wbijała...m? Energicznie sztylet. I raz i dwa i trzy i... I jeleń zdechł, a wszędzie spływała krew i...
Stop! Nie zgadzam się na to, co tu się odpierdala, do jasnej cholery!
Język, moja droga — skarcił mnie Dumbledore. — Nie wypada tak damie się odzywać. Inaczej cię wyślę do domu lub za granicę.
Svartur głośno odkaszlnął, czym zwrócił na siebie uwagę wszystkich obecnych. Zasiadł na tronie i założył na rogi koronę. Ukazał swoje perłowe zęby, puszczając do mnie oko.
Królewskie przemówienie! Cyrk, szachy, karty, zabawa, głupota, kłamstwo, nieprawda, labirynt, zagadki, ułuda! Dziękuję, dziękuję! Nie musicie!
Albus bił brawo, podobnie jak widownia, której nie było. Snape obdarzył Adhama swoim najgorszym spojrzeniem, a William przymknął powieki i odrzekł:
Nie słucham was. Przypadek przypadkiem, ale wy jesteście potworami.
On jest większym — odpowiedział dyrektor.
Ja jestem większym — potwierdził Adham.
I na tym zakończmy nasz spektakl cyrkowy! Koniec, dziękujemy, zgińcie! — krzyknął Dumbledore radośnie z uniesionymi wysoko rękami.
Poczekam. Poczekam.
W towarzystwie echa słów Snape'a obudziłam się, po czym przysiadłam na łóżku. Owinęłam się mokrą od potu kołdrą i położyłam dłoń na lewej piersi. O dziwo serce biło niewiele szybciej niż zazwyczaj. Przetarłam twarz i jęknęłam pod nosem:
Co jest ze mną nie tak?

***

Czy ta kobieta od wróżbiarstwa jest normalna?
Nie — odpowiedział szybko Charlie. — McGonagall dostaje przez nią apopleksji. Co roku Trelawney przepowiada komuś śmierć. Pierwszoroczniaki sikają ze strachu, choć nie nie będą mieć okazji nawet jej spotkać, bo profesorka nie opuszcza swojej klasy. — Przewrócił kartkę i skrzywił się lekko. — W każdym razie, po co ci ona, hmm?
A tak pytam. Miałam dziwny sen, no i wiesz, pomyślałam, że może Trelawney mi go wyjaśni — mówiłam niepewnie, bawiąc się ołówkiem.
Och, proszę cię, chyba nie wierzysz we wróżbiarstwo i inne tego typu bzdury. — Uniósł brwi i uśmiechnął się rozbawiony. — Wróżenie z herbaty, czy tam z fusów, karty tarota, wewnętrzne oko. To nawet brzmi absurdalnie.
Nie dla mnie, nie do końca w każdym razie. Trzeba mieć umiejętności, predyspozycje, żeby móc wróżyć. Nie każdy może...
Nadal to tylko głupoty — wtrącił się. — Naprawdę nie mam nic do tego, że sobie w to wierzysz, ale powiem szczerze, zaskoczyłaś mnie.
Dlaczego?
Nie wiem, nie spodziewałem się. Ale cóż, ty lubisz lekcje ze Snape'em, więc w sumie nie trudno stwierdzić, że jesteś szaleńcem. — Zaśmiał się i przymknął na chwilę książkę. — No co?
Lubię eliksiry, nie lekcje ze Snape'em. To różnica.
No nie dla mnie. Wracam do nauki, nie chcę, żeby McGonagall mnie zabiła po jutrzejszym teście.
Nie ma problemu, powodzenia, Charlie. Tylko nie przemęcz się zbytnio wysiłkiem intelektualnym.
Pff, zapamiętam to sobie.

***

Siedziałam pod ścianą i rozmasowywałam nadgarstek: był zwichnięty albo bardzo mocno stłuczony. Na skórze zaczęły pojawiać się fioletowo-zielone sińce. Westchnąłem cicho, starając się nie ruszać ręką.
Profesorze, chyba mam problem.
Każdy je ma, koniec przerwy — odpowiedział beznamiętnie.
Och, świetnie. Mam zignorować ból i dalej się z panem pojedynkować. Następna będzie noga, co? — warknęłam rozdrażniona. Wszystko, tylko nie prawa ręka, bez niej nie mogłam malować.
Tak, zignoruj ten jakże wielki dyskomfort i chodź tutaj.
Dlaczego codziennie od tygodnia znajduję na swojej półce nocnej pański eliksir? — Svartur jakby spodziewał się tego pytania, wzruszył tylko ramionami i zasiadł na swoim fotelu.
Czyli zauważyłaś. Szok i niedowierzanie — zironizował ze słodkim uśmiechem na ustach. — Poprawiona formuła, masz go zażywać. Uznaj je za witaminy.
Zapewne pana nie zaskoczę, ale nie ufam panu, to po pierwsze. A po drugie, co jeśli się na nie uodpornię? Wiele mikstur już na mnie nie działa, także wolałabym nie ryzykować.
Myślisz, że podawałbym ci eliksir, który byłby nieskuteczny? Nie bądź głupia, słońce. — Puścił oko. — No chodź, ostatnie starcie i cię puszczę.
Od uwodzicielskiego głosu Svartura zrobiło mi się nie dobrze. Przewróciłam oczami i podniosłam się z miejsca. Nadgarstek wręcz upominał się o pomoc, lecz próbowałam zbagatelizować „dyskomfort”. Skrzywiłam się lekko i posłałam mężczyźnie pełne nienawiści spojrzenie. Tyle czasu spędzałam z Szaleńcem, a moja niechęć do niego tylko rosła. Nie dało polubić się jego sadystycznej strony, choć nie wiedzieć dlaczego, bardzo się starałam tego dokonać. Widywałam parszywą gębę Svartura zbyt często, chciałam przyzwyczaić się do chorej zabawy nauczyciela, lecz mój umysł protestował głośnym „NIE” i serce tym razem się z nim zgadzało. Przynajmniej był ciekawą osobowością.
Wyciągnęłam różdżkę przed siebie, Adham zrobił to samo. Wyszczerzył się (przez co przypominał w tamtej chwili Jokera), ukłonił i zaatakował bez ostrzeżenia.
Interficere — wypowiedział melodyjnie.
Złocisty promień przemknął przez komnatę z niewyobrażalną prędkością i trafił mnie boleśnie w klatkę piersiową. Pierwszą moją myślą było: „Walnął we mnie cholerną błyskawicą”. Skóra wręcz płonęła i powstrzymałam się, aby nie zedrzeć z siebie ubrania, które drażniły zranione miejsce. Zabrakło mi powietrza w płucach i naprawdę myślałam, że zwymiotuje. Zapomniałam o oddychaniu oraz uszkodzonym nadgarstku, więc gdy potknęłam się o własne nogi i upadłam, prawie rozpłakałam się z bólu.
Jakim cudem to ma mi pomóc? Nie ważne, po prostu, nieważne. — Podniosłam się z trudem i błagałam samą siebie o to, żeby się nie popłakać. To byłoby żałosne.
Oddychaj, kretynko — warknął, podchodząc do mnie. — Nie umiesz uskoczyć przed nadchodzącym promieniem?
Nie, jakoś nie myślałam o tym. To takie dziwne, że nie chciałam skakać z uszkodzoną ręką? — Odkaszlnęłam, zamykając oczy. Myślałam, że oszaleję. — Tak, histeryzuję, bo boli mnie całe ciało przez ten cholerny urok.
To takie zabawne obserwować cię wytrąconą z równowagi. — Zaśmiał się, kładąc dłoń na ramieniu. — Pięknie się spisała dziewczynka, kiedy indziej poszperamy ci w główce. Trzymaj. — Wsunął mi w dłoń fiolę w miksturą.
Nawet tego nie skomentuję — powiedziałam ze zrezygnowaniem, po czym skierowałam się w stronę wyjścia.
Do zobaczenia, my lady. Wypij eliksir, pomoże.


***

Stałam na małej platformie, wpatrując się mosiężną tabliczkę z napisem „Sybilla Trelawney, nauczycielka wróżbiarstwa”. Westchnęłam pod nosem i przetarłam kark: nie wiedziałam, co robić.
Po wyjściu ze Skrzydła Szpitalnego (naprawienie nadgarstka nie zajęło madame Pomfrey zbyt wiele czasu) postanowiłam przejść się do Trelawney. Chciałam posłuchać Charliego, ale sen nie dawał mi spokoju. Był zbyt realistyczny, zbyt dziwny i chyba zbyt symboliczny. Nigdy nie przykładałam uwagi do mar nocnych, wydawało mi się to bezsensowne. Dziwne obrazy, będące naszą podświadomością i pojawiające się w głowie podczas snu, nie powinny niczego oznaczać. A jednak ten musiał, byłam o tym przekonana. Wróciły do mnie słowa Snape'a, kiedy mówił o wróżbiarstwie... No cóż, widocznie wierzyłam w te bzdury...
Przypomniałam sobie pierwsze spotkanie z nauczycielką, przez co uśmiechnęłam się pod nosem wątpiąco. Trelawney musiała być, chociaż po części obłąkana, więc nie byłam pewna, czy słuchanie rad kobiety było najlepszym pomysłem. Mogłam też spojrzeć na to z drugiej strony i uznać, że wróżbitka miała po prostu rację, a moje życie miało być drogą przesiąkniętą krwią. Po słowach Charliego nie wiedziałam, co myśleć, chciałam wierzyć, że Trelawney mogła mi pomóc.
Westchnęłam ponownie i wyciągnęłam dłoń w stronę okrągłej klapy w suficie. Co prawda, nie było możliwości, żebym jej dosięgła, więc moje starania były bezsensowne, lecz nagle ta się otworzyła, a ku mnie zjechała srebrna drabina. Uniosłam brwi rozbawiona, pokręciłam głową i wdrapałam się na górę.
Klasa wróżbiarstwa nie wyglądała jak inne pomieszczenia lekcyjne, a przypominała raczej wnętrze Komnaty Herbat, która znajdowało się na poddaszu. Okna pozasłaniane zostały ciężkimi karminowymi storami, a mdłe światło jarzyło się z lamp okrytych karmazynowymi szalami. Gdzieniegdzie dało się także dostrzec niezapalone stare świece. Prawie dwa tuziny stolików nakryte zostały przez obrusy o różnym wzorze oraz odcieniu czerwieni, a pufy i foteliki obite w perkale były tej samej barwy. Drewniane półki znikały pod stertą starych ksiąg, papirusów, kart tarota, kryształowych kul, a także pięknych porcelanowych zestawów herbacianych. Unoszący się kurz, imbryki i filiżanki magicznie pobłyskiwały w słabym świetle lamp. Aromat bursztynowego płynu, wydobywający się z kotła wiszącego nad ogniem kominka, unosił się w powietrzu, dodając miejscu mistycyzmu.
Podeszłam do jednej z półek i sięgnęłam po pudełko tarota. Wyciągnęłam talię z zakurzonej kasetki, następnie wylosowałam dowolną kartę. XVI WIEŻA.
Wieża oznacza zmiany, przebudowanie swojego wnętrza. Ludzie się jej boją, ponieważ lękają się transformacji. Zamknięci w swoich nieraz złych przekonaniach i schematach, gniją wewnętrznie. Smutne, czyż nie? — Głos Trelawney był aksamitny i przyjemny dla ucha. Przeciągała głoski, jakby chciała dodać wypowiedzi tajemniczości.
Wyglądała tak jak ostatnim razem, nic nie zmieniło się w kobiecie; dalej te same blond włosy do ramion, okulary o grubych szkłach i szata pokryta wielobarwnymi koralikami oraz cekinami. Brakowały tylko aury szaleństwa, która towarzyszyła nauczycielce ostatnim razem.
Tak, smutne — odpowiedziałam z uśmiechem. — Chciałam pani zadać kilka pytań, poradzić się.
Wiem o tym doskonale, inaczej by cię tu nie było. Ciągle dostrzegam w tobie tylko śmierć. Śmierć i kłamstwa. Kłamstwa i pomyłkę. — Zmrużyła oczy i zbliżyła się do mnie. — Ułuda.
Mówi pani dokładnie to samo, co profesor Adham Svartur w moim śnie. — Zauważyłam, że dłonie mi się trzęsły, więc skrzyżowałam ręce na piersi. — Był tam diabłem... A dyrektor nosił sutannę. Tak, zabawnie to brzmi. Profesor Snape miał rogi jelenia. I widziałam siebie, zabiłam zwierzę. W ogóle ten sen był dość niezrozumiały...
Nie wyjaśnię ci go — powiedziała wprost.
Dlaczego nie? — Oblizałam zaschnięte usta.
Zdobycie odpowiedzi samemu jest korzystniejsze dla ciebie. Po drodze dowiesz się rzeczy, których ja nie jestem w stanie ci opowiedzieć.
Dlaczego? — powtórzyłam głupio.
Bo nie wiem, co się stanie. — Zaśmiała się i zasiadła w fotelu. — Skąd mam znać wszystkie ścieżki przyszłości? Nie znam twojego życia, nie powiem ci, co dokładnie się zdarzy, a co może. Ogólniki, żadnej precyzji. Tak działają wróżby.
One nas tylko nakierowują... W takim razie niech mi pani powróży.
Dalej nie rozumiesz. Twój sen to twoja wróżba.
Jakim cudem? Nie będę ukrywać, że nie jestem co do tego przekonana. — Uśmiechnęłam się nerwowo. — W świecie magii często zdarzają się takie sny? Bo wolałabym, żeby jednak tak było.
Zdarzają się nawet mugolom, ale mało kto je pamięta. Mało osób też przyznaje się do nich. Czy nie chodzą plotki, że jestem szalona?
Tak — wydukałam, po czym dodałam po chwili: — Ale o profesorze Snape'ie także nie mówi się najlepiej...
Spokojnie, nie interesują mnie słowa ludzi, którzy nie słuchają własnej głowy. Jeśli rozumiesz, o co mi chodzi.
Domyślam się. To znaczy, że mam kierować się tym, co zobaczyłam. Mam to odkrywać.
Tak — przytknęła. — Z czasem cię olśni.
Naprawdę bym tego chciała. Dziękuję.

***

Wrzesień był nudnym, szarym miesiącem, powiedziałbym nawet, że stabilnym. Nauczyciele, jak i uczniowie całkiem popadli w szkolny obłęd, co w konsekwencji sprawiało, że nie mieli zbyt wiele czasu dla samych siebie. Sprawdzanie testów, przygotowanie do zajęć, sprawdzanie referatów, tworzenie eliksirów dla Skrzydła Szpitalnego, sprawdzanie mikstur wykonanych na lekcjach, zajęcia dodatkowe z panną Snape — wszystko to robiłem od nowa i od nowa, całkiem odcinając się od świata poza murami zamku. Nie przeszkadzało mi to, chwile zapomnienia były dla mnie konieczne: dzięki nim nie psułem się doszczętnie. Miałem zły nawyk wracania do przeszłości; do zamęczania się wspomnieniami, których w żaden sposób nie mogłem zmienić czy usunąć z głowy.
Siadałem przed kominkiem z lampką czerwonego wina i odtwarzałem w pamięci zdarzenia sprzed lat. Nie robiłem tego celowo, obrazy same pojawiały się w moim umyśle, jak gdyby niszczenie siebie samego było najnormalniejszą rzeczą na świecie. Zabijałem się powoli; rozkładałem na czynniki pierwsze. Nigdy nie uważałem się za sentymentalistę i raczej nim nie byłem — chciałem w to wierzyć. Książki, tworzenie eliksirów, a nawet te cholerne lekcje hamowały niepożądane retrospekcje. Wszystko było w porządku, ale nadszedł październik.
Wszystkie pojawiające się wydarzenia z przeszłości mnie ukształtowały.
Skierowałem się do gabinetu Albusa. Stanąłem przed kamienną chimerą, wypowiedziałem hasło i wspiąłem się na górę. Zapukałem.
Wejdź, Severusie.
Potrzebuję kilku godzin — powiedziałem wprost, zamykając za sobą drzwi. — Nie zajmie mi to dużo czasu, pojawię się na uczcie. Jak zawsze.
Wiem o tym, przyjacielu. — Albus uśmiechnął się smutno. — Będziemy na ciebie czekać.
Och, przecież Święto Duchów nie może się odbyć bez Severusa Snape'a — zironizowałem. — Jak to mówią uczniowie? Naczelny Nietoperz Halloweenu.
To tylko dzieci, Severusie. — Dyrektor okrążył biurko, stanął przy mnie i położył dłoń na ramieniu.
Spokojnie, Albusie, niczego innego się po nich nie spodziewam.
W ten dzień zawsze wydajesz się inny.
W tej chwili przestań. Nawet nie zaczynaj tego tematu. — Cofnąłem się w stronę drzwi. — Nie mam zamiaru o tym rozmawiać. Niedługo wrócę. Niestety — mruknąłem kwaśno i opuściłem pomieszczenie.
Nie byłem inny, przeżywałem żałobę. Ponownie. Sentymentalne. Nie, po prostu ludzkie. Warknąłem pod nosem. Musiałem opuścić zamek i zachłysnąć się świeżym powietrzem — potrzebowałem tego.
Szybkim krokiem skierowałem się w stronę głównej bramy, ciesząc się, że w ten właśnie dzień uczniów na korytarzach nie było zbyt wielu. O tej godzinie wszyscy spędzali czas w swoich dormitoriach, przygotowując się do „tajnego” imprezowania. Pokręciłem głową zniesmaczony i przyśpieszyłem.
Profesorze Snape!
Czego chcesz? — syknąłem, zatrzymując się. Spojrzałem na Marikę, która uśmiechała się niepewnie. Merlinie, jak to dziecko mnie irytowało.
Nie mamy dzisiaj zajęć, prawda? Wolałam się upewnić niż nie przyjść...
Mamy — przerwałem jej wściekły. — Będziesz musiała przeprosić swoich koleżków z Gryffindoru i zjawić się u mnie. Oczywiście po uczcie. Nie spóźnij się.
Odszedłem, nie oglądając się za dziewczyną. Miałem inne plany na wieczór, ale wyżycie się na pannie Snape wcale nie było aż tak złą perspektywą. Przekląłem w myślach, zdając sobie sprawę z tego, że znowu zachowywałem się jak zwykły gówniarz. Szlag.
Wyszedłem na zewnątrz i od razu zaciągnąłem się zimnym jesiennym powietrzem. Przez chłód, który dostał się do płuc, poczułem się wolny, czystszy oraz żywszy. To było dobre, naprawdę cholernie dobre. Brakowało mi oddechu od samego rana, przez co nie mogłem poprawnie funkcjonować, a raczej myśleć: gubiłem się we własnych umyśle. To nie była panika, czy strach, a wyczekiwanie nieuniknionego. Może Albus miał rację, może trzydziestego pierwszego października zmieniałem się w jakiś dziwny, mało dostrzegalny sposób. Cichszy, mniej skoro do kłótni, niezdarny. Ręce mi się trzęsły, zapominałem receptur mikstur, które od lat znałem na pamięć. Nie zwracałem uwagi na głupotę Gryfonów, nie odejmowałem tak często punktów, byłem wdzięczny Albusowi za to, że istnieje. Inny. Nienawidziłem się za tę słabość.
Dzień śmierci Lily... Co roku ta sama niecierpliwość, ten sam ból i autoironia. Co roku ten sam żal, ta sama ścieżka prowadząca do jej grobu, to samo słowo — przepraszam. Nic innego nie mogłem zrobić, nawet rzucenie kwiatów na mogiłę Lily wydawało się mało znaczące, bo przecież ścięte badyle nie zwrócą jej życia. Zapalona świeca nie musiała symbolizować mojej pamięci, skoro Lily towarzyszyła mi (zazwyczaj w formie rozgoryczenia) każdego dnia. Modlitwa... Jeśli Bóg w ogóle istnieje, to jest cholernym skurwysynem. Och, jak łatwo mi było obwiniać kogoś, w kogo nawet nie wierzyłem. Jak łatwo było mi szukać winy w innych, kiedy tylko na siebie nie potrafiłem spojrzeć obiektywnie. Obwiniałem się za śmierć Lily, a w głębi nie chciałem przyznać, że to ja ją zabiłem.
Teleportowałem się pod samą furtkę cmentarza. Zerknąłem przelotnie na niewielki gotycki kościół i zdałem sobie sprawę, że po raz kolejny nie trafiłem na moment trwania mszy. Sam nie wiedziałem, dlaczego chciałem zobaczyć witraże okienne skąpane w pomarańczowym świetle lamp. Nie byłem sentymentalny, nie interesowały mnie tego typu zjawiska... Potrzebowałem obecności kogokolwiek. Przerażały mnie ogołocone groby z ledwo widocznymi nazwiskami wypisanymi na zniszczonym marmurze. Tylko tego dnia, wyłącznie trzydziestego pierwszego października obawiałem się trupów leżących dwa metry pod ziemią. Lękałem się samotności i chłodu jesieni w Dolinie Godryka. Nie potrafiłem patrzeć na wysokie czarne i ogołocone drzewa, poruszane przez silny wiatr. To bolało: wszystkie impulsy, widoki, dźwięki. Tak po prostu. Kolejny dzień będzie normalny, wszystko wróci do normy, ale w tamtej chwili musiałem wszystko przecierpieć.
Wypuściłem z trudem powietrze z płuc i ruszyłem przed siebie. Zarzuciłem na głowę kaptur, przysłaniając tym samym twarz. Wstyd. Znałem drogę do miejsca pochówku Lily na pamięć. Prosto, prawo, prawo, lewo, prawo. Nie odwiedzałem jej często, ograniczałem się do dwóch „spotkań” w ciągu roku. Nie miałem zamiaru tracić więcej czasu na wpatrywanie się w kamienny nagrobek, jeśli nie przynosiło mi to żadnych korzyści, szczególnie wybaczenia. Pojawiałem się na kilka godzin i przypominałem sobie dzień, w którym odnalazłem jej martwe ciało (w domu, którego ruiny znajdowały się tak niedaleko), nasze pierwsze spotkanie, najlepsze spędzone wspólnie chwile. Analizowałem swoje poczynania, rozmyślałem nad wszystkimi możliwymi, a także niemożliwymi „co by było, gdyby”. Zdarzało się, że mówiłem do Lily; rozmawiałem od dziesięciu lat nieżyjącą kobietą. Zaśmiałem się histerycznie — żałosne.
Zatrzymałem się przed jej grobem, wpatrując się w wyblakłe litery. I w końcu pojawiła się pustka, kompletna nicość. Na zaledwie minutę doświadczyłem stanu idealnego: nie czułem niczego. Brak destrukcyjnych emocji, wyciszenie się zgubnych myśli, sześćdziesiąt sekund duchowego spokoju. Rozpadałem się.
Mówiłem ci, że tu będzie! Znam go przecież. Severusie, stęskniłeś się?
Westchnąłem pod nosem i uśmiechnąłem się mimowolnie. Uwielbiałem Henricha Hansa. Kilka lat temu przyczepił się do mnie na aleksandryjskim zjeździe Mistrzów Eliksirów i do tamtej pory stał się dla mnie pewnego rodzaju przyjacielem. Nie rozmawialiśmy często, nie potrzebowaliśmy tego. Wystarczyło, że doskonale się rozumieliśmy: Henrich także stracił kogoś ważnego.
Niespecjalnie, Hans. — Spojrzałem na uśmiechającego się szeroko mężczyznę. Miał ze sobą wieniec pogrzebowy. Uniosłem brwi pytająco. — To miłe...?
Ach, to dla ciebie, trzymaj. — Wcisnął mi w ręce wiązankę, szczerząc się przy tym. — Na wstędze jest napis, przeczytaj.
— „Sto lat, Severusie”. Wiesz, że nie mam urodzin? I zdajesz sobie sprawę, że takie kwiaty przynosi się na pogrzeb?
Tak, wiem — odpowiedział szczerze. — Poznaj mojego przyjaciela i współpracownika, Malcolma Braina. Malcolmie, to Severus Snape.
Wymieniliśmy uścisk dłoni.
Miło w końcu poznać rywala Henricha.
Rywala? Hans nie jest dla mnie żadnym wyzwaniem. — Posłałem przyjacielowi czepliwe spojrzenie.
Zamknij się, dobrze wiesz, że jestem lepszy. Ach, byłbym zapomniał.
Wyciągnął zza pazuchy płaszcza różdżkę i machnął nią. Na grobie Lily pojawiły się trzy białe róże. Prychnąłem, kręcąc głową.
Jesteś nawet gorszy ode mnie, ale dziękuję.
Pff, staram się być... uprzejmy.
Słabo ci to wychodzi, wiesz?
Jak dzieci... — jęknął Malcolm, przecierając twarz dłonią. — To co, chłopcy? Może wybierzemy się do jakiegoś baru? Naprawdę nie podoba mi się perspektywa, spędzenia dzisiejszego wieczoru na cmentarzu.
Co ty na to, Snape? Wymiękasz ze swoją słabą głową? — Mrugnął do mnie, zaraz pokazują język.
Sam się o to prosiłeś. — Rzuciłem ostatnie spojrzenie nagrobkowi. Ten dzień będzie inny. Na szczęście. — Za trzy godziny będziesz się czołgać.
Powodzenia!





12 komentarzy:

  1. No wreszcie! Myślałam, że sięnie doczekam. Czemuuu tak długo?! A tak poza tym... Weny!
    Ania

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem, czy będę pierwsza, czy nie. Dawno nic ci nie komentowałam, więc, póki na to czas, postanowiłam naskrobać komentarz do tego rozdziału. Pozwoliłam sobie (z przeogromnym trudem) pominąć błędy i błędziki i przejść od razu do treści. Zanim jednak zacznę, wspomnę o czcionce, bo dla mnie jest masakrycznie mała. No, nie licząc koloru, który w dodatku z rozmiarem czcionki sprawia, że po chwili czytania mam ochotę wyłączyć kartę i do niej nie wracać — po prostu to męczy.
    Ciekawe, dlaczego wybrałaś do czytania Kordiana. Znaczy, nie, że to źle, czy coś, po prostu mnie to ciekawi — to z powodu Słowackiewiczowej wojny i tego, że stanęłaś po stronie Juliusza, czy kryje się za tym coś więcej? Dobra, to tylko ja, jednak sobie coś tam powypominam z błędów. Może dzięki temu mój komentarz nie będzie skromny.
    „przedłużyli swoje urlopy, aż do stycznia” Przecinek w tym miejscu jest niepożądany, zgodnie ze słowami Mirosława Bańko: „aż” nie stanowi tu spójnika i nie łączy zdań składowych.
    O nie, myślałam, że sobie tego oszczędzisz, znaczy, spoko, fajnie, że pojawił się wątek polskich poetów wśród zagranicznych :P, aczkolwiek nie, jestem po prostu na nie. Tym bardziej, że „Mickiewicz nie był ciotą jak Słowacki”. I chyba to jedyne, co mnie tak jakby zniechęciło do całej rozmowy, ponieważ reszta jest naprawdę fajnie poprowadzona. Może i narzekam, ale nie lubię tego początku rozmowy. Jest… zbyt płytki, nie wiem, dziecinny? Nie na miejscu, w każdym razie. Gdybyś użyła innego słowa, aniżeli „ciota”, to myślę, że nie miałabym z tym problemu. Strzał jak gimbaza. A żeby nie było, że się czepiam na dzień dobry, to fajna wyjściowa, jeśli chodzi o temat Polski.
    Ech, generalnie wyczuwam tu romans a’la Johnlock. Wiem, że to już kiedyś wspominałaś i w sumie to tutaj pasuje, jest zgrabne i nierzucające się w oczy, więc bez zbędnego gadania poczekam, aż rozwiniesz ten wątek. Mam nadzieję, że będzie iście intrygujący i ciekawy, jak mogę spokojnie założyć z tego, co już na ten moment zostało nam (czytelnikom) zaserwowane.
    „A co jeśli mi się znudzisz” Przed jeśli przecinek. I tam dalej jest „wkurwisz”. Według mnie niepotrzebnie, ponieważ idealnie pasowałoby tu zwykłe „wkurzysz”. Dla mnie ich rozmowa jest czysto przekomarzająca się, nie zaś… dosadna? Nie wiem, jakby to wytłumaczyć i przełożyć swoje myśli na słowa, aczkolwiek serio, o wiele lepiej byłoby tu z wkurzysz. Być może chciałaś tutaj zaakcentować moc tego słowa, ale według mnie osiągnęłaś przeciwieństwo i zamiast nadać mocy temu, nadałaś komicznego charakteru.
    „Podniósł się po pozycji siedzącej” Do.
    „Z tym że Niezgódka był ulubieńcem Kleksa” Przed że przecinek, jeśli dobrze zrozumiałam i kładziesz nacisk na „z tym”. Jeśli zaś ma to pozycję inicjalną, pozostaw to bez przecinka.
    „takimi rzeczami w Anglii, czy w Niemczech” Przed czy bez przecinka, ponieważ „czy” nie ma tu charakteru pytającego, jak w przypadku (przykładowo :P) zdania „Nie wiem, czy to się uda.”
    „Nie spierdol tego.” Czy ja się za dużo nie czepiam dzisiaj? Według mnie o wiele lepiej sprawdziłoby się słowo „spieprz”. Nie spierdol to takie… prostackie, a nie wiem, czy Hans jest prostacki, przynajmniej nie w mojej interpretacji.
    „imponujące koźle rogi, a oczy pobłyskiwały krwiści.” Krwiście. No i ogólnie, jeśli już jestem tutaj, cholernie mi się podoba ten opis. Ogólnie, teatr, postacie i sposób, w jaki je Marika widzi. Są wzniosłe, nietypowe, może nawet mrożące krew w żyłach. Sama postać teatru jest tutaj „mroczna”, nadająca tajemnicy i zmuszająca do refleksji. No bo, o co chodzi? Co się dzieje? Wygląda to cudownie, serio. I te rogi! Kocham rogi! Są tak świetną przenośnią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogólnie nic z tego nie rozumiem i sądzę, że taki był twój zamysł. Znaczy, komentuję na bieżąco, więc jeszcze nie wiem, co będzie dalej, no ale na ten moment jestem zauroczona tym wszystkim. Rozmowa Mariki z Severusem? Ogólnie fajnie. Podoba mi się ten fragment, serio.
      „— Stop! Nie zgadzam się na to, co tu się odpierdala, do jasnej cholery!” Nie wiem, dlaczego mnie tak razi te przeklinanie w twoim tekście, ale znowu mi się to nie podoba. Rozumiem, że to nie jest rzeczywistość, tylko pewnie jakiś sen czy coś, ale Marika, jaką do tej pory nam kreowałaś, nie jest osobą, która, żeby wyrazić swoje emocje, musi uciekać do przeklinania.
      Rozmowa z Charliem po śnie? Spokojna i w sumie ciekawa. Charlie jest takim promyczkiem w twoich rozdziałach i bardzo lubię czytać z nim wątki. Serio. Jest takim zwyczajnym, normalnym i bardzo przyziemnym przyjacielem, którego sama bym pozazdrościła bohaterce tekstu.
      „fioletowo zielone sińce” fioletowo-zielone.
      „podawałbym ci eliksir, który byłby nieskuteczny.” Zamiast kropki, sprawdziłby się tu znak zapytania, zważając na dalszą część jego wypowiedzi.
      „choć nie wiedzieć dlaczego” Po choć dałabym przecinek, ponieważ „nie wiedzieć dlaczego” użyłabym jako wtrącenia.
      „Nie ważne” Nieważne.
      „boli mnie całe ciało, przez ten cholerny urok.” Przed przez bez przecinka.
      Sytuacja z Szaleńcem, znaczy, nie sytuacja a lekcja, jak zwykle intrygująca. Znaczy, ciągle powtarza się w sumie to samo: on ją wykańcza, ona jest wykończona i pała do niego nienawiścią. Nie dzieje się generalnie nic odkrywczego, aczkolwiek miło się to czyta. Jest to taka odskocznia od całej reszty: tu, dosyć męczącego snu. Btw, ciekawi mnie, czy Trelawney coś na to interesującego poradzi.
      „Westchnąłem pod nosem i przetarłam kark” Westchnęłam. Dalej masz przed „co” przecinek.
      „nie wiedziałam co myśleć” Przed co przecinek.
      Mimo że często opisy robią się po pewnym czasie męczące — ponieważ niektórzy kompletnie nie potrafią sobie z nimi radzić — tak u ciebie wyczekuję na nie niecierpliwie. Wypełniają pustkę między dialogami w sposób perfekcyjny, nie nudzą, a ciekawią i przede wszystkim obrazują wszystko w moim umyśle. Uwielbiam opis, który dotyczy klasy wróżbiarstwa, jest lekki i idealnie pasujący do przedmiotu, którego uczą się w tym pomieszczeniu.
      Przed co przecinek tu: „Bo nie wiem co się stanie”.
      „Czy nie chodzą plotki, że jestem szalona.” Nie powinno tu być znaku zapytania?
      No i nic nie wyniknęło z rozmowy z Trelawney. Serio liczyłam na coś… bo ja wiem, więcej? Więcej szaleństwa, więcej tajemniczości, więcej czegoś, no. Nie, że było źle, ale po takim śnie i znając Sybillę oczekiwałam nieco więcej. Co nie zmienia faktu, że nie ma się czego czepiać.
      „jak i uczniowie, całkiem popadli” Przed całkiem bez przecinka.
      „Zironizowałem.” Małą literą. Ironizować to wciąż czynność mówienia, podobnie, jak „powiedziałem ironicznie”.
      „Snape wcale nie było, aż tak złą perspektywą.” Przed aż bez przecinka.
      No i końcówka. Ciągłe powtarzania Snape’a, że nie jest sentymentalny sprawiają, że mu nie wierzę i tę sentymentalność w nim widzę. Sądzę, że nie taki miał zamiar, w sensie, że nie tego oczekiwał, powtarzając ciągle jedno i to samo. Nie wiem, dlaczego, ale pojawienie się dwójki z samego początku mnie mega rozbawiło. I reakcja Snape’a! Oczekiwałam palenia się ze wstydu, a nie jakiegoś tam uśmieszku pod nosem. Beka jak rzeka haha.
      Ogólnie cały rozdział przyjemny i mimo mojego czepiania się, nie ma co się łamać, że było tragicznie. Nie wiem, co mogłabym tutaj wyklepać na zakończenie, bo w sumie wszystko, co chciałam, powiedziałam gdzieś tam po drodze. Więc no, komentarz ode mnie, mam nadzieję, będzie motywujący do pisania kolejnej części!

      Love, Cosima.

      xx

      Usuń
  3. Tak długo czekałam i się doczekałam (o tym już pewnie wiesz *o*
    Rozdział cudo, bardzo podobało mi się jak przedstawiłaś Polaków ale najlepszy moment to ten w którym Snape myśli o Lily w pewnym momencie łzy same zaczęły mi lecieć (co się rzadko zdarza więc szacun) i czekam na następny rozdział <3

    OdpowiedzUsuń
  4. NOOOOWYYYY ROZDZIIIAAAAŁ!!! <3
    Matko, a już myślałam, że się nie doczekam, ale na szczęście się myliłam <3 Uwielbiam twojego bloga, właściwie to jest moje ulubione opowiadanie XD Hans i Malcolm są parą, jej <3 Jak ja kocham yaoi XD Rozdział mi się wyjątkowo podobał, czytałam go kilka razy XD Sen Mariki wyjątkowo mi się podobał, może dlatego bo uwielbiam klimat teatru, a czytając to świetnie go odczułam ;) Tak smutno mi było przy momencie z perspektywy Snape'a :< W sumie to nie wiem czemu, ale podoba mi się, że na twoim blogu Snape ma słabą głowę, dzięki temu wydaje się bardziej ludzki XDDD No i w końcu ktoś go dostrzega jako sentymentalnego XD No dobra, koniec o Severusie X'P Koniec taki przyjemny <3 Już od dawna czekałam aż się spotkają i w końcu :3 Chociaż chciałabym już wiedzieć co się stanie przy tym spotkaniu, no jestem po prostu w cholerę ciekawa XDDD No co tu dużo mówić, po prostu wspaniałe :'D I masz mi szybciutko wrzucić kolejny rozdział, ja chcę więceeeeeej!!! :P Weny, dużo weny x'3 (chyba prawie na pewno nadużywam emotikon XDDD). Lecę czytać drugi raz :*

    OdpowiedzUsuń
  5. No nareszcie jesteś! Myślałam że już do nas nie wrócisz... Odnosząc się do rozdziału to podobał mi się bardzo. W nastepnym mogłabyś też umieścić trochę Svartura. Bardzo intryguje mnie ta postać. Mam nadzieje że teraz rozdziały będziesz dodawać w miarę regularnie, cześciej.
    Pozdrawiam i życzę weny.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie zaglądałam tu dość długo, a dziś mnie coś naszło i przeczytałam nowy rozdział. Bardzo mi się podoba, jestem ciekawa jak potoczą się sprawy z Mariką. Życzę Ci dużo weny. No i dziękuję za to, że piszesz to opowiadanie :")

    OdpowiedzUsuń
  7. Boże! Cudowne! Ale ten sen... może taki był twój zamiar ale jakoś nie bardzo zrozumiałam jego intencję. Snapie i Lily, nie powiem wzruszylam się i to bardzo. Czekam na kolejny rozdział!
    -Cat-

    OdpowiedzUsuń
  8. Przeczytałem i jestem pod ogromnym wrażeniem... Nie wiem od czego zacząć. Może od przyznania, że bardzo rzadko pozostawiam swoje komentarze gdziekolwiek, a jeszcze rzadziej ich treść bywa pochlebcza.
    Wiem, ze strony autora to straszliwa wada, ale przeważnie po prostu teksty, na które trafiam są utartą kopią kopii, która jest kopią kopii kopii... i szkoda poświęcać czas na opinie. Tutaj natomiast wszystko wydaje się idealnie wyważone: poczucie humoru, lekkość pióra, stosunek dialogów do opisów... Dawno niczego nie czytało mi się równie gładko i przyjemnie. I największa zaleta: autentyczność. Twoi bohaterowie są niczym żywcem przeniesieni z kart oryginalnej historii do nietuzinkowej fabuły zrodzonej w niebanalnej wyobraźni autorki. Chylę czoła i na pewno tu powrócę po więcej!

    http://hermiona-hagrid.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Super rozdział, czekam na następny! <3<3<3<3

    OdpowiedzUsuń

Layout by Alessa