czwartek, 10 września 2015

Rozdział XX

Witam! Dawno mnie nie było, czuję jak tracę czytelników. Może zacznę od tego, że jeśli nie lubicie tasiemców, długich historii to ten blog nie jest dla was. Nie chce tracić nikogo, ale wiem, iż dla niektórych 30 rozdziałów to dużo... dla mnie to początek opowiadania.
Mam nadzieję, że rozdział wam się spodoba. W głowie mam niettety teraz wiele innych rzeczy przez co to co stworzyłam może was nie zadowolić.
Przepraszam za wszelkiego rodzaju błędy, gdyż na pewno się pojawią. Rozdział niebetowany.
Dziękuję Soni za rady, których czasem nie wykorzystuje bo nie wiem jak... Dziękuję za piękny szablon. Właśnie, jak wam się podoba?
Ach, jeszcze jedno! Do tej pory reklamowałam się w grupach, ale chce usunąć się z większości. Możecie polubić mojego fp - Snape Art - lub zaobserwować bloga by wiedzieć o nowych rozdziałach. Jak kto woli.
Miłego czytania!

Ile lat minęło odkąd ostatni raz odwodziłem to przeklęte miasto... — mówił do siebie, krocząc przez zacisze Islingtonu — Side Street.
Londyn, jeden z najbardziej zanieczyszczonych oraz plugawych ośrodków Europy. Kryminaliści niższej rangi, mordercy, gwałciciele i psychopaci gnieżdżący się w stolicy Anglii niczym szczury w ścieku. Między zabytkami kultury, spadkiem historii, chlubą narodu pełzają najgorsze szumowiny, jakie świat widział. Miasto, w którym toczy się odwieczna walka o przetrwanie; niekończąca się wojna zapatrzonych w swoją mętną ścieżkę ludzi. Istoty mijają się, nie zwracając na siebie uwagi, jakby nic wokół nich nie istniało. Zapatrzeni tylko w swoje potrzeby, nie zauważają bezdomnych, których życie z pewnością jest trudniejsze, lecz jakby ciekawsze... Zagorzali patrioci, kochający królową. Uprzejmi ludzi, wykrzywiający swe usta w uśmiech, a w sercach ich skrywa się mrok. Biznesmeni w nieprzyzwoicie drogich garniturach oraz skórzanych butach, śpieszący się na spotkania, gdzie omawiano najważniejsze problemy pierwszego świata. Szara masa nieumiejąca dostrzec piękna, niewrażliwa na idealność wszechświata. Kamienne lasy, mentalne pustynie.
Czerwone autobusy, charakterystyczne taksówki, popołudniowe herbaty. Niesamowici aktorzy grający na deskach klimatycznych teatrów. Muzea, filharmonie, Big Ben, pałac Buckingham, Tower Bridge. Zbyt częsty chłodny deszcz, wyczekiwane przez wszystkich promienie słońca. Prawdziwy Londyn — szara, bezwartościowa okładka, ale bogate, lśniące wnętrze. Urokliwe szczegóły stolicy Anglii zwabiały do siebie turystów z dalekich krajów. Legendarne miasto, uwielbiane przez świat, mimo tak wielu wad.
Henrich Hans stanął przed mieszkaniem, rozglądając się dookoła. Rzędy dwupiętrowych budynków, zbudowanych z jasnej cegły, biegły przez całą długość ulicy. Znikoma ilość roślinności, urokliwe śnieżnobiałe firanki znajdujące się za szybami okien. Niewielkie balkoniki oraz ogrodzenia, pożółkłe liście zdobiące aleję. Najzwyklejsze w świecie latarnie, ceramiczne doniczki z przekwitłymi kwiatami, cichy wiatr szepczący nieznane melodie.
Mężczyzna odetchnął głęboko, wciągając londyńskie powietrze do płuc. Opuścił delikatnie powieki, oparł się o barierkę. Merlin tylko wiedział jak Hans bardzo i dlaczego kochał to miasto. Za każdym razem, kiedy Mistrz Eliksirów pojawiał się w Londynie, miał wrażenie, że staje się jedną z komórek, pomagającą żyć marmurowemu organizmowi. Czuł tętno bijące spod betonowych płyt chodnika, przez co jego serce przyśpieszało, krew krążyła szybciej w żyłach. Znajdował się w innym świecie, daleko od szmaragdowych ziem Staufen im Breisgau. Odnajdywał się w tym obcym miejscu, zmiana otoczenia pobudzała go do życia. Miasto, masa, maszyna!
Otrząsnął się, zwracając ku dębowym drzwiom z zawieszaną na nich srebrną tabliczką numeru mieszkania. Zapukał, czekając na gospodynię — panią Nisels. W gruncie rzeczy spodziewał się kogoś innego i miał nadzieję, iż się nie rozczaruje. Jak się okazało, jego przyjaciel był nad wyraz przewidywalny.
Witaj na Side Street 221b, Hans! — przywitał go Malcolm, a zaraz potem objął.
Nie widzieliśmy się zaledwie kilka godzin, jednak twoja tęsknota nawet mnie rozczula — zironizował Henrich, przekraczając próg mieszkania.
Nie dziwi cię mój widok? Nie pytasz co tu robię?
Oczekiwałem cię, Brain. Nawet liczyłem na to, że nie puścisz mnie samego. Za bardzo się o mnie martwisz, traktujesz mnie jak... — zawahał się, nie wiedząc co powiedzieć, ale zaraz kontynuował: — ...kogoś dla siebie ważnego — mówił ostrożnie, wyczekując reakcji przyjaciela, nie będąc pewnym swoich słów.
Jesteś dla mnie ważny. Irytujesz mnie, wykorzystujesz, wyżywasz się na mnie... Mógłbym wymieniać w nieskończoność, ale — zbliżył się do Hansa — ty dajesz mi też bardzo wiele, wiesz
Nie. Nie wiem, co mógłbym dać komukolwiek. — Zmarszczył brwi, zamrugał kilka razy bardzo szybko. — Ta przyjaźń... Ona jest prawdziwa?
Oczywiście, idioto! — Malcolm przetarł oczy, zastanawiając się jak rozmawiać dalej z Mistrzem Eliksirów. Nie spodziewał się takiego tematu rozmowy. — Posłuchaj... albo nie! Rozpakuj się, poznaj panią Nisels, następnie coś zjemy. Wrócimy do tego później.
Henrich nawet nie próbował ciągnąć konwersacji, wręcz przeciwnie, było mu to na rękę. Wyjął z kieszeni mały bagaż, powiększył go jednym machnięciem różdżki. Zerknął na Braina, uśmiechnął się chytrze, po czym podał mu torbę, samemu kierując się do salonu. Malcom jedynie westchnął, niczego innego nie mógł się spodziewać po przyjacielu. Zaniósł rzeczy geniusza do jego sypialni, aby zaraz potem dołączyć do niego w bawialni.
I jak ci się podoba?
Jest... ładnie. Inaczej niż u mnie — mruknął, rozsiadając się w fotelu.
Mieszkanie 221b przy Side Street należało do starszej kobiety Marion Nisels, wdowy od kilku miesięcy. Charłaczka, poślubiła czarodzieja, który dość długi czas pracował w Ministerstwie Magii, na bardzo dobrze płatnym stanowisku. Kiedy odszedł, nie musiała martwić się o pieniądze, gdyż jej skrytka w Banku Gringotta od góry do dołu zapełniona została złotymi galeonami. Jak wyznała Brainowi, wynajmowała pokoje, gdyż brakowało jej stale towarzystwa, a większość kobiet w jej wieku nie spełnia oczekiwań Marion. „One funkcjonują, nie żyją” — napisała w liście, kiedy się z nią kontaktował. Malcom nie wątpił w niezwykłe umiejętności, a raczej nieznośny charakter Henricha. Był przekonany, iż Mistrz Eliksirów dostarczy pani Nisels upragnionej rozrywki, a kiedy przyjdzie się żegnać wykopie go z domu, z westchnieniem ulgi.
Brain miał niezawodnych znajomych, zawsze potrafili znaleźć, to czego mężczyzna potrzebował w konkretnej chwili. To właśnie Stan Junge, zajmujący się dostarczaniem składników do laboratorium w PNCE, polecił mu panią Nisels i jej skromne, ale jakże przytulne mieszkanie. Dwie sypialnie, osobna kuchnia oraz salon, zawalony książkami, albumami oraz pamiątkami z lat młodości Marion. Czarno-biała tapeta całkiem nie pasowała, a nawet gryzła się z wystrojem pomieszczenia, szczególnie z dwoma fotelami, obitych w czerwony, wyblakły materiał. Brain uwielbiał takie miejsca, gdzie nawet kurz wydawał się magiczny. To właśnie różniło go od Hansa.
Dom Henricha był zimny, pozbawiony charakteru, intymności. Szare ściany, szklane meble, białe drewno. Brak kolorów, zbędnych, sentymentalnych rzeczy poustawianych na półkach, które czyniły mieszkanie przyjemniejszym.
Chyba nie sądziłeś, że będę szukać czegoś w twoim, niesmacznym stylu. Chociaż byłoby to o wiele prostsze. Zwyczajna więzienna cela na pewno by ci wystarczyła.
Merlinie, zapamiętaj ten dzień! Malcolm Brain odpysknął — mówił teatralnie, z uniesionymi dłońmi.
Robię to dość często — odrzekł z powagą w głosie.
W takim razie poćwicz, nie wychodzi ci to zbyt dobrze.
Albo mnie nie słuchasz, ten wniosek wydawałby się trafniejszy. — Skrzyżował ręce na piersi, a zaraz potem usiadł w fotelu na przeciwko przyjaciela.
Zawsze cię słucham... — powiedział z wyrzutem. — Nie patrzę na ciebie, podczas naszych rozmów zawsze wykonuję jakąś pracę, ale wychwytuje każde twoje słowo.
Zdolny jesteś.
Prawda? — Uśmiechnął się, wypinając dumnie pierś. Niczym dzieciak potrzebował uwagi oraz pochwał.
Na co nasz książę ma ochotę? — zapytał, wstając. Podwinął rękawy, skierował się do kuchni.
Nie zadawaj mi takich pytań... — szepnął do siebie, oglądając się za przyjacielem. Malcom uniósł brwi w geście zapytania, Hans potrząsnął tylko głową, co miało oznaczać „nieważne”. — Cokolwiek. Byleby przeżyć, choć i tak umieramy.
Każdego dnia...
Dzień po dniu...
Pesymistyczni z nas ludzie — zaśmiał się Brain, otwierając lodówkę.
— Realiści z nas. Realiści, mój drogi.




***


Znowu się trujesz?
Hans powoli odwrócił głowę, wpatrując się w Malcolma. Zmrużył oczy, ręka, w której trzymał papierosa zamarła mu w powietrzu. Od kilku godzin siedział na dachu budynku, nie zawracając sobie głowy mijającym czasem.
Ja tym oddycham. To perfumy pani Nisels mnie zabijały, są okropne. — Skrzywił się z obrzydzenia.
Powiedz jej to w twarz! — zaśmiał się, siadając obok Henricha. — Nie odważysz się.
Tak. Boję się kobiet, są przerażające.
...chyba żartujesz. W jakby niby sposób uprawiałeś z nimi seks, skoro tak bardzo się ich lękasz? — Zaciekawiony spojrzał na Hansa, który unikał jego spojrzenia.
Może sprecyzuje: boję się starszych kobiet.
Oj tak, one są takie straszne — zakpił, zabierając fajkę przyjacielowi. Wyrzucił ją, jednak Hans się nie sprzeciwił. — Jesteśmy w Anglii.
Zazdroszczę ci tej spostrzegawczości — powiedział z udawanym uznaniem. Malcolm przewrócił oczami.
Jesteśmy w Anglii, więc co zamierzasz? Miałeś odwiedzić swojego przyjaciela, Severusa Snape'a.
To nie będzie takie łatwe — westchnął. — Ten drań nie specjalnie za mną przepada... Nie zrozum mnie źle, można powiedzieć, że się przyjaźnimy, ale jest to znajomość oparta na rywalizacji. Zajmuje o wiele lepsze stanowisko od niego, przez co Severus... czuje się poniżony.
To znaczy, co robi?
Snape zajmuje posadę nauczyciela eliksirów w Hogwarcie. Od zawsze wiedziałem, że to masochista i sadysta w jednym! Znęca się nad nieletnimi, przy czym sam się katuje się ich głupotą. — Uśmiechnął się pod nosem, przygryzł wargę. — Wyobraź sobie co on musi czuć... Jest taki jak ja, piekielnie zdolny, błyskotliwy...
Skromny — wtrącił się Brain.
Ja przy naszych kolegach z pracy czuje się jak geniusz, wydaje mi się, że ci idioci w ogóle nie znają się na miksturach, a w rzeczywistości są niby profesjonalistami. Snape uczy dzieci. Dzieci! Durne bachory! Biedny człowiek...
Niech zmieni zajęcie, skoro jest tak dobry, jak ty...
Ja jestem lepszy — odchrząknął.
Skoro zdobył twoje uznanie — poprawił się — to nie trudno będzie mu znaleźć inną robotę.
On nie może tego zrobić.
Dlaczego?
Nie wiem.
W takim razie niech się męczy. — Zamknął oczy, przez chwilę się nie odzywał. Przyjemna cisza panowała między nimi, nie czuli się z nią niezręcznie. W końcu Malcom przemówił: — Ile się znacie? Jak się poznaliście? Gdzie?
Książkę piszesz? Moją biografię? Czuję, że to będzie bestseller. Henrich Hans - geniusz XX wieku. Nie zapomnij tylko wspomnieć o mojej wspaniałości!
Na pewno tego nie pominę, o to się nie martw. A teraz się spowiadaj.
Położył się, wpatrując w pomarańczowo-szkarłatne niebo. Lekki wiatr przeczesywał ich włosy, ostatnie promienie słońca ogrzewały ich twarze.
Spotkaliśmy się kilka temu w Aleksandrii, na zjeździe Mistrzów Eliksirów. Świętej pamięci profesor Kareem Hassen Aish miał swój wykład, a ja nie mogłem tego przegapić. Boże, jeśli istniejesz, miej w opiece tego geniusza! Albo chociaż ty Merlinie. W każdym razie tam wpadłem na Snape'a. Przeciętnie wyglądający, posępny, chamski. Ubrany na czarno, bez towarzystwa, odpychający... I chyba właśnie to skłoniło mnie, aby do niego zagadać. Jak dzieciak szukający kolegi. Chciał mnie spławić, ale sam wiesz, jestem uparty. — Malcolm pokiwał głową na znak zgody. — No właśnie. Chyba zaskoczyłem go, zapewne spodziewał się po mnie jakiegoś tępego kretyna. Zaczęliśmy rozmawiać, okazało się, że mamy wiele wspólnego. Przede wszystkim znaczny procent ludzi, których znaliśmy, nienawidził nas. Potem ze sobą korespondowaliśmy. Traktuje go jak przyjaciela i to wszystko.
Jeden taki ty to za wiele, a dwóch takich... Niech niebiosa nawet nie myślą o Aishim, a o mnie! — mówił poważnie, choć w jego głosie dało się usłyszeć rozbawienie.
Gdybym nie istniał, to twoje życie nie miałoby sensu, mój drogi. — Usiadł obejmując Malcolma. — Ale nie bój się, nie musisz być zazdrosny. Ty jesteś najlepszym przyjacielem.
    Och dziękuję za twą łaskę panie! — Śmiał się, ale zaraz potem złapał go za twarz, przyciągając do siebie. — Chwila... Wcześniej podobno nie wiedziałeś czy to prawdziwa przyjaźń. Udawałeś, idioto?
To był przejaw mojej głupoty, czasem się aktywuje. Niestety. Zapomnij o tamtym.
Dziękuję.
Za co?
Nie muszę z tobą rozmawiać o tym... tym wszystkim. — Odetchnął z ulgą.
Musimy wybrać się do księgarni, ale nie na Pokątną. — Zmienił temat. — Znam inną, lepszą. Kupimy coś w prezencie dla Snape'a, takie małe przekupstwo. Inaczej się z nim nie spotka. — Oparł głowę o ramię Braina.
Kiedy?
Za tydzień. Najpierw się troszkę pobawimy w Londynie. Kolacja? Zwiedzanie stolicy?
Brzmi jak randka — zażartował, zerkając na Hansa.
Mhm... Bez... kolacji? — wyjąkał niepewnie.
Ech, chodźmy na nią. Po prostu chodźmy.


***


Charlie był głuchy na moje słowa, nie rozumiał tego, że nic mi się nie stało. Zaraz po tym jak spadłam z miotły, zaciągnął mnie do szkoły, nie dopuszczając mnie do głosu. Uparł się, abym odwiedziła Skrzydło Szpitalne, a ja uległam, nie miałam siły na to, aby się kłócić. Madame Pomfrey przetrzymała mnie kilka godzin na obserwacji, podczas których myślałam tylko o jednym: co za obce wspomnienie nawiedziło moje myśli?
Lot na miotle, dwaj nieznani mężczyzny, szum wiatru, noc. Zielone promienie przecinające niebo, słabość, niemoc. Nie miałam pojęcia, czym było to wszystko, ale nie chciało mnie opuścić. Niczym krótki film odtwarzał się ciągle i ciągle, niepozwalający na chwilę wytchnienia. Odczuwałam niepokój. Próbowałam przebić się dalej, spróbować przypomnieć sobie ciąg dalszy, jednak niewidzialny mur blokował mnie. Z jednej strony miałam wrażenie, że to, co ukazało się w mym umyśle, nie było prawdziwe; nieprawidłowe „coś” niezgodne z moim życiem, obcy puzzel niepasujący do całej układanki. Problem w tym, iż ten nieznany demon przeszłości z pewnością był rzeczywisty, autentyczny, podobnie jak blizny zdobiące mój brzuch. Za tym wszystkim kryła się zagadka, jakaś tajemnica. Byłam niczym postacie z książek, o których czytałam — ci INNI widzieli o mnie więcej, niż ja sama o sobie. Posejdon patrzył, partia szachów rozgrywała się na jego oczach. Miałam dwa wyjścia: oszaleć lub czekać na kolejne znaki. Wybrałam drugą opcję, postanowiłam się zabawić z losem, wyjść mu naprzeciw.
Wieczorem madame Pomfrey z wielką niechęcią pozwoliła wrócić mi do Pokoju Wspólnego. Podziękowałam kobiecie za opiekę i umknęłam szybko spod jej czujnego oka, gdyż zawsze mogła zmienić zdanie.
W Hogwarcie spędziłam zaledwie kilka tygodni, jednak od pewnego czasu zaczęłam zapamiętywać wiele strategicznych ścieżek, prowadzących do moich ulubionych miejsc w szkole; tworzyłam pewnego rodzaju mapę. Znajdowałam drogi, które były rzadszym wyborem wśród uczniów w przemieszczaniu się po zamku. Zapomniane korytarze, pozbawione nieraz nawet obrazów. Puste, zakurzone ramy, stare zjedzone przez mole kotary. Nawet napotkanie ducha liczyło się z wyjątkowym szczęściem albo, w moim przypadku, nieszczęściem. Może i większość studentów przestała interesować się Mariką Snape, ale dyskomfort jaki odczuwałam mając grupę ludzi pozostał. Odcięcie się od głośnych rówieśników skutkowało także znacznym odprężeniem, oczyszczeniem myśli.
Nigdy jednak nie pomyślałam, że wybierając jedną ze swoich magicznych ścieżek, spotkam jakiegoś nauczyciela (co było dość naiwne), szczególnie jeśli nauczyciel ten mieszkał w lochach. Zatrzymałam się w półkroku, zastawiając się czy zdążę jeszcze uciec przed Snape'em, jednoczenie zadawałam sobie w myślach pytania takie jak: Zrobiłam coś złego? Pyskowałam na eliksirach lub zajęciach? Spojrzałam na niego krzywo? Byłam ubrana nieregulaminowo? Czy było już po ciszy nocnej?
Severus Snape — człowiek umiejący przyczepić się do najmniejszej pierdoły, do szczegółu, na który nikt inny nie zwróciłby uwagi. Sadysta, cham i prawdopodobnie — o ironio — geniusz. Mistrz Eliksirów okazał się być także nieraz bardzo przewidywalny. Po jednym spojrzeniu na jego ziemistą twarz można było stwierdzić czy zacznie swój nalot, potraktuje ofiarę wiązanką krytyki. Może tak wiele osób tego nie dostrzegało, gdyż bali spojrzeć mu się w czarne oczy. Ja lubiłam to robić, tęczówki Snape'a były naprawdę piękne. Artystyczna słabość do nadzwyczajnej barwy.
Panna Snape... — odezwał się, na co ja mimowolnie się wyprostowałam. — Cóż takiego zrobiłem, by spotykać panią w ten sobotni wieczór?
Tylko siebie może pan o to pytać, profesorze. — Uśmiechnęłam się. Lubiłam z nim grać. Tylko z nim potrafiłam.
Przestań, Istoto — warknął. — Zajrzałeś do podręczników ojca?
Niestety nie miałam na to czasu, każdą wolną chwilę poświęcam na naukę. Kiedy dogonię innych to...
A teraz? — przerwał mi. — Z tego, co widzę, w tej chwili nic nie robisz, a tylko błąkasz się po zamku samotnie. Niektórzy mogą pomyśleć, że bierzesz przykład z Jęczącej Marty — zakpił, lecz w jego oczach nie dostrzegłam nawet krzty rozbawienia.
Wracam ze Skrzydła Szpitalnego, profesorze — powiedziałam lakonicznie.
Ach tak, słyszałem o tym jakże nieszczęsnym wypadku, jak i o tym, że nic ci się nie stało. — Posłał mi pełne pogardy spojrzenie. — Zajmowałaś niepotrzebnie czas madame Pomfrey. Aż tak bardzo przyzwyczaiłaś się do uczucia bycia przykutą do łóżka?
Zbliżył się, nie spuszczając ze mnie wzroku. Przeklęty drań, przez ułamek sekundy zapragnęłam tego samego dla niego.
Nawet bez zaglądania w twój umysł wiem, o czym teraz myślisz. Jesteś za głośna, nie potrafisz panować nad emocjami — szepnął poirytowany, marszcząc brwi.
To, co mam w głowie, powinno zostać tajemnicą dla każdego, nikt nie ma prawa tam zaglądać. To moja prywatna sprawa, moja strefa bezpieczeństwa. Nie widzę powodów, dla których ktokolwiek kiedykolwiek chciałby dowiedzieć się, o czym myśli nikomu nieznana panna Snape. — Także ściszyłam głos. Mówiłam spokojnie, nie odsuwając się od mężczyzny.
Nie masz pojęcia, co czeka cię w przyszłości. I nie dowiesz się, chyba że wierzysz w tak niedorzeczne rzeczy, jak wróżbiarstwo. Nie jesteś tak głupia, żeby się nie domyślić, iż coś jest na rzeczy — syknął gniewnie, piorunując mnie wzrokiem. — Najpotężniejszy czarodziej naszych czasów interesuje się jakimś schorowanym bachorem? Co za brednie, nawet on nie jest tak miłosierny. Kim ty jesteś?
Tylko nie zapomnijcie się pocałować!
Nie odpowiedziałam, skierowałam swoją uwagę na Svartura. Stał oparty o ścianę z założonymi rękami, w jednej dłoni trzymał już nadgryzione jabłko. Jego mowa ciała, jak i mimika zdradzały, iż był niesamowicie z siebie zadowolony. Snape nawet nie drgnął, nie zaszczycił go spojrzeniem.
Merlinie, broń mnie. Znalazłam się między dwiema bestiami!
Cześć — przywitał się leniwie.
Rozmawialiśmy, Adhamie.
Przeszkodziłem w romansowaniu? — Udawał zmartwionego, świetnie bawił się kosztem Snape'a.
Rozmawianie, czyli wzajemna wymiana myśli za pomocą słów. Nie wydaje mi się, aby w tym opisie znajdowało się miejsce na te twoje rzekome miłostki, Svartur. Bądź tak miły i zostaw nas samych.
Ależ Severusie, bliższe kontakty z uczniami są zabronione. Kto jak to, ale po tobie bym się tego nie spodziewał. Łamanie tak podstawowych zasad! Toż to niedopuszczalne! — Pokręcił głową, udając McGonagall. Musiałam przyznać, że nieźle mu to wyszło. — Nie mam wyjścia, będę musiał porwać pannę Snape.
Odejdź. Nie każ mi wyjmować różdżki. — W końcu na niego spojrzał. Snape okazał się nad wyraz spokojny, jakby nudziła go ta sytuacja.
Svartur zaśmiał się, podchodząc do nas. Złapał mnie za brodę, unosząc ją lekko do góry.
Na pytania znajdą się i z czasem odpowiedzi. Teraz zamilczcie.
Po tych słowach odszedł, pogwizdując.
Nie bez powodu dyrektor wybrał jego na nauczyciela obrony, Snape. On jest w to zamieszany, podobnie jak ja, a nawet ten cały McBlack. A ty znajdujesz się w epicentrum wydarzeń. Zastanów się, gdybyś wtedy nie umarła w swoim łóżku czy wszystko nie byłoby łatwiejsze, hmm?
Zostawił mnie z tym pytaniem, zlewając się z ciemnością. Jak mężczyźni potrafili wszystko zepsuć.




***


Rezydencja Ulciscere została opuszczona setki lat temu. Niegdyś imponujący, śnieżnobiały pałac, otoczony labiryntem różanych krzewów. Dwie sale balowe, kilkanaście sypialni, pokaźnych rozmiarów bawialnie... Ogromny budynek przepełniony portretami członków rodu oraz wiekowymi pamiątkami rodzinnymi. Zabytkowe meble stworzone z czarnego drewna sprowadzone zostały z Niemiec, najdelikatniejsze jedwabne pościele japońskie, perskie dywany z wyszukiwanymi wzorami, krucha chińska porcelana. Znani artyście zdobili wnętrze pałacu, ozdabiając go płaskorzeźbami smoków, węży oraz wilków. Cały świat zamknięty w tym jednym, schowanym głęboko w lesie, miejscu.
Tak było kiedyś. Dom Williama teraz był niczym innym jak tylko ruiną, porzuconym rajem. Puste szare ściany, cisza i tylko echo odpowiadało na jego wołanie. Jedno skrzydło pozostało czynne, reszta poszła z zapomnienie, ich dni przeminęły. Chwasty zdobyły władzę nad ogrodami, las objął swoimi ramionami i tę część ziemi.
Mimo tego od rezydencji dalej biła niesamowita siła, szczególnie, wtedy kiedy z jej wnętrza wydobywał się subtelny dźwięk fortepianu.
Na jak długo zamierzasz zostać? — Młodszy McBlack zasiadł w fotelu, obserwując brata
Na jak najdłużej. Życie obok ojca nie należy do najprzyjemniejszych. Wieczna kontrola męczy. Staruszek nie chce, bym nie skończył tak jak... ty. — Posłał Williamowi uroczy uśmiech. Odłożył laskę na bok, przechadzając się po salonie. — Zadziwiająco tu porządnie.
Tylko tu. Reszta domu przypomina średniowieczne zamki.
Ruina?
Ruina.
Królowie byli przekonani, że ich kamienne kolosy będą stać nienaruszone przez wieki. Jakże się pomylili — mówił powoli, obserwując widok za oknem.
Wszystko przemija, Wilhelmie. Wszystko. — Przetarł, oczy wpatrując się w plecy brata. — Coś cię męczy?
Ona — odpowiedział bez zbędnych słów.
Mogłem się domyślić. Zapomnij o niej, to nie twoja sprawa. — Wstał, skierował się w stronę własnej sypialni.
William mógł rozmawiać na każdy temat, ale nie o Marice. Oczywiste było, iż starszy McBlack zrobiłby wszystko, aby przekonać Willa do zrezygnowania z tej znajomości. W najgorszym przypadku posunąłby się nawet do morderstwa; panna Snape stałaby się posiłkiem Wilhelma.
Oczywiście, że moja. Dlaczego sądzisz, że tak nie jest. Jesteś moim bratem!
Teraz sobie o tym przypomniałeś?! — wrzasnął, zatrzymując się. Nie odwrócił się w stronę swojego gościa. — Doceniam to, że chcesz ze mną zostać, że tęskniłeś. Lecz pamiętam chwilę, kiedy odszedłeś... pamiętam tamto spojrzenie... Czysta nienawiść. Proszę cię, nie mieszaj się w moje sprawy.
Nic cię z nią nie łączy, widziałeś dziewczynę raz, kiedy ją...
Nic? — wtrącił się, zerkając kontem oka na Wilhelma. — Tylko wspólne cierpienie. Oboje byliśmy w tym kręgu, oboje.
Ona cię nawet nie pamięta, zresztą była dzieckiem cud, że przeżyła! Daj już z tym spokój. Zwykły przypadek sprawił, iż ponownie się spotkaliście — odrzekł z pogardą, śmiejąc się z Williama.
Świat jest zbyt leniwy na przypadki.
Och nie bądź śmieszny! — krzyknął zirytowany, podchodząc do brata. Złapał go za ramię, odwracając w swoją stronę. — Wieczny romantyk! Wiesz, jak kończą romantycy? Źle, naprawdę bardzo źle.
Może właśnie na to liczę, nie pomyślałeś? — Wyrwał się z uścisku, cofając o kilka kroków. — Nie musi mnie pamiętać, wystarczy, że pamiętam Marikę, to wystraszone dziecko...
Chcesz być dla niej demonem stróżem, bo aniołkiem cię raczej nie można nazwać.
Nic nie mam z anioła i to dzięki Pierwszemu. Ona coś ma, czego Albus bardzo silnie pragnie, a co jeśli okaże się, że starzec się myli? — mówił z powagą, zaciskając dłonie w pięści. — Jest dla mnie ważna.
Tylko mi nie mów, że się zakochałeś. Twoje miłości zawsze zwiastowały nieszczęście.
William powstrzymał się przed uderzeniem brata. Zamknął oczy, robiąc głębokie wdechy. Słowa Wilhelma były zbyt bolesne, a młodszy z trudem ich słuchał.
Kocham Marikę taką miłością, jaką powinno się kochać taką osobę. Miłość pozbawiona pożądania, chciwości. Ona nie jest Asterią. To już się nie klasyfikuje do katastrofy, prawda? — syknął, piorunując brata spojrzeniem. Uśmiechnął się ironicznie, ukazując rząd śnieżnobiałych zębów. — Milczysz.
Brak mi słów, Williamie. Będę cię pilnował.
Nie kłopocz się.
Ależ żaden problem.
Braterska miłość to coś pięknego.
Chciałeś powiedzieć, męczącego.


***


Albusie wiesz, że Snape coś podejrzewa?
Och, oczywiście, że wiem. Severus nie jest ślepcem. Zna mnie na tyle, na ile dałem mu się poznać. Jestem pewien, iż zaraz po mojej prośbie o opiekę nad Mariką trybiki w jego mózgu zaczęły pracować na najwyższych obrotach, szukając rozwiązania. — Pokiwał głową, splatając palce na swojej piersi.
Nie martwisz się tym? — Svartur wyjął papierosa, bawiąc się nim.
Nie, nie ma potrzeby, aby zaprzątać sobie głowę Severusem. Niczego nie odkryje — odrzekł z pewnością siebie.
Skoro tak mówisz. Choć tak naprawdę nie interesuje mnie, kiedy Snape dowie się o tym wszystkim, ale chce przy tym być. Nie wygląda na wrażliwą, osobę, ale może się wzruszy? — Wyszczerzył się, rozkładając się na krześle.
To zależy od tego, jakie Los ma plany wobec panny Snape i Severusa. — Wciągnął głośnio powietrze, zerkając na Adhama. — Jak idzie Marice?
Nieudacznik — skwitował.
Liczę na ciebie, ma być coraz lepsza.
Wiem, wszystko zostaw w moich szponach — zaśmiał się, wtykając fajkę do ust.

5 komentarzy:

  1. he he 221b c:
    Rozdział naprawdę dobrze Ci wyszedł, szczególnie, że nie miałaś zbytniej ochoty na pisanie.
    Hans <3 William <3
    Dumbledore, skurwystnie xd
    Szablon piękny i przejrzysty.
    Życzę weny i chęci do pisania!
    A mi możesz życzyć poprawienia umiejętności pisania komentarzy c:

    OdpowiedzUsuń
  2. Na dzień dobry pojawia się zgrabny opis Londynu. Co ważniejsze, nie jest to ten piękny, wszystkim doskonale znany Londyn, a szara, niekolorowa rzeczywistość (fanfickowa, rzecz jasna). Od początku wiedziałam, kto będzie opowiadał o tym miejscu w taki sposób, bo przecież podesłałaś mi ten fragment. Anyway, fajnie mi się czytało ten opis. Był nietuzinkowy, inny i, wbrew pozorom, interesujący. No bo, dlaczego ten człowiek postrzega to miejsce w taki sposób? Czy centrum GB nie jest… lepsze? Dobrze poszło ci wprowadzanie, nie wiem, jakby napięcia? Na pewno budowałaś moje zainteresowanie. Chciałam pod koniec tego akapitu krzyczeć, dlaczego?! Dlaczego Londyn jest tak okrutnie opisany, tak bestialsko rozerwany ze swojej pięknej prostoty? Czym sobie zasłużył na takie postrzeganie? Cieszę się jednak, że nie opisywałaś kolejnego, pięknego miejsca wypełnionego po brzegi pięknymi, miłymi ludźmi, cudownymi budowlami, z nieskazitelną architekturą.
    Szara masa nieumiejąca dostrzec piękna, niewrażliwa na idealność wszechświata. Kamienne lasy, mentalne pustynie. A prawy w tym zdaniu jest od groma. W dwóch zdaniach. Bo tak właśnie wygląda rzeczywistość. Nie jest ani kolorowa, ani wspaniała. Dlaczego ja się rozwodzę nad sobą, a nie nad tekstem? XD
    Hans mnie mocno intryguje. Jest kimś, kogo chce się poznać, mimo jego cholernie trudnej osobowości i mimo jego paskudnego charakteru. Czy chciałabym znać go osobiście? Nie wiem, wiem natomiast, że chcę go poznawać wraz z kolejnymi rozdziałami. Jest naprawdę intrygującą postacią, nie jest blady, nie jest nijaki, a jego sposób wyrażania się, jego sposób bycia, cóż, przyciąga. Jak się okazało, to właśnie ten pan przyjechał do Londynu, to on go tak postrzegał (czy jest się czemu dziwić?). Po co tu jest? Żeby spotkać się z Severusem, który notabene niekoniecznie będzie chciał na niego patrzeć. A Hans nazywa go przyjacielem! Tacy dwaj „idioci” (brak mi lepiej określającego słowa), których nie umiem zrozumieć. Prawdopodobnie Snape również uważa Hansa za przyjaciela, ale no. To Snape. A to Hans. Omg, stracie tytanów. Nie mogę się doczekać ich spotkania!
    Przyjaciel Hansa, u którego ten się zatrzymał, jest świetny. Wiesz, że mi to mocno zalatuje relacjami Johna i Sherlocka? Oni mniej więcej tak samo wyglądali, jedyną różnicą jest to, że Hans nie jest Sherlockiem, a Malcolm… Nie wiem, bo go nie poznałam zbyt dobrze na razie.
    Ok, teraz jestem pewna, że zalatuje mi tu kurde Sherlockiem, no bo nawet starszą panią wykorzystałaś. Nigdy nie lubiłam imiona Marion, jest strasznie wkurzające. I nosiły je zawsze wkurzające postacie. Serialoholik, no. I pewnie go nie wykopie z ulgą :v.
    No i na koniec przyjemna wymiana zdań pomiędzy przyjaciółmi. Podoba mi się to mieszkanko. I TE DWA FOTELE.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejną część też znam, bo też mi podsyłałaś. Już pisałam o tym wcześniej, a nie chcę znowu wpaść w rytm pisania o samej sobie i tym, co ja sobie tam pod moją kopułą myślę. To, co istotne dla ciebie, a nie dla mnie. XD
      A, miałam wspomnieć, podoba mi się też spotkanie Severusa z Hansem. Pierwsze. Niby takie zwykłe, niby przewidywalne, ale niemniej ciekawe.
      I kolejny fragment też znam.
      Marika miała przebłysk zatuszowanego w jej świadomości wspomnienia. Co nieco wiem o dalszym przebiegu, więc ciężko mi się tutaj do tego odnieść. Co mogę pogdybać, skoro wiem, co się dzieje? XD
      Wpadka na Snape’a. Spotkanie ze Svarturem. Wiele się zadziało po wyjściu Mariki ze skrzydła. Znasz moje zdanie na ten temat. Ja tam widzę to, co powinnam widzieć. Uwaga. ŻADNEGO ROMANSU JESZCZE NIE MA.
      Z kolejnym fragmentem mnie zaskoczyłaś. Nie spodziewałam się tego, że wampirek będzie znał Marikę już wcześniej. Chyba ma mały minusik u mnie teraz, nie wiem czemu. Nadal go lubię, ale… „łączy ich wspólne cierpienie”. A ona o tym wie? Czy ich znajomość zbudowana jest na kłamstwie? Bo na to w tym momencie wychodzi. Okłamuje ją. Nie mówi prawdy. Oszukuje. Ciekawa jestem, w jaki sposób braciszek wampirka zaatakowałby Marikę.
      No i jest w końcu Albusik manipulator. Czego on chce?
      Tyle.
      Nie wiem, co więcej napisać. Mam dziwną pustkę w głowie, a komentarz dość ubogi.
      Kocham mocno, weny i tak dalej.

      Cosima,
      xx

      Usuń
  3. Hej!
    Nie wiem od czego zacząć. Może na początek powiem, że obecny szablon jest dużo lepszy. Zwłaszcza te ptaki. Są ładniejsze i jakoś bardziej tutaj pasują niż poprzednie zdjęcie.
    Pod poprzednim rozdziałem pisałaś, że masz jakiś skomplikowany plan co do bohaterów. Myślałam, że będę musiała troszkę jeszcze poczekać, a tu proszę niespodzianka. :D Nareszcie nie widać tej lekkiej monotonii, która była odczuwalna w poprzednich rozdziałach. Podoba mi się, że zaczęłaś bardziej wątki poboczne. Czytając wątek panów z Niemiec miałam wrażenie, że zamierzenie, czy też nie umieściłaś tutaj coś ala Johnlock i widzę, że nie tylko jak tak sadzę. Myślę, że to ubarwi opowiadanie. Opisy i dialogi jak zawsze trzymają poziom. Szczególnie rozmowa Snape'a z Mariką przypadła mi do gustu. Nie można też zapomnieć o scenach z Hansem, którym nie mogę nic zarzucić. Wiem, że nie dało się tu za bardzo wcisnąć wątku ślizgonek, ale mam nadzieję, że niedługo się pojawią. Chyba o niczym nie zapomniałam.
    Powodzenia życzę.
    Itrin Owens

    OdpowiedzUsuń

Layout by Alessa