poniedziałek, 29 czerwca 2015

Rozdzia XVIII

Witam. Minął miesiąc od ostatniego rozdziału. Wybaczcie za tak wielkie opóźnienie, jednak kiedy miałam wenę, to nigdy nie miałam czasu, aż doszło do tego, że klawiatura mi się zepsuła. Nie mam polskich znaków, spędziłam z trzy godziny na poprawianiu błędów, choć i tak jest ich pełno, więc wybaczcie. Może poczekacie, aż beta poprawi rozdział. Dziękuję za komentarze, które pojawiły się pod moim ostatnim postem. Dziękuję Sonii, która zawsze mi pomaga. Dziękuję sama w sobie, że w końcu to napisałam, choć nie jestem zadowolona. Sami jednak zdecydujecie, czy podoba wam się rozdział.
Miłego czytania!
Rozdział dedykuję panu S.






Panno Snape, czy wszystko w porządku? — zapytała McGonagall po skończonej lekcji.
Zerknęłam na kobietę, następnie na uczniów opuszczających klasę. Westchnęłam cicho, przecierając kark. Lekcje z opiekunką Gryffindoru nie należały do najłatwiejszych, przekonałam się o tym na własnej skórze.
Transmutacja przerażała mnie, nie pojmowałam tej potężnej dziedziny magii. Mój umysł nie potrafił ogarnąć jej zasad, choć znałam je doskonale od wielu lat. Przez wewnętrzne ograniczenia, transmutacja stała się moim największym utrapieniem.
Podczas pierwszej lekcji byłam jedną z nielicznych, która nie wykonała zadania. McGonagall poleciła nam zamienić monetę w biblioteczkę z konkretnymi książkami. Próbowałam, ile mogłam, jednak skończyło się dokuczliwym bólem głowy oraz mdłościami. Odpuściłam sobie z lekkim zawodem, nie chcąc przysporzyć nikomu kłopotu. Z ławki obserwowałam innych uczniów oraz profesorkę, starając się wychwycić błąd, który popełniałam. Wydawało mi się, że wszystko robiłam tak, jak należało; w przeszłości udawało mi się transmutować już niejedną rzecz.
McGonagall, podczas obchodu po sali, skarciła mnie wzrokiem, aczkolwiek nie odezwała się. Z pewnością sądziła, iż leniłam się, przez co poczułam się jeszcze gorzej. Kiedy podeszła i do mnie, pokazałam kobiecie w gruncie rzeczy nic. Profesorka wygłosiła kilka rad, zobrazowała mi jak trzymać różdżkę oraz wykonała odpowiedni ruch parę razy, abym mogła go dokładnie zapamiętać. Chociaż pokierowała mną jak dzieckiem, to i tak nie udało mi się osiągnąć celu. Nawet jeśli widziała, że moje starania były bezsensowne, to nie pozwoliła mi dać za wygraną, a nakazała ćwiczyć i próbować dalej.
Dopiero w Hogwarcie zdałam sobie sprawę, jak pracują prawdziwi nauczyciele. Profesorowie zajmowali się każdym uczniem z osobna, chcąc poprawić jego umiejętności magiczne. Ciężkie lekcje, prowadzone przez wymagających nauczycieli nie wykańczały w taki sposób, jak nękanie psychiczne urzędników. Zmęczenie, które odczuwałam z pewnością było dobre.
Spojrzałam ponownie na kobietę, uśmiechając się nieśmiało.
Tak, oczywiście, pani profesor.
Jesteś bardzo blada, może powinnaś udać się do Skrzydła Szpitalnego — zaproponowała, siadając na krześle obok mnie.
Nie, naprawdę wszystko w porządku. Sądzę, że ten stan niedługo minie i nabiorę kolorów. Ta bladość trzyma się jeszcze od czasów choroby.
Rozumiem. Mam nadzieję, że w sprawach towarzyskich także jest dobrze. Czy nikt nie sprawia ci problemów?
Pomyślałam o Svarturze, ale po chwili wyrzuciłam go z głowy. Nie miałam zamiaru donosić na nauczyciela, szczególnie,jeśli nie wiedziałam na pewno, że ktokolwiek uwierzy w moje słowa. Nauczyciel obrony z pewnością był dobrym aktorem.
Na szczęście nikt, ale nadal się do mnie przyzwyczajają. W każdym razie nie czuje się źle w towarzystwie rówieśników.
Bardzo się z tego cieszę, Gryfoni mają ciężkie charaktery. Jeśli mam być szczera, to martwiłam się o to, jak zareagują na Snape'a w Gryffindorze. Możliwe, że sami o tym nie wiedzą, ale często potrafią być niesamowicie szorstcy czy nieprzyjemni — westchnęła, patrząc mi w oczy.
Nawet jeśli zachowywaliby się w taki sposób, to nie miałabym im tego za złe — przerwałam, myśląc nad wypowiedzianymi przeze mnie słowami. Skłamałam, przecież w niektórych momentach zaczynałam wątpić w swoją wytrzymałość psychiczną. — Chociaż nie... byłabym rozżalona za ocenianie mnie tylko przez moje nazwisko, ale starałabym się ich zrozumieć. — Sprostowałam. — Z tego, co wiem, profesor Snape jest dla nich niesamowicie ostry, więc nie dziwię się, że mają uprzedzenia.
Sama nie wiedziałam, o czym mówiłam, ciągle postrzegano mnie w złym świetle, tylko oszukiwałam samą siebie, że wszystko było w porządku. Kłamałam za każdym razem, kiedy twierdziłam, że czuje spokój wewnętrzny, choć nie miałam powodów do narzekania. Posiadałam kompana do rozmów, a nawet dwóch. Chodziłam, mówiłam, oddychałam i żyłam. Tworzyłam wieczorami, czytałam nocami, uśmiechałam się, jeśli świat dawał do tego powody. Widocznie człowiek mający wszystko potrzebuje jeszcze więcej... Zdawało się, że akceptacja była najważniejsza, chociaż gdyby dłużej pomyśleć, to przeobrażała się w coś bezużytecznego, niepotrzebnego.
Severus jest specyficzną osobą, od dziecka wyróżniał się... czymś — odrzekła, po chwili zdając sobie chyba sprawę z tego, że powiedziała za dużo. Domniemywałam, iż nie zdawało jej się to za często.
Tak, domyślam się, że tak właśnie było, pani profesor. Mogę zapytać o pewien temat, który będziemy omawiać za jakiś czas?
Oczywiście — odpowiedziała, widocznie zadowolona ze zmiany tematu. — Co cię nurtuje?
Kiedy przeglądałam podręcznik, zainteresował mnie temat o kręgach transmutacyjnych. Chciałam o tym poszukać w bibliotece, ale stwierdziłam, że wolę zapytać o to panią. Dlaczego uczymy się tylko teorii, a praktyka nie jest przewidziana w tym dziale?
Kręgi transmutacyjne to zdecydowanie jedna z najtrudniejszych dziedzin magii. Wszystko opiera się na symbolach i runach oraz na tym, w jakim stopniu czarodziej je rozumie. Nie wystarczy połączyć kilku przypadkowych znaków, po czym oczekiwać, iż wszystko zadzieje się samoistnie. Okręgi transmutacyjne w pewnym sensie stają się swoistym zaklęciem, które możemy uaktywnić poprzez nieraz skomplikowane inkantacje. Niezbędne do tego jest wiele mocy oraz znaczące umiejętności magiczne, gdyż różdżka nie zostaje wykorzystana w tym procesie. Magia musi wypłynąć bezpośrednio od nas.
Rozumiem... Do czego się je wykorzystuje? Nigdy o nich nie słyszałam, a w podręczniku o samym ich zastosowaniu niewystarczająco dużo napisano. — Zignorowałam ciche burczenie w brzuchu, obiad mógł poczekać.
Chociażby do wybudowania Hogwartu. Godryk Gryffindor używał Kręgów Transmutacyjnych bardzo często, jako jedyny z założycieli lubował się w tej technice — wypowiedziała, nie kryjąc dumy. — Jeśli tak bardzo cię to interesuję, mogę poprosić panią Pince, aby wybrała dla ciebie książki mogące zaspokoić twoją ciekawość.
Byłabym naprawdę wdzięczna, pani profesor.
W takim razie zgłoś się wieczorem do biblioteki po odbiór lektur.
Skąd pani wie, w jaki sposób zamek został wybudowany? W Krótkiej Historii Hogwartu nie ma nawet wzmianki o tym...
McGonagall uśmiechnęła się, poprawiając okulary. Wstała, kładąc dłoń na moim ramieniu.
Z pewnej książki, panno Snape.

***

Nie idziesz dzisiaj na zajęcia dodatkowe?
Nie, profesor Sprout powiedziała, że wczoraj odwaliłam kawał dobrej roboty, przez co dzisiaj mogę nie przychodzić. Nie będę ukrywać, że trochę jestem rozczarowana, ale nie mam zamiaru zwalać jej się na głowę — odpowiedziałam, wertując jednocześnie podręcznik do transmutacji.
Nie narzekaj, masz wolne dwie godziny — szturchnął mnie Charlie. — Jak skończysz wypracowanie dla McGonagall, to przejdziemy się po zamku, co? Minęły dwa dni, a już mam dość szkoły.
Został ci tylko rok. Mógłbyś go poświęcić na naukę, wiesz? Chyba chcesz zdać z porządnymi wynikami i wyjechać do Rumunii, prawda? — mówiłam, nie ukrywając swojego rozbawienia. To zadziwiające, że tak dobrze czułam się w jego towarzystwie.
Ech, ty... Mam cię brać za kujona? Tylko lekcje ci w głowie? — zapytał, szczerząc się do mnie.
Odłożyłam książkę na bok, krzyżując ręce na piersi.
Mój drogi, naprawdę chcę, byś osiągnął swój cel, gdyż pewnego dnia będę mogła to wykorzystać. Pojawię się w Rumunii, pod twoimi drzwiami, a ty, nie mając wyboru, przyjmiesz mnie — skończyłam, następnie spojrzałam na chłopaka z wyższością.
Widzę, że już wszystko sobie zaplanowałaś, młoda. Obyś się czasem nie przeliczyła — prychnął, ale uśmiech nie znikał z jego twarzy.
Jestem naprawdę pewna siebie, Charlie — szepnęłam, zaraz wracając do już zaczętego, eseju. — Jeśli naprawdę nie masz co robić, to może zechcesz udzielić mi pomocy?
Świetnie sobie radzisz, panno Snape — wypowiedział, starając się udawać McGonagall. Bez powodzenia.
Mówiłeś, że znasz się na eliksirach, prawda?
Mówiłem, że nieźle sobie z nimi radze, a to jest różnica. — Usiadł wygodniej, nie spuszczał ze mnie wzroku.
Ale masz na ich temat jakieś pojęcie, musisz mieć. Chcę się tylko w czymś upewnić.
Pytaj w takim razie, jeśli będę wiedział, to udzielę ci odpowiedzi.
Czy po wypiciu mikstury, na ciele mogą pojawić się blizny? — zapytałam, odruchowo chwytając za brzuch. Nie miałam odwagi, aby iść z tym problemem do Skrzydła Szpitalnego.
Blizny? Przecież to zrośnięte rany, więc raczej nie. Najpierw musi nastąpić okaleczenie. Dziwne pytanie... I raczej nie na eliksiry, jeszcze ich nie miałaś.
To prawda. Byłam ciekawa, nic więcej — posłałam chłopakowi ciepły uśmiech. — Zaraz skończę. Gdzie chcesz iść?
Tajemnicze kreski, które od niedawna zaczęły szpecić moje ciało, nie wróżyły niczego dobrego. Podejrzewałam o całą sprawę Svartura, jednak trop okazał się fałszywy. Charlie tylko potwierdził moje domysły; blizna nie mogła się pojawić, jeśli wcześniej nie nastąpiło uszkodzenie skóry. W takim razie, eliksir Szaleńca nie był niczemu winny, a dziwne ślady znajdujące się na moim brzuchu dalej pozostawały tajemnicą. Przez większość czasu nie myślałam o nich, nawet udawało mi się zapomnieć o bliznach, jednak kiedy na nowo nieprzyjemne obrazy wkradały się do mojego umysłu, wpadałam w lekką panikę.
Na niedługi czas straciłam kontakt z rzeczywistości, ale uniesiony głos Weasleya pozwolił mi wrócić.
Łazienka Prefektów! — krzyknął, obejmując mnie.
Charlie! — oburzyłam się, odpychając go. — Naprawdę chcesz, bym cię utopiła? Nic trudnego.
Żartowałem. — Przetarł oczy, wyglądał na zmęczonego. — Chcę się po prostu przejść, trochę odpocząć. Oskarżyłaś mnie o lenistwo, a ja całe wakacje spędziłem na nauce... Jesteś niesprawiedliwa... — Spoważniał, odwracając wzrok.
Przepraszam, nie wiedziałam... Jesteś zły?
Nie, ale wymusiłem w ten sposób przeprosiny. Widzisz, też jestem przebiegły.
Ty chyba nie wiesz, co to znaczy — prychnęłam, zamykając podręcznik. — Jeśli taki jesteś, to w takim razie idę sama.
Chciałabyś, potowarzyszę ci — wstał, przeciągając się.
Szczerze w to wątpię. Odwróć się.
Zrobił to, co mu poleciłam. Koledzy Charliego wołali go do siebie, widocznie chcąc, aby ten im pomógł w lekcjach. Położyłam dłoń na jego ramieniu w geście pocieszenia. Chłopak westchnął, nie wyglądał na zadowolonego. Uśmiechnął się słabo, aby zaraz wzruszyć ramionami.
Życie prefekta nie jest łatwe, szczególnie, jak jest się tak zdolnym.
Na szczęście, nie będę miała okazji, aby się o tym przekonać. Jutro, po zajęciach ze Snape'em, zrobimy sobie chwilę wolnego, co ty na to? — zapytałam, pakując swoje rzeczy do torby. Charlie tylko się przyglądał.
Pewnie, o ile Nietoperz cię nie zabije. Dwie dodatkowe godziny z tym człowiekiem doprowadzą cię do szaleństwa.
Normalność jest nudna, czyż nie?
***
Wędrowałam bez celu przez kamienny labirynt, ciesząc się chwilą spokoju oraz błogiej ciszy. Przyglądałam się każdemu obrazowi z osobna, nadal zachwycając się magią portretów zdobiących Hogwart. Mimo wczesnej godziny korytarze były opustoszałe, a tylko srebrzyste duchy od czasu do czasu pojawiały się przed moim obliczem. Mijały mnie z obojętnością; dla nich nie istniałam.
Czas poświęcony na spacer po zamku okazał się momentem zapomnienia, porą niemyślenia. Słodkie okazały się minuty, podczas których pogrążyłam się w kosmosie własnego umysłu, tam, gdzie nie dochodził żaden cień problemów ludzkich. Jedynie światło gwiazd będące odzwierciedleniem mych przyjemności, uciszały moje głośne myśli. Malowanie, czytanie, bieganie, eliksiry. Chciałam dłużej pobyć we własnym niebie, jednak przeklęta grawitacja ściągała mnie na ziemie, gdzie czekały same zmartwienia wraz z niepewnością.
Ludzkie żywoty były skomplikowane oraz wątpliwe. Zapomniałam lub w ogóle o tym nie wiedziałam. Mogłam szczerze powiedzieć, że przez pewien okres stąpałam po cierniach, choć byłam przekonana, że tysiące innych ludzi doświadczyło o wiele gorszych rzeczy niż ja. Przez ostatnie pięć lat nie żyłam, jedynie funkcjonowałam. Nie czułam się wolnym człowiekiem, a Istotą przykutą do łóżka, zdaną na łaskę Pana lub lekarzy. Wszystko, co mnie dotykało, co sprawiało, iż czułam się źle, nie zatruwało mojego umysłu tak bardzo, jak Svartur czy tajemnicze blizny. Umierałam, nie myślałam nad czymś, co miało wkrótce zniknąć, ale kiedy dano mi nową szansę, zmierzyłam się z okrutną rzeczywistością bez doświadczenia.
Zatrzymałam się przed jednym z obrazów, wpatrując się w błękitne oczy pięknej kobiety siedzącej nad brzegiem lazurowego morza. Malinowe usta ułożyły się w lekki uśmiech, kosmyki jej włosów, delikatnie czesane przez wiatr, błądziły po twarzy nieznajomej.
Co cię trapi? — zapytała, układając się wygodnie na miękkim piachu.
Martwi mnie to, że zbyt wolno się uczę — odpowiedziałam, wnikliwie przyglądając się spokojnej twarzy kobiety.
Czego się uczysz?
Żyć — odrzekłam z szerokim uśmiechem. Ta odpowiedź nawet mnie bawiła.
Żyj i ucz się. Nabierzesz wtedy praktyki. To wszystko nie jest tak labiryntowe, po prostu przypomina zabójcze tornado lub nieokiełznany sztorm. Jednak te zjawiska nie wynikają same z siebie, jest to gniew Posejdona. My, ludzie morza, obawiamy się tej złości, jak niczego innego. Kiedy jednak wszystko się uspokaja, możemy wrócić do czynności dnia codziennego, pamiętając o błędach, które popełniliśmy. — Skończyła mówić, oglądając się przez ramię na spokojne morze.
Każda przykra sytuacja jest wynikiem działań moich lub innych ludzi oraz losu, ja jedynie mam czerpać z nich naukę. To chcesz mi przekazać?
Oczywiście, ale nie tylko. Każdy ma swojego Posejdona, który patrzy na nas z góry. Nie oznacza to jednak, że chce nas ukarać; czyha na nasza pomyłkę. Tylko obserwuje, pilnuje...
Przypomina to szachy lub pokera — powiedziałam, przechylając delikatnie głowę.
Życie to gra. To bardzo okrutne porównanie, chociaż niesamowicie prawdziwe.
Trudno się nie zgodzić. Dziękuję za rozmowę.
Proszę bardzo — odpowiedziała melodyjnie. — Pamiętaj jeszcze, że nic nie przyjdzie ci z użalania się nad sobą, odgrzebywanie przeszłości w niczym nie pomoże. Nawet martwi potrafią unosić się na wodzie, ale ty rób to o własnych siłach. Życie to dar, którego nie można marnować na wpadanie w odmęty rozpaczy.
Po tych słowach podniosła się z gracją z piachu, zanurzając drobna stopę w lazurowym pięknie. Spojrzała ostatni raz na mnie, machając lekko dłonią, po czym wskoczyła do wody i zniknęła. Dzikie morze pochłonęło ją, syrenę.
Stałam przed obrazem jeszcze chwilę, myśląc nad słowami kobiety. Snape miał zdecydowanie rację, postacie zza ram portretów były chętne do rozmów.


***


Profesor McGonagall miała poprosić panią o przygotowanie dla mnie książek dotyczących kręgów transmutacyjnych.
Tak, tak. Poleciłam jednemu ze skrzatów, aby zaniósł ci je do dormitorium, mam nadzieje, że się nie gniewasz — odrzekła, obejmując mnie ciepłym spojrzeniem.
Oczywiście, że nie. Dziękuje, proszę pani. — Skinęłam lekko głową na znak wdzięczności. — W takim razie, miłego dnia. — Kobieta zażyczyła mi tego samego, następnie wróciła do przerwanej jej lektury.
Nie chcąc wrócić jeszcze do Pokoju Wspólnego, błądziłam po hogwarckiej bibliotece. Pomimo odwiedzania jej codziennie przez ostatni tydzień, nadal nie poznałam wszystkich sekretów tego urokliwego miejsca; w dalszym ciągu mogłam zgubić się między regałami ksiąg. Myśl o zabłądzeniu wydała mi się niezwykle kusząca. Kochałam spędzać tam czas, uwielbiałam zapach kurzu, żółknących już stron oraz wiedzy.
Lektur mi nie brakowało, ale samo szukanie nowych, ciekawych pozycji sprawiało mi swoistą radość. Skierowałam się do działu dotyczącego historii świata magicznego. Czytanie o dziejach czarodziejów, ich konfliktach z wampirami, wilkołakami czy goblinami fascynowało mnie. W ten sposób poznawałam odcięte i skryte przed mugolami uniwersum. Nie chodziło o suchą wiedzę, daty oraz miejsca konkretnych bitw, a o mistyczną część przeszłości proszącą o odświeżenie — nie chciała, aby o niej zapomniano.
Panienka uwielbia historie, czyż nie?
Odwróciłam się gwałtownie, słysząc głos przyjaciela. William spoglądał na mnie z jawnym ukontentowaniem, trzymając w dłoni starą księgę.
Co ty tu robisz? — syknęłam, rozglądając się z podenerwowaniem dookoła.
Spotkanie wampira w szkolnej bibliotece z pewnością nie było czymś normalnym. Zbliżyłam się do mężczyzny, szepcząc:
Ogłuchłeś, idioto? Jak się znalazłeś w Hogwarcie?
To dość niegrzeczne obrażać starszą oraz mądrzejszą osobę od siebie, panno Snape — odrzekł, nie patrząc na mnie. Książki zdecydowanie bardziej interesowały Williama niż moja osoba.
Wybacz, paniczu. Raczej niecodziennym widokiem jest wampir przechadzający się po szkole, jak gdyby nigdy nic. A jeśli cię złapią i Ministerstwo...
Dzisiaj jestem sową — wtrącił się, mówił z wyraźnym niezadowoleniem. — Mistrz nie pozwolił na to, aby zwykły ptak dostarczył zamówienie profesor Vector, więc musiałem się pofatygować do zamku. Teraz widzę, że nie było to stratą czasu. — Uśmiechnął się, w końcu jego bursztynowe oczy napotkały moje piwne.
Wpuścili cię ot tak? Nie, żebym wątpiła w twoją samokontrolę oraz eliksir, który nosisz na piersi, jednak sam wiesz, jak ludzie reaguje na wampiry...
Albus Dumbledore od wielu lat zna Wyspiańskiego, starzy kompani. Dyrektor nie jest głupi, nie zezwoliłby na wejście do swojej szkoły komuś niezaufanemu, moja droga. Pozwolono mi odwiedzić hogwarcką biblioteki w ramach mojej ciężkiej pracy.
To naprawdę miłe z jego strony — mruknęłam, zabierając książkę z reki Williama. Odłożyłam ją na półkę, po czym złapałam mężczyznę za dłoń.
Dumbledore zawsze miał słabość do odrzuconych przez świat istot. W każdym razie prawie od zawsze.
Nie odpowiedziałam, tylko kiwnęłam głową. Pociągnęłam wampira za sobą, szukając odpowiedniego miejsca, ukrytego w rzadziej odwiedzanej części biblioteki. Zasiedliśmy w starych, zjedzonych przez mole fotelach, nie przejmując się wszechobecnym kurzem unoszącym się w powietrzu. Dział z bajkami, baśniami oraz legendami nie był zbyt popularny wśród uczniów Hogwartu. Gruba warstwa szarego pyłu zdobiła książki, żadne palce nie naruszyły dziwnie urokliwej powłoki.
Wpatrywałam się w przyjaciela, ciesząc się, że po raz kolejny mieliśmy okazję do rozmowy. Co prawda nie wiedzieliśmy o sobie zbyt dużo, a nasza znajomość opierała się na trzech spotkaniach, to bez wątpienia mogłam zaliczyć McBlacka do osób mi bliskich.
Historia cię interesuje? Lubisz grzebać w dawnych dziejach? — zapytał, opierając głowę na rozłożonej dłoni.
Lubię czytać o niesamowitych wydarzeniach czasów ówczesnych, Williamie. Ty jesteś historią, więc nie wiesz, jakie to uczucie — prychnęłam, próbując się nie roześmiać. Mężczyzna zmarszczył brwi.
Wypraszam sobie, mam tylko sześćset lat — odezwał się oburzony. — Przede mną jeszcze wiele się działo, panienko. Urodziłem się w pierwszej połowie czternastego wieku, wiec chodzącą skamieliną nie jestem. Wprawdzie, muszę przyznać, że moja pamięć zawodzi i czasem nie wiem, czy me myśli są wspomnieniami, czy historiami z książek, które czytuję.
To przykre, gubisz się we własnym życiu... — McBlack wzruszył ramionami.
Nie, milo jest zapomnieć czasy, kiedy ludzie nienawidzili nas bardziej niż kiedykolwiek wcześniej i później — uśmiechnął się smutno. — Średniowiecze nie było wdzięcznym okresem, choć i tak nasz ród był wysoko postawiony. Wkupywaliśmy się w łaski wielu arystokratów, jak i książąt mugolskich, dzięki bogactwom, jakie Ulciscere'owie zdobyli w antycznych czasach. Niezbędna wiedza, cenne księgi oraz zwoje, diamenty, złoto, nieśmiertelny żywot. To wszystko należało do nas, szczyciliśmy się swoimi skarbami. — Westchnął, następnie skrzyżował ręce na piersi. — Wielu z moich bliskich straciło życie przez swoje zbyt głośne słowa oraz zapatrzenie w bezcenne metale.
Williamie, może nie powinnam pytać, ale jak stałeś się wampirem? Nie można się nim urodzić, to jest niemożliwe.
To prawda. W wieku dwudziestu trzech lat zostałem przemieniony w wampira przez swojego ojca, a moja matka stała się mą pierwszą ofiarą, uspokoiła mój głód — przerwał na chwilę, zamykając oczy. Patrzyłam na niego w szoku, żałowałam swojego pytania. — Wcześniej wychowywałem się jako zwykły człowiek. Jadłem normalne posiłki, oddychałem, żyłem, byłem ciepły. Moja rodzicielka zajmowała się mną, wiedząc co się z nią stanie. Zgodziła się na wszystko dobrowolnie, mój ojciec wybrał ją ze względu na dobre geny oraz pochodzenie. Miała przekazać mi to, co najlepsze, abym stał się jego godnym dziedzicem. Nie potrafiłem nienawidzić ojca, gdyż rodzicem okazał się dobrym. Władca jak władca. Na głowie miał cały ród, nie mógł zbyt często okazywać swych uczuć. — Chciałam mu przerwać, ale on uniósł rękę, tym samym mnie uciszając. — Po zamordowaniu przeze mnie matki nie chciałem polować, byłem bliski śmierci. Instynkt jednak wygrał, przez co zabiłem znowu. Szczerze nienawidzę tego, jak żyłem, żyję i będę żył. Starałem się wybierać ludzi złych, ale nie jestem Bogiem, nie mnie osądzać dusze ludzkie. Żałuję, że nie umarłem pięćset lat temu, jako pomarszczony staruszek.
Ostatnie słowo wypowiedział prawie szeptem. Mężczyźnie trudno było mówić o rzeczach, których dokonywał, kiedy zamieniał się w prawdziwą bestie. Nie widziałam w Williamie mordercy, choć doskonale wiedziałam, iż jego druga natura różniła się diametralnie od tej, którą znałam ja. Ile razy te piękne, bursztynowe oczy spoglądały na swoją ofiarę, wiedząc, że ta zaraz padnie na ziemie martwa? Co musiał czuć McBlack, kiedy przerywał tętnice niewinnego swoimi śnieżnobiałymi kłami? Jak bardzo sobą gardził, patrząc na dłonie skąpane w szkarłacie? Jak wiele osób miał na sumieniu? Jak bardzo się nienawidził? Jak bardzo żałował swojego przeklętego życia? Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jaki trud sprawiało mu codzienne uśmiechanie się, skoro w swym umyśle bezustannie widział przerażone lub martwe twarze.
Wstałam, kucając przed nim i łapiąc go za ręce.
Nie chcę współczucia... — jego głos załamał się, ostatnia zgłoska ugrzęzła głęboko, jakby na dnie niebijącego serca.
Sądziłam, że ci zimno. Drżysz. — Uśmiechnęłam się ciepło, ściskając mocno jego dłonie. — Opowiedz mi jakąś historie dotycząca średniowiecza — poprosiłam.
McBlack wyglądał na zadowolonego, na znak tego ukazał rząd swoich białych zębów. Zamknął na chwilę oczy, cofając się w odległą przeszłość. Odetchnęłam z ulgą, widząc, że na powrót był spokojny.
Wracaj na swoje miejsce, panienko — powiedział, unosząc powieki.
Zasiadłam na nowo w fotelu, układając się wygodnie w wiekowym meblu. Wyczekiwałam, aż zacznie swoją historię.
Wiele osób uważa, iż średniowiecze zgasiło pochodnię wiedzy zapaloną w antyku. Możliwe, że tak właśnie zadziało się w świecie mugoli, aczkolwiek czarodzieje rozwijali się z dnia na dzień, z wieku na wiek, z epoki na epokę. Patrzyłem na to wszystko, często będąc zachwyconym rzeczywistością, w jakiej przyszło mi żyć. Mistycyzm, mrok i tajemniczość — tak najłatwiej opisać wieki średnie, okres z pewnością przesycony śmiercią. Jak wiesz, mugole chcieli wyplenić chwasty będące czarodziejami oraz innymi istotami należącymi do świata magicznego. Czy im się to udało? Oczywiście, że nie. Palenie na stosie czy topienie było niczym przy eliksirach znajdujących się w każdym domu oraz zaklęciach, które magowie doskonale znali. Ucierpieli na tym jedynie ludzie niemagiczni, którzy zostali oskarżeni o czarnoksięstwo. Kolejnym nieszczęściem okazał się jeden z jeźdźców apokalipsy świętego Jana. Zszedł na ziemię w postaci choroby, dziesiątkując ludność, ale nadal tylko mugolską. Następne plagi w postaci głodu oraz wojen zabijały niewinnych, śmierć nie miała dla nich litości. Czarodzieje po części odcięli się od problemów swoich wrogów, żyjąc względnym spokojem przez wiele wieków. Żywoty arystokratów skupione były wokół wystawnych balów, polowań oraz rozmaitych zabaw, których nie będę teraz wymieniał. Najciekawsze jest to, iż nie złoto, diamenty oraz perły świadczyły o potędze i zamożności magnata, a ilość eliksirów oraz jakość ceramiki.
Moje zaciekawienie wzrosło, kiedy wspomniał o jednej z moich pasji. Czyżby wybrał tę właśnie historię, aby mnie zadowolić?
Tak, wywary były niesamowicie cenione w okresie średniowiecza wśród społeczności magicznej. Chroniły ciało nie tylko przed różnorakimi chorobami, ale także i procesem zewnętrznego starzenia. Kobiety, jak i mężczyźni umierali w wieku osiemdziesięciu lat, a ich twarze nadal były piękne i młode. W każdym razie im składniki droższe i trudniejsze do zdobycia tym eliksir kosztowniejszy. Arystokraci sprowadzali Mistrzów Eliksirów z różnych zakątków Europy, szczególnie upodobali sobie Polskę, ale i to okazało się niewystarczające. Potężni magowie, niezwykle uzdolnieni w sztuce warzenia mikstur, opuścili Korę, aby służyć panom brytyjskim. Mistrzom nakazano składać Wieczystą Przysięgę — miało to uniemożliwić dodanie trucizny do dzieł, jakie tworzyli. W tamtym okresie zamachy, na przedstawicieli wysokich rodów czystokrwistych, nie były czymś nadzwyczajnym. Lochy magnatów, całkiem różniące się od tych dzisiejszych, wiecznie były przepełnione pracownikami różnej rangi. Każdy starał się tworzyć jak najlepsze wywary, chcąc być docenionym oraz nagrodzonym przez swojego władcę. Gdybyś widziała twarze tych wszystkich ludzi... Oni żyli i oddychali swoją pracą. Szlachetne zadanie, które im przydzielono, nie męczyło ich w negatywny sposób, nigdy też nie zostali wykorzystani — arystokraci dbali o swoich podwładnych. Eliksiry stworzone z miłością i pasją, uwarzone przez wybitne jednostki, trafiały do oddzielnych skarbców, stając się tym samym chlubą danego rodu. Wspomniałem jednak też o ceramice, która wtedy odgrywała wielką rolę. Porcelana powstawała z gliny, a ta znaczenie miała szczególne. Antyk był epoką rozumu, wieki średnie uczucia oraz Boga. W dwudziestym wieku raczej nie spotyka się na swojej drodze wierzących czarodziejów, a nawet jeśli tak, to nie afiszują się ze swoim życiem wewnętrznym. W średniowieczu i czystokrwiści byli chrześcijanami. Budowali kaplice w swoich rezydencjach lub zamkach, pościli, modlili się, a także czytywali Biblię. W Piśmie Świętym zostało zapisane, iż człowiek został stworzony z gliny, stąd to zamiłowanie do ceramiki. Zwykła ziemia, pod obróbką mistrzów, stawała się dziełem sztuki godnym niejednego króla. Wyrabiano emulsję, zdobiono pigmentem perłową powierzchnię naczynia, następnie wypalano je w piecu. Palące języki ognia pochłaniały dziko porcelanę, a jednak proces ten wydawał się tak delikatny, nawet intymny. Wszystko to widziałem, a mój umysł nie mógł pojąć tego, jak zwykli ludzie tworzyli tak niecodzienne wazy, miski, czarki, puchary. Każda glina jest inna, każda ma inne właściwości. Chcąc wyrobić naczynie przeznaczone do picia ziół, zbierano ziemię znad morza, w której żyły niewidoczne dla oka organizmy pomagające przy regeneracji podczas cięższych przypadków chorób. Dlatego też ceramika była tak ważna. Kolor, wielkość, wzór oraz symbole — wszystko musiało być idealnie dopasowane do konkretnej sytuacji, w której wykorzystano by naczynie. Harmonia panowała w pracowniach mistrzów, chaosu nigdy nie zaznali. Uwierz, wiele bym dał, aby po raz kolejny zobaczyć coś tak niesamowicie cudownego. Szczerze żałuję, iż z przyjściem nowej epoki praktyka ta zaczęła zanikać.
Ja także żałuję, chciałabym doświadczyć tego samego co ty, Williamie.
Po usłyszeniu historii wampira poczułam nieopisane ciepło w sercu oraz dziwną radość panującą w duszy. Chciałam patrzeć na eliksiry i tworzyć je w taki sam sposób, jak ludzie opisani mi przez McBlacka.
Nie jestem tym zaskoczony, panienko — odpowiedział, wstając. Wyciągnął w moją stronę rękę.
Dziękuję — szepnęłam. Chwyciłam za dłoń Williama i wspólnie opuściliśmy bibliotekę.


***


Poprzedni wieczór okazał się wyjątkowo miły oraz rozluźniający. Podczas samotnego powrotu do Pokoju Wspólnego uśmiech nie znikał z mej twarzy. Dobry humor utrzymywał się całą noc, nawet podczas śniadania i pierwszych lekcji moje samopoczucie nie zmieniało się. Jednak, kiedy stanęłam przed klasą eliksirów, przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz zwiastujący nieszczęście. Obawiałam się lekcji ze Snape'em, choć prawda była taka, że im gorzej miał mnie traktować, tym większą sympatię zdobywałam wśród Gryfonów. W świecie wszystko posiadało swoją cenę, sama musiałam się o tym przekonać.
Czekając samotnie na profesora, zerkałam kątem oka na innych członków domu lwa oraz Ślizgonów. Zaskakujące było to, jak w tamtej chwili te dwie grupy, nienawidzących się ludzi, były do siebie podobne. Gryfoni, jak i uczniowie Salazara spoglądali na mnie nieufnie, szepcząc jednocześnie do swoich kolegów słowa, których niedane mi było nigdy usłyszeć.
Snape, jak się czujesz z myślą, że zaraz zostaniesz sponiewierana przez naszego opiekuna?
Odwróciłam się, aby spojrzeć na Catherine. Ślizgonka patrzyła na mnie z wyższością, nie kryła swojego rozbawienia. Skrzyżowała ręce na piersi, po czym zbliżyła się do mnie.
Ten widok będzie bezcenny. Naprawdę żałuję, że nie będę miała możliwości uwiecznienia tej chwili — powiedziała ironicznie, uśmiechając się drwiąco.
Cath, prawda? Doceniam twoje starania mające na celu sprowokowanie mnie, ale nie mam wprawy w rzucaniu ciętymi ripostami.
Westchnęłam, przecierając kark. Bezsensowne plucie jadem nie miało żadnej korzyści dla Ślizgonki, jak i dla mnie, mogło jedynie przysporzyć nam kłopotów. Jeśli dziewczyna chciała wyżyć się na mojej osobie, to nie broniłam jej, potrafiłam być głucha na wszelkie uwagi. Lekko znudzona, wpatrywałam się w szare tęczówki Cath, która milczała. Możliwe, że taka, a nie inna odpowiedź ją zaskoczyła.
Skoro nie umiesz odpowiedzieć, chociażby najzwyklejszym sarkazmem, to ja cię nauczę.
Zaskoczona zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, co dziewczyna miała na myśli. Nie mogłam jednak zaspokoić swojej ciekawości, gdyż Snape otworzył gwałtownie drzwi od klasy. Obrzucił Gryfonów złowieszczym spojrzeniem, po czym wrócił do środka. Cath wyminęła mnie, dołączając do swojej przyjaciółki, Sonii. Obie przekroczyły próg sali, podobnie jak reszta uczniów.
Klasa eliksirów była mi już dobrze znana, nie zmieniła się od czasu, kiedy ostatni raz ją widziałam. Chłód, wilgoć i mrok. Słoje z kończynami zwierząt spoczywały na półkach, odstraszając tym samym wrażliwe osoby. Zapachy ziół, kurzu oraz eliksirów łączyły się w jedną unikalną woń, która wypełniała całe pomieszczenie. Doprawdy, urokliwe miejsce, dla mnie wręcz idealne.
Zasiadłam w jednej z ławek, wyjmując podręcznik. Nie chciałam usiąść zbyt blisko Snape'a, oddalenie się od mężczyzny także nie wydawało się dobrym zagraniem. Neutralna, czyli środkowa pozycja sprawiała wrażenie odpowiedniej. Przyciągnęłam zmarnowaną książkę do siebie, otwierając ją na losowej stronie. Pozaginane rogi, zniszczona okładka i kartki pozaznaczane przez palce, świadczyły o tym, jak z wielką dokładnością już setki razy wertowałam lekturę.
Nie mam zamiaru kolejny raz uświadamiać wam, co robicie w tej klasie oraz czego od was oczekuję — zaczął prawie szeptem, ale w głosie mężczyzny dało się rozpoznać charakterystyczne dla jego osoby rozdrażnienie. — Zdecydowaliście się zdawać eliksiry na owutemach, więc przygotujcie się na jeszcze cięższą pracę niż w poprzednich latach. Jak wiecie, nie jestem wyrozumiały, nie interesuje mnie wasze życie prywatne, jak i inne przedmioty. Macie się wykazać jak największą kompetencją, inaczej pożegnacie się z tym przedmiotem.
Nikt nie był na tyle głupi, aby się odezwać. Snape, widząc, że każdy zrozumiał wypowiedziane przez niego słowa, kontynuował:
Od tego roku wasze szeregi zasiliła jedna osoba, która okazała się na tyle bezczelna, aby bez odpowiedniej wiedzy znaleźć się w tej pracowni. — Jego wzrok spoczął na mnie. — Łudzę się, że nie oczekuje pani ode mnie specjalnego traktowania, gdyż taka sytuacja na pewno nie jest możliwa. Jeśli Istota uzna, iż nie jest w stanie nadążyć za innymi, to w każdej chwili może opuścić moją klasę. Na zawsze.
Przez chwilę, w milczeniu, przypatrywałam się Snape'owi. Nie miałam pojęcia dlaczego, ale po tych słowach poczułam się znacznie lepiej, miałam wrażenie, że rzucił mi wyzwanie. Uśmiechnęłam się lekko, co najwyraźniej go rozeźliło.
Profesorze Snape, mam nadzieje, że nie będę nikomu wadzić. Dam z siebie wszystko — odrzekłam. Mężczyzna wciągnął głośno powietrze, aczkolwiek nie odezwał się. Wydało mi się to nad wyraz dziwne.
Waszym zadaniem jest przygotowanie Eliksiru Chroniącego Przed Ogniem. Macie na to dwie godziny, wskazówki zostały podane na stronie piątej. Temu, komu nie uda się porządnie wykonać eliksiru, w ramach kary będzie musiał wyczyścić wszystkie kociołki. Czy motywacja, jaką dałem, podoba się wam? — zapytał, wykrzywiając usta w drwiący uśmiech. — Zabierać się do pracy!
Zajrzałam do książki, wczytując się uważnie w instrukcje.
Eliksir chroniący przed ogniem, to mikstura używana do poruszania się w ogniu, wychodząc z tego bez szwanku. Może zapewnić ochronę przed najbardziej niebezpiecznymi i magicznymi pożogami. Po wypiciu wywołuje uczucie zimna w ciele pijącego.


Składniki:
- wybuchowe muchomory;
- proszek z brodawkolepa;
- krew salamandry;
- dziurawiec zwyczajny.


Przygotowanie:
1. Nalej wody do kociołka.
2. Dodawaj sproszkowane wybuchowe muchomory, aż mikstura zmieni kolor na zielony.
3. Mieszaj, aż wywar stanie się niebieski.
4. Dalej dodawaj sproszkowane wybuchowe muchomory, aż eliksir nabierze fioletowej barwy.
5. Pozostaw na wolnym ogniu, póki wywar nie stanie się różowy.
6. Dodawaj proszek z brodawkolepa, aż mikstura zmieni kolor na turkusowy.
7. Pozostaw na wolnym ogniu, aż eliksir stanie się fioletowy.
8. Dodawaj posiekany dziurawiec zwyczajny, aż mikstura nabierze czerwonego koloru.
9. Mieszaj, póki eliksir nie stanie się pomarańczowy.
10. Dalej dodawaj dziurawiec zwyczajny, póki wywar nie stanie się turkusowy.
11. Pozostaw na wolnym ogniu, póki eliksir nie nabierze fioletowej barwy.
12. Dodawaj krew salamandry, aż wywar stanie się różowy.
13. Mieszaj, póki mikstura nie stanie się czerwona.
14. Pozostaw na wolnym ogniu, aż eliksir nabierze fioletowej barwy.
15. Dalej dodawaj sproszkowane wybuchowe muchomory, aż wywar stanie się szary.
16. Pozostaw eliksir na wolnym ogniu, póki nie nabierze pomarańczowego koloru.
17. Dalej dodawaj dziurawiec zwyczajny, aż mikstura stanie się biała.
18. Przelej eliksir do kryształowych fiolek.


W skupieniu zajęłam się wyznaczonym mi zadaniem. *




***


Szach mat — powiedziałem znudzony, powstrzymując się od niekulturalnego ziewnięcia.
Kolejna wygrana partia zrzezu, powoli miałem tego dość. Zwycięstwo cieszyło, ale po pewnym czasie pragnęło się przeciwnika, który dodałby do gry trochę dreszczyku.
Nie wydaje mi się, abym mogła dzisiaj z tobą wygrać — odpowiedziała Septima, zbierając szachy.
Dzisiaj czy kiedykolwiek? Gramy ze sobą od kilku lat, a ty nadal niczego się nie nauczyłaś — prychnąłem, upijając łyk wina ze swojego kieliszka. — Roszada jest bardzo ważna. Z początku kryje się króla, następnie obmyśla się plan bitwy. Tak, jak w prawdziwym życiu, Septimo. Przywódcy są najważniejsi, choć sam nie wiem dlaczego. Skoro nie potrafią zrobić niczego więcej niż ruszyć o krok do przodu, to po co ich bronić. Tylko wadzą.
Takie są zasady, Severusie. Nie zmienisz ich.
Mówię o życiu, nie szachach. Wyobraź sobie, że wybucha wojna. Knot się ukrywa, a my walczymy; narażamy życie, kiedy on siedzi w bezpiecznym miejscu. Taki przywódca jest nic niewart.
Ja także mówiłam o życiu, wiec powtórzę: takie są zasady.
Ludzie to naprawdę głupie istoty. Tak często myślimy o przeszłości, kierujemy się nią, zamiast patrzeć na teraźniejszość. — Westchnąłem, siadając wygodnie. — Przeklęte myślenie.
Tak, możliwe, ale w jakim konkretnym celu się tym zadręczasz? Lepiej pomyśl o przyszłości oraz o swojej minie, kiedy zobaczysz moją nowa szablę, Snape.
Łudzisz się, że będzie lepsza od mojej? Nie rozśmieszaj mnie — zakpiłem, wykrzywiając swoje usta w drwiący uśmiech. — Zresztą, nawet jeśli posiadałabyś najlepszą broń, to i tak niewielkie byłyby szanse na to, abyś mnie pokonała.
Po ostatniej przegranej nie byłeś taki pewny siebie, Severusie. Jak się tłumaczyłeś? Przypomnijmy sobie... Ach, tak! Złym dniem. Myślałam, że stać cię na wymyślenie lepszej wymówki — zaśmiała się, dolewając wina do kieliszków.
Nie kłamałem, tamten okres nie był dla mnie nie najlepszy, kobieto.
Z szacunkiem, jestem od ciebie starsza, Snape.
Moje relacje z Septimą były dość skomplikowane. Nie uważałem jej za nikogo bliskiego, aczkolwiek przesiadywanie od czasu do czasu w kwaterach Vector sprawiało mi przyjemność. Profesorka numerologii była jedyną osobą w zamku, która nie doprowadzała mnie do szaleństwa swoja głupotą. Stała się pewnego rodzaju ratunkiem, gdyż czasem i mnie samotność przytłaczała.
Vector okazała się mądra kobietą o dużej wiedzy z wielu dziedzin nauki. Miałem z nią, o czym rozmawiać, choć zazwyczaj nasze spotkania spędzaliśmy w błogiej ciszy. Czas mijał nam na graniu w szachy lub pokera, czytaniu książek oraz piciu wina. Często też stawaliśmy do walki z bronią w ręku jako godni siebie przeciwnicy. To właśnie szermierka sprawiła, iż nawiązaliśmy bliższy kontakt, oboje uwielbialiśmy ten sport, a nikt inny w Hogwarcie nie miał wystarczających umiejętności, aby mnie zadowolić.
Oświeć mnie, kiedy zjawi się kurier z twoim bezcennym skarbem? Nie byłoby wygodniej osobiście wybrać się do Wyspiańskiego?
Tak, to by było najlepszym wyjściem, jednak nie mogłam wyjść z zamku. Gdybym pojawiła się w wiosce, to najchętniej bym jej nie opuszczała. Niepotrzebnie zrobiłam testy podczas pierwszych lekcji oraz zadałam eseje. Teraz mam zawalone kilka dni...
Zazwyczaj sprawdzanie wypocin uczniów poprawia mi humor, lecz jednocześnie doprowadza do szału. Nigdy wcześniej nie czytałem takich bzdur.
Trudno się z tobą nie zgodzić.
Nie zdążyłem odpowiedzieć, gdyż usłyszeliśmy pukanie. Wyczekiwany gość w końcu zdecydował się na zaszczycenie nas swoim towarzystwem.
Wejdź, proszę.
Młody chłopak przekroczył próg mieszkania Septimy. Zbliżył się do nas, kłaniając lekko. Podał kobiecie paczkę z bronią, cofając się kilka kroków.
Jeśli wszystkie wymogi nie zostały spełnione, wtedy proszę ponownie zjawić się w naszym sklepie; Mistrz będzie mógł naprawić swój błąd związany z pani zamówieniem.
Wydaje mi się, że Wyspiański nie popełnia błędów, jego ręce są ze złota... To naprawdę uzdolniony człowiek — odrzekła kobieta, uśmiechając się. — Przekaż mu moje stokrotne podziękowania.
Z przyjemnością to uczynię. Czy będzie potrzebna pani jeszcze moja pomoc? — zapytał, zerkając na mnie.
Zmarszczyłem brwi, szukając w swojej pamięci wspomnień, dotyczących osoby stojącej przede mną. Znałem go, ale nie miałem pojęcia, ile czasu minęło od naszego ostatniego spotkania oraz w jakich okolicznościach się widzieliśmy. Twarz młodzieńca była bardzo charakterystyczna, nie dało jej się zbyt łatwo zapomnieć.
Ależ nie, Williamie. Możesz odejść.
Znasz pannę Snape? — Zwróciłem się do chłopaka.
Tamtego dnia w wiosce widziałem go przechadzającego się z Istotą, jednak już wtedy czułem, że nie był mi obcy.
Tak, znam Marikę, profesorze. Podobnie jak pana — odrzekł, nie spuszczając ze mnie wzroku.
Mistrzostwa Quidditcha? Byłeś Szkotem opowiadającym legendę przy ognisku?
Oczywiście, to on. Dość dziwne, że nie poznałem go od razu, jednak usprawiedliwiałem się faktem, iż to jego historia mnie poruszyła, a nie sama jego osoba. Głos Williama także się różnił — stał się cieplejszy, mniej tajemniczy. W gruncie rzeczy byłem naprawdę zaskoczony, że znowu stanął na mojej drodze.
Nasze ścieżki ponownie się krzyżują, profesorze Snape. Magia legendy zadziałała, czyż nie?
Znacie się? — Lekko zdezorientowana Septima w końcu się odezwała. — William jest uczniem Wyspiańskiego. Ten go przygarnął, gdyż chłopak cierpi na przykrą przypadłość... Jeśli tak to mogę nazwać.
Sądzę, że dobrze pani to ujęła — zaśmiał się.
William lubi opowiadać legendy, które okazują się częścią jego życia. Panicz McBlack jest wampirem, Severusie.
Zszokowany mierzyłem chłopaka spojrzeniem, nie mogąc uwierzyć w to, jak Septima spokojnie o tym mówiła. Tak niebezpieczny osobnik spacerował po szkole za przyzwoleniem Albusa. Czy ten starzec do końca zdurniał?
Niech pan się nie boi, nie jestem zagrożeniem dla nikogo w tej szkole.
Na twoim miejscu nie odzywałbym się. Odejdź.
Tak jest, profesorze.
William McBlack opuścił kwatery profesorki, nie oglądając się na nas. Przymknąłem na chwile oczy, starając się uspokoić, Septima milczała. Istota była zdecydowanie durnym, niemyślącym dzieckiem. Zadawać się z wampirem... czekałem tylko, aż ten zrobi jej krzywdę.


***


Siedząc za biurkiem, obserwowałem uczniów szóstego roku przekraczających próg klasy. W tym roku było ich wyjątkowo dużo, nie spodziewałem się takiego tłoku. Ale nie miałem wątpliwości, że w trakcie roku szkolnego większa część wykruszy się, a pozostaną tylko ci, którym naprawdę zależało na spełnieniu swojego życiowego celu. W każdym razie widziałem w nich wszystkich masochistów.
Obserwowałem Istotę, która jakby odcięła się od rzeczywistości i pogrążyła we własnym, małym światku. Widząc jej strategiczny ruch, prawie się zaśmiałem — była taka uważna. Domniemywałem, iż panna Snape spodziewała się ciągłych ubliżeń oraz krytyki z mojej strony, co w konsekwencji spowodowałoby poprawienie jej relacji z Gryfonami. Tak bardzo się myliła.
Umysły członków domu lwa od zawsze nie stanowiły dla mnie problemów; były jak otwarte księgi, a słowa wylewały się z nich atramentowymi potokami. Doskonale wiedziałem, że uczniowie Godryka tylko czekają na pierwszą lekcję eliksirów panny Snape, przez co mogliby ocenić relacje, jakie nas łączyły. Bawiła mnie zaistniała sytuacja oraz głupota Gryfonów, jednak chętnie przystałem na tę zabawę, szczególnie jeśli jednocześnie mogłem spełnić swoją obietnicę. Istota miała poczuć mój gniew, aczkolwiek postanowiłem zerwać ze zwyczajną, otwartą nienawiścią. Moja obojętność względem niej, niekrytykowanie eliksirów dziewczyny, jak i dodanie choć raz punktów Gryffindorowi powinno załatwić sprawę. Ludzie, w których widziała swoich potencjalnych przyjaciół, odwrócą się od niej jeszcze bardziej, nikt jej nie zostanie. Byłem prawdziwym potworem.
Choć nie takim jak jej wampirzy znajomy zamieszkujący Hogsmeade. Gdyby nie Vector, nigdy bym nie poznał tożsamości młodzieńca widzianego przeze mnie w towarzystwie panny Snape. Głupia dziewczyna zdecydowała się na tak nieciekawe towarzystwo, że nie mogłem uwierzyć w jej idiotyzm.
Wstałem, mierząc każdego ostrym spojrzeniem. Zaraz po tym przemówiłem:
Nie mam zamiaru kolejny raz uświadamiać wam, co robicie w tej klasie oraz czego od was oczekuję. Zdecydowaliście się zdawać eliksiry na owutemach, więc przygotujcie się na jeszcze cięższą pracę niż w poprzednich latach. Jak wiecie, nie jestem wyrozumiały, nie interesuje mnie wasze życie prywatne, jak i inne przedmioty. Macie się wykazać jak największą kompetencją, inaczej pożegnacie się z tym przedmiotem.
Przerwałem na chwile, upewniając się, że nikt nie miał na tyle odwagi, aby podważyć moje słowa, oburzyć się moją postawą. Cisza — właśnie tego się spodziewałem.
Od tego roku wasze szeregi zasiliła jedna osoba, która okazała się na tyle bezczelna, aby bez odpowiedniej wiedzy znaleźć się w tej klasie. — Spojrzałem na Istotę. Jeśli chciałem pozostać przy swoim planie, to musiałem uważać na słowa. — Łudzę się, że nie oczekuje pani ode mnie specjalnego traktowania, gdyż taka sytuacja na pewno nie jest możliwa. Jeśli Istota uzna, iż nie jest w stanie nadążyć za innymi, to w każdej chwili może opuścić moją klasę. Na zawsze.
Milczała, nie odezwała się od razu. Chciałem wiedzieć, co się działo w głowie tej małej kretynki. Irytowało mnie to. Kiedy się uśmiechnęła, miałem ochotę potraktować ją Avadą.
Profesorze Snape, mam nadzieję, że nie będę nikomu wadzić. Dam z siebie wszystko — odrzekła.
Powstrzymałem się przed rzuceniem w jej stronę ciętej riposty, która skutecznie zamknęłaby usta dziewczynie na kolejny tydzień. Brak krytyki z mojej strony zwrócił uwagę kilku uczniów.
Waszym zadaniem jest przygotowanie Eliksiru Chroniącego Przed Ogniem. Macie na to dwie godziny, wskazówki zostały podane na stronie piątej. Temu, komu nie uda się porządnie wykonać eliksiru, w ramach kary będzie musiał wyczyścić wszystkie kociołki. Czy motywacja, jaką dałem, podoba się wam? Zabierać się do pracy!
Uczniowie zajęli się zadaniem, a ja zasiadłem za biurkiem. Zostało mi kilka esejów do sprawdzenia, więc miałem zamiar wykorzystać czas, kiedy studenci warzyli mikstury.
Z początku obserwowałem swoich Ślizgonów, którzy chętnie pracowali przy swoich kociołkach. Nie każdy z nich miał wielkie umiejętności, ale wszyscy wyróżniali się pracowitością oraz chęcią stworzenia czegoś dobrego. Gryfoni byli całkiem inni. Widziałem ich zniechęcenie oraz brak motywacji. Obrzydziłem lwom eliksiry, jednak to było dla nich dobrą lekcją. Jeśli przez jednego człowieka oceniali coś, czym się ten zajmował, to nie wróżyłem im pomyślnego życia. Powinni ignorować moje słowa, a swoją pracę wykonywać tak, jak należało, aby mogli być sami z siebie zadowoleni. Rzuciłem ostatnie spojrzenie na klasę, po czym zająłem się sprawdzaniem prac uczniów.
Minęła ponad godzina, kiedy postanowiłem rozprostować kości. Podniosłem się z miejsca, czego skutkiem były nieprzyjemne strzyknięcia w kolanach. Poprawiłem szatę, następnie podszedłem do ucznia siedzącego najbliżej mnie, aby zajrzeć mu do kociołka. Jedenasty punkt warzenia eliksiru nie został w pełni wypełniony. Wywar pozostał na wolnym ogniu zbyt długo, przez co kolor się nieco zniekształcił. Wskazałem błąd Arturowi, przechodząc do kolejnego Ślizgona. Kolejny student także nie popisał się bezbłędnością, jak i następni, aczkolwiek potknięcia, jakie zaliczyli, nie spowodowały zmiany właściwości mikstury. Zdecydowanie byłem dumny ze swoich podopiecznych, szczególnie że Gryfoni nie poradzili sobie zbyt dobrze zadaniem.
Benen, oświeć mnie i powiedz, jaki eliksir warzyłeś? — warknąłem, stając nad uczniem Godryka.
Taki, jaki pan polecił, profesorze... Eliksir Chroniący Przed Ogniem... — wydukał, patrząc niepewnie w swój eliksir.
W takim razie, nie przypominam sobie, aby wywar miał kiedykolwiek stać się czarny. Wystarczyło kierować się podaną instrukcją. Zgłosisz się jutro po lekcjach do mojego gabinetu.
Tak jest, profesorze Snape — szepnął, zaciskając dłonie w pięści.
Zaraz okaże się, kto ci potowarzyszy. Wy, Gryfoni, nie potraficie pozostawić swoich kompanów, uwielbiacie asystować sobie w tak żenujących sytuacjach, czyż nie? — Uśmiechnąłem się szyderczo, aby zaraz podejść do kolejnego stanowiska.
Panna Snape... Niech spojrzę.
Kilka głów uniosło się, kiedy stanąłem za dziewczyną, obserwując zawartość jej kociołka. Istota zerknęła na mnie przez ramie, wyczekując jakiejkolwiek uwagi. Musiałem przyznać, że mikstura wyglądała naprawdę przyzwoicie. Idealna konsystencja oraz zapach, lecz kolor jakby wyblakły. Normalnie, zostałaby ukarana, jednakże miałem inne plany. Przybrałem maskę obojętności, pokiwałem głową, po czym odszedłem od niej. Marika patrzyła na mnie w szoku, podobnie jak inni studenci. Ich zachowanie było przezabawne, zagranie okazało się warte zachodu.
Profesorze Snape... — odezwała się Istota. — Mój eliksir...
... jest dobry — wtrąciłem się. — Nie przeszkadzaj w lekcji, Snape. Chyba nie chcesz, abym odjął ci punkty — syknąłem, odwracając się do niej plecami.
Dziecinna zabawa, lecz spełniłem nią swoją obietnice. Marika Snape nie miała zostać zaakceptowana. Snape'owie musieli być przeklęci.




***


O piątej po południu w klasie eliksirów zjawiła się Istota. Przybita i jakby zła, patrzyła w ziemię, kiedy ja błądziłem po sali. Zbierałem odpowiednie składniki, aby moc sprawdzić jej wiedzę. Byłem zadowolony z efektu, właśnie takiej Snape oczekiwałem — rozeźlonej, rozkojarzonej. Kilka słów z mojej strony z pewnością zniechęciło jeszcze bardziej Gryfonów do Mariki. Chełpiłem się z powodu takiej głupiej błahostki, powinienem się wstydzić. Ile ja w końcu miałem lat...
Dlaczego...
... cię pochwaliłem? — Kiwnęła głową. — Ponieważ odpowiednio wykonałaś wyznaczone ci zadanie. Czy zrobiłem coś złego, panno Snape? — zapytałem, a drwina nie schodziła z mojej twarzy.
Nie, ale jestem Gryfonką, tak? Nienawidzi mnie pan... Krytyka, chamskie odzywki, wyzwiska... Na to liczyłam.
Jesteś wyjątkowo głupia, Istoto. Wiele osób by dało, aby usłyszeć marne ,,dobrze” ode mnie. A ty masz czelność jeszcze narzekać... — Pokręciłem głową, dalej przeszukując zakurzone szafki.
Inni uczniowie nie mają na nazwisko Snape, nie są oskarżeni o pokrewieństwo z Postrachem Hogwartu oraz nie znaleźli się na czarnej liście... To pańska zasługa. I co, cieszy się pan? — mówiła spokojnie, choć jej wzrok mówił co innego. Była wściekła.
Minus piętnaście punktów od Gryffindoru za bezczelne odzywanie się oraz kolejne pięć za zabijanie profesora spojrzeniem. Coś jeszcze? — Stanąłem nad dziewczyną, układając na jej ławce poszukiwane przeze mnie składniki oraz eliksiry.
Ależ nie, profesorze Snape... — szepnęła, wpatrując się w moje oczy.
W takim razie zacznijmy, nie chcę stracić dwóch kolejnych godzin na czcze gadanie, Istoto. — Ponownie kiwnęła głową, wyglądało na to, że się uspokoiła. — Podaj określenia barw eliksiru złożonego.
Jeden: chcąc określić barwę eliksiru NIE kierujemy się kolorem, jaki mogą dać wymieszane ze sobą jego składniki. Dwa: aby poprawnie przewidzieć odcień, jaki przybierze PRAWIDŁOWO wykonany eliksir, musimy wiedzieć, który z jego składników jest najważniejszy. Trzy: każdy magiczny przedmiot, roślina, zwierzę i tym podobne posiada jakąś moc magiczną, a każda magiczna moc ma swój tak zwany kolor życia. Cztery: aby określić kolor wyjściowy eliksiru, musimy znać kolor życia mocy magicznej jego najważniejszego, magicznego składniku. Pięć: wyjątkiem jest eliksir wielosokowy, którego barwy nie da się określić przed uwarzeniem.
Uczysz się wszystkiego na pamięć, słowo w słowo? — prychnąłem, krzyżując ręce na piersi.
Nie. Czytałam to tyle razy, aż w końcu zapamiętałam.
Jaki kolor życia posiada pióro ze skrzydła hipogryfa? — Zignorowałem jej odpowiedź.
Pomarańczowy.
Odnóża tentakuli?
Brązowy lub ciemnopomarańczowy. Nie jest to do końca pewne, Mistrzowie Eliksirów sprzeczają się o to, gdyż za każdym razem barwa jest inna…?
Pytasz, czy wiesz? To nie jest jakiś głupi quiz, Snape — odrzekłem. Chwyciłem za jedno z krzeseł, aby po chwili na nim zasiąść naprzeciwko dziewczyny.
Wiem, profesorze...
Dalej. Skóra gnoma?
Szmaragdowy — powiedziała niepewnie.
Źle. Szkarłatny. Przejdźmy dalej, Snape. Inokreacja — co to takiego?
Dziedzina eliksirów, która polega na określaniu właściwości eliksirów za pomocą różnych części mikstury — wydukała, niczym maszyna. Było to irytujące; zachowywała się, jakby czytała z podręcznika.
Jeśli wypisałbym ci kilka wzorów magicznych, to potrafiłabyś je odczytać? Znasz tablice ViruSojewa*, prawda?
Tak, była na sumach. A co do pierwszego pańskiego pytania to nie mam pojęcia, profesorze — mówiła, jakby lekko znudzona.
Sprawdzę to kiedy indziej, Istoto. I wtedy masz być pewna swoich umiejętności i wiedzy.
Następnie pokazałem jej kilka ingrediencji, pytając o ich nazwę oraz cechy. Z większością dziewczyna poradziła sobie dość znośnie, jednak gdy pytałem o eliksiry, nie potrafiła odpowiedzieć na znaczną część moich pytań. Zawstydzona, błądziła wzrokiem po klasie. Nie krzyczałem, nie warczałem — był na to czas.
Masz problem z określeniem eliksiru po samej gęstości, zapachu oraz kolorze. Może i masz wiedzę, ale nie przyda ci się ona do niczego, jeśli nie będziesz mogła jej wykorzystać w praktyce. — Wstałem, zasiadłem za biurkiem. — Skup się bardziej na tym, co czytasz, potem przekładaj to na rzeczywistość. Co tydzień będę przygotowywał nowe eliksiry, a ty będziesz musiała podawać ich nazwę oraz zastosowanie. Opanowanie tego będzie niezbędne, gdyż umiejętność ta jest elementarna. Radzę zaglądać do innych podręczników niż tylko obowiązkowych. Wątpię, aby z tym był jakikolwiek problem.
Przepraszam, za zmianę tematu, ale mam ze sobą książki, o które pan prosił. — Wyciągnęła z torby spadek po ojcu, kładąc go na biurku.
Ach, tak. Dobrze, że o nich pamiętałaś, Snape.
Ignorując dziewczynę, zacząłem wertować lektury, sprawdzając, czy treść ich będzie zrozumiała dla Istoty. Język okazał się dość trudny, może nawet lekko skomplikowany, aczkolwiek wierzyłem, że Marika sobie z tym poradzi. Nie mogła być w końcu tak głupia. Skoro ślęczała tyle czasu nad książkami, to dwie bardziej zaawansowane pozycje nie powinny sprawić jej większego problemu.
Przeczytasz je i wykonasz polecenia zawarte w podręcznikach, rozumiesz? Kiedy skończysz, powiesz mi o tym, a wtedy rozpocznę twoją naukę legilimencji oraz oklumencji. Nie pytaj dlaczego, nie odpowiem ci. Przynajmniej teraz. — Zwróciłem jej książki, bezustannie obserwując. — Jeśli będziesz mieć jakiś problem, pytaj mnie o wszystko po lekcjach, nigdzie indziej.
Ponownie mam przytaknąć? To chyba i tak nie ma znaczenia, skoro zawsze muszę się z panem zgadzać. — Westchnęła, chowając swoją własność.
Lepiej zamilcz, skoro masz zamiar się tak odzywać — rzuciłem zdenerwowany. — Nie uważasz, że wdzięczność jest tu nad wyraz wskazana? Tracę dwie godziny z twojego powodu, a ty potrafisz tylko pyskować i chwalić się swoim brakiem umiejętności. Straciłem siłę na jakiekolwiek uwagi, ale Filch zawsze jest w gotowości, aby zająć się takimi jak ty, więc... zamknij usta, Istoto, dla swojego dobra.
Jestem wobec pana zobowiązana, profesorze. Tak samo jest z innymi nauczycielami, jednak musi pan rozumieć moją złość. Uprzykrza mi pan życie, po czym chce uczyć czegoś, czego w ogóle nie ma w programie. Nie wydaje się to ani trochę dziwne?
Nie, Snape. Po prostu wykonuj moje polecenia. Niczego więcej nie oczekuję od Gryfonki.
Domyślam się, że niższy poziom nie ma głosu — szepnęła.
Czytasz ze mnie jak z otwartej księgi. Przygotuj Eliksir Durbon.
Bez słowa zajęła się miksturą.


***


Adhamie, w jakim celu chcesz opuścić zamek? — zapytał dyrektor, głaszcząc w tym samym czasie feniksa.
Pytasz, jakbyś nie wiedział, Albusie. — Młodszy mężczyzna zaśmiał się, zjadając już kolejnego cytrynowego dropsa.
Zawsze lepiej jest się upewnić. — Uśmiechnął się ciepło. — Jesteś pewny, że chcesz się tam pojawić?
Tak. Zjawiam się tam co roku, a ona nie ma nikogo innego. Jeśli ja o nią nie zadbam, to nikt tego nie zrobi.
Rozumiem. Czy odwiedzisz także ich? — Starzec wyraźnie zaakcentował ostatni wyraz.
Żebym mógł ich zabić?
Nie wydaje mi się, aby można było zamordować kogoś, kto już nie żyje, Adhamie — powiedział poważnie, wstając. Podszedł do przyjaciela, kładąc swoja pomarszczoną dłoń na jego ramieniu. — Wybacz im, w końcu nie wiedzieli, co robili.
Nie wiedzieli? — warknął. — Przez cały ten czas, kiedy mnie katowali byli świadomi, jak wielka krzywdę mi sprawiają, a jednak nie wycofali się...
Nie denerwuj się, chłopcze. Nie taki był cel tej rozmowy. — Zamilkł na chwile, obserwując jezioro za oknem. — Przekaż matce pozdrowienia ode mnie.
Zawsze mnie rozśmieszasz, Albusie. Zawsze.
Svartur chwycił za przygotowany wcześniej świstoklik, po czym zniknął z gabinetu dyrektora, pozostawiając Dumbledore'a samego.
Adham pojawił się w ciemnym lasku, niedaleko swojego byłego domu. Niewielkie niemieckie miasteczko, pełne mugoli, którzy nie mieli prawa go pamiętać. Chociaż w przeszłości wywołał niemałe zamieszanie i to aż dwa razy, to wątpił, że jakiś mieszkaniec mógł rozpoznać w nim tego słabego chłopca z przeszłości.
Zachodzące słońce raziło mężczyznę w oczy, lecz ten starał się ignorować przeklęte, ogniste promienie. Chciał jak najszybciej odwiedzić matkę, aby złe wspomnienia nie odtworzyły się w tym miejscu na nowo, ale tym razem znacznie boleśniej. To doprowadziłoby Svartura do szaleństwa.
Widział swój, już zrujnowany, były dom, gdzie spędził młodzieńcze lata. Niepokonana natura zrobiła swoje. Jej dzikie, zielone kłącza zniszczyły nieodwracalnie ściany, przebiły się przez dach, tworząc wygodne legowiska dla zwierza. Chwasty obrosły dookoła budynku, tworząc swoisty, wyblakły mur.
Adham zatrzymał się na chwile, powstrzymując się przed wejściem do środka. Nienawidził, a jednocześnie kochał to miejsce będące jego rajem oraz więzieniem. Przymknął na chwile oczy, wyrównując oddech. Miał już ponad czterdzieści lat, a nadal często zachowywał się jak zwykłe, zagubione dziecko bojące się swojego cienia.
Ruszył dalej, nie oglądając się więcej na byłe miejsce zamieszkania. Rozglądał się, obserwując znajomą okolice. Niewiele się zmieniło, tylko ludzie mijający go na ulicy wydawali mu się niesamowicie obcy. Nikt na niego nie patrzył, każdy ignorował, jakby nie istniał — zupełnie jak kiedyś. Jednak cieszył się z takiego obrotu spraw, rozpoznanie przez mieszkańców sprawiłoby mu tylko niepotrzebnego kłopotu. Miał na sumieniu aż trzy zbrodnie, a może i cztery. Prawdopodobnie nigdy się tego nie dowie.
Zauważył szkołę podstawową oraz kościół postawiony obok niej, do którego zmierzał. Nie był wierzący, lecz nie mógł się oprzeć wrażeniu, że dusza istniała. Dusza lub coś do niej podobnego, coś mistycznego, nie z tego świata. Okrążył drewniany budynek, nie mając zamiaru wchodzić do środka, cały ten wystrój Domu Modlitwy przerażał go. Człowiek z przebitymi kończynami wiszący na krzyżu. Kobieta z wężem pod nogami. Anioły i tak zwani święci. Złoto i jeszcze więcej złota, tyle bogactwa, że można byłoby za to wyżywić całe miasto. Nienawidził kościołów, tak samo, jak księży, którzy zbyt często odwiedzali go przed latami. Matka sądziła, że był opętany, nie mogła zrozumieć, że Adham był po prostu inny. Po wielokroć odprawiono na nim egzorcyzmy, podczas których często zadawano mu niepotrzebny ból.
Wyrzucił z głowy widok mężczyzn w czarnych sutannach, wypatrując grobu kobiety. Cmentarz okazał się niezwykle urokliwy podczas zachodu złocistego słońca. Nie przypominał tych strasznych miast umarłych pokazywanych w horrorach, które zdarzało mu się oglądać. Sceneria była lekka, przyjemna, niczym łąka pokryta starymi krzyżami. Lekki wiatr targał jego włosy, koniki polne grały uspokajającą melodię, a sowy pohukiwały z pobliskiego lasu, zwiastując nadejście mrocznej nocy.
Adham szedł odruchowo przez labirynt mogił, jakby jego własne nogi pamiętały doskonale miejsce pochowku jego matki. W końcu stanął nad marmurowym, zaniedbanym grobem. Usiadł na zniszczonej ławce, której brakowało kilku desek. Wpatrywał się w zdjęcie rodzicielki, nie wiedząc, co ma zrobić — jak zawsze.
Witaj, matko. Profesor Dumbledore cię pozdrawia. To ten miły człowiek, który uratował mnie po zabiciu moich oprawców, wiesz? Wiesz, w końcu mówiłem ci to już nie raz. Teraz przygarnął mnie do szkoły, jestem nauczycielem. Lubię swoją prace, przekazywanie wiedzy sprawia mi radość. A co do moich katów, to Albus proponował mi, abym ich odwiedził, ale nie chcę... wtedy wszystko mogłoby wrócić, a ja nie jestem gotowy... Nie masz nawet pojęcia, jakie to uczucie patrzeć codziennie w lustro i widzieć te wszystkie niemieckie wyzwiska... Nie wiesz... Gdybyś mogła powiedzieć choć jedno słowo...
Ale grób milczał, Laura Svartur nie odpowiedziała synowi.




* wykorzystałam materiały z księgi eliksirów znalezionej dawno temu na Internecie. Nie wiem, czy jest to tłumaczenie z Pottermore, czy nie, jednak nie chcąc odchodzić od kanonu, posłużyłam się tym. Proces tworzenia eliksiru napisałam, wzorując się na innym.







21 komentarzy:

  1. Pierwszy komentarz :D Boskie, genialne, fenomenalne, fantastyczne, zjawiskowe, niesamowite... mogę tak wymieniać i wymieniać w kółko. Wkradło się parę błędów ale to się da poprawić. Jestem z ciebie dumna xd

    chochi.

    OdpowiedzUsuń
  2. O tak! Wreszcie rozdział! Czekałam z niecierpliwością ^^ wyszedł jak zwykle świetnie :) pozdrawiam i życzę weny <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam Snape! :) Obserwuję i gdy będe mieć chwilę poczytam. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Rozdział jak zwykle cudowny. Już się go nie mogłam doczekać :)
    Kocham Snape'a i to jak traktuje innych. Te jego gierki i knowania są świetne. Cały czas się zastanawiam czy oni są w jakiś sposób spokrewnieni . . . Hmm. No nic. Czekam na kolejny cudowny rozdział :D
    Serdecznie pozdrawiam i dużo weny życzę Senri97

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo się cieszę z niego rozdziału :) jest naprawdę świetny ;) liczę, że nowe rozdziały będą pojawiały się częściej, bo nie ukrywam wciagnelo mnie to opowiadanie.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Rrr jak mnie denerwuje Svatur... Czy Dumbledore jest ślepy czy to wszystko to jedna wielka gra? I to nazwisko Mariki... Czekam na kolejny rozdział ;)

    Pozdrawiam!
    Jazzy

    Stowarzyszenie Księcia Półkrwi
    http://stowarzyszenie-ksiecia-polkrwi.blogspot.com/?m=1

    OdpowiedzUsuń
  7. Cuuudo *-*
    Zapraszam do mnie na nowy rozdział.
    http://life-after-death-is-not-the-end.blogspot.com
    Kath.

    OdpowiedzUsuń
  8. Witam!
    Zostałaś nominowana Do Liebster Blog Award!
    Więcej na moim blogu.

    OdpowiedzUsuń
  9. Po pierwszym akapicie aż chce się rzecz: „większym niż eliksiry?” Chodzi, oczywiście, o utrapienie z transmutacją. W sumie to nie dziwię się Marice, w końcu transmutacja wymaga pokładów wiedzy i umiejętności, a jak wiadomo, jej trochę owych umiejętności brakuje. Biedna. Fajnie, że pokazałaś, jak nauczyciele w szkole pracowali. Widać, że dbali o swoich podopiecznych. I dobrze, że profesorka nie pozwoliła Marice się lenić, jak sama zauważyłaś, tylko kazała ćwiczyć. Nie traktowała jej ulgowo, bo była chora albo bo kiedyś umierała etc. Traktowała ją na równi z całą resztą, była sprawiedliwa i to mi się podobało. Taka była i fajnie, że tego się trzymasz. Opiekuńcza owszem, ale też wymagająca i surowa. Opiekuńczość w tym wypadku przejawiała się w rozmowie po lekcji. Zdrowa, oczywiście, opiekuńczość. Widząc „stan” Mariki, zaproponowała pójście do Skrzydła Szpitalnego i fajnie.
    Nauczyciel obrony z pewnością był dobrym aktorem. Tak sądzisz?  Bo ja to wiem. Svartur jest mega dobrym aktorem i jeszcze lepszym czarodziejem. Nie trzeba być geniuszem, żeby to zauważyć po rozdziałach, które dodałaś do tej pory. Nie umiem się określić, jeśli o niego chodzi, ale dobrze wiesz, że ja mam, no cóż, słabość do złych postaci. Do bardzo złych. Damn. Dobrze, że się nie poskarżyła, bo bym się zdenerwowała. Byłaby wtedy taką wystraszoną Mary donosicielką :v. Na szczęście uniknęłaś. Jest bardzo dobrze, nie mam nawet co narzekać. Ach, rozmowa między Mariką a McGonagall. Nie wiem, naprawdę nie wiem, co narzekałaś, bo rozmowa wyszła ładnie. Nie widziałam, żeby coś było sztywnego albo nieprawidłowego. No i ciekawość Mariki – świetna! Widać, że mimo wszystkich przeciwności, ona chce się uczyć, chce wiedzieć, szuka odpowiedzi, dowiaduje się, nie boi się pytać. Zdawało się, że akceptacja była najważniejsza, chociaż gdyby dłużej pomyśleć, to przeobrażała się w coś bezużytecznego, niepotrzebnego. Zgadzam się. Akceptacja jest potrzebna, mimo że tak naprawdę jest zbędna. Gdybyśmy mieli czekać na akceptację od każdego człowieka, to prędzej wyginęlibyśmy. I chcę się dowiedzieć czegoś więcej o tych kręgach. W sensie, że jakiś wątek mały bądź większy. Ciekawi mnie to. I tajemnicza MC! To lubię!
    Och, Marika, ty kujonie no. Zwalnia cię z dodatkowych zajęć, a ty jeszcze rozczarowanie czujesz. XD. Nie no, teoretycznie to się trochę nie dziwię. Jest rządna wiedzy, więc logicznym jest, że poczuła niedosyt, kiedy nie musiała odrabiać dodatkowych zajęć. W sumie trochę szkoda, bo lubię Sprout. Mam nadzieję, że coś o niej będzie, bo ciekawi mnie sposób, w jaki ją pokażesz. Czasami przypomina mi Neville’a, tylko bardziej rozgarniętego.
    Lubię relacje Charlie-Marika. Widać między nimi tą lekkość w kontaktach. Nie są w sobie zakochani, nie czuć żadnego romantycznego podtekstu, o który tak się martwiłaś, jest czysta i tylko przyjaźń. Bo ja właśnie to widzę. Fajnie, że dbasz o edukację Weasleya. On chyba był u mnie zaraz na drugim miejscu, po Ronie, razem z bliźniakami. Przedostatnia Ginny, a na końcu Percy. Percy ważniak. Tym pytaniem, które zadałaś Charliemu, wzbudzasz zainteresowanie. Ja wiem, skąd te blizny, ale ona nie wie. I inni nie wiedzą  więc jest tajemnica. Gdybym nie znała odpowiedzi na to pytanie: „skąd blizny?”, pewnie siedziałabym niecierpliwie do kolejnego rozdziału albo jeszcze kolejnego. Fajny pomysł. NIE MOGĘ SIĘ DOCZEKAĆ ZAJĘĆ ZE SNAPE’EM. NO PISZ TO, PROSZĘ, BO CHCĘ TO CZYTAĆ.
    I kolejny akapit. I uwielbiam twoje opisy. Widać, że dodajesz do nich dużo od siebie. Porównania etc. Mimo że zazwyczaj w książkach pomijałam opisy, tak tutaj się nie da. W erze blogasków zaczęłam je doceniać :D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Oczywiście, ale nie tylko. Każdy ma swojego Posejdona, który patrzy na nas z góry. Nie oznacza to jednak, że chce nas ukarać; czyha na nasza pomyłkę. Tylko obserwuje, pilnuje...
      — Przypomina to szachy lub pokera — powiedziałam, przechylając delikatnie głowę.
      — Życie to gra. To bardzo okrutne poroninianie, chociaż niesamowicie prawdziwe.
      Cóż więcej mogę powiedzieć? Piękne słowa i bardzo trafne. Bo właśnie tak jest. Każdy ma swojego Posejdona, a życie to gra. Thank you za ubranie tego w ładne słowa. Cieszę się, że wrzuciłaś rozmowę z obrazem, bo jest wartościowa.
      Kochałam spędzać tam czas, uwielbiałam zapach kurzu, żółknących już stron oraz wiedzy. TO TAK JAK JA. No, nie licząc kurzu zbyt wiele, bo kichanie. XD
      Spotkanie z Williamem! Ładnie wybrnęłaś z tego, co robił w bibliotece szkolnej. Żałuję, że nie umarłem pięćset lat temu, jako pomarszczony staruszek. W sumie to smutne, że żyje tyle lat tak, jak żyje. Bycie wampirem wydaje się być takie cool w dzisiejszych czasach, takie wow, w generalnie to w końcu przestajesz się cieszyć z nieśmiertelności. Nie wiem, czy ja chciałabym żyć tak, jak żył i żyje William. Normalnie poczułam jego smutek teraz.
      O, wspomnienie o Jeźdźcu. Omg, KOCHAM APOKALIPSĘ.
      Dobrze, że opowiada to w sposób ciekawy, bo dzięki temu i mnie udziela się zainteresowanie Mariki jego opowieścią. Mógłby być nauczycielem historii nawet :v. czystokrwiści byli chrześcijanami. Budowali kaplice w swoich rezydencjach lub zamkach, postowali, modlili się, a także czytywali Biblię. Zawsze jakaś nowość. Wiesz, że dla mnie to dobrze, że nawiązałaś do Boga i wiary w niego. I znowu, fajnie wyjaśniłaś zamiłowanie do ceramiki. Naprawdę, w sposób tak logiczny, że po przeczytaniu staje się czymś oczywistym, tak było i kropka. Po usłyszeniu historii wampira poczułam nieopisane ciepło w sercu oraz dziwną radość, panującą w duszy. Też to poczułam :v. HIGH FIVE MARIKA.
      I kolejny akapit. Doszłam do momentu, gdzie była lekcja z Severusem. Napisałaś. Dobra, wiedziałam o tym, ale komentuję na bieżąco, nie bij. XD
      Marika porównała Ślizgonów i Gryfonów dość zgrabnie. Była tylko obserwatorem, w dodatku „wrogim” dla obu stron. Ciekawe zjawisko. Cath, mogłaś kupić aparat i nagrywać na jutuba! Hyhy. Ciekawa jestem twoich planów do niej i do mnie. Do niej, bo kurde, laska zadeklarowała, że będzie cię uczyć sarkazmu. No pozdro :v.
      SIŁA w SS!
      Opis lochów na plus.
      Och, i jest nasz sassy Severus. ZERO LITOŚCI. Tak trzymać!
      Matko, co za zmiany kolorów. Dlaczego biały :c. Yolo.
      Nie dowiem się, czy Marice się udało z tym eliksirem? :o
      MÓJ ULUBIONY FRAGMENT CHYBA. To znaczy, gra Severusa z Septimą. Zawsze mi pasowało do niego granie w szafy i szermierka. U ciebie oba będą, a szafy są już. Tenk ju soł macz <3. Nie no, serio. On był inteligentny, a wątpię, żeby całe swoje życie poświęcał na czytanie wypocinek pierwszaczków. Ich rozmowa też na plus. Podoba mi się pokazanie, że Snape, mimo wszystko, jest jakimś tam człowiekiem i rozmawia o życiu. — Z szacunkiem, jestem od ciebie starsza, Snape. NAJLEPSZY CYTAT! Ahaha. Serio najlepszy. Wspomniałaś o szermierce i braku umiejętności u innych: wyobraziłam sobie McGonagall pylającą po korytarzu z mieszykiem goniącą Snape’a. Na Salazara. Xd.
      No pewnie, że jak William zrobiłby krzywdę Marice, to Snape miałby ją z głowy. Co za intrygant no. :D
      Bylem prawdziwym potworem. Nawet nie wiesz, jak wielkim. Ale gdyby nie był potworem, no to halo, kim by był? No na pewno nie Snape’em. Cieszę się z tej jego małej intrygi względem Mariki. Widać, że za nic w świecie sobie jej nie odpuści (nie w sensie romantycznym, broń mnie Salazarze) i bardzo dobrze. Ok, jest mi jej trochę żal haha, ale no. SNAPE, GO!

      Usuń
    2. Powinni ignorować moje słowa, a swoją pracę wykonywać tak, jak należało, aby mogli być sami z siebie zadowoleni. I taka prawda. Gdyby tak miało być, już dawno rzucałabym filologię polską, a o nauczycielstwie nie pomyślałabym nigdy w sposób pomyślny. Tak samo z Heleną, WYOBRAŻASZ SOBIE, ŻE PRZESTAJE BYĆ MOJĄ IDOLKĄ ETC. PRZEZ HELENĘ Z UCZELNI? Gez, to byłby istny koniec świata :o.
      Ale Gryfoni tacy byli. :D
      Marika Snape nie miała zostać zaakceptowana. Snape'owie musieli być przeklęci. Dobra, jak Charlie się od niej przez to odwróci, TO ZAMORDUJĘ.
      Bardzo gładko opisałaś Marikę i Severusa. Zero chemii, zero słodkości, zero czegokolwiek, co wskazywałoby chociaż na tyci tyci kawałeczek sympatii. I tak ma być.
      Ostatni fragment. Uwielbiam fragmenty z Adhamem, dobrze o tym wiesz. Rozmowa z Dumbledore’em. Rozmowa z martwą matką. Ech, nie wiem, czy umiem napisać na ten temat coś więcej. Cały ten akapit jest taki… nie wiem, przykry? Nie umiem tego nazwać, ale przynajmniej mogę podziękować za to, że poznajemy go bardziej i bardziej.

      Tyle z komentarza. Kocham mocno <3.

      COSIMA
      xx

      Usuń
  10. beta coś się nie przykłada :c

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest rozdział niebetowany ^^

      Usuń
    2. mieć betę, która nie betuje.
      ciekawe :c

      Usuń
    3. Akurat już w tej chwili jest. Wysyłam do bety tekst po wstawieniu rozdziału.

      Usuń
  11. Piszę to o północy, więc za wszelkie głupie błędy bardzo przepraszam.
    Jeśli blogger skasuje mi ten komentarz to pójdę się powiesić.
    Zacznę od tego że Cię znalazłam przez Twój fanpage. Twoje rysunki są świetne! Słyszałam o Sevice już dawno dawno dawno, ale nigdy się za to nie zabierałam, ponieważ strasznie trudno mi się czyta:
    a) związki Snape'a z kimkolwiek
    b) związki uczeń/nauczyciel
    No i jak zobaczyłam liczę rozdziałów to szczęka mi opadła...
    Jednak jako że ostatnio miałam trochę wolnego czasu postanowiłam zobaczyć o co chodzi z tą całą Seviką.
    Nie zawiodłam się.
    Przede wszystkim progres jest ogromny. Czytając twój pierwszy i ostatni rozdział - dwa różne światy pod względem stylu, ilości błędów, języka...
    Byłam na początku nastawiona dość sceptycznie, ale koniec końców cieszy mnie że do tego czterdziestego trzeciego rozdziału Snape i Marika nie całowali się trzy razy, osiem razy się rozstali i wciąż przeżywali rozterki sercowe. Akcja idzie bardzo powoli, ale to dobrze. Zero pośpiechu.
    Nie wiem jak inaczej opisać fabułę, więc chyba po prostu zrobię to punktami:
    1) choroba Mariki
    Bardzo oryginalny (chyba, jestem dość zacofana jeśli chodzi o blogi potterowskie, nie czytałam ich od lat) pomysł. Sam fakt, że dziewczyna od samego początku będzie miała ciężkie życie w Hogwarcie jest ciekawym wątkiem, a co dopiero nawroty choroby, które mogą sprawić że będzie musiała wrócić do domu.
    2) Albus-swatka
    Och, pierwsze co mi przyszło do głowy, to że dyrektor od początku planuje swatanie Snape ze Snape'ówną. Pewnie za jego działaniami kryje się głębszy sens, ale wciąż pozostaje wrażenie że staruszek oszalał i teraz jego hobby to tworzenie związków między uczniami i nauczycielami.
    3) zbieżność nazwisk
    Większość autorów chyba by tego unikała, jednak ty to ładnie wykorzystałaś i chwała ci za to. Dzięki temu cała fabuła się bardziej klei.
    4) "- GRYFFINDOR"
    Zaskoczenie roku. Spodziewałam się zupełnie czegoś innego, a Ty postanowiłaś naszej bohaterce jeszcze bardziej uprzykrzyć życie. Wydaje mi się jednak że przesadziłaś z reakcjami Gryfonów i Tonks - w końcu powiedziano im że to zbieżność nazwisk, więc właściwie dlaczego mieliby w to nie uwierzyć?
    5) Svartur
    Bardzo fajnie poprowadzona postać. cieszę się że nie jest zwykłym psycholem, tylko wszystko z czegoś wynika - widać że nie jesteś infantylną autorką, tylko rozumiesz jak działają te procesy.
    6) wątek wampira
    Od początku go lubiłam! Właściwie trudno mi się o nim wypowiedzieć, bo jeszcze nie wiem jak to rozwiniesz,ale jestem przekonana że będzie ciekawie :)

    No właściwie to nie mam więcej do dodania. Kilka błędów się napatoczyło, ale wynikały chyba bardziej z pośpiechu niż z braku wiedzy.

    Pozdrawiam cieplutko i zapraszam do siebie! Co prawda mam bloga potterowskiego, ale odnoszę wrażenie że nie spodobał by się tobie więc to jest link do mojego bloga, który wydaje mi się że bardziej ci podpasuje. Na razie jest tylko prolog, ale to się niedługo zmieni :)
    http://getting-rid-of-feelings.blogspot.com/

    Mistic

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Błędy to moja specjalność, rzadko je widzę u innych jak i u siebie.
      Dziękuję bardzo! :3
      Nie jesteś pierwsza, która tak zareagowała, naprawdę *śmieje się*. Tak tematyka odstrasza.
      Bardzo się cieszę, że mój styl się poprawił. Sama widzę różnicę, a to już sukces.
      Zero pośpiechu - to właśnie lubię. Nie wyobrażam sobie związku z Severusem po 10 rozdziałach C":
      1) choroba Mariki - do domu raczej jej nie wyślę, ale choroba jest ważna...
      2) Albus-swatka - nie, ale wiem jak to wygląda. Albus ma w tym swój interes, dlatego to robi.
      3) zbieżność nazwisk - to jest ciekawe, ale nic niestety nie mogę o tym powiedzieć.
      4) "- GRYFFINDOR" - Tonks jest niezdarna, a za tym idzie według mnie coś jeszcze, ale to będzie w kolejnych rozdziałach. Nie wiem... może widzę jak dzieciaki w mojej szkole reagowały na to jak ktoś miał identyczne nazwisko co nauczycielka. Ploteczki i te sprawy.
      5) Svartur - lubię psychopatów, a on nim na pewno jest c:
      6) wątek wampira - będzie go dużo!

      Chętnie wpadnę na twojego bloga! Dziękuję cieplutko za komentarz i pozdrawiam! C:

      Usuń
  12. Nie chce być nachalna ale kiedy będzie następny rozdział? Mamy już sierpień a tu dalej cisza...

    OdpowiedzUsuń
  13. Łoł, bardzo długi rozdział, mam nadzieję, że będzie tak dobry, jak dwa poprzednie. :)
    Krótki opis lekcji - bardzo fajnie, bo nadal sprawy kręcą się dookoła tego, co w Hogwarcie najważniejsze. Ale skoro Marika chce zostać magomedykiem, to jakim cudem nie ogarnia transmutacji? Ja rozumiem, że może czegoś nie ogarnąć, okej, nie zrobiłaś z Mariki Mary Sue, więc nie musi być ze wszystkiego najlepsza, ale jest już w szóstej klasie. Trzeba mieć bardzo dobre oceny, żeby dostać się na lekcje z McGonagall, Neville miał pecha i nie mógł kontynuować zajęć, więc jakim cudem Marika je kontynuuje?
    Dużo Łezleja, super! xD Lubię go i cieszę się, że zaprzyjaźnił się z Mariką. Zazwyczaj jest najbardziej ignorowany ze wszystkich dzieciaków Molly i Artura, a szkoda, bo jego życie ze smokami było o wiele bardziej fascynujące niż przygody Billa.
    Ta rozmowa z obrazem była jakby... wyjęta z rzeczywistości. Chciałabym więcej takich scen, ale bez przesady, żeby nie przedobrzyć.
    Brak akapitów bardzo utrudnia czytanie, powinnaś je wstawić, bo zlany tekst + maleńka czcionka to zabójstwo dla oczu Czytelnika.
    Snape w tym rozdziale jest zaskakująco normalny i nawet nie zachowuje się tak dziecinnie. Czyżby to początek zmiany Mistrza Eliksirów na lepsze? Oby tak, oby tak!
    Powiem szczerze, że trochę się zmęczyłam tym rozdziałem. Nie przez to, że był długi, nie, ale zbyt dużo tu informacji, które były zaledwie napoczęte. Za dużo bodźców.

    OdpowiedzUsuń

Layout by Alessa