środa, 5 sierpnia 2015

Rozdział XIX

Witam. Jak mnie długo nie było! Sądziłam, że w wakacje będę mieć więcej czasu na pisanie i się lekko pomyliłam. No cóż... Ale mam nadzieję, że się nie gniewacie. Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze pod ostatnim rozdziałem, postaram się na nie odpowiedzieć.
Rozdział ocenicie sami, ja nie mam na ten temat niczego do powiedzenia. Przepraszam tylko za błędy wszelkiego rodzaju, ale becie wysyłam rozdziały po wstawieniu.
Boska Komedia” pojawi się już niedługo. Trudno mi to pisać, ale nie zostawię tego projektu.
Pozdrawiam wszystkich czytelników, bez was nie byłoby bloga.
Zaprasza, do czytania!






Złoto, pomarańcz i szkarłat zniknęły. Nastał wyczekiwany mrok, Noc nadeszła, aby uśpić swoje zmęczone dzieci. Rozrzuciła błyszczące gwiazdy na atramentowym niebie, przywitała wiecznie samotny księżyc. Zaszczepiła w Bezsennych wenę, innym podarowała przepiękne sny. Zachwyciła się swoim dziełem, czuła niczym artysta malujący barwnymi farbami po śnieżnobiałym płótnie. Kiedy wykonała swoją pracę, skierowała się na Zachód, aby dogonić uciekającą miłość — Dzień.
Mężczyzna nie przepadał za miastami, nawet tak małymi i pięknymi jak Perth. Przyzwyczaił się do mieszkania w swojej opustoszałej rezydencji, schowanej głęboko w lesie, tak by żadna zabłąkana duszyczka nie mogłaby jej odnaleźć. Zieleń była jego domem, mistyczne zagajniki, urocze doliny. Poza miejscem swojej codziennej egzystencji czuł się obco, nieswojo.
Młodzieniec zatrzymał się na chwile, aby spojrzeć na ciemną rzekę Tay, przepływającą spokojnie przez miasto. Uśmiechnął się lekko, łapiąc za lodowate serce. Wzruszył go przepiękny widok wody, w której odbijał się perłowy księżyc oraz niewielkie świecące punkciki, będące gwiazdami. Lekkie fale tworzące się na wodzie przypomniały mu o morzu, które tak bardzo kochał. Wiatr gładził delikatnie jego chłodną twarz. Chłopak przymknął powieki, pozwalając sobie na chwile zapomnienia — zaraz miał zrobić coś strasznego. Znowu.
Poruszał się szybko, pokonując labirynt wiekowych, kamiennych budynków. Bajkowość byłej stolicy Szkocji, w niewielkim stopniu, przerażała go. Żył tak długo, a nadal czuł się jak dziecko, mogące się zgubić w błędnym kole życia. Nie mógł mylić koszmarów z rzeczywistością, to sprowadziłby nieszczęście. Każda wyprawa do miasta przyprawiała go o mdłości, jego zmysły nie były czujne. Sam stwarzał dla siebie niebezpieczeństwo, doskonale o tym wiedział.
Młodzieniec opuścił urokliwszą część miasta, przedostając się do ubogich dzielnic stolicy. Pomimo później godziny dostrzegł wiele nieznanych mu osób. Mijał ludzi cuchnących tanim alkoholem. Popalali śmierdzące papierosy, przeklinali oraz bluźnili. Ubrani w łachy, ledwo utrzymywali się na nogach, spojrzenia ich stały się nietrzeźwe. Wulgarne śmiechy mężczyzn były nad wyraz odpychające, wzbudzały odrazę w arystokracie. Przyśpieszył, rozglądając się dookoła, szukał swojej ofiary.
Dostrzegł niewielki budynek, pod którym zgromadziło się wiele zapijaczonych osobników. Część z nich spała, opierając się niechlujnie o ściany baru, inni popijali dalej, jakby cały świat stał się tylko zbędnym bytem, a kolejni oglądali się za tanimi kobietami. Dla chłopaka były to po prostu dziwki — każda epoka dławiła się takim plugastwem.
Wyminął grupkę marginesu społecznego, przekraczając próg baru. Muzyka pianina, szkło obijające się o inne szkło, śmiechy, rozmowy, jęki prostytutek — to wszystko dobiegło uszu mężczyzny. Zaskoczył go widok person z wyższych sfer, nie spodziewał się, szanowanych panów w tak obskurnej tawernie.
Ludzie zderzali się z nim, poczuł obcy dotyk na skórze. Skąpo ubrana kobieta, znienacka złapała go za dłoń, a jej usta znalazły się na jego szyi. Chłopak wyrwał się, odpychając nieznajomą od siebie. Spiorunował ją wzrokiem, następne odszedł w kąt lokalu. Westchnął zdegustowany, poprawiając czarną pelerynę. Nienawidził takowych miejsc, nienawidził ludzi, którzy doprowadzili się do takiego stanu, a najbardziej nienawidził żyć w świadomości, iż nie mógł im pomóc.
Otrząsnął się, głód dawał o sobie znać. Jego celem był Mark Pattkson, podstarzały kryminalista z długim stażem. Kradł, fałszował dokumenty, aż w końcu mordował oraz gwałcił. Dopuścił się wielu zbrodni, niezliczonych grzechów. Chłopak był świadkiem tego, jak Mark zabił, już wcześniej wykorzystaną seksualnie, młodą kobietę. Młodzieniec pamiętał jej puste spojrzenie, rozchylone wargi, łzy na brudnej twarzy. Rozdarte, zakrwawione ubrania, strumień krwi spływający po nogach martwej, posiniaczone ciało. Po tym wydarzeniu zaczął śledzić Pattksona, spisał go na czarną listę — Mark miał zostać jego posiłkiem.
William McBlack nie był z siebie dumny, nie kochał nieśmiertelnego życia, gardził samym sobą. Odium, które odczuwał w stosunku do szumowin z baru, było niczym przy wstręcie, jakie zaznawał, myśląc o sobie. Zabijał, aby żyć. Zwykły egoizm, strach przed końcem. Lękał się tego, co mogło go spotkać po śmierci. William sądził, iż był demonem, jednym z wytworów szatana. Nie mógł się oprzeć myśli, że został skazany na wieczną mękę, odrażający żywot żerowania na innych. Jak zwykłe zwierzę pozbawione ludzkich odruchów. Bał się odejść z tego świata, obawiał się najgorszego. Uśmiechał się każdego dnia, starał się być dobrym wampirem, ale nie ważne co robił — bestia pozostawała bestią.
McBlack usłyszał jego niski głos, dostrzegł paskudną twarz zbrodniarza. Lepkie łapy Pattksona gładził udo prostytutki, przymilającej się do niego. Arystokratą wstrząsnął nieprzyjemny dreszcz obrzydzenia. Nie rozumiał, nie chciał rozumieć. Cały świat wydawał się absurdem, chorą abstrakcją. Mówiło się, że wszystko jest dla ludzi, aczkolwiek Williamowi zdawało się, że tylko prymitywne jednostki dawały się w ciągnąć w to prostackie, nieoświecone mentalne bagno.
Opuścił bar, siadając na starych deskach, niegdyś zapewne ławce. Obserwował drzwi lokalu, czekając, aż jego ofiara postanowi wrócić do domu. Minęła godzina, przed oczami McBlacka przewinęło się wiele szarych osobowości, a każda przypominała poprzednią. Nudził już go ten widok, doprowadzał do szaleństwa. W tamtym miejscu brakowało człowieczeństwa, tylko dzikie, zwierzęce instynkty. Chciał wrócić do swojej rezydencji, by następnego dnia spotkać się ze swoją młodą przyjaciółką. Aż nazbyt chciał ją zobaczyć w tamtej chwili.
Mark Pattkson opuścił tawernę bez towarzystwa. Zadowolony mężczyzna popalał papierosa, ledwo utrzymywał się na nogach. Z kieszeni przechodzonej, skórzanej kurtki wystawała butelka polskiej wódki. William podążał za nim, widział, że Mark nie zdoła go zauważyć przez stan, w jakim się znajdował — alkohol skutecznie przytłumił jego czujność. Kiedy muzyka dobiegająca z lokalu ucichła, a na ulicy pozostali sami, McBlack przeżegnał się, kierując swój wzrok ku niebu.
Przepraszam — szepnął, rzucając się na mężczyznę.
Pattkson w pierwszej chwili nie wiedział, co się działo, krzyknął przestraszony, chcąc sięgnąć po scyzoryk schowany w bucie. Nawet gdyby mu się to udało, to na niewiele by się ten trud zdał, skoro jego przeciwnikiem był wampir. William zaciągnął ofiarę w ciemny zaułek, rzucił nią o ścianę, co skutecznie uciszyło Marka. Arystokrata przyklęknął przy zbrodniarzu, powstrzymując się przed uwolnieniem łez, nie chciał żałować tego mężczyzny — wmawiał sobie, iż to pomsta za wszystkie kobiety, które mugol zabił, zgwałcił. Złapał za krzyż, wiszący na swojej szyi, będący wiecznym towarzyszem chwalebnego eliksiru. Chwycił za rękę Pattksona, podwijając rękaw. Przystawił usta do jego szarej skóry, naznaczonej wieloma bliznami.
Przepraszam — powtórzył, łamiącym się głosem.
Wbił kły w mięso mugola, prawie dławił się krwią człowieka. Płakał i żywił się. Żałował i mścił się. Umierał duchowo i odradzał się cieleśnie. Odczuwał obrzydzenie i rozkosz.
Szkarłatna substancja spływała po brodzie Williama, przymknął oczy, pozbawiając Marka niezbędnego do życia płynu. Zachłysnął się posiłkiem, odsuwając od słabego oraz zimnego już ciała. Krew niczym alkohol odurzyła arystokratę, śmiał się do siebie, ignorując błagające spojrzenie Pattksona.
Przepraszam, przepraszam, przepraszam... — mruczał pod nosem, obejmując się ramionami. — Odejdź w pokoju, niech Pan dobrze cię osądzi...
Po raz ostatni zerknął na Marka, gładząc delikatnie jego twarz, po czym wbił zęby w tętnice mężczyzny, rozszarpując ją. Pił, tracąc kontakt z rzeczywistością. Zapomniał przez chwilę, kim był, kim chciałby być. Szaleństwo go ogarnęło, przed oczami McBlacka pojawiły się obrazy z przeszłości, imaginacje innych jego ofiar. Chciał krzyczeć, chciał umrzeć. Nienawidził siebie.
Umazany w czerwieni, wstał z ziemi, odwracając się. Gorzkie łzy mieszały się z krwią. Uderzył w pięścią w ścianę budynku. Jak po tym ataku ma żyć normalnie? Za każdym razem zadawał sobie to samo pytanie.
Mroczna, zimna noc. Prawie tak samo chłodna, jak serce mordercy pozbawiającego życia prawie niewinnego człowieka. Czy łzy wampira są tylko ułudą? — zapytał dobrze znany głos arystokracie. — Ten, który zdradził swój ród, doprowadzając do jego upadku, śmie płakać nad ciałem marnego stworzenia? Ten, który doprowadził do śmierci swoją miłość, łka nad truchłem zbrodniarza? Ten, który przez lata nosił maskę niewinności, żałuje martwego bydła? Williamie McBlack VI z rodu Ulciscere, jestem tobą rozczarowany — prychnął, pojawiając się przed młodzieńcem. — Od zawsze byłeś naiwnym chłopcem, ale teraz przechodzisz samego siebie. Przez sześć wieków zabijasz, a nadal nie możesz zaakceptować swojej natury? To źle, bardzo źle.
Co tu robisz, Wilhelmie? — William zbliżył się do brata, nie całkiem zadowolony z jego odwiedzin.
Tak mnie witasz? Nie widzieliśmy się z dobre pięćdziesiąt lat jak nie więcej. Nawet trochę się nie stęskniłeś? W końcu jako jedyny mieszkasz w naszej rezydencji, musisz czuć się samotnie.
Twoja udawana troska wręcz mnie rozczula. Mów czego ode mnie chcesz, bracie — odrzekł poważnym tonem. Starszy McBlack tylko uśmiechnął się z kpiną.
Przysłał mnie ojciec, chciał wiedzieć, jak sobie radzisz. Doszły nas słuchy, iż niektórzy czarodzieje stali ci się nader bliscy — mówił z obojętnością w głosie, nie patrząc już na Williama. Zbliżył się do trupa, popychając go delikatnie nogą. — Żywisz się takim... ohydztwem — skomentował z obrzydzeniem w głosie.
Ojciec się mnie wyrzekł, nie powinno go interesować moje przeklęte życie. W jakim celu podsyła mi swoich szpiegów? — odpowiedział, ignorując nieprzyjemną uwagę.
Pieprzony egoista — warknął. Pchnął młodszego McBlacka na ścianę, zbliżył usta do jego ucha. — Doprowadziłeś do tego, iż koniecznością stało się opuszczenie naszej arkadii, a teraz masz czelność mówić o Pierwszym z taką niechęcią? Nie ma w tobie szacunku... On dał ci życie, Williamie. — Gdy skończył, pocałował brata w policzek, następnie przystawił wilgotne wargi do jego szyi.
Co to za życie? Ja tylko egzystuje, moja dusza dawno umarła — jęknął, zasłaniając dłonią oczy.
Skąd wiesz, że w ogóle masz duszę? — zapytał, chwytając twarz młodszego w obie ręce. — Skąd masz pewność, że Bóg istnieje? Skąd czerpiesz wiarę, dlaczego płaczesz? Jak? — szepnął, opierając się o czoło Williama.
Młodszy widział w oczach mężczyzny desperację, nigdy nie widział go w takim stanie. Jak z chwili na chwilę mógł się tak zmienić. Jak długo krył w sobie żal i smutek?
Ty pytasz mnie o takie rzeczy? — zaśmiał się histerycznie, obejmując Wilhelma. — Nie potrafię odpowiedzieć na twoje pytania, nie potrafię ci pomóc. Znajdź to w sobie, bracie.
Nienawidzę cię za to, że zostawiłeś mnie samego. Nienawidzę cię, rozumiesz? — odrzekł zachrypniętym głosem, nie odrywał się od młodszego McBlacka. — Tęskniłem.
Ja też, Wilhelmie. Ja też.
Proszę, zrób coś dla mnie. Nie zbliżaj się do czarodziejów. Pamiętasz nasz los podczas Pierwszej Wojny? Kiedy nie zgodziliśmy się dołączyć do Czarnego Pana, on łapał nas, aby zrzucić na nasz ród winę za poniektóre morderstwa. Ścigali nas, ty także tam byłeś, pamiętasz? Złapali cię śmierciożercy...
I aurorzy uratowali. Dobro i zło przeplata się między sobą. W duszy każdego człowieka rozgrywa się wojna między dwoma odmiennymi biegunami, ale to od nas zależy, który z nich wygra. Czarodzieje z Zakonu Feniksa uchronili mnie przed najgorszym, jestem im za to wdzięczny. Ach, i wiesz Williamie.... nie żałuję, że tyle wycierpiałem. Gdyby nie to, nigdy bym nie poznał Panny Snape. Nasze ponowne spotkanie na mistrzostwach było wielkim szczęściem.


***


Henrich... Nie możesz przesiedzieć całego dnia na dachu...
Czego chcesz? Jestem zajęty podziwianiem widoków oraz nienawiścią do świata. — Hans nie zaszczycił mężczyzny nawet spojrzeniem.
Wracaj do środka, przez ciebie jesteśmy do tyłu z robotą — odpowiedział z lekką frustracją.
Nie potraficie zrobić kilku mikstur bez mojej pomocy? — prychnął, dalej wpatrując się w błękitne niebo.
Możliwe, że dla ciebie pięćset fiolek eliksiru wegginowego to naprawdę niewiele, jednakże nalegałbym, abyś w końcu zszedł na dół.
Malcolmie, chciałbym poinformować cię o tym, że uważam, iż moja drużyna jest gówniana i pragnę, aby zarząd płacił mi za moją ciężką pracę — zadeklarował z pełną powagą, po czym zamknął oczy.
Płacą ci...
Za mało — skomentował bez zbędnych słów.
Nie wiem, czy ktokolwiek w czterysta letniej historii naszego zakładu otrzymywał większą pensję od ciebie. Zarabiasz naprawdę duże pieniądze.
Znam swoją cenę, nie jestem przywłosowym murzynem, kochany. Ale jeśli dzisiaj pojawisz się w nocy w mojej sypialni...
Dobrze, leż tu sobie — przerwał mu pośpiesznie. — Idę po szefową, zajmie się tobą.
Ona z pewnością tak... — westchnął. Zmarszczył brwi, następnie wstał, strzepując z długiego płaszcza kurz. — Nienawidzę tej roboty.
W takim razie rzuć ją.
Kocham eliksiry, głupcze. Tutaj traktują mnie jak króla, dostaję, to czego pragnę. Mogę się rozwijać... To taka utopia, tylko za dużo tu ludzi...
Chodź już, musisz kontrolować naszą pracę. Eryk nie potrafi pokroić ogona jaszczurki bez twojej asysty. — Uśmiechnął się pobłażliwie, pocierając kark. Malcolm uspokoił się, Henrich tym razem dał się przekonać do współpracy o wiele szybciej niż zazwyczaj.
To kretyn, po cholerę trzymamy go w laboratorium i jeszcze płacimy mu za niańczenie? Szafowa ma fetysze? Sypia z nim? — Dopytywał się, nie ukrywając swojego rozbawienia.
Podobno ma talent. — Wzruszył ramionami. Odwrócił się, otwierając drzwi prowadzące do budynku.
Nie ma go, jest zbyt głupi na eliksiry. To nie miejsce dla niego. — Związał długie szpakowate włosy, targane wcześniej przez silny wiatr, koleinie wyjął z kieszeni ołówek, wtykając go za lewe ucho. — Powinien grać w quidditcha, czy inną agresywną grę. Może wtedy zaprosiliby nas na stypę, jakby umarł. Takie spotkania są zawsze zabawne. Darmowy alkohol i jedzenie, tylko się bawić.
Henrich... — Malcolm próbował się wtrącić, jednak bez skutku.
Raz lub dwa razy... albo pięć, przyszedłem bez zaproszenia na ostatnie imprezy zmarłych, do całkiem nieznanych mi osób. — Zaśmiał się, schodzą na dół. Szedł powoli, nie sprawdzając, czy jego kolega podążał za nim. Wiedział, iż tak właśnie było. — Goście ubrani w piękne kreacje, stoły zdobiły najdroższe kwiaty oraz srebra. Alkohol także nie należał do rangi niszowej, więc wypijałem zawsze kilka kieliszków. Pamiętaj, że "kilka" to pojęcie względne. — Zażartował. — Nikt z rodziny nieboszczyka nie zorientował się, że jestem obcym, mówiłem, to co każdy. "Frank był dobrym człowiekiem, tak pracowitym i uczynnym. Pamiętam, jak w przeszłości mi pomógł, jego dobre serce zapamiętam na zawsze. Jego najbliżsi muszą być wstrząśnięci". Regułka, której wyuczyłem się na pamięć, a korzystam z niej w złe dni, kiedy wyjątkowo mam dość życia. Słuchałeś mnie? — zapytał, zatrzymując się.
Tak, Hans. Słuchałem.
Niepotrzebnie — skwitował krótko, ruszając dalej.
PNCE, czyli Południowe-Niemieckie Centrum Eliksirów mieściło się w niewielkiej miejscowości Staufen im Breisgau u podnóża masywu górskiego Schwarzwaldu. Było to piękne mugolskie miasteczko, gdzie liczba ludności nie przekraczała ośmiu tysięcy. Najróżniejsze odcienie zieleni pokrywały większość terenów, a dzięki korzystnemu klimatowi lokale winnice rozkwitały. W konsekwencji powstawało wyborne wino. Charakterystyczne niemieckie kamienice zwracały uwagę turystów, jak i miejscowych — tak interesujący widok nigdy się nie nudził.
Najlepsi Mistrzowie Eliksirów w kraju dostawali propozycję dołączenia do grupy badaczy, mających za zadanie wyrabianie, jak i wynalezienie nowych mikstur. Nad wyraz utalentowani czarodzieje otrzymywali własne drużyny, którymi zarządzali oraz szkolili w trudnej sztuce ważenia mikstur. Laboratoria zostały wyposażone nie tylko w niezbędny sprzęt magiczny, ale także w najnowsze nowinki mugolskie, które mogły znacznie pomóc magom. PNCE pozwalał na potęgowanie siły rynku teutońskiego, przez co Niemcy stały się najlepszym producentem eliksirów, zaraz po Polsce i Anglii.
Henrich Hans w niezwykle młodym wieku, stał się jednym z głównych Mistrzów pracujących w PNCE. Zgłosił się sam, przez co nie wierzono w to, iż w ogóle przejdzie testy sprawdzające. Udało mu się. Od tamtego czasu jego umiejętności zaczęły proporcjonalnie wzrastać się do liczby ludzi, którzy go nienawidzili. Za genialnym umysłem, nieprzeciętną inteligencją, oraz wiedzą, szedł cięty język i niechęć do istoty ludzkiej. Hans był zamknięty w sobie, nie opowiadał o swojej przeszłości. Kwestia jego rodziny pozostała zagadką, nie sprawdzano nawet czy ukończył szkołę. Liczył się jego talent oraz zadziwiająca chęć do pracy, nawet jeśli nie raz sprawiał wielkie problemy. Nikt prócz Malcoma nie widział, co skłoniło Henricha do pracy w tak tłocznym miejscu.
Hans, czy nie chciałbyś wybrać się na urlop? Od pięciu lat nie opuściłeś ani jednego dnia pracy.
Jak to nie? Kilka razy w roku pojawiam się na konferencjach Mistrzów...
To nie są dni wolne — wtrącił się.
W takim razie masz rację, jednak w najbliższym czasie nigdzie się nie wybieram. Nie dacie sobie rady beze mnie — odrzekł z pewnością siebie.
Możliwe, ale ledwo wytrzymujesz już obecność innych ludzi. W końcu wybuchniesz i zrobisz coś głupiego, Henrich — powiedział z jawnym zaniepokojeniem. Obawiał się tego, co genialnego mogło wpaść do głowy przyjacielowi.
Hmm... Ostatnio próbowałem zablokować wszystkie wejścia do budynku, udało mi się to na kilka godzin — wyznał, śmiejąc się pod nosem. Schował ręce do kieszeni, wyprzedzając zszokowanego kolegę. — Tak, to byłem ja. Nawet nie wiesz, jak miło mi się pracowało w ciszy i spokoju. Kiedy okazało się, że poradziliście sobie z moimi zaklęciami, ukryłem się w schowku na miotły, następnie pojawiłem się po jakimś czasie, udając, że zaspałem. Nikt się nie zorientował.
Hans! Nie możesz robić takich rzeczy! Przez ciebie musieliśmy pracować w nocy, żeby ukończyć zamówienie — Malcolm mówił ze zdenerwowaniem, prawie krzyczał, choć coraz trudniej było mu ukrywać rozbawienie.
Odwrócił się, zakrywając twarz. Próbował się uspokoić. Najmniejszy chichot ze strony Braina, czy błysk w oku, który Hans dostrzegał bez problemu, stawał się aprobatą dla mężczyzny.
Nie udawaj, że ci się nie podoba. Wiem, że gdybym cię poprosił, to byś mi pomógł w całej akcji. Tylko udajesz takiego świętego.
Chyba mnie nie znasz, Henrich...
Znam, dlatego to mówię. — Spojrzał na Malcolma stanowczo. — Ogłaszam wszem wobec, że byłbyś do tego zdolny. A teraz chodź, muszę się przespać.
Miałeś pracować — westchnął zrezygnowany. Kolejny raz przegrał z przyjacielem.
Potem. — Machnął na Braina ręką, ziewając.
A co z urlopem? Nalegam, abym wyjechał na miesiąc, dał sobie przerwę.
Dobrze, niech ci będzie. Odwiedzę mojego starego znajomego, także Mistrza Eliksirów. — Drugi mężczyzna przewrócił oczami, mógł się domyślić, że Hans nie zapomni o miksturach.
Załatwię ci świstoklik. Dokąd ma cię wysłać?
Anglia. Severus Snape zapewne się za mną stęsknił.


***


W tym roku będziesz startować do drużyny? — zapytała Cath, pisząc jednocześnie esej z eliksirów.
Nie... Znowu się nie dostanę, bezsensowny trud — odpowiedziała Sonia, przygryzając wargę. Zamknęła książkę, odchylając głowę do tyłu. — Nawet nie wiesz, jak bardzo irytuje mnie fakt, że członkowie naszego składu quidditcha są tak ograniczeni. Jestem dziewczyną, ale to nie jest powód, dla którego miałabym być rzekomo gorsza. 
Mnie tego nie musisz tłumaczyć. Wiem, że ćwiczysz od lat z przyjacielem ojca. Jest z Rosji, prawda? Cholernie daleko, ciekawe jak tam jest.
Tak, chociaż od niedawna zamieszkał w Anglii na stałe. Nie wydaje mi się, żeby było za czym tęsknić. — Uśmiechnęła się słabo. — Kraj ma wspaniałą historię, potężnych czarodziejów, ale zadziwiająco mocno władza mugolska wpływa na psychikę czarodziejów. Reżim i te sprawy, my tego nie znamy i mam nadzieję, nie poznamy. — Otworzyła na nowo podręcznik, wzdychając cicho. — Powiedz mi, jakie masz plany w stosunku do Snape.
Nie wiem, jednak nie chce tego tak zostawić. Johan na mnie liczy, Sonia. — Happienise przerwała pisanie, zacisnęła dłonie w pięści. — Marika Snape nie jest nikim ważnym, aby Dumbledore stawiał ją na piedestale. Jest taka jak ja czy ty, a może nawet gorsza. Skoro ona dostała się w tym wieku do Hogwartu, to i Johan dostanie drugą szansę.
Cath, nie ma lekarstwa na... — zaczęła, ale widząc wściekły wzrok przyjaciółki, przerwała.
Wiem, ale... Ale chce, żeby chociaż zobaczył szkołę. Obiecałam mu tak wiele rzeczy, większości nie będę w stanie spełnić, a pobyt w zamku mógłby mu wszystko wynagrodzić.
Sonia zbliżyła się do Catherine, obejmując ją. Carter wiedziała, jak dziewczyna kochała swojego brata, była świadoma tego, iż Happienise nie cofnie się przed niczym, aby uszczęśliwić Johana.
Zrobię wszystko, aby ci pomóc. Nawet będę prześladować tę całą Marikę, choć wiesz, że nie przepadam za znęcaniem się nad innymi. — Posłała Cath ciepły uśmiech, trzymając dłoń Ślizgonki.
Ja także nie... Po prostu, kiedy ją widzę, szlag mnie trafia. Spróbuję się ogarnąć, choć nie wiem, jak to będzie. Znasz mnie. — Przetarła oczy, opierając czoło o ramię Sonii. — Zresztą obiecałam jej, że nauczę ją sarkazmu.
Ech, ty i te twoje obietnice — skomentowałam, przewracając oczami. — Chętnie na to popatrzę.
W takim razie miłej zabawy, Sonia.


*
Cath, Cath! — wołał chłopiec, biegnąc do ogrodu.
Co się stało, Johanie? — zapytała dziewczyna, uśmiechając się do braciszka.
Kochała go jak nikogo innego na świecie, próbowała podarować mu tyle miłości, aby nie zauważył krzywych spojrzeń rodziców.
Chyba udało mi się unieść kubek! Chyba czarowałem, Cath! Chyba jestem czarodziejem! — Sześciolatek śmiał się i skakał dookoła siostry, nie mogąc ukryć swojej radości. Czarownica wiedziała, że to o czym opowiadał brat, było niemożliwe. Jego charłactwo wykryto już dawno temu. — Kiedyś tak jak ty będę w Hogwarcie, na pewno!
W to nie wątpię, kochanie. — Przytuliła brata, próbując ukryć łzy. Nie mogła patrzeć na jego szczęście, skoro wiedziała, że w ciągu najbliższych lat straci chęć do istnienia.
Urodzenie się bez magii w czystokrwistej rodzinie nie było niczym przyjemnym, skutecznie rujnowało życie z roku na rok. Z początku rodzice Cath oraz Johana nie wierzyli w słowa medyków, wychowywali syna podobnie jak córkę. Z czasem jednak zaczęli dostrzegać braki u chłopca, których nie byli w stanie naprawić. Uśmiechy państwa Happienise zanikały, a ich miejsca zajęły spojrzenia pełne rozczarowania. Zaczęli ignorować syna, a Cath stała się ich priorytetem, oczkiem w głowie. Rozpieszczali „godnego ich potomka”, poświęcali każdą chwilę, a chłopiec musiał dorastać w tak okrutnej rzeczywistości. Wiele zaprzyjaźnionych rodzin nie miało pojęcia o istnieniu Johana, który w końcu zamienił się w mentalnego ducha przemierzającego rezydencję. Jego przyjaciółką stała się nianią, towarzysząca mu od maleńkości. Miejsce rodziców zajęła, starsza o sześć lat, Catherine, pragnąca szczęścia swojego brata. Chciała poświęcić mu swoje życie.
Będę dużo czarował, Cath! Będę ćwiczył i stanę się najlepszym czarodziejem jak tata. Będzie ze mnie dumny. I mama też. Pochwalą mnie i pobawią się ze mną. Tak będzie — mówił z przekonaniem, patrząc w ciemne niebo. Opierał się o siostrę, bawiąc się patykiem, służącym mu za różdżkę.
Myślę, że masz rację, kochanie. Chciałabym, żeby tak było — szepnęła, całując malca w głowę.
Wyczaruje patronusa, prawda? Na pewno tak. I będzie nim lew albo wilk! Będzie tak drapieżny, jak ja! — zaśmiałaś się, a zaraz potem ziewnął.
To bardzo zaawansowana magia, Johan, wiesz? Ale pamiętaj, że takie patronusy są z nami zawsze, tylko musimy je zauważyć. Świecące gwiazdy nad nami nigdy nie gasną i chronią nas przed mrokiem. Patronusem jest także słońce, pozwalające nam żyć. Ogień ocieplający nas w chłodne dni. Świetliki, które udowadniają, że także przyroda jest magiczna. Naprawdę, one są wszędzie.
Cath, ty jesteś moim patronusem — wyznał, przytulając się do siostry.
A ty, Johan, moim życiem.



***
 

 Droga Alexandro,
Wybacz, że wcześniej nie otrzymałaś od nas prezentu, przepraszamy, iż nie pojawiliśmy się na twoich urodzinach. Nasz wyjazd za granicę się znacznie przedłużył, dopiero teraz znaleźliśmy czas na odezwanie się. Jest nam z tego powodu bardzo przykro. Mimo wszystko składamy ci najserdeczniejsze życzenia. Ucz się pilnie, abyś w przyszłości mogła zająć jedno ze stanowisk w Ministerstwie Magii.
Pozdrawiają,
Elizabeth i Lexander Mistigri
P.S. Mamy nadzieję, że podarunek ci się spodoba.


Dziewczyna uśmiechnęła się słabo, odrzucając na bok list. W niedalekiej przyszłości miała zamiar go spalić — wiadomości od rodziców zawsze okazywały się nic niewartościowymi kawałkami pergaminu, zmarnowanymi na zapisanie kilku bezuczuciowych zdań. Chwyciła za książkę, będącą prezentem od matki i ojca.
Prawo świata magii autorstwa Beatrycze Merphs okazało się kolejną, nudną lekturą, której dziewczyna nie miała zamiaru czytać. Opiekunowie wymuszali na Alexandrze wertowanie literatur przeznaczonych dla osób zdecydowanie starszych, którzy interesowali się Ministerstwem Magii oraz sprawami z nim związanymi. Jeszcze przed urodzeniem panny Mistigri jej rodzice wiedzieli czym ta będzie zajmować się w przyszłości; zaplanowali życie Alex krok po kroku, zapominając o tym, iż dziewczyna jest żywą istotą posiadającą uczucia. Wychowywano ją na młodą arystokratkę, wpajano Alexandrze odpowiednie — w ich mniemaniu — poglądy polityczne, potrafili podarować wszystko, tylko nie czas, który dla dziewczynki okazał się najważniejszy.
Mistrigri nieraz patrzyła na rodziców znikających w zielonych płomieniach, zastanawiając się, kiedy wrócą. Musiała dorastać bez miłości z ich strony, jedynie z nianią przy boku. W końcu jej uśmiech zniknął na dobre, straciła nadzieję. Różniła się od swoich rówieśników, dorosła zbyt szybko. Każdy dzień Alex wyglądał tak samo: poranna nauka, szermierka, jazda konna, nauka, ważenie eliksirów, wieczorna nauka. Dusiła się w swojej wielkiej rezydencji, chciała uciec z domu, który blokował jej duchowy rozwój.
Hogwart okazał się ratunkiem, wybawieniem. W końcu odnalazła szczęście, potrafiła dostrzec piękno nawet w codziennych czynnościach. Pokochała słońce oraz wiatr, odnalazła swoje powołanie w śpiewaniu. Brakowało jej tylko przyjaciół, ale nie śmiała prosić Boga o więcej. Liczyła, iż w końcu sami pojawią się na je drodze. Znowu.


Kochana Alex,
Pamiętasz, jak na moje urodziny podarowałaś mi sweter? Śmieszyło mnie to, choć nie wiedziałam dlaczego. Racze dziewczynki z bogatego domu — wiem, że nienawidzisz tego określenia — dzielą się jakimiś cennymi kamieniami, winami i innymi, w gruncie rzeczy, mało wartościowymi upominkami. Nawet nie wiesz, jak ucieszyłam się z twojego zaskakującego prezentu! Sweter jest cieplutki, wszędzie go ze sobą zabieram. Przypomina mi o tobie oraz naszych jedynych, wspólnie spędzonych wakacjach. Mam nadzieję, że spotkamy się znowu, kochana!
Chce, abyś także o mnie nie zapomniała, więc przysyłam ci szalik. Już możesz się śmiać!
Kocham cię,
Twoja Clara
P.S. Tęsknię za twoim głosem.
Przykro mi, że już nigdy go nie usłyszysz, Claro. Tak bardzo żałuję... — mówiła do siebie, łkając.
Alexandra Mistigri chwyciła za szalik, owijając go wokół szyi. Była to jedyna pamiątka, po już zmarłej przyjaciółce.




***


I co, przespałeś się z nią, Werinnghton? — zapytał Alexandra jeden ze Ślizgonów, śmiejąc się głupawo.
Nie — odrzekł, nie patrząc na kolegę. Rozciągnął się, zamykając oczy. Chłopak był zmęczony kretynizmem swoich współlokatorów.
Jak to nie?! — krzyknął drugi, co rozdrażniło Alexa. — To jedna z najlepszych lasek w szkole, drugiej takiej nie znajdziesz.
Szmata to szmata. Wystarczyły trzy dni, a zgodziła się na pieprzenie ze mną. Nie sypiam, z kim popadnie. Skoro nie szanuje siebie, ja także nie będę jej szanować, ale także nie dotknę. Ubrudziłbym się — warknął z odrazą, odwracając się plecami do Christiana.
Jesteś wybredny, Alex. Ja bym na takie pierdoły nawet nie patrzył. Skoro się zgodziła, to mogłeś ją tylko wykorzystać, zawsze tak robisz — skomentował Ślizgon, rozsiadając się w fotelu. Obserwował Werinnghtona leżącego na kanapie.
Tak, mógłbym i co? Czy dałoby mi to satysfakcję, skoro wyraźnie miała chcicę? Nie. Nie zraniłbym jej. Szczerze powiedziawszy, to ja stałbym się jej zabawką — wyjaśnił chłopak zmęczonym głosem. — Nie myślisz zbyt często, prawda?
Zamknij się — syknął — zawsze zastanawiało mnie, jakim prawem wywyższasz się, skoro nasze statusy nie różnią się niczym od siebie.
Ponieważ mogę, mam do tego prawo a wy mi na to pozwalacie — zaśmiał się, na co Christian spiorunował go wzrokiem. — W starożytności ludzie wybierali wśród siebie najsilniejszego osobnika, któremu mogli służyć za zapewnienie ochrony. Nawet nie wiecie, że wasze prymitywne umysły działają w podobny sposób. Podświadomie wybraliście sobie moją osobę na przywódcę.
Powiedziawszy to, wstał, obejmując wzrokiem cały Pokój Wspólny. Dobrze wiedział, iż inni członkowie domu węża przysłuchiwali się tej rozmowie. Co najlepsze nikt nie był na tyle głupi, aby zaprzeczyć. Alexander posłał kolegom słodki uśmiech, następie skierował się do dormitorium. Rzucił się na łóżko, chwytając za paczkę papierosów schowaną pod poduszką. Zaciągnął się trującym dymem, przymykając powieki. Westchnął znudzony, myśląc nad tym, kiedy w jego życiu pojawi się w końcu osoba, mogąca go zabawić.


*


Tato, ona jest zła! Uwierz mi, ona jest diabłem! — krzyczał, trzymając się drobnymi dłońmi ojca. Łkał, modląc się. Pragnął, by rodzic mu uwierzył.
Przestań! Wiem, że jej nie lubisz i wolisz mamę, ale nie możesz oskarżać jej o takie rzeczy. Kto ci w ogóle o nich opowiedział, ktoś zmusił cię do kłamania?
Nie... Tato, ja mówię prawdę. Ona mnie dotyka, przychodzi w nocy i...
Zamknij się! — wrzasnął, łapiąc za kruche, roztrzęsione ciało syna. — Zabraniam ci tak mówić! Nie możesz opowiadać takich kłamstw, Alex!
Macocha jest zła! Zobaczysz sam, na pewno się przekonasz! — Płakał, dławiąc się łzami. W końcu odważył się powiedzieć się ojcu, o tym, jak Margaret go traktowała, a ten stanął po jej stronie.
Marsz do swojego pokoju, masz zakaz opuszczania go przez najbliższe kilka godzin! — Pchnął chłopaka w stronę schodów.
Młody Werinnghton udał się na górę. Zamknął się w swojej sypialni, głośno trzaskając drzwiami. Pogrążony w rozpaczy i beznadziei, rzucił się na łóżko, nie mogąc opanować łkania. Tak bardzo liczył na ojca, a ten go zawiódł. Obawiał się tego, aczkolwiek wierzył w Roberta. Zawiódł się na jedynej osobie, której w tamtej chwili mógł zaufać.
Margaret poleciła mu o niczym nie mówić, nie pozwoliła ujawnić tego, jak zakradała się nocami do pokoju chłopaka... Kazała mu się rozbierać, dotykać, aż w końcu sama „pieściła” jego małe, młode ciało. Nienawidził się, tak samo, jak tej przeklętej szarlatanki. Marzył o jej rychłej śmierci, śnił o jej torturach. Był tylko dzieckiem, a doświadczył czegoś, co zmieniło jego patrzenie na rzeczywistość. Gardził kobietami, uważał jej za istoty niższego stanu; porównywał do zwierząt. Świat poszedł w złym kierunku, płeć żeńska nie powinna otrzymać praw, to tylko niewolnice!
Rzucił złotym zegarkiem, będącym podarunkiem od ojca, w lustro.
Zemszczę się... — mruknął do siebie, wycierając brudną twarz.
Dwunastoletni Alexander przestał wierzyć w ludzi.


***


Słowa Snape'a podziałały na Gryfonów uciszająco i to dosłownie. Nie wiem, jakiej reakcji spodziewałam się po lwach, ale wokół mnie zrobiło się jakby spokojniej. Nie wpatrywali się we mnie, nie rozmawiali o mnie. Mijali, jakbym nie istniała, stałam się jednym z duchów i o dziwo nie przeszkadzało mi to. W końcu mogłam podążać swoją drogą, nie martwiąc się, że tłum ludzi czeka tylko na moje potknięcie. Nie obwiniałam Gryfonów, rozumiałam. Byłam wdzięczna, że wybrali właśnie takie rozwiązanie, że nie stałam się ich zabawką od znęcania się.
Charlie został przy mnie. Słyszał od innych, o tym, co Snape zrobił podczas eliksirów, aczkolwiek zignorował wszystko, mówiąc, że stary szaleniec miał czasem dni dobroci. Dziękowałam Merlinowi za takiego przyjaciela, nie każdy mógł pochwalić się tak drogocenną osobą w swoim życiu.
Dni mijały powoli, lekcje dłużyły się, a czas wolny uciekał zadziwiająco szybko. Skupiłam się na nauce, która z godzinę na godzinę zaczynała mnie nużyć. Chciałam wiedzieć jak najwięcej o świecie magii, ale zamknięcie się wśród podręczników nie zaspokajało mojej ciekawości. Masa materiału z każdego przedmiotu przytłaczała mnie. Ledwo znajdowałam chwilę na wertowanie lektur od ojca, już nie mówiąc o bliższym zapóźnianiu się z tematem kręgów transmutacyjnych. Książka zakupiona w Hogsmeade nie została nawet otworzona, co doprowadzało mnie do szału. Farby oraz płótna czekały ponownie na swoje dni chwały, a kiedyś nieprzespane noce, stały się odległym wspomnieniem.
Nauka w domu różniła się od uczęszczania do Hogwartu — przekonałam się o tym na własnej skórze. Nadal nieprzyzwyczajona do szkolnej rzeczywistości, starałam się nie zostawać w tyle, nawet jeśli już musiałam gonić resztę uczniów.
Minęły niecałe dwa tygodnie. Przez ten czas kilka razy stanęłam twarzą w twarz ze Svarturem oraz Snape'em, ale obaj wydawali się obojętni; moja osoba ich nie interesowała. Lekcje z nimi przebiegały podobnie jak z innymi nauczycielami, a zajęcia dodatkowe okazały się nawet pożytecznie spędzonym czasem. Oczywiście nie wierzyłam w ich nagłą przemianę, a na pewno nie profesora obrony. Szaleńcy mają to do siebie, że są nieprzewidywalni, nigdy nie można być pewnym, co siedzi w umyśle wariata. A każde spojrzenie Svartura rzucone na mnie, wszelakie uśmiechy mówiły mi, że ten człowiek coś planował.
Podczas drugiej soboty września rozpoczęły się eliminacje do drużyny quidditcha. Niesamowicie podekscytowana, spacerowałam z Charliem przez błonia, kierując się na boisko. Pole przeznaczone do gry było zdecydowanie mniejsze niż to, które miałam okazje widzieć na Mistrzostwach Świata, aczkolwiek to w Hogwarcie podobało mi się o wiele bardziej. Przystrojone widownie barwami oraz godłami czterech domów szkoły, dodawały uroku i jakby wewnętrznej siły. Uśmiech pojawił się na mojej twarzy mimowolnie.
Chcesz polatać, zanim reszta się zjawi?
Nie wiem, czy to najlepszy pomysł, jeszcze nie ćwiczyłam z profesor Hooch... — odpowiedziałam niepewnie, zaraz kontynuując, widząc spojrzenie Weasleya: — Ale niech ci będzie. Jeśli spadnę i się połamię to twoja wina.
Jeśli spadniesz i się połamiesz, to w Skrzydle Szpitalnym madame Pomfrey naprawi cię w kilka minut. — Mrugnął do mnie, na co wywróciłam oczami.
Wiesz, że nie jestem rzeczą, prawda?
Wiesz, że w świecie magii takie urazy nie są specjalnie groźne?
Tak, jestem tego świadoma, aczkolwiek jeśli nieszczęśliwie zsunę się z miotły i zabiję, to co wtedy? Żaden eliksir mi nie pomoże.
Na Merlina, masz rację! — zaśmiał się, rzucając bluzę na bok. — W takim razie postarajmy się, abyś wróciła do swoich lekcji cała i zdrowa.
Kiedyś oberwiesz za to nabijanie się z mojej pilności, Charlie. Zobaczysz!
Jak na razie chcę zobaczyć, jak wskakujesz na miotłę, młoda. No jazda.
Świat jest piękny, bo już dawno nie oberwałeś ode mnie, co nie? — prychnęłam, a uśmiech nie znikał z mojej twarzy. — Ach i ten... żadnego pokazu? Od razu na żywioł?
Tak będzie najlepiej, pierwszoroczni także uczą się w taki sposób.
Skoro tak mówisz. — Wzruszyłam ramionami, chwytając za dębową rączkę. — Co mam robić?
Przede wszystkim odłóż ją z powrotem na ziemię — zmarszczyłam brwi, nie wiedząc, o co chodzi — stań przy niej i krzyknij „Do mnie!”
Westchnęłam tylko, wykonując jego polecenia. Wyciągnęłam dłoń nad magicznym artefaktem, następnie stanowczo odrzekłam:
Do mnie!
Miotła uniosła się, ale nie na tyle, abym mogła ją złapać. Opadła na ziemie, turlając się.
Jeszcze raz — powiedział.
Do mnie!
Tym razem się udało, złapałam za drewno, szczerząc się do Charliego. Pokiwał głową z uznaniem, po czym potarmosił mnie po włosach. Syknęłam na niego niebezpiecznie, na co Weasley jedynie prychnął. Trudno było się na niego gniewać.
Chłopak pokazał mi tylko jak dosiąść oraz chwycić miotłę, poprawił moją pozycję.
Odbijesz się nogami od podłoża, spróbujesz utrzymać równowagę. Jeśli poczujesz się pewnie, to polataj, tylko nie za wysoko. Ale nie zmuszaj się... Nauczysz się z czasem.
Pewnie, tylko asekuruj mnie, Charlie. Inaczej naślę na ciebie Snape'a. — Uniosłam brwi wyzywająco.
To poważna groźba, Snape jest nieobliczalny — mówił z pewną powagą, położył rękę na sercu. — W takim razie nie ma bata, muszę zrezygnować z prostackiego żartu i zostanę z tobą.
Musisz.
Odepchnęłam się mocno, unosząc się w powietrzu. W pierwszej chwili zamknęłam oczy, przeraziła mnie perspektywa wiszenia w powietrzu. Usłyszałam kilka pocieszających słów od przyjaciela, więc odważyłam się na uniesienie powiek. Okazało się, że znalazłam się o wiele wyżej, niż się spodziewałam na początku. Zdałam sobie też sprawę z tego, iż boję się wysokości. Oddychałam szybko i naprawdę chciałam znaleźć się na ziemi, ale jeszcze bardziej pragnęłam wznieść się wyżej. Sama siebie mogłam doprowadzić do zawału, ale to dziwne uczucie było nieobliczalnie wspaniałe. Zimny wiatr gładził moją twarz, szumiał w uszach, kiedy ruszyłam do przodu. Włosy tańczyły radośnie przed moimi oczami, nogi podświadomie szukały podłoża.
Przyśpieszyłam, śmiejąc się. Serce waliło mi jak oszalałe, naprawdę się bałam, ale nie chciałam z tego zrezygnować, w końcu dowiedziałam się, jak wspaniałe jest latanie. Niczym ptak szybowałam na boiskiem, mrużąc załzawione oczy.
Marika, wszystko dobrze? — zapytał Charlie.
Marika, wszystko dobrze... Michel, gonią nas? — nieznajomy głos zapytał obcego mężczyznę, podążającego za nami.
Tak, uważaj do cholery! Musimy opuścić tą strefę, inaczej się nie teleportujemy! Schyl się, dogonili nas!
Osłaniaj nas... Drętwota! Cholerni śmierciożercy... Michel powiedz Al...
Ej, dziewczyno! Głupia jesteś?! Spadłaś z miotły, dobrze, że nie byłaś za wysoko, mogłem cię złapać! — krzyczał zdenerwowany, podtrzymując mnie. — Co ci się stało?
Wiesz, chciałabym to wiedzieć.
Moje życie było przeklęte.











17 komentarzy:

  1. aż głupio się przyznać, że nie lubię pottera :D świetnie piszesz i jest to kurna wreszcie poprawne stylistycznie i dopracowane! widać ile wkładasz w to pracy i bardzo bardzo cię za to szanuję :) powodzenia :) http://zakochanymol.blogspot.com/2015/08/skalny-kwiat.html#comments

    OdpowiedzUsuń
  2. Może i mój komentarz będzie dla ciebie bezwartościowy, ale chciałam zaznaczyć, że jestem tutaj, czytam to i uważam, że piszesz bardzo dobrze. Musisz tylko nauczyć się popełniać jak najmniej błędów, bo co do samej treści to nie ma się czego czepiać. Po prostu uwielbiam czytać Zieleń. Dziękuję za nowy rozdział i czekam na kolejny.
    <3
    ~ kittie

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniały rozdział, uwielbiam czytać twoją piękną twórczość.
    Jak zawsze ciekawe i wciągające opisy, oby tak dalej ;)
    Podobają mi się nowi bohaterowie, a szczególnie William i Alexander :3
    Z niecierpliwością czekam na kolejny niesamowity rozdział :^
    Pozdrawiam i niech wena nigdy cię nie opuszcza!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow, potrafisz trzymać w napięciu, nardzo dobrze piszesz , jestem ciekawa co dalej ^^
    Zapraszam też na moje opowisdanie, mam nadzieję, że przeczytasz i skomentujesz:)
    www.tatarak-w-chinach.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Fragment Willa był magiczny! Kocham Twoje ciągłe wstawki o Polsce, są bardzo zgrabnie zlane z tekstem i jakoś tak człowiek się lepiej czuje, jak widzi w opowiadaniu swój kraj, nawet jeśli to jest jedynie „polska wódka” :D
    Ponowne spotkanie? Coś przegapiłam? Nie? :C Jestem ciekawa jak rozwiniesz wątek Willa bo to taki śmieszek, że mówi że ma eliksir a i tak poluje hoho.
    Albo jest naprawdę późno a ja nie ogarniam tego wątku. Bardzo prawdopodobne.
    Zostałam fanką Hansa! Kocham takich bohaterów. Ahh, spotkanie jego ze Snapem będzie moim ulubionym fragmentem!
    Och, bardzo smutna ta historia Cath. Trochę spraw wyjaśnia. Może akurat okaże się, że Johan jest czarodziejem? W końcu Nevilla też uważali za charłaka przez dłuższy czas...
    Tak właściwie to ten rozdział jest strasznie przybijający. Kojarzy mi się z tą piosenką „Everybody hurts” R.E.M. Każdy bohater ma tak naprawdę za sobą jakąś ciężką historię i skutkuje to potem takim a nie innym zachowaniem.
    No i w końcu Marika. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że dogaduje się z Charliem. Ta lekcja latania i dziwna sytuacja na końcu... no cóż, musimy poczekać na następny rozdział, a szkoda bo ciekawość mnie zżera!
    Pozdrawiam bardzo :)
    Mistic [getting-rid-of-feelings.blogspot.com]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kocham Polskę, więc Polska musi być! Fabuła mojej przyszłej powieści rozgrywać się będzie właśnie na terenie Polski.
      Poluje, bo eliksir pozwala mu na rzadsze polowanie. Jego głód jest mniejszy, ale nie da się przeżyć bez posiłku. Ponowne, ponowne c:
      Hansa chyba lubię najbardziej z moich wszystkich bohaterów, nie wiem dlaczego. Cieszę się, że przypadł ci do gustu!
      Nie, jej brat jest charłakiem. Tu nie ma żadnej tajemnicy. Chciałam pokazać jak dzieci w rodzinach czystokrwistych są traktowane.
      Gdybym miała zepsuć jej relacjie z Charliem to sama bym siebie zabiła.

      Dziękuje za komentarz! <3

      Usuń
  6. Jak się zmienia tło?Odpisz Proszę.

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetny rozdział, jestem ciekawa nowych postaci :). Twoje opowiadanie jest magiczne. Nie mogę się doczekać nowego rozdziału.
    Maya :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Wow fajny rozdział czekam na next

    OdpowiedzUsuń
  9. Zanim przejdę do komentarza właściwego: wiedz, że Twój blog jest sławny - znalazłam go na Nonsensopedii. I nie obrażaj się za to, co tu przeczytasz, dopóki nie dojdziesz do końca ;).
    Pierwsze rozdziały czytałam z nudów (ostatnio mam ochotę wyłącznie na fanficki potterowskie) i cały pomysł wydał mi się absurdalny, irytowały mnie literówki i błędy językowe. Aż do rozdziału, w którym następuje spotkanie z nauczycielami, brnęłam przez to jakby "z przyzwyczajenia"; ale, gdy Marika w końcu trawiła do Hogwartu coś zaczyna się dziać; fabuła zaczyna nabierać kształtów, pojawiają się w niej nowe postaci (jak choćby ten Svartur, ale o nim zaraz). Wydaje mi się też, że mniej więcej wtedy zaczęłaś się jako tako przykładać do tego, co piszesz.
    Od około roku sama próbuję cos tworzyć, ale nie udało mi się napisać niczego konkretnego, co miałoby fabułę na tyle rozwiniętą, by podzielić to na rozdziały.
    I właśnie w tym momencie pisania komentarza zaczęłam mieć wątpliwości, czy na pewno mogę Cię krytykować, tym bardziej, że jestem od Ciebie parę lat młodsza (dobrze pamiętam, że niedawno zdawałaś maturę?), ale z doświadczenia wiem, że, o ile zaraz po nader drobiazgowym wytknięciu błędów nie następuje "nie pisz już więcej", krytyka może wręcz inspirować, tak więc z czystym sumieniem kontynuuję.
    Bardzo zaintrygowała mnie postać Svartura i jego otwarta nienawiść wobec Mariki. Mam wielką nadzieję, że w przyszłych rozdziałach się to wyjaśni, podobnie, jak sprawa z jej ojcem i te akcje z matką Svartura i jego "oprawcami", bo na pewno mają związek z tym, jak zachowuje się obecnie (chociaż pewnie nie mam co liczyć na to w najbliższym czasie, bo trzeba budować napięcie, prawda?). Coś mi mówi, że całkiem ładnie wpleciony tu przyjaciel(?) Snape'a, Henrich, będzie miał pewien wpływ na Svartura.
    Przyjaciel, którego Marika odnalazła w wampirze (moje wyobrażenie wampirów i stosunek do nich to temat na osobnego bloga) też jest ciekawym rozwiązaniem, zwłaszcza, że ze słów Williama wynika, że spotkali się jeszcze przed Mistrzostwami. Och, może i powinnaś pracować nad stylem, ale pomysły na zachęcenie do dalszego czytania to ty masz :).
    Pomimo mojej wielkiej niechęci przy pierwszych rozdziałach teraz muszę powiedzieć, że cieszę się, że dalej piszesz. Widać, że z każdym rozdziałem się rozwijasz; zgrzytów językowych jakby mniej, literówki wciąż jeszcze się zdarzają, ale wystarczy, że przed wstawieniem jeszcze raz przejrzysz rozdział i na pewno coś wyłapiesz. Chyba nawet zacznę się przyzwyczajać do patosu, który od czasu do czasu daje o sobie znać.
    Mój komentarz jest trochę chaotyczny i prawdopodobnie nie napisałam wszystkiego, czego chciałam.
    Na zakończenie powiem, że bardzo nie mogę doczekać się następnego rozdziału i mam nadzieję, że dalej będziesz się rozwijać, bo z każdą notką ten blog wydaje się być lepszy.
    Jeśli po wszystkim, co napisałam mogę mieć do Ciebie kilka próśb, to:
    - poprosiłabym o więcej spotkań ze Svarturem (nie to, że go lubię, po prostu takie spotkania mogłyby wyrobić Marice charakterek, a może nawet wpłynąć na samego Svartura; np. stałby się jeszcze bardziej wkurzający).
    - poprosiłabym o więcej McGonagall (ją akurat lubię). W końcu to Lwica Gryffindoru i może ktoś mógłby ją uświadomić, co do prawdziwego oblicza profesora obrony (znaczące spojrzenie w kierunku Snape'a); Lwica nie zostawi przecież swojego ucznia w potrzebie, nawet jeśli radzi sobie z transmutacją tak słabo, jak Marika. Nie oczekuję oczywiście, że nagle zacznie jej przed wszystkimi bronić, ale jedna osoba więcej do "pilnowania" Svartura nie zaszkodzi :).
    Jeśli masz już wszystko na tyle poukładane, że nic z tego nie wciśniesz do akcji, to, oczywiście, zrozumiem. Ponadto, jeśli chciałabyś mieć betę, która pomogłaby zająć ci się stylem, to podnoszę wysoko w górę wszystkie cztery łapy.
    PISZ, PISZ, PISZ i niech nawet przez myśl nie przejdzie ci porzucać opowiadania.
    Niech moc będzie z Tobą,
    Trinitijo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie sławna, po prostu ktoś nie lubi mojego bloga i tam go zgłosił.
      Lubię długie, spokojne początki. Jak w książkach. Wiem, że niektórzy są nieprzyzwyczajeni do tego na blogach. Ale tak samo jak w książkach, pierwsze rozdziały mają w sobie ukryte wskazówki.
      Zawsze się starałam pisać jak najlepiej. Rok różnicy, kawał czasu. Oczywistym jest, że pierwsze rozdziały są o wiele gorsze.
      W internecie nie ma wieku.
      Hmm... postać Svartura jest ważna i tak, oprawcy mieli wpływ na niego. Ale z tego co mam na razie zaplanowane to Henrich i Adham nie będą mieć ze sobą zbyt wiele do czynienia.
      Cieszę się, że chociaż to u mnie gra c;
      Niestety ja nie wyłapię, staram się ale no cóż... Jesli moja beta tego nie wyłapie to znajdę i kolejną C:
      Bardzo mi miło, że jednak nie odeszłaś z mojego bloga. Staram się ile mogę i przykładam do każdego rozdziału. Chce być coraz lepsza, także mam nadzieję, że właśnie tak będzie.
      1. O to nie musisz prosić, to jedna z głównych postaci.
      2. McGonagall.... raczej nie wydaje mi się, by wepchnięcie jej w ff będzie dobrym pomysłem.
      Może daj znać na fb? Chętnie przyjmę drugą betę.
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń
  10. No, w końcu się dorwałam do tego rozdziału! :D
    Wyłapałam kilka błędów literowych (nie wiem, czy można to tak nazwać), ale ogółem jest dobrze. Nie spodobała mi się jedynie końcówka, a raczej nagłe przejście do wspomnienia (?), zupełnie z dupy, jakoś mi po prostu nie spasowało.
    Lubię fragmenty z Williamem, ale od tego rozdziału znalazłam swojego faworyta w tym opowiadaniu. Chyba wiemy, kogo mam na myśli (jeśli nie, to zwróć uwagę na to znaczące spojrzenie w stronę H.) :D
    Czekam na dalsze rozdziały, bo się powoli wkręcam w klimat. :3
    Gofer

    OdpowiedzUsuń
  11. Nadrobiłam. Dobrze jest. Walnę dłuższego komcia.

    OdpowiedzUsuń
  12. Hm, być może będę subiektywna w swojej opinii, ale co tam. Przebrnęłam przez kilka rozdziałów. Czytuję sporo książek w "mrocznym" klimacie i z tego, co widzę, usiłujesz pisać w właśnie takim stylu, co, moim zdaniem, kompletnie ci nie wychodzi. Przesadnie patetyczne wyrażenia przeplatają się z tymi zwykłymi, co tworzy dość dziwną i irytującą mieszankę. Cóż, popracuj przede wszystkim nad korektą swoich tekstów, bo wyłapywanie kolejnych błędów podczas czytania nie jest przyjemne.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje teksty nie są w większości zbetowane a ja niestety robię zbyt wiele błędów. Chyba zawsze w przedmowie za to przepraszam, gdyż nic więcej nie mogę zrobić.
      Nie wiem czy staram się pisać w mrocznym klimacie, pisze jak lubię. Tworzę tak jak czuję. Nie robię niczego na siłę, a jeśli zdarza mi się szukać jakiś chorych porównań to zaprzestaje pisania.
      Dziękuję za komentarz c:

      Usuń
  13. Hej.
    Podoba mi się twój styl pisania, jednak mam kilka uwag. A mianowicie chodzi mi przede wszystkim o fabułę. Właśnie jesteśmy w rozdziale dziewiętnastym, przy czym warto dodać, że rozdziały te pisujesz dość długie. Kolejne rozdziały czytałam bardziej z przyzwyczajenia, czekając na rozwój wypadków. I niestety do rozdziału osiemnastego akcja bardzo się wlekła. Wszystkie te opisy lekcji itp. są potrzebne, i miło się je czyta, ale niestety po jakimś czasie zaczynają się nudzić. Potrzebne jest coś co nas zaskoczy. Ten rozdział trochę mnie zaskoczył, bo zamiast pisać z perspektywy Mariki i Snape'a napisałaś o innych postaciach. Wiem, że wprowadzenie czytelnika w sytuację bohaterki wymaga czasu, ale wydaję mi się, że to trwa jednak trochę zbyt długo. O drugiej sprawie już pisałam. Chodzi o bohaterów. Zacznijmy może od Mariki. Uważam, że chyba nieświadomie ją wyidealizowałaś. Proponuję, abyś się jej przyjrzała i zastanowiła jakie ona ma wady. Bo ja ich za bardzo nie widzę. Podobne wrażenie mam o Wiliamie. Postaraj się tworzyć postacie, której mają widoczne i zalety, i wady.
    Teraz przejdę do chyba tej przyjemniejszej części, a mianowicie co mi się podobało. A do tego zalicza się na pewno Twoje opisy i dialogi, które są naturalne, i przyjemnie się je czyta. Kolejny elementem, który bardzo mi się podoba, to wymyślone przez Ciebie dziedziny, czy też elementy magii. A już najbardziej urzekła mnie opowieść o czarodziejskiej szlachcie. Mam też cichą nadzieje, że pojawi się więcej wątków z bohaterami innych domów. Na koniec dodam, że choć wiele rzeczy wymaga poprawienia, to z rozdziału na rozdział Twój blog czyta się coraz lepiej. Naprawdę widzę, że poprawiłaś znacznie swój sposób pisania.
    Czekam na dalszy rozwój wypadków, oraz życzę weny i innych rzeczy, których życzy się w takich wypadkach.
    Serdecznie pozdrawiam.
    Itrin Owens

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że większość przyzwyczajona jest do tego, że na blogach wszystko idzie bardzo szybko. Niestety ja tak nie umiem. W tych rozdziałach poukrywane jest kilka rzeczy, których nie da się zauważyć. Dopiero po 50 rozdziałach ktoś powie "ach, to o to chodziło!". Moje opowiadanie to z założenia tasiemiec, będę się zapewne rozwlekać nad pewnymi sprawami, bo wiem że jeśli teraz czegoś nie wyjaśnię, nie przedstawię bohatera dokładnie to potem będą nieporozumienia. Ja znam fabułę, charakter moich postaci. Czytelnicy nie i o to tez chodzi c:
      Marika ma pełno wad. Według mnie nie jest Maryśką. Nie jest idealnie piękna, chłopaki się za nią nie uganiają. Nie udaje jej się wszystko, nie ma chmary przyjaciół. Jest dobra z eliksirów i zielarstwa, ale za to z innych przedmiotów kuleje. Nie wie co to stoicyzm, a czasem za to przesadza ze spokojem. Uwielbia malować i czytać książki. Jeśli mam być szczera to ja nie wiem gdzie ten ideał. Bo w sumie ona jest takim dzieckiem, nie zna życia, nie umie żyć. Musi się go nauczyć.
      William też raczej nie jest idealny. Zabija i po części ma brudną duszę. Jest nieraz infantylny, ale za to kochany i wychowany.
      Bardzo się cieszę, że podobają ci się takie rzeczy. Lubię je wymyślać i opisywać, to zawsze coś innego C:
      Mam taki plan, pokazać i innych uczniów, ale zobaczymy jak wszystko się potoczy.
      Dziękuję bardzo! Dziękuję też za komentarz, na pewno dał mi trochę do myślenia mimo wszystko.
      Pozdrawiam,
      Marika Snape

      Usuń

Layout by Alessa