poniedziałek, 12 października 2015

Rozdział XXI

Witam. Minął ponad miesiąc. W końcu dodaję rozdział i to ostatni na jakiś czas. Może doszłam do wniosku, że moje opowiadanie jest nudne? Tak naprawdę tylko ja wiem, jakie znaczenie ma każdy dialog, opis. Dla was to mało znaczący na razie tekst a szczerze nie chce was zanudzać. Początek opowiadania jest tak strasznie napisany, że mam ochotę usunąć cały tekst, ale nie zrobię tego — szkoda mi go. Wydaje mi się, że jeszcze wrócę do ff, może rozdział pojawi się znowu za miesiąc lub wcześniej, bo coś mi odbije. Chce się chyba skupić na studiach oraz innych opowiadaniach (crossy z Sherlocka/Harry Potter, jak i samego Sherlocka). To mój drugi blog KLIK, zapraszam do obserwowania, na pewno coś się tam nowego niedługo pojawi. Wybaczcie za niezbyt ogarniętą notkę. Przepraszam za błędy wszelkiego rodzaju, rozdział niebetowany.
Rozdział dedykuję Soni, która zawsze mnie wspiera <3





Ostatnio zbliżyłaś się do Snape'a.
Oczywiście, że tak. Co tydzień umawiamy się na herbatę i ciasto, a kiedy słońce zajdzie, wspólnie oglądamy gwiazdy oraz księżyc — próbowałam mówić jak najbardziej uprzejmie, chociaż ironia sama cisnęła mi się na usta. Nie wiedziałam skąd ten nagły przypływ odwagi w stosunku do Svartura, ale niektóre jego pytania były aż nazbyt absurdalne.
Drętwota — syknął, uśmiechając się mściwie.
Protego! — Zatrzymałam czerwony promień, cofając się kilka kroków. — Muszę odpocząć, kręci mi się w głowie. — Otarłam pot z czoła, przetarłam zmęczone oczy.
Nic mnie to nie interesuje, Snape. Ascendio!
Wyleciałam w powietrze, krzycząc cicho z zaskoczenia. Zacisnęłam mocno powieki, przygotowując się na ból, który miałam odczuć przy uderzeniu o ziemię. Nic takiego nie nastało, o dziwo wylądowałam na miękkim materacu. Patrząc w wysoki sufit, wypuściłam głośno powietrze z płuc, dziękując Merlinowi za ten zaskakujący przypływ dobroci Svartura.
Jeśli nie odpocznę, to znowu zemdleje.
Napij się i nie waż się odezwać przez kolejne pięć minut — powiedział obojętnie, odwracając się do mnie. Zajął miejsce w szkarłatnym i zapewne wygodnym fotelu.
Zadowolona, podniosłam się z trudem, kierując do „mojego kąta”. Usiadłam na ziemi, wyciągając z torby wodę. Przymknęłam na chwilę oczy, oddychając spokojnie.
Rozpoczął się trzeci tydzień września, na dworze było coraz ciemniej, chłodniej i ciszej, jeśli nie liczyć silnego wiatru, targającego ogołocone gałęzie drzew. Roślinność usypiała, zwierzęta przygotowywały się na zapadnięcie w zimowy sen, cały wszechświat robił się senny, czas zwalniał i wydawałoby się, że kiedyś naprawdę się zatrzyma. Świat stawał się kolorowy, przechodził zadziwiającą transformację. Zieleń odeszła a złoto, pomarańcz i czerwień zastąpiły jej miejsce. Padający coraz częściej deszcz stał się najlepszą kołysanką dla zmęczonych umysłów. Niebo buntowało się na to wielobarwne przyjęcie przybierając ciężki, szary szal. Uwielbiałam ten kontrast, tak naprawdę kochałam wszystko, co łączyło się z jesienią. To była moja pora roku.
Lubiłam marznąć, czuć zimny wiatr wślizgujący się sprytnie pod luźne ubrania. Napajałam się muzyką wydobywającą się spod moich butów, gdy spacerowałam po opadłych liściach. Zapamiętywałam każdy zachwycający widok, każdą niebywałą barwę powstałą w efekcie ciągłego, nieuniknionego przemijania. Siadywałam nad jeziorem, zamaczałam opuszki palców w jeziorze, śmiejąc się przy tym, jak dziecko. Lubiłam ten artystyczny chłód bardziej od ciepła słońca. Gdy nikt nie patrzył, zdejmowałam trampki, by pochodzić po wilgotnej trawie — bawiłam się z mrozem. Kochałam to.
Kochałam także te niewinne gawędzenie z Charliem. Siadaliśmy przed kominkiem w Pokoju Wspólnym i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, a częściej o największych głupotach. Zamęczałam go paplaniem o sztuce, on bzdurzył o smokach. Zatruwałam mu życie eliksirami, on bombardował mnie zaklęciami. Pomagał mi w lekcjach, żartował ze mnie, choć częściej ze mną. Jego koledzy przyzwyczaili się, że część wolnego czasu Charliego należała do mnie, co niesamowicie mi odpowiadało. Lubiłam wskakiwać mu na plecy, w zadość uczynieniu za mierzwienie mi włosów. Jego przyjaźń była największym darem, jaki spadł na mnie w tamtym czasie.
Aczkolwiek Weasley był w ostatniej klasie i z dnia na dzień miał coraz mniej czasu na wspólne wygłupy. Wtedy musiałam zadowolić się samotnym spacerem po zamku, rozmową z jakimś obrazem lub nauką. Chwile rozmyślania, dręczenia umysłu, marzenia o spokojnej przyszłości.
Lekcje jak lekcje, raz bywało lepiej raz gorzej, a druga opcja szczególnie była obecna na transmutacji oraz zaklęciach. Widząc chęć pomocy ze strony nauczycieli, czułam się silniejsza, starałam się, dawałam z siebie jak najwięcej. Podczas dodatkowych zajęć nie mieli dla mnie żadnej litości, ale nie w taki sposób jak Svartur. Byli dobrzy, mili i wpierający. Nawet jeśli mi nie wychodziło, a działo się to zbyt często, nie krzywili się, nie krzyczeli. Klepali po ramieniu, mówiąc: „Coraz lepiej ci idzie”. I to działało, dawałam się na to nabrać. Przyzwyczaiłam się do myśli, że nie urodziłam się potężną czarownicą.
Prawdziwą przyjemność sprawiały mi lekcje ze Snape'em. Eliksiry były moim cudem, chwilą relaksu. Momentami uśmiechałam się pod nosem, widząc podenerwowanie, nienawiść, trzęsące się ręce uczniów. Wielokrotnie chciałam powiedzieć im, aby przestali, Snape był tylko człowiekiem, mogli spotkać o wiele gorszych osobników w przyszłości. Największy dupek Hogwartu — zaraz po Świrze — irytował mnie, obrażał, poniżał moją inteligencje, wyśmiewał umiejętności, ale nie mogłam brać go na poważnie, wiedząc, że to nieprawda. Zaledwie raz pochwalił moją miksturę, więcej nie popełnił tego grzechu. Ale ja widziałam aprobujące spojrzenia Snape'a, kiedy ukradkiem zaglądał do mego kociołka, sądząc, że nie patrzę. Zawsze był bardzo uważny, lecz ja lubiłam go obserwować. Był człowiekiem wartym głębszej analizy, podobnie jak Svartur, Charlie czy Alex, której wcale nie znałam. Spędziłam dużo czasu z Mistrzem Eliksirów, spałam z nim w jednej sypialni, zapewne byłam z nim bliżej niż niejedna osoba w tej szkole, więc z czasem jego słowa przestały mieć znaczenie.
Po lekcji zawsze wyczekiwałam rytualnego pytania: „Zajrzałaś do podręczników ojca?”. A ja odpowiadałam negatywnie, bo nie miałam na nie ciągle czasu. Intrygowało mnie to, że pomimo obustronnej antypatii potrafiliśmy ze sobą rozmawiać, za każdym razem spokojniej. Defektem coraz częstszej wymiany zdań okazały się mniej waleczne spojrzenia, może dochodziło do mnie, iż jakimś cudem staliśmy po tej samej stronie. Snape był specyficznym człowiekiem i szczerze go nie lubiłam, lecz nie mogłam się powstrzymać przed szerokim uśmiechem, ilekroć widziałam wykrzywioną w niezadowoleniu twarz Mistrza Eliksirów. Lubiłam go obserwować.
Obserwowałam także Alexandre, gdyż zazwyczaj była moją sąsiadką z ławki. Wymieniałyśmy pojedyncze zdania, nigdy nie ciągnąc się wzajemnie za języki. Miła, skryta, bojąca się ludzi i świata Alex, czasami posyłała mi lekki uśmiech, by zaraz potem odwrócić wzrok. Z początku sądziłam, że to przez nasze wspaniałe rówieśniczki z dormitorium Mistigri nie chciała nawiązać bliższego kontaktu, ale jak się okazało, dziewczyna miała je gdzieś. Potrafiła im ulec, siąść z nimi przy śniadaniu, lecz jak się okazało, nie przepadała za ich bezmózgim paplaniem. Miała inne powody, aby trzymać się ode mnie na dystans, a mnie nie dane było dowiedzieć się jakie.
Wciągnęłam głośno powietrze przez nos, wstając. Położyłam dłonie na biodrach, wyginając się do tyłu. Ziewnęłam, zmęczenie dawało o sobie znać. Marzyłam tylko o ciepłym łóżku, a wcześniej o kąpieli, ale widząc Svartura popijającego herbatę (nie miałam pojęcia, skąd ją wziął) odechciało mi się wszystkiego. Posłał mi uroczy uśmiech, unosząc lekko filiżankę.
Odpoczęła, panienka?
Powiedzmy, profesorze. — Zbliżyłam się do mężczyzny, krzyżując dłonie na piersiach.
Cudownie — opowiedział leniwie, odkładając napój na bok. Podniósł się z miejsca, przejeżdżając dłońmi po bezceremonialnie gładkiej szacie. — Uwielbiam cię zamęczać, Snape. Wiesz, o tym prawda? — Stanął naprzeciwko mnie, szepcząc: — Oboje czymś się obdarowujemy, tańczymy wokół siebie spoceni, nasze spojrzenia są połączone. To, prawie że intymne, nieprawdaż? — Wyszczerzył się, przystawiając swoją różdżkę do mojej twarzy.
Milczałam, beznamiętnie patrząc na Svartura. Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz obrzydzenia. Sprzeczanie się z szalonym człowiekiem nie miało największego sensu, a on musiał być wariatem, sadystą, psychopatą. Najgorsze było w tym, że psychopaci są niesamowicie inteligentni i empatyczni, za to brak im sumienia. Narcystyczni, impulsywni, bezduszni, nieustraszeni, utylitarni, kreatywni. Artyści umiejący zmanipulować każdego, patologiczni kłamcy, geniusze będący w stanie dokonać zbrodni idealnej. W tęczówkach Svartura widziałam bestię. Błyskotliwa, głodną bestię. Fascynujące, a jednocześnie przerażające. Przełknęłam głośno ślinę, sięgając po różdżkę.
Cii, spokojnie — mruknął, powstrzymując mnie. Splątał nasze dłonie, nie przestając się przy tym uśmiechać. Ohydne. — Już nie jestem taki jak wcześniej, już nie. Czasami za tym tęsknie, ale cóż... Lepiej być tu niż... — odchrząknął, marszcząc brwi. — Nienawidzę cię, kociaku. Tak bardzo, że nieraz mam ochotę zrobić ci potworną krzywdę, pobawić się z tobą. Nie, nie bój się. Nie myśl o tym za dużo. To nie tylko twoja wina, więc nie przejmuj się. Chce, żebyś tylko widziała, że jesteś mi skazą na honorze, tylko tyle.
Pocałował mnie w czoło, odwracając się. Wstrętne, makabryczne, koszmarne. Jego ostatni gest był gorszy od całej tej przemowy, która mimowolnie rozbrzmiewała echem w moim umyśle.
Nie może pan tak robić — powiedziałam, zaciskając dłonie w pięści.
Niewinny, wręcz czuły pocałunek. To nic wielkiego — prychnął, wsuwając dłonie do kieszeni spodni.
Nienawidzi mnie pan.
Tak — potwierdził, kiwając głowę. Nawet jeśli stał do mnie tyłem, widziałam jego twarz. Potrafiłam wyobrazić sobie minę Svartura.
I mimo to pocało...
Lubie się umartwiać, Snape — wtrącił się. — Czasami przecinam sobie opuszki palców, przypalam papierosem ciało... Tylko cii, to nasza tajemnica. — Przystawił palec do ust, puszczając oko. — Przyzwyczaiłem się do bólu, uspokaja mnie. Oczyszcza myśli. Spróbuj, na pewno ci się spodoba.
Dziękuję, nie skorzystam. To nic przyjemnego.
Zamknęłam na chwilę oczy, odrzucając obrazy sprzed miesięcy. Rozmowa z Szaleńcem dobijała mnie, zamykała. Usuwała każdą frazę z wewnętrznego słownika, wymazywała miłe uczucia, pozostawiała te najgorsze. Svartur zapoznawał mnie ze strachem i psychozą.
Dla normalnych zapewne nie. — Wyjął papierosa, wtykając jednego go do buzi. — Wracamy do lekcji. Ta będzie przyjemna, na kolejnej poznasz jedno z zaklęć niewybaczalnych...— Uniósł dłoń, uciszając mnie, kiedy próbowałam się odezwać. — ...ale przed tym popływasz w jeziorze. Poćwiczymy nad twoją kondycją. Za dużo tracimy czasu na te odpoczynki.
Jest końcówka września, zimno... I w jeziorze nie jest bezpiecznie, profesor McGonagall się na to nie zgodzi — wypaliłam, chowając się za wypowiedzianym przez siebie nazwiskiem. Profesorka na pewno nie byłaby zadowolona z faktu, że jej uczennica chlapie się w lodowatej wodzie. Gdy zamykaliśmy się w klasie, mógł robić, co chciał, ale poza nią nie miał prawa mną manipulować.
Nikt nie będzie jej o to pytał — mówił zadowolony z przymkniętymi powiekami. Wyglądał aż nazbyt rozluźnionego. — Nie masz pięciu lat, kociaku. Czasami jesteś taka naiwna i dziecinna. Krzywda ci się nie stanie, wyobraź sobie, że naprawdę nie chce cię uszkodzić.
Dopiero się uczę — warknęłam zawstydzona.
Czego? — zapytał. Pierwszy raz ujrzałam go zaskoczonego. Nie spodziewał się takiej reakcji.
Życia. Nie znam się na nim — jeszcze. Nie będę wiecznie naiwna.
Przechylił delikatnie głowę, wypuszczając dym przez nozdrza nosa.
Interesujące...
Co jest interesujące?
To.
Machnął dłonią, pokazując na mnie, po czym zaczął się śmiać. Jesień stała się od razu chłodniejsza.

***

Na Merlina! — krzyknął, odrzucając książkę na bok. Charlie głośno oddychał, przygryzając wargę.
Co jest? — zapytałam niepewnie.
Mam dość nauki, naprawdę mam dość. Do tego obowiązki prefekta i quidditch. Powiedz mi, jak niektórzy trzecioroczni mogą dalej nie pamiętać, gdzie znajduje się klasa od zaklęć? — mówił rozdrażniony, przecierając oczy. — Męczy mnie to, że wszystko, co robię kręci się wokół szkoły. Nawet latanie na miotle sprowadza się do zdobycia pucharu dla naszego domu. Przerażające...
To ostatni rok, potem już tylko będziesz zajmować się smokami. — Posłał mi lekki uśmiech, przybliżając się. — Mało sypiasz — stwierdziłam, zauważając zaczerwienione oczy Weasleya.
Tak i nie chce zapamiętać źle mojego ukochanego Hogwartu, potrzebuję... Chodźmy na spacer, co? Chwila relaksu, zapomnij o lekcjach. Jeśli zabraknie ci czasu na naukę, powiem McGonagall, że pomagałaś mi ogarnąć obowiązki prefekta. Pójdzie na to.
Kłamca.
Spryciarz — sprostował, szczerząc się.
Zamknęłam podręcznik, przeciągając się. Widząc jego spojrzenie, przewróciłam oczami, parskając śmiechem.
Już się zgodziłam, jeśli nie zauważyłeś.
Zauważyłem — przyznał szczerze. — Zanim zapytałem, zanim przerwałem ciszę, wiedziałem, że to dla mnie zrobisz.
Jesteś strasznie pewny siebie — mruknęłam, udając niezadowolenie. Położyłam głowę na jego udach, czując się przy tym niewiarygodnie swobodnie. — Fajnie, że we mnie wierzysz.
Mhm, fajnie. Chce już iść.
Westchnęłam, podnosząc się.
Nieznośny bachor.
Leniwa kujonica.
Ja NADRABIAM, Charlie — odrzekłam podirytowana. — Naprawdę, nie chce wiecznie być ostatnią w kla...
Teraz byłaś pochłonięta eliksirami, a z tego nie musisz nadganiać, co nie?
Otworzyłam usta, a zaraz potem je zamknęłam. Rudzielec był niesamowicie usatysfakcjonowany z powodu mojego milczenia. Zmrużyłam oczy, przyśpieszając kroku.
Och, zamknij się.
Nic nie mówię. — Ledwo powstrzymywał śmiech.
Kretyn. Gdzie idziemy?
Nie ważne, przed siebie. Może się zgubimy i będzie ciekawie. — Przeszczęśliwy, Krążył naokoło mnie.
Och tak, i to bardzo. Czasem jesteś przeuroczym wariatem.
Mężczyźni nie lubią, jak nazywa się ich uroczym. — Skrzywił się, uderzając mnie lekko z kuksańca.
Masz problem, słońce.
Spacerowaliśmy po zamku, śmiejąc się, obrażając nawzajem i od czasu do czasu popychając, jednak nie na tyle, by zrobić sobie krzywdę. Zrobiło mi się niedobrze, gdy Charlie zaczął wychwalać Svartura, to jak prowadził lekcje, jego charakter. Wykrzywiłam usta w sztucznym uśmiechu, ukrywając dziwaczny ból. Weasley niczego nie zauważył.
Skręcając w jeden korytarz, dostrzegliśmy dwoje ludzi: chłopaka i dziewczynę, którzy byli może troszkę zbyt blisko siebie. Całowanie, macanki...
Czy prefekt interweniuje w takich sytuacjach? — zapytałam, unosząc brwi.
Niewykluczone. Wiesz, jeśli McGonagall ich spotka, to na pewno wlepi im szlaban, już nie mówiąc o Snape'ie. Podał im hasło do łazienki prefektów.
Charlie — syknęłam, zaraz zasłaniając usta dłonią. Wybuchłabym śmiechem. — Nie o to mi chodziło.
A o co? Chyba nie chcesz im przerwać? — Zerknął na mnie, szukając odpowiedzi. — Zła kobieta z ciebie.
...nic na to nie poradzę, że nie rozumiem do końca tego wszystkiego. Nie powinno się robić tego w takich miejscach.
Dlatego chce im pomóc!
Wtedy niczego się nie nauczą, nie przeszkadza mi to, o ile wsadzają sobie języki do ust w niepublicznym miejscu — odrzekłam stanowczo, choć sytuacja mnie bawiła.
To się nazywa całowanie — tłumaczył niczym pięcioletniemu dziecku. — Jest miłe, przyjemne, wilgotne, uzależniające.
Ciebie uzależniło?
Dotyk także jest miły — zignorował moje pytanie — i oświecę cię, także zniewala ludzi. Chcesz więcej i więcej. Mięśnie brzucha napinają się, przyśpiesza oddech oraz akcja serca, zwiększa się ciśnienie krwi. To mogłoby zabić, ale jest przyjemne. — Potarmosił moje włosy, odchrząkując. — Tak to wyglądu, dzieciaku.
Masz kogoś?
Miałem. Rok temu. Nie wyszło. To nie dla mnie, wolę smoki. — Wyszczerzył się, opierając o kamienną ścianę. — A ty?
A kiedy? — pokręciłam głową, kiedy doszło do niego, o co zapytał. — Jedyni ludzie utrzymujący ze mną kontakt byli nauczycielami oraz lekarzami. Jeden z profesorów był chyba całkiem przystojny, za to w skurwysyństwie prześcignął samego Snape'a — ale nie Svartura, dokończyłam w myślach. — Wydaje mi się, że to także nie moja bajka, lecz co ja mogę wiedzieć, mam tylko prawie siedemnaście lat.
Czyli jesteś prawie dorosła tak, jak ja. Po prostu jesteśmy chorzy i kręcą nas dziwne rzeczy. Mnie wielkie jaszczury, a ciebie...
...eliksiry — dokończyłam.
Tak, to naprawdę chore. — Uniósł ręce w geście poddania, widząc mój wzrok.
Czy my wam czasem nie przeszkadzamy? — odezwał się głos z końca korytarza. Para patrzyła na nas zdegustowana.
Cholera — Charlie syknął rozbawiony.
Już po chwili biegliśmy innym korytarzem, siłą woli powstrzymując śmiech.

***

Nie mogę zasnąć, do cholery — szepnęłam do siebie, przekręcając się na drugi bok.
Za zimno, za gorąco, źle ułożona poduszka, dziewczyny zbyt głośno oddychały (rozważałam uduszenie ich), gwiazdy były za piękne, książki zbyt ciekawe. Cofanie się w przeszłość okazało się niesamowicie atrakcyjne, tęsknota łkała w kącie mojego umysłu, nie wiadomo z jakiego powodu. Potrzebowałam z kimś porozmawiać, z kimkolwiek.
Nocne konwersacje są interesujące.
Nie, nie, nie. Nie. Nie będę rozmawiać sama ze sobą, to chore. — Skrzywiłam się, zaciskając powieki.
Hmm, jak wolisz. Lepiej? — Imaginacja ukradła głos Svartura.
Na Merlina! Naprawdę? On? To lekka przesada, nie jestem aż tak zdesperowana.
Od zawsze wiedziałem, że skrycie mnie lubisz. Jesteś wariatką jak ja, lubisz mrok i psychozę. — Zaśmiał się mój umysł.
Pewnie — prychnęłam, siadając na łóżku. Przetarłam oczy, zakładając szlafrok. Mózg musiał być niesamowicie skonany, skoro chwytał się brzytwy w postaci Szaleńca.
Opuściłam cicho dormitorium, aby zaraz wymknąć się z Pokoju Wspólnego. Gruba Dama tylko pokręciła głową, lecz nie wydawała się zła. Badałam teren, szukając Filcha lub jego wstrętnego kota, ale na szczęście nie było ich w pobliżu. Ruszyłam przed siebie, wzrok wkrótce przyzwyczaił się do ciemności.
Kochałam to. Błąkanie się po Hogwarcie zawsze mnie relaksowało, a myśl, iż łamałam regulamin, dodawała dreszczyku emocji. Głośna cisza, ciepły chłód, dobrowolna samotność wśród tłumów — nieskazitelna doskonałość.
Charakterystyczne kroki Filcha sprowadziły mnie na ziemię, nawet nie wiedziałam, kiedy się zatrzymałam. Przeklęłam swoją głupotę, rozglądając się dookoła. Rzuciłam się biegiem do najbliższych drzwi, modląc się, aby pomieszanie było otwarte. Merlin nade mną czuwał! Wślizgnęłam się do środka, zamykając za sobą. Wypuściłam głośno powietrze z płuc, śmiejąc się pod nosem. Takie noce były najlepsze, wręcz genialne! Niewinna zabawa w chowanego z gburowatym woźnym najbardziej poprawiała humor.
Przetarłam kark, analizując pokój, w którym się znalazłam. Dopiero wtedy doszło do mnie, jaki był piękny.
Hebanowy sufit pokryty został namalowanymi różnobarwnymi liśćmi klonu, święcącymi niczym gwiazdy. Żyrandol okazał się wielkim żołędziem, w którym została ukryta świeczka, jarząca się słabym, złotym światłem. Ścienne obrazy przedstawiały las jak z baśni. Artysta wykorzystał chyba wszystkie możliwe odcienie zieleni, jakie istniały a niewykluczone, iż sam niektóre stworzył. Butelkowy, morski, seledynowy, szmaragdowy, turkusowy, grynszpanowy, malachitowy, oliwkowy, pistacjowy, nieokreślony numer jeden, nieokreślony numer dwa zdobiły ściany, przeplatając się z pomarańczem oraz słonecznymi promieniami. Gdzieniegdzie dało się dostrzec błękit, a nawet granat.
Zachwycona, zbliżyłam się do wielkiego dębowego stołu, zastawionego dziesiątkami porcelanowych filiżanek. Każda różniła się od siebie dosłownie wszystkim: barwą, grubością, ornamentem, kształtem, pojemnością. Ujęłam jedną delikatnie w dłonie, przyglądając się wyszukanemu wzorowi. Beżowo-kaszmirowe naczynie zdobiły zielone kwiaty, układające się w literę „S”. Uśmiechnęłam się mimowolnie, myśląc o tym, jak cudownie byłoby, napić się z właśnie tej filiżanki herbaty. Prawie umarłam z zachwytu, kiedy naczynie magicznie napełniło się bursztynowym, ciepłym płynem. Para wodna otulała mą twarz, przez ciało przeszedł przyjemny dreszcz. W herbacie dryfowała wrzosowa niezapominajka, barwiąc bursztynowy napój swoim liliowym filetem. Niepewnie zanurzyłam usta w dziwacznej cieczy, zaraz ciesząc się z faktu, iż smak idealnej herbaty się nie zmienił. Zerknęłam na inne filiżanki, która także były już napełnione i zdawało się, iż każda innym rodzajem brytyjskich ziółek. Róże, astry, barwinki, bluszczyki, fiołki, dyptamy, konwalie pływały po herbacianych jeziorach, scalając się z substancją, a przy tym uwalniając odurzający, przecudowny aromat.
Cofnęłam się kilka kroków, natrafiając udami na wysoki, skórzany zielony fotel (wcześniej go tam nie było). Zasiadłam w nim, obserwując gwiezdne listki. Przymknęłam powieki, napiłam się ponownie magicznego eliksiru. Zrobiłam się senna, lecz nie na tyle, aby oddać się w ramiona Morfeusza.
Oddychałam spokojnie, co chwilę wyczuwając nowe zapachy. Nigdy nie byłam nad morzem, ale wiedziała, że pokój wypełnił się aromatem słonej wody oraz złocistego piachu. Chwilę potem pomieszczenie woniało górami, lasem... Rzeką, jeziorem, Londynem, pustynią, salą eliksirów, czekoladą, książkami, farbami, drewnem, miodem, wiatrem, deszczem, liliami, koniczyną. Wszystko, co kochałam, mieściło się w jednej magicznej komnacie.
Niebo, Arkadia, Eden, Eldorado, Idylla, Rajski Ogród — wymieniałam szeptem, bawiąc się filiżanką, dalej analizując pojawiające się zapachy.
Zmarszczyłam brwi, wyczuwając grzyby oraz truskawki — nie przepadałam ani za jednym, ani za drugim. Zanim doszło do mnie, że ktoś drugi pojawił się w pokoju, usłyszałam lodowaty głos.
Istota... Nie umawiałem się z tobą na herbatę, Snape.

***

Będziesz milczał?
Lubię brandy, szczególnie to destylowane z wina wiśniowego. Moja matka je kochała, chyba bardziej ode mnie — powiedział beznamiętnie, wpatrując się w czerwonawy płyn.
Interesujące — skwitowałem.
Wcale nie.
Masz rację, chciałem być miły — warknąłem, uśmiechając się kpiąco. — Nie interesują mnie preferencje alkoholowe twojej matki, jak i twoje. Ciekawi mnie tylko jedna rzecz: Co ty tutaj robisz?
Odwiedzam cię, Severusie. Byłem zdziwiony, kiedy pozwoliłeś mi wejść, a gdy poczęstowałeś mnie tym wybornym napojem... prawie umarłem z zachwytu. — Wstał, unosząc lekko ręce, obrócił się wokół własnej osi. Wyglądał na zadowolonego.
Miałem cichą nadzieję, że zaraz sobie pójdziesz. Gdybym zaczął się przeciwstawiać, miałbym cię na głowie do rana.
Jestem taki przewidywalny... — mówił powoli, błądząc po salonie. Przewróciłem oczami zirytowany, krzyżując ręce na piersi.
Co cię do mnie sprowadza? — zapytałem, nie spuszczając wzroku ze Svartura.
A jak myślisz? Chyba nie twoja przeszłość. Co może mnie intrygować w życiu śmierciożercy? — Wyprostowałem się, zabijając mężczyznę wzrokiem. — Twoja teraźniejszość także mnie nie absorbuje, chociaż łączy się z tematem, który mnie tu przywiódł. Przyszłość, Severusie. Przyszłość.
Odłożył kryształowy kieliszek na niski stolik, wyjmując papierosy. Zamknął oczy, wciągając głośno powietrze.
Mój żywot cię nie dotyczy, Svartur.
Nie wiesz tego i mów mi Adham, Severusie. — Posłał mi szeroki uśmiech. — Chcę wiedzieć, co robicie z panną Snape za drzwiami twojej klasy.
Coś, czego nie możesz się spodziewać. — Zamilkłem, unosząc brwi. — Eliksiry. Co innego mielibyśmy robić? Grać w karty?
Jak dla mnie moglibyście nawet się pieprzyć, jeśli tylko byście nie rozmawiali. — Przerażająca powaga jawiła się w oczach czarodzieja, choć jego postawa była nad wyraz rozluźniona.
Nie uważasz, że to konieczne, aby nawiązywać relacje międzyludzkie?
A jakie relacje chcesz tworzyć z nią? Ucz ją tego, co musisz, resztę sobie daruj, mój drogi.
Nachyliłem się w stronę Svartura, łącząc palce pod brodą.
Adhamie, każdy chciałby mieć władze nade mną, ale nie jesteś wyjątkiem i jej nie posiadasz. Nie traktuje cię jako wroga ani za przyjaciela, jak dobrze wiesz. Jesteś mi całkiem obojętny, ale łaskawie... Zamknij się wreszcie, nienawidzę rozkazów od nic nieznaczących istot, myślących, iż są ponad wszystkimi.
Jestem królem, Snape.
Królem nieistotnych? — prychnąłem. — Masz pewien problem, coś cię dręczy.
Jak i ciebie. Przeszłość wskazała nam drogę, którą mamy podążać, ale z naszej dwójki to ty masz o wiele bardziej spieprzone życie. — Strącił popiół na dywan, odwracając się. — Król to król.
Dobranoc, Adhamie. Dzisiaj ci daruje, następnym razem będziesz to zlizywał.
Dobranoc Severusie, słodkich snów.

***

Wędrowałem hogwarckimi korytarzami, uspokajając swoje nerwy. Svartur próbował mną manipulować, byłbym głupim ślepcem, gdybym tego nie zauważył. Jego ciągłe naleganie na nieszukanie odpowiedzi wywierało odmienny skutek — cała ta sprawa bardziej nie dawała mi spokoju. Gdybym kontynuował swoje plany związane z panną Snape, to tym samym zgodziłbym się na grę mężczyzny. Jeśli przestałbym drążyć temat, Svartur także byłby usatysfakcjonowany. Sytuacja bez wyjścia, nie ważne co bym uczynił, Adham wygrywał. Faktem było, iż nauczyciel obrony był pewny, że nie znajdę rozwiązania, inaczej nie zabawiałby się ze mną. W takim razie musiałem zaskoczyć Svartura i to jak najszybciej.
Skierowałem się do Komnaty Herbat, miejsca mniej znanego niż Pokój Życzeń. Odkryłem go jeszcze za czasów szkolnych, kiedy szukałem cichego miejsca do rozmyślania. Od tamtej pory przesiadywałem w nim tak często, jak tylko mogłem. Komnata przesiąknięta była najróżniejszymi zapachami, kojącymi zmysły oraz nerwy. Pozwalała mi zagłębić się we własny umysł, analizować wszystko bez zbędnych uprzedzeń.
Znalazłem się na trzecim piętrze, rozejrzałem się czy nie ma w pobliżu Filcha, po czym wszedłem do tajemnego pokoju. Pierwsze co przykuło moją uwagę to fakt, iż mój fotel był zajęty przez kogoś, a dokładnie Istotę. Siedziała skulona, trzymając w dłoni jedną z porcelanowych filiżanek. Odetchnąłem głęboko wonią komnaty, przeklinając w duchu dziewuchę. Odwróciła się zszokowana, w końcu mnie zauważyła.
Istota... Nie umawiałem się z tobą na herbatę, Snape.
O mój Boże... — jęknęła, lecz nie ruszyła się z miejsca.
— „Panie profesorze” wystarczy. Czy chciałabyś się ze mną podzielić informacją, co robisz na trzecim piętrze w środku nocy?
Czy to konieczne? I tak odejmie mi pan punkty.
I dam szlaban — odrzekłem mściwie, zbliżając się do dziewczyny. Pojawił się drugi fotel, w którym zasiadłem.
Z panem?
Z Filchem, ja nie mam dla ciebie czasu.
W takim razie, dlaczego każe mi pan uczyć się legilimencji i oklumencji, skoro jestem dla pana profesora kłopotem? — Odłożyła naczynie na niski stolik, krzyżując ręce na piersi.
Zamilknij Snape, potem wstań i skieruj się w stronę wyjścia. — Dziewczyna z wielkim niezadowoleniem zrobiła, to co jej poleciłem. — Bardzo dobrze, teraz je otwórz i opuść pomieszczenie.
Chyba mamy problem. Drzwi nie chcą się odemknąć — powiedziała, marszcząc przy tym brwi.
Istoto, ze wszystkich ludzi w tym zamku wybrałaś sobie złą osobę do nabijana się z niej — syknąłem, przywołując do siebie jedną z filiżanek.
Nie żartuję, nie chcą się otworzyć. Niech pan sam to sprawdzi.
Wstałem, zdenerwowany podszedłem do dziewczyny, piorunując ją wzrokiem. Chwyciłem za klamkę, naciskając ją. Drzwi nie ruszyły się. Wyjąłem różdżkę, szepcząc:
Alohomora.
Nic. Naparłem na drewno ciałem, lecz było nieustępliwe. Przekląłem w myślach, zerkając na Istotę.
Musisz chcieć wyjść, Snape. Nie marnuj mojego czasu.
W tym problem, że nie chce. Dobrze mi tu. Nie zmuszę się do niechcenia, to nierealne.
Nie dyskutuj. Jeszcze chwila a załatwisz sobie trzymiesięczny szlaban. — Wróciłem na miejsce. Założyłem nogę na nogę, obserwując Istotę. — Czekam.
To wcale mi nie pomaga, tym bardziej chce zostać, by zrobić panu na złość. I obrażanie także nie pomoże. Poczekam.
Nie potrafisz trzymać języka za zębami, kiedyś przyniesie ci to wiele kłopotów. Siadaj i minus pięćdziesiąt punktów od Gryffindoru, Snape — powiedziałem z satysfakcją, upijając łyk herbaty.
Panna Snape posłusznie wykonała mój rozkaz, zajmując miejsce w fotelu. Sięgnęła niepewnie po filiżankę, chyba starając się mnie ignorować. Zazdrościłem jej tego, ja potrafiłem być obojętny na jej obecność, rozpraszała mnie. Jej oddech, spojrzenia, które rzucała w mą stronę. Mógłbym wyjść, zostawić ją za sobą, przy okazji poinformować Filcha o szlabanie dziewczyny, ale nie miałem na to ochoty i to było najgorsze.
Pragnąłem chwili odpoczynku, właśnie w tym miejscu, a Istota zepsuła mi wszystko swoją ignorancją na temat podstawowych reguł panujących w Hogwarcie. Rozeźlony, zamknąłem oczy. Moje ulubiony zapachy pojawiały się i znikały, ustępując miejsca woniom preferowanych przez Istotę. Herbata była cudowna, tak jak zawsze, a zieleń powstrzymywała mnie przez rzuceniem niewybaczalnego na pannę Snape.
Milczeliśmy oboje przez jakiś czas. Nie miałem zamiaru z nią rozmawiać, co było raczej oczywiste, widocznie nie dla dziewczyny, która postanowiła się odezwać.
Profesor Svartur chyba nie chcę byśmy, coś odkryli.
Gdyby nie ty i twój szósty zmysł nigdy bym się tego nie domyślił. Dziękuje, Snape — odpowiedziałem kąśliwie.
Ironia była tu zbędna. Denerwuje mnie po prostu to, że każdy wie więcej o mnie niż ja sama. A jestem zwyczajna, zwyczajnym bardziej być się nie da...
I to jest najciekawsze. Widocznie musisz mieć coś w sobie, w co szczerze wątpię. — Uśmiechnąłem się kwaśno, starając się nie wybuchnąć. — Każde kolejne słowo będzie cię kosztować pięć punktów.
William, mój przyjaciel — kontynuowała, całkiem ignorując moją groźbę — powiedział, że jestem Istotą Ciemności, czy jakoś tak. On jest z innego wieku, to znaczy kocha romantyzm, średniowiecze... żyje inna epoką, dlatego to określenie czuć patosem — mówiła powoli, uważając na każde wypowiedziane przez siebie słowo. W końcu nie widziała o tym, iż znałem prawdziwą naturę McBlacka. — I nie do końca wiem, o co mu chodziło.
Istota Ciemności, czyli ktoś przesiąknięty złem. Problem w tym, że ty nie wyglądasz na dziecko szatana. — Zamilkłem na chwilę, analizując jej słowa. — Dowiemy się, o co chodzi dla mojego świętego spokoju.
My? Coś jak współpraca?
Tak, idiotko. Wyobraź sobie, że także jestem w to wplątany. Nie wiem dlaczego, ale jestem. Dyrektor zataił przede mną zbyt wiele i zbyt ważnych informacji. — Szanowałem Albusa, choć doprowadzał mnie do szału. Obrażanie mężczyzny sprawiało mi wielką radość, a czasami naprawdę miałem ochotę go ukrzyżować.
Rozumiem.
Wydaje mi się, że twój wampirzy przyjaciel wie coś o tobie i twojej przeszłości. Tak, wiem, kim on jest, nie dziw się tak.
Skąd miałby mnie znać wcześniej? I jakiej przeszłości? Choroba...
A co było wcześniej? Musiało coś być, nie urodziłaś się z jedenastoma laty na karku.
...pamiętam fragmenty z dzieciństwa, nie wydaje mi się, żeby...
Nie myśl za dużo z łaski swojej i nie bądź naiwna. Kiedy będziesz mieć okazję, zapytaj go o siebie, lecz wątpię, aby coś zdradził.
Insynuuje pan, że Will coś przede mną ukrywa?
Jest wampirem, cały swój życiorys przed tobą ukrywa. Zapytaj go także o liczbę swoich ofiar, chociaż dla niego to tylko posiłki, czyż nie? — zapytałem sucho, posyłając dziewczynie wyzywające spojrzenie.
Ludzie zabijają, a nie jest im potrzebna krew do przetrwania. On jest z natury potworem, my sami siebie takimi kreujemy — odpowiedziała spokojnie, patrząc na filiżankę trzymaną w ręce.
Cóż za mądrość, panno Snape. Bronisz swojego wiernego pieska, jak cudownie — skomentowałem kpiąco. — Wydaje mi się, że teraz drzwi się otworzą.
Ma pan rację. — Wstała, podeszła do wyjścia. — Wie pan, nie nazwałabym Williama pieskiem, a raczej wściekłym wilkiem. Dobranoc.
Z uśmiechem opuściła Komnatę Herbat. Bezczelna gówniara.

***

Myślałeś o tym, aby mieć ucznia?
A nie mam? Muszę douczać wszystkich z laboratorium, to kompletni kre...
Henrich, nie o to mi chodzi, idioto. O osobistego ucznia, któremu przekażesz całą swoją wiedzę, ale nie podzielisz się nią z nikim innym.
Nie wiem, nie lubię dzieci — powiedział, marszcząc brwi.
Dało się usłyszeć kolejne wystrzały z broni. Hans przechylił głowę, obserwując już niejednokrotnie przedziurawioną tarczę.
Znowu nie trafiłem w serce, wyszedłem z wprawy.
Tak i właśnie dlatego musiałem tracić pieniądze i wynająć cały obiekt na dwie godziny. Potrafisz prosperować pieniędzmi — powiedział z udawanym zachwytem, klaszcząc w dłonie.
Jakim cudem masz celniejsze strzały, skoro jesteś w taki miejscu pierwszy raz? — Zignorował wcześniejszy komentarz przyjaciela, zerkając na niego z wyrzutem.
Mam dobre oko.
Doprawdy?
Wymierzył w Malcolma bronią, pociągając za spust. Kula minęła twarz mężczyzny zaledwie o kilka milimetrów. Brain stał w szoku, nie potrafiąc wydukać z siebie ani słowa. Hans podszedł do niego z uśmiechem, klepiąc kolegę po plecach?
Co pan wyrabia?! — wrzasnął mężczyzna, prawdopodobnie właściciel strzelnicy. — Mógł go pan zabić i niszczył pan ścianę, zadzwonię na poli...
Reparo. — Jedno machnięcie różdżki, a zaraz drugie. — Obliviate. Coś nie tak, proszę pana?
Ależ nie, proszę dalej się bawić!
Właściciel odszedł, zostawiając usatysfakcjonowanego Henricha i wściekłego Malcolma.
Ty idioto! Więcej tak nie rób, naprawdę... jesteś taki lekkomyślny.
Czego mam nie robić? Celować w ciebie czy usuwać pamięci mugolom? — Śmiał się, bawiąc bronią. Wymierzył lufą w sufit.
Jednego i drugiego, kretynie. Co mi strzeliło do głowy, aby tu za tobą przyjechać — jęknął, przecierając zmęczone oczy. Odłożył broń, usiadł na ziemi.
Pomieszczenie było niewielkie, mieściło się w nim zaledwie sześć stanowisk strzelniczych. Ściany, pomalowane na zgniły zielony oraz brudny kremowy, były ozdobione zdjęciami żołnierzy, a także ilustracjami kuso ubranych kobiet z karabinami. Pod sufitami zostały zainstalowane telewizory, skierowane w stronę dziwacznej budki, z której facet rozdawał słuchawki, broń i naboje. Drzwi wychodziły do poczekalni, wyglądem przypominającą szpital. Za szkłem gablot prezentowały się rewolwery z różnych okresów.
Hans jako wielki fan Jamesa Bonda zaczął uczęszczać na strzelnice już lata temu. Z początku czysto rekreacyjnie, jedynie po to, by poprawić sobie humor. Z czasem zaczął strzelać sportowo, aż postarał się o licencję. Malcolm często się zastanawiał, jakim cudem ją zdobył, choć odpowiedź sama się nasuwała. Mężczyzna musiał oszukać na teście psychologicznym, bez wątpienia wykorzystał do tego magię. Brain wolał o tym nie myśleć.
Henrich pozwolił zwiedzić przyjacielowi wszystkie (według Hansa) nudne muzea oraz zabytki, następnie sam przejął rolę przewodnika i zaciągnął go na strzelnice. Malcolm nie chciał wiedzieć, co znajdowało się jeszcze na liście Mistrza Eliksirów.
A wracając do tematu ucznia, to chyba się kiedyś na niego skuszę.
Naprawdę? — zapytał zszokowany Malcolm. Podniósł się, otrzepując kurz i podszedł do kolegi.
Taa... Dzieci mieć nie będę, ty jesteś mniej więcej w moim wieku, więc nie zastąpisz mnie w przyszłości, a chciałbym, aby coś po mnie zostało.
Naprawdę? — powtórzył, czując się jak kretyn.
Nie. Chce się tylko nad kimś pastwić. — Poruszył sugestywnie brwiami. — To będzie genialne. Dzięki za pomysł mam teraz cel życiowy.
Na Merlina, ty wszystko przekręcasz — westchnął, przeczesując włosy palcami.
Kiedy znajdę odpowiedniego dzieciaka, to dam ci znać — mruknął, odkładając broń.
Czekam.
Potem idziemy na kolację — wypalił.
To dobrze, jestem głodny.
Mhm — mruknął, wyglądając na zadowolonego.
Malcolm nie miał pojęcia, co siedziało w dziwnej głowie Hansa.





4 komentarze:

  1. Marikaa, u-wiel-biam <33 lekko się ciebie czyta, zawieszasz, niech będzie, co jakiś czas będę wpadać, coś sobie powtórzę może :3 pozdrawiam i życzę weny na jakiekolwiek opowiadanie. I inspiracji do rysowania, rzecz jasna.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej! Zyskałas nową, wierną czytelniczkę!!! Muszę ci powiedzieć że styl pisma masz niesamowity. Kocham postać Snape'a. Kocham też ff umieszczone w tym zakresie czasowym. A jest ich bardzo mało �� Bede się podpisywac żebyś mogla mnie wyróżnić
    -Cat-

    OdpowiedzUsuń
  3. Super uwielbiam ten blog. Błagam pisz bo nie umiem dłużej czekać ;) :*

    OdpowiedzUsuń

Layout by Alessa