sobota, 30 maja 2015

Rozdział XVII

Witam. Miał być rozdział koło 20. maja a jest 30. Wybaczcie mi mojego lenia...  Proszę, nie patrzcie powierzchownie, nie chce stworzyć haremu.
Dziękuję bardzo za pomoc Soni, Alex a także Cath. 
Znalazłam także betę, która zajmie się poprawą wszystkich rozdziałów. Z prawej strony macie linka, aby przenieść się na jej bloga.
Przepraszam za wszelkiego rodzaju błędy i już bez zbędnych słów, zapraszam na rozdział.
Beta - Crux. 



— Nienawidzę cię dziwaku! — krzyknęła, rzucając w chłopca talerzem.
 Ten uniknął uderzenia, wybiegając z kuchni. Kobieta ruszyła za nim, wpadając na ścianę. Wszystko wskazywało na to, że była pod wpływem alkoholu.
— Mówiłam ci, żebyś się do mnie nie zbliżał!
— Mamo... — jęknął, starając się nie płakać. — Wypiłaś za dużo, proszę cię, nie pij już.
— Nie będziesz mówił mi, co mam robić dziwaku! To przez ciebie twój ojciec mnie zostawił! To przez ciebie taka jestem! — wrzeszczała, zbliżając się do chłopaka.
— Wcale nie... Kochasz mnie, kochałaś... Dbałaś o mnie, starałaś się... — mówił, zasłaniając twarz. Nie wiedział co robić, nie chciał denerwować matki.
— Bo nie wiedziałam, że jesteś dziwolągiem! Jesteś odmieńcem, nie chce cię znać!
— Mamo! Wcale tak nie myślisz!
 Kobieta wymierzyła mu siarczysty policzek, po czym złapała go za koszulę i uniosła do góry. Nienawiść, wściekłość, obrzydzenie oraz strach krył się w jej oczach.
— Nie krzycz ty mały dziwaku! I nie jestem twoją matką, już nie!
 Puściła go, wchodząc na piętro. Chłopiec usłyszał jedynie trzask drzwi jej sypialni, następnie zapanowała cisza.
 Adham wierzył, że jutro znowu będzie go kochać.


***

 Pogrążone w półmroku, niewielkie pomieszczenie; stare meble, pokryte kurzem i pajęczyną, znajdujące się w gabinecie Szaleńca. Książki, kilka zwojów pergaminu rzuconych niedbale na biurko. Świece stojące w kącie buchnęły pomarańczowym płomieniem. Tęczówki mężczyzny błysnęły niebezpiecznie, drgnęłam mimowolnie. Szydzące spojrzenie, uśmiech wariata, dłoń sadysty trzymające zręcznie małą truciznę, w postaci papierosa.
 Svartur uniósł lekko głowę, uwalniając dym z płuc, lecz uśmiech nie znikał z jego parszywej twarzy.
— Wyglądasz na przerażoną... Miałem nadzieję, że właśnie tak zareagujesz! — Zeskoczył z biurka, zachwycony.
 Zbliżył się do mnie, jego twarz znalazła się bardzo blisko mojej. Czułam dokładnie odór papierosów i chyba... alkoholu. Jednak mężczyzna nie wyglądał na pijanego, to szaleństwo go odurzyło. Nie był jednym z tych wariatów, których zamykano w białych pomieszczeniach. Nie, zdecydowanie Svartur się od nich różnił.
— Tylko nie zapomnij oddychać, młoda. Jak mi tutaj zejdziesz, to z kim będę spędzać popołudnia? — Złapał mnie za brodę, unosząc ją delikatnie.
— Tak się składa, że nie mogę... Nie jestem przyzwyczajona do takiego smrodu — odpowiedziałam, nie ruszając się z miejsca. Chyba nie chciałam z nim przegrać.
— Ach, tak?
 Zaciągnął się, aby zaraz potem dmuchnąć mi prosto w twarz ohydnym odorem. Cofnęłam się, kaszląc, słyszałam jego śmiech. Spiorunowałam go wzrokiem, nie robiąc tym samym na nim większego wrażenia.
— Twoja wściekłość jest... nijaka. Naprawdę, wyglądasz wtedy komicznie. Nie wydaje mi się, aby złość tak drobnego dziecka wystraszyła kogokolwiek.
 Wyprostowałam się, przecierając oczy. Dym papierosowy uniemożliwiał mi poprawne oddychanie, a oczy piekły niemiłosiernie. Nadal byłam zmęczona po dzisiejszych zajęciach, a Svartur, zamiast poprowadzić normalną lekcję, truł mnie.
 — Przepraszam, mogę wyjść do łazienki? Nie czuje się najlepiej... — mruknęłam, wyczekując odpowiedzi.
 Profesor złapał mnie lekko za szyję, przyglądając mi się z zaciekawieniem.
— Widać... — szepnął, rozcierając coś kciukiem na moim policzku.
 Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, iż nieznana substancja była najzwyczajniej moją krwią. Wyrwałam się profesorowi, przykładając rękaw koszuli do nosa. Nie minęła nawet minuta, kiedy czysta biel przemieniła się w szmaragd. Przeklęłam w myślach, starając się nie patrzeć na mężczyznę. Nie zależało mi na opinii Svatura, jednak nieporadzenie sobie ze zwykłym krwotokiem było dość poniżające.
— Na Salazara, aleś ty niedołężna — warknął, rozdrażniony. — Miałem nadzieję na pierwsze, aktywne zajęcia a ty mi zaczynasz krwawić. Gdyś nie była tak nieudolna oraz po prostu głupia, uznałbym, że zrobiłaś to celowo. Nie mam jednak zamiaru posądzać cię o tak ambitne plany. I na co tak czekasz? Siadaj na kanapie, dziecko.
 Zdecydowanie nie na to liczyłam. Wolałam iść do Skrzydła Szpitalnego albo wrócić do Pokoju Wspólnego i tam poczekać, aż mi przejdzie. Zdawałam sobie sprawę, że w moim przypadku krwotok z nosa mógł oznaczać wiele rzeczy, podobnie jak plucie krwią, aczkolwiek Svartur nie był człowiekiem, który troszczył się o moje zdrowie. Dlatego też zdziwiło mnie jego zachowanie. Wiedziałam także, że ten niewielki wylew mógł być spowodowany przemęczeniem. W końcu miałam za sobą nieprzespaną noc oraz dość wyczerpujące lekcje. Już nie wspominając o stresie, jaki mi podczas nich towarzyszył.
— Masz — mówiąc to, rzucił w moją stronę chusteczkę. — Staraj się nie zakrwawić kanapy ani podłogi. Jeśli cokolwiek zabrudzisz, to zastąpisz mi domowego skrzata.
 Skończył, wracając do przeglądania zawartości swojej szafki. Mężczyzna najwyraźniej czegoś szukał, a z każdą sekundą był coraz bardziej poirytowany.
— Pójdę do madam Pomfrey, profe...
— Zamkniesz się, czy użyć do tego różdżki, gówniaro?  — warknął, a zaraz potem się uśmiechnął. — W końcu jest!
 Spojrzałam z zaciekawieniem na fiolkę, trzymaną przez Svatrura. Nie rozpoznałam, po kolorze substancji, eliksiru znajdującego się w naczyniu. Profesor podszedł powoli, kucając przede mną.
— Wiesz co to? Z pewnością nie, nie masz prawa wiedzieć.  To eliksir wzmacniający połączony z eliksirem słodkiego snu, Snape — uśmiechnął się, odkorkowując fiolkę. — Coś dla ciebie, gdyż siła działania jest dwa razy większa albo i trzy. Mam takich kilka... kilkanaście i z pewnością liczba tego wywaru się zwiększy. Stworzyłem to na nasze lekcje. Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo będziesz po zajęciach wykończona. W sumie cały zapas znajduje się w sali treningowej, ale na twoje szczęście jeden się uchował.
— Sugeruje pan, że mam to teraz wypić? — zapytałam, odsuwając rękę z chusteczką od nosa. Krwawienie ustało.
— A jak myślisz? — uniósł brwi, przeczesując włosy palcami. Kpina nie znikała z jego twarzy.
— Nic mi nie jest, mogę spokojnie wrócić do Pokoju Wspólnego lub wziąć udział w zajęciach.
— Nie zamierzam z tobą dyskutować. Muszę wiedzieć czy to w ogóle działa — westchnął. — Myślę, że tak, aczkolwiek eliksiry to moja pięta Achillesowa... Zostaniesz królikiem doświadczalnym.
— Zdecydowanie odmawiam — odrzekłam stanowczo, odsuwając się delikatnie od niego. Faszerować uczennicę niesprawdzonym eliksirem. Wariat. — Jeśli nie jest pan pewny swojego tworu, to proponuję udać się do profesora Snape'a. Gwarantuję, że pomoże on panu. 
— Wypij, Snape. Nie drażnij mnie.
— Nie zrobię tego, profesorze.
— Ech, a mogłaś tego uniknąć. Widocznie nie mam innego wyjścia.
 Nie miałam pojęcia, o co chodziło Svarturowi, czego naprawdę żałowałam. Próbowałam wstać, jednak on złapała za ramię, przytrzymując mnie na kanapie. Uśmiechnął się szydząco, przystawiając buteleczkę do swoich ust.
— Na zdrowie, Snape.
 Przechylił fiolkę, upijając wywar znajdujący się w naczyniu. Patrzyłam na niego w szoku, nie ukrywając swojego zaciekawienia. Zastanawiałam się dlaczego, to zrobił, co go skłoniło do takiego posunięcia.  Svartur by nie uległ, nie zmieniłby tak szybko zdania. Musiał mieć w tym jakiś konkretny cel, który z pewnością nie był dla mnie korzystny. Już po chwili dowiedziałam się, co mężczyzna planował.
 Obie dłonie położył na moich policzkach, przyciągając mnie gwałtownie do siebie. Nienawiść, razem z obrzydzeniem, zagościła w jego oczach. Siłą uchylił moje usta, brutalnie wmuszając eliksir, poprzez ohydną hybrydę pocałunku. Chwycił za moje nadgarstki, uniemożliwiając mi jakikolwiek ruch. Stróżki eliksiru, spływały mi po brodzie, zaczęłam się krztusić bezsmakowym wywarem. Odepchnął mnie, ocierając twarz rękawem.
— Cholera... że musiałem to zrobić — odraza była wyczuwalna w jego głosie. Splunął, odwracając się ode mnie. — Jedna z najgorszych rzeczy, jakich doświadczyłem.
 Nie odezwałam się, na usta cisnęły mi się same przekleństwa oraz groźby. Najlepszym wyjściem było poinformowanie o tym McGonagall lub samego dyrektora choć wątpiłam, aby starzec coś zrobił z zaistniałą sytuacją.
 Podniosłam się z miejsca, kierując się w stronę drzwi. Svartur mnie nie zatrzymał, czułam na sobie jego spojrzenie.
— Jeden...
 Otworzyłam drzwi, ostatni raz zerkając na mężczyznę.
— Dwa...
 Zmarszczyłam brwi, obraz rozmazał się. Nogi odmówiły posłuszeństwa, zakręciło mi się w głowie. Osunęłam się po ścianie na ziemię, zamykając tym samym na powrót drzwi.
— Trzy. Dobranoc, Snape.

***

 Drugi września nie różnił się niczym od wycieczki do zoo, którego celem byłoby pooglądanie zwierząt, a w szczególności małp. Uczniowie niczym małe bestie rzucały się po korytarzach, wrzeszczały oraz irytowały mnie, zapominając najwidoczniej, gdzie się znajdowały. Tak było zawsze, rok w rok. Wakacje minęły, jednak ich smak nie zniknął, nauka nie zabierała studentom czasu wolnego, mogli spokojnie rujnować mi życie. Nie ważne ile odjąłbym punktów Gryffindorowi, nic w tamtej nie mogło poprawić mojego humoru.
 Wpatrywałem się w rozpiskę rad pedagogicznych, wzdychając ciężko. Nienawidziłem tych spotkań, dyskusji o uczniach. Możliwe, że było to konieczne, jednak zawsze słyszałem najwięcej skarg na Ślizgonów. Zdawałem sobie sprawę z natury moich podopiecznych, ich zamiłowania do konfliktów, aczkolwiek nie raz przekonałem się o tym, jak studenci z innych domów potrafili prowokować Węże.
 Często śmieszyła mnie ta niechęć do Ślizgonów oraz wieczne oskarżanie mojej osoby o stronniczość. Darzyłem specjalnymi względami Slytherin, nigdy tego nie ukrywałem, tak samo, jak faktu, że nie potrafiłem znieść Gryffindoru. Niestety niesprawiedliwość stała się codziennością w Hogwarcie, nawet jeśli większość nie chciała przejrzeć na oczy. Moje zachowanie na celu miało nadrobić antypatię nauczycieli w stosunki do uczniów Salazara. Jako jedyny mogłem dać im to, co otrzymywali Gryfoni, Puchoni oraz Krukoni od całego grona pedagogicznego. Odwiecznie to mnie wytykano błędy, a sami swoich nie zauważali, święci hipokryci. Nikt też nie spostrzegł, że Ravenclaw oraz Hufflepuff traktowałem neutralnie, tylko ten przeklęty Gryffondor...
 Podniosłem się z miejsca, przecierając oczy, następnie kark. Dwie godziny z trzeciorocznymi Gryfonami oraz Ślizgonami wykończyły mnie, marzyłem jedynie o znalezieniu się w swoich komnatach. Mimo iż sam walczyłem z domem Lwa, kiedy byłem uczniem, to nie raz prosiłem Merlina, aby studenci skłóconych ze sobą stron, doszli do porozumienia. Oczywiście zaraz potem karciłem się w duchu, za tak niedorzeczne myśli. Większość Ślizgonów, łącznie ze mną, gardziła Gryffindorem, ich zasadami oraz zachowaniem. Węże i Lwy nigdy nie znajdą wspólnego języka. Sądziłem nawet, że niedane im będzie normalnie porozmawiać, skoro samo patrzenie na siebie doprowadzało ich do szaleństwa.
 Wyszedłem przed klasę, wpatrując się w czekających na mnie pierwszoroczniaków. Strach oraz zaciekawienie — to widziałem w ich oczach. Zawsze to samo.
 Plotki krążące o mnie po szkole, zazwyczaj były trafne. ”Tłusty drań, dbający jedynie o przeklętych Ślizgonów. Niesprawiedliwy, nienawidzący Gryfonów. Odbiera punkty za nic, nie dyskutujcie z nim — on nie potrafi rozmawiać”. Wielokrotnie słyszałem takowe słowa nie tylko od uczniów. Nauczyciele także się nie pilnowali, a jako szpieg potrafiłem dobrze słuchać. Nigdy nie zaprzeczyłem, nie miałem zamiaru. Wszystkie te zdania były trafne, stały się gorzką prawdą dla ludzi; studentów, jak i profesorów. Mnie jedynie pozostało uśmiechać się sarkastycznie.
 Młodzi uczniowie, przychodzący na pierwsze zajęcia eliksirów, obawiali się mnie, aczkolwiek chcieli sprawdzić, ile w pogłoskach znajdowało się prawdy. Prawdopodobnie Krukoni i Puchoni nigdy nie poznali prawdziwego smaku niesprawiedliwości, skoro nie nosili na piersi godła Godryka. Mogli się jedynie domyślać, jakim piekłem dla domu lwa stała się moja klasa.
 — Na co czekacie? — warknąłem. — Mam wysłać specjalne zaproszenie? Do klasy, raz! 
 Odwróciłem się, wchodząc do środka. Stanąłem przy biurku, obserwując uczniów zajmujących miejsca. Kolejne dwie godziny tym razem w błogim spokoju. Krukoni, jak i Puchoni zazwyczaj byli nadzwyczaj ogarnięci, szczególnie ci pierwsi. Lekcje z nimi przebiegały bez większych problemów.  
— Skoro już państwo zaszczycili mnie swoją obecnością... — zatrzymałem się, aby spiorunować wzrokiem siedzących bliżej mnie, po czym kontynuowałem: — ...to rozpocznijmy lekcję. W tej klasie poznacie wykwitną oraz trudną sztukę warzenia eliksirów. Wielu z was nie będzie dane poznać prawdziwej mocy tkwiącej wywarach, nie każdy dowie się, jak wielką siłę potrafią podarować magiczne napoje. Eliksiry są zdolne pokonać śmierć, ale także ją podarować. Zasieją w czyimś sercu nienawiść, ale także i miłość. Zarażą strachem, dodadzą odwagi. Sprawią, iż człowiek słaby stanie się potęgą, ale i tą siłą są zdolne zabrać. Tego wszystkiego mogę was nauczyć, o ile nie jesteście kolejnymi kretynami niemającymi pojęcia, co robią w mojej klasie.
 Uczniowie popatrzyli na siebie niepewnie, nie wiedząc, czy powinni się odezwać. Żaden jednak nie był na tyle głupi, abo otworzyć chociaż usta.
— Rozdział pierwszy, strona jedenasta.

***


— Severusie, czy zjawisz się podczas pory obiadowej w Wielkiej Sali?
 Drugiego września zazwyczaj nie zasiadałem za stołem prezydialnym w czasie posiłków. Najzwyczajniej nie miałem na to siły oraz nerwów. I tym razem nie miało być inaczej.
— Niestety nie. Wiem, jaki to zawód dla ciebie, jak i dla innych, Minerwo — odpowiedziałem, uśmiechając się drwiąco. — Źle się czuje, zjem w swoich kwaterach. A jeśli tak bardzo interesuje cię moje życie, to napomknę ci, że miałem teraz obchód. Czy już zaspokoiłem twoją ciekawość?
 Kobieta przewróciła oczami, co wyglądała dziwacznie, zaważając na jej wiek.
— Rozumiem. W takim razie nie będę zabierać ci więcej czasu. Chce ci jedynie przykazać grafik z dodatkowymi zajęciami panny Snape.
— Istota, mów tak na nią. — McGonagall pokręciła głową, ignorując moją uwagę. — Nie uważasz, że to lepiej do niej pasuje? — prychnąłem, biorąc od niej niechętnie dokument.
 Przyjrzałem mu się dokładnie, przeklinając w myślach Gryfonkę. Nie mogłem myśleć o tym dziecku od czasu kiedy wspomniało o Mrocznym Znaku. Samo znoszenie jej na lekcjach będzie trudne a co dopiero na zajęciach dodatkowych? Świadomość, że ten cały zabieg był konieczny, nie dawała mi spokoju. Liczyłem, iż Dumbledore zmieni zdanie. Rozczarowałem się i to jak bardzo.
— Jakim prawem mam spędzać z dziewczyną dodatkowe dwie godziny w środy, skoro każdy inny ma tylko jedną? — Nie ukrywałem swojego niezadowolenia oraz wściekłości.
— Nie ty jeden, także profesor Sprout. Panna Snape chce zostać uzdrowicielem, a Albus chce jej to ułatwić.
— Moim kosztem, tak? — syknąłem zgryźliwie. — Zdajecie sobie sprawę, jak bardzo nie chce tego robić?
— Severusie, masz szansę wyszkolić to dziecko na mistrza. Potraktuj to jako swoiste zadanie.
— Proszę cię. Nie rozśmieszaj mnie, Minerwo. Ona nie ma do tego predyspozycji. — Cóż za kłamstwo.  — Jest zresztą Gryfonką.
— A to coś zmienia? — Zmarszczyła brwi, wyglądała na niezadowoloną. Też mi zaskoczenie. 
— Oczywiście, że tak. Żaden uczeń domu lwa nie potrafił, nie potrafi i nie będzie umieć zrozumieć mocy i piękna drzemiących w eliksirach. Żaden...
— Severusie — przerwała mi — na szczęście nie każdy jest tak ograniczony, jak ty. Nienawiść z przeszłości znowu przemawia przez ciebie. Obrażasz Gryffindor, nie mając do tego żadnych podstaw. Nie zapominaj, że Lily Potter była jedną z lepszych uczennic Horacego. Czy nie była też twoją przyjaciółką?
— Nie mów niczego więcej.
 Odwróciłem się, odchodząc od niej.
Lekcje eliksirów ze Slugornem zawsze były moimi ulubionymi zajęciami, nie tylko dlatego, że uwielbiałem ten przedmiot. Pomimo iż godziny te musiałem spędzić z Potterem oraz Blackiem, to także była tam Lily. Nie ważne jak bardzo nienawidziłem swojej przeszłości, czas spędzony z nią wspominałem dobrze. Niepotrzebnie wracałem myślami do utraconych dni młodości, ale nie potrafiłem zignorować faktu, że oprócz cierpienia dawało mi to i swoistą radość.
 Evans nigdy nie była orłem z eliksirów. Nieraz zazdrościłem jej talentu magicznego do pięknej magii, który z pewnością posiadała, ale wywary nie należały do jej świata. Lily wiele nauczyła się ode mnie podczas przygotowywania mikstur, pragnąłem dać jej od siebie tyle, ile potrafiłem.  Chłonęła moje słowa pilniej niż nauki Slughorna, a z lekcji na lekcję stawała się coraz lepsza, chociaż do mistrza brakowało jej daleko. Nigdy też nie chciała, abym to ja wykonywał całą robotę, zawsze pomagałam mi na tyle, ile umiała. Slughorn nie był ślepy na jej pracę, sądziłem nawet, że widział w niej kogoś wyjątkowego. Nie mylił się, Lily była kimś niesamowitym.
 Po wydarzeniach z piątego roku, kiedy wypowiedziałem w złości przeklęte słowo, mogłem jedynie obserwować Evans z drugiego końca sali.
 McGonagall nawet nie wiedziała, ile jej słowa kosztowały mnie wysiłku, abym w tamtej chwili mógł zapomnieć o demonach przeszłości. 
— Ech, wiesz, powinnaś się umyć?
— Co?
— Stój spokojnie, możesz nawet zamknąć oczy.
 Usłyszałem znajomy oraz niemiłosiernie irytujący głos Istoty, przez którą musiałem nawiązać ten nieszczęsny dialog z Minerwą. Uczniowie mijali mnie pośpieszne, a ja obserwowałem Weasleya nachylającego się nad dziewczyną. Uniosłem brwi, krzyżując ręce na piersi. Kto by się spodziewał, że dziewczyna wyglądający jak żywy kościotrup o białej cerze będzie w stanie przyciągać, tak do siebie mężczyzn. Oczywiście mogłem wyciągać pochopne wnioski, ale wolałem widzieć Istotę właśnie w takim haniebnym świetle.
— Wiesz, że masz całe czoło w błocie? Pewnie nie wiesz, skoro nic z tym nie zrobiłaś. Ach, naprawdę jesteś niezdarna...
— Zdarza się... Nie bądź taki delikatny, po prostu to zmyj, jak zacząłeś... Ludzie się patrzą.
 Prychnąłem, widząc niezadowolenie dziewczyny. Dobrze grała albo rzeczywiście nie podobało jej się, to co wyprawiał Weasley. Cóż za uczuciowość i troska panuje między członkami domu Godryka, jedynie pozazdrościć. Istota jak widać, nie próżnowała.
— Co w tym złego, hmm?
— Zapomniałam, że nie interesuje cię cudza opinia, Charlie.
 Znudziła mnie już ta sentymentalna scena, tylko przyprawiła mnie o mdłości. Ciekawiło mnie, jakby Gryfon zareagował na wieść, z kim Istota spędziła ostatni tydzień. Z pewnością po usłyszeniu takiej informacji nie kleiłby się do Mariki.
— Minus dziesięć punktów od Gryffindoru. Panie Weasley, publiczne okazywanie uczuć nie jest tolerowane w szkole.  — Uśmiechnąłem się drwiąco, zbliżając się do dwójki wadzących mi uczniów.
 Dziewczyna spojrzała na mnie beznamiętnie. Najwidoczniej nie miała zamiaru także się odzywać. Jak mądrze. Chłopak puścił Marikę, zwracając się do mnie:
— Niech pan wybaczy, Sir, ale jedynie pomagam nowej koleżance. Nie jest to, żadne okazywanie sobie uczuć.
— Kolejne minus dziesięć, za podważanie mojego autorytetu. Coś jeszcze, Weasley? — syknąłem. W gruncie rzeczy nie interesowało mnie to, wykorzystałem tylko sytuację, aby pokazać Istocie, że nie jest już pod moją opieką. Traktowałem ją jak każdego innego...Gryfona.
— Nie, profesorze Snape — szepnął.
— Tak sądziłem. Marsz na lekcję. Jeśli dowiem się, że przez wasze umizgi, spóźniliście się na zajęcia, każde z was dostanie szlaban z panem Filchem. Zrozumiano?
 — Tak jest, Sir.
— Istoto widzę, że szybko znajdujesz znajomych. Chociaż rekrutujesz jedynie mężczyzn, prawda?
 Po tych słowach odwróciłem się, pozostawiając wściekłego Wesleya oraz oniemiałą Snape. Nie mogłem darować sobie tak trafnego komentarza. Gdyby tylko nie jej nazwisko, a nie miałbym żadnych wyrzutów sumienia, że poniżyłem innego Snape'a.

***

Skrobanie pióra rozbrzmiewało w całym pomieszczeniu. Cisza była tak wielka, że dla niejednego człowieka byłaby nie do zniesienia, ale nie dla mnie. Chwile spokoju, po tak głośnym dniu pełnym chaosu, stały się wybawieniem. Słyszałem tylko trzask ognia w kominku oraz kieliszek wina, w który stukałem mimowolnie, tworząc przy tym cichy dźwięk przypominający dzwonki.
 Przygotowywanie pytań na testy z zasady poprawiało mi samopoczucie i tym razem nie było inaczej. Wypisując, na skrawku pergaminu, zagadnienia z piątego rozdziału, zastanawiałem się, czy któryś z uczniów poznał na tyle moją naturę, aby domyślić się, co planowałem. Studenci z siódmego roku powinni oswajać się z myślą, że jeśli zdecydowali się zdawać eliksiry na owumentach, to ja stanę się dla nich najstraszniejszym koszmarem. Nie mieli pojęcia, co uczynili, jak bardzo pogrążyli swoje życie towarzyskie. Miałem zamiar doprowadzić do momentu, w którym zaczęliby sypiać z podręcznikiem do eliksirów.
Odchyliłem się do tyłu, rozciągając się, czego skutkiem było nieprzyjemne strzyknięcie w plecach. Podniosłem się, zabierając dokumenty ze sobą, następnie opuściłem gabinet, kierując się do mieszkania. Moja praca skończyła się, mogłem wykorzystać wolny wieczór na przeczytanie książek, których nie zdążyłem przewertować podczas ostatniego tygodnia wakacji. Zagraniczni Mistrzowie Eliksirów znali całkiem inne oblicza sztuki warzenia mikstur, a ja pragnąłem się z nimi jak najprędzej zapoznać.
 Moją uwagę przykuły rozmowy Ślizgonów, stojących za rogiem.
—...odebrał nam trzydzieści punktów! Jeszcze nigdy tyle nie straciliśmy podczas pierwszej lekcji. Traktuje nas jak Snape Gryfonów.
— Nie przesadzaj, Smith. Nie jest tak źle. Na razie. Jeśli sprawy tak dalej się potoczą, możemy stracić Puchar Domów, a jak wiemy, Snape nie będzie zadowolony. Zresztą, sam bym nie mógłbym znieść tego poniżenia.
— W takim razie co powinniśmy zrobić?
— Opowiedzieć Ślizgonom o lekcji i dać im wskazówki jak mają się zachować. Nie wydaje mi się, aby sztuczne umizgiwanie się cokolwiek pomogło.
— Przepraszam, czy mógłbym się dowiedzieć, o czym tak żarliwie dyskutujecie?
 Wyszedłem zza rogu, stając przed nimi. Oboje speszyli się, wymieniając spojrzenia. Byłem cierpliwy, doskonale wiedziałem, iż zaraz usłyszę odpowiedź.
— Profesorze Snape... Ten nowy nauczyciel obrony przed czarną magią widocznie coś do nas ma, do Ślizgonów...
— Odjął nam punkty, choć w gruncie rzeczy nie miał do tego powodu. — Dokończył drugi. — I to nie była naprawdę nasza wina, on...
— Wracajcie do swoich dormitoriów, ja porozmawiam z profesorem Svarturem.
 Kiwnęli głowami, odchodząc w stronę Pokoju Wspólnego Slytherinu.
 Nie wiedziałem co o tym myśleć, aczkolwiek trudno było nie wierzyć moim podopiecznym, którzy jak nigdy przejęli się złym traktowaniem ze strony nauczyciela. Z drugiej strony, gdzieś w głębi czułem, że właśnie tak będzie; spodziewałem się takiego zachowania. Svartur okazał się bezwzględnym mężczyzną, traktujący uczniów jak równych sobie przeciwników. Jego infantylne oraz agresywne zachowanie nie dawały mi spokoju. Słowa, opanowana postawa Albusa po sytuacji z Istotą utwierdziły mnie w przekonaniu, iż starzec nie ma zamiaru wpływać na Svartura tak jak i na mnie. Dał mu wolną rękę.
 Stanąłem przed gabinetem Adhama, pukając. Nic, tylko cisza. Powtórzyłem czynność, przypominając sobie o zajęciach Mariki. Uderzyłem w drzwi zirytowany, odwracając się. Zapewne teraz ćwiczyli w sali do tego przeznaczonej. Czułem się jak idiota, błądząc tak po szkole. Ruszyłem, kiedy drzwi uchyliły się. Zerknąłem przez ramię, widząc rozbawiony wyraz twarzy Adhama.
— Dobrze się bawisz, Svartur? — syknąłem, stając przed mężczyzną.
— Szybko się denerwujesz, Snape. Czego tu szukasz?
— Myślę, że dobrze wiesz, o co mi chodzi. Nie rób z siebie idioty.
— Tak sądzisz? — uniósł brwi, otwierając szerzej drzwi. — Zapraszam.
 Westchnąłem, wchodząc do środka. Od razu zająłem miejsce przy biurku, nie rozglądając się po pomieszczeniu. Nie zjawiłem się tam, aby zajmować się wyglądem miejsca pracy Adhama. Mężczyzna zasiadł naprzeciwko mnie, śmiejąc się pod nosem. Nawet nie chciałem wiedzieć, co go tak bawiło.
— Severusie? Aż umieram z ciekawości, co sprowadziło cię do mnie.
— Czy masz zamiar...
— Prześladować twoich słodkich Ślizgonów? — wtrącił się. Nie przestawał się parszywie uśmiechać. — Nie, chciałem tylko zobaczyć twoją złość. 
 Mój wzrok mógł przecinać szkło w tamtej chwili. Zacisnąłem dłonie w pięści, starając się okiełznać potrzebę sięgnięcia po różdżkę. Ten człowiek najzwyczajniej się mną bawił.
— W co ty grasz, Svartur?
— W nic. To przyzwyczajenie.

***

— Patrzcie, kogo tu mamy! To nasz stary kolega, Adham!
 Trzech szesnastolatków otoczyło Svartura, śmiejąc się głośno. Chłopiec skulił się w sobie, patrzył w ziemię. Nie chciał widzieć twarzy swoich oprawców, ich szydzących spojrzeń. Mógł tylko widzieć buty nastolatków. Tylko buty — taką mieli zasadę.
— Gdzie idziesz? — zapytał jeden z nich, opierając się o ramię młodzieńca.
— Do... do domu. Czy mógłbym już...
— Chodź z nami, zabawimy się.
 Nie chciał tego, tak bardzo się bał. Adham wiedział, co nastolatkowie planują. Po raz kolejny zrobią sobie z niego worek treningowy, pobiją go, potną. Nadal w uszach Svartura rozbrzmiewały słowa Lucasa, mówiącego, że jeśli znudzi im się bicie to chłopiec stanie się jego małą dziwką. Adham nie wiedział do końca, co to znaczyło, jednak był pewnie, że to nic dobrego. Wprawdzie wszystko, co mu robili, przerażało go, jego ciało stało się tylko brudną szmatą, ale bardziej bolał go fakt, iż nie miał komu o ty powiedzieć. Nauczyciele w szkole nie interesowali się takimi sprawami, a matka...ona już dawno go porzuciła. Pozwolenie na mieszkanie z nią, nie czyniło z kobiety rodzica. Dziesięciolatek zdany tylko na siebie — przerażająca rzeczywistość.
— Ja muszę wracać do domu... Ktoś na mnie czeka. — Skłamał, wymijając Eliasa. Ten złapał go za rękę.
— Kto? Twoja szalona matka? Sądzisz, iż nikt nie wie o tym, że powinna znaleźć się w wariatkowie? — Ponownie zaczęli się śmiać.
— Przestańcie... — mruknął, patrząc Eliasowi w oczy. Ten uderzył go w twarz z pięści.
— Nie za odważny się zrobiłeś? Twój wzrok na moich butach, pamiętasz? Jak on się rozpuścił... Trzeba dać mu nauczkę.
— Mówisz? Ja już mam nawet pomysł jaką. — Lucas chwycił za włosy Adhama, po czym szepnął mu do ucha:
— Mała dziwka.
— Lucas, nie dzisiaj. Kiedyś sobie go weźmiesz na cały dzień, teraz potrzebuje się wyżyć.
— Psujesz mi zabawę, Paul. Niech ci będzie, ale zaklepuje młodego na jutro.
— Rób co chcesz, a teraz prowadź go do parku.
— Nie jestem zabawką — odezwał się, broniąc swojego honoru.
Jeden z nastolatków pchnął go tak, że chłopiec upadł, zdzierając skórę z dłoni. Kiedy klęczał, zdał sobie sprawę z jednej rzeczy — on już nie istniał. Miał wrażenie, iż ludzie mijając go na ulicy, nie widzą go, jakby był duchem. Matka nie dostrzegała siniaków oraz jego blizn. Adham robił wszystko, żeby nauczyciele zainteresowali się jego ciałem, ale to nic nie dawało. Był nikim, nawet nie zabawką, a zwykłym ścierwem. Zastawiał się dlaczego... Dlaczego świat o nim zapomniał?
 Po niedługim czasie cztery osoby znalazły się w mroczniejszej części parku miejskiego. Korony wysokich drzew przysłaniały błękitne niebo, promienie słońca nie mogły dotrzeć do miejsca, gdzie znajdował się Adham wraz ze swoimi oprawcami. Krzewy róż rosły dookoła, przypominając zielono-czerwony mur. Nikt nie mógł dostrzec ofiary i jego katów.
 Pierwsze kopnięcie w brzuch. Zaczął Paul.
 — Emma znowu ze mną zerwała, głupia szmata. Pcha się z łapami do każdego, puszcza się z kim popadnie.
Drugie kopnięcie tym razem w głowę. Do Paula dołączył Elias.
— Zawsze Lena może się nią zając, wiesz, jaka jest... Dziwką nie daruje.
 Adham dowiedział się, kim jest dziwka. To z pewnością mu nie pomogło, zaczął się trząść. Pierwsze łzy napłynęły mu do oczu, rozpryskując się na jego policzkach, kiedy Lucas kopnął do w piszczel.
— Wtedy z Emmy nic nie zostanie, ale to żadna szkoda, prawda?
 Szatańskie śmiechy. Lucyfer, Lewiatan i Belial — książęta piekieł. Tym byli dla młodego Adhama Svartura. Niczym więcej niczym mnie. Łkał, modląc się, kiedy Paul uderzył go w twarz. Lucasz wyjął żyletkę. Chłopiec nie chciał kolejnych napisów na plecach, nie chciał tego.
 Czołgał się, pragnął zniknąć, a nawet umrzeć. Kaci śmiali się, patrząc na to, jak ich ofiara próbowała uciec.
 — To tylko kolejny mały napis, polejemy ranę wódką jak ostatnio.
 Elias wyjął alkohol z plecaka, unosząc do góry.
— Nie...
— Słucham? Czy mógłbyś powtórzyć? — zakpił.
— Nie... — syknął, starając się usiąść.
 Paul zbliżył się do niego, stając na dłoni Adhama. Młodzieniec krzyknął, kolejne łzy spłynęły po jego policzkach.
 Miał dość, nienawidził ich. Nienawidził ludzi mijających go na ulicy oraz nauczycieli. Nienawidził ojca i matki. Nienawidził samego siebie. Nienawidził wszystkich.
 Dziesięciolatek pragnął śmierci każdego człowieka, nie wierzył już w nic. Boga dla niego nie było, nie było też Diabła. Nie było miłości i dobra. I tylko demony w postaci ludzi. Tylko to istniało.
 Zamknął na chwilę oczy, pogrążył się w swoim gniewie, wściekłości, po czym uniósł powieki. Ściemniło się, wiatr szalał, zaczął padać deszcz. Spojrzał w oczy chłopakowi stojącemu najbliżej niego, który wyglądał na przerażonego. Magia dziecka odrzuciła nastolatków od siebie, a niewidzialne dłonie zaczęły ich dusić. Młodzieniec podniósł się z trudem, zbliżył się do, walczących o tlen, szesnastolatków.
 — Nie!  — krzyknął. Zaczął płakać, dławił się wolnością. Widział ich sine twarze i czuł się dobrze. — Nie, już nigdy mnie nie dotkniecie.
 Adham Svartur się mylił. Jego wściekłość minęła, a tym samym magia. Niewidzialne dłonie uwolniły chłopców, przerażonych tym, co się stało. Łapczywie chwytali powietrze, klęcząc na błotnistej ziemi. Svartur zanim się zorientował, co się stało, zanim pomyślał o tym, że powinie uciec, został złapany przez Lucasa.
 To był ostatni raz, kiedy Adham został przez nich pobity. Gdyby nie kobieta, spacerująca tamtędy z psem, to chłopiec umarłby między krzewami róż. Połamane żebra, ręce, oraz noga. Rozcięta głowa, silny uraz oka. Podpalenie, wycięte napisy na rękach oraz brzuchu. I wiele innych.
 Adham Svartur nigdy im tego nie zapomniał.

***

— Mną nie możesz się bawić, Adhamie — odrzekłem, co sprowadziło mężczyznę na ziemię.
— Ha, zabawne. Cały świat to mój plac zabaw. Ty nie możesz mi niczego zabronić, Snape. 
— Kiedy spotkałem cię pierwszy raz, podczas powitalnej kolacji z Istotą wydawałeś się zwyczajnym, dobrym staruszkiem. Teraz widzę tylko faceta po czterdziestce, borykającego się ze swoimi problemami. — Skrzyżowałem ręce na piersi, dziwiąc się z zadowolenia Svartura.
— Zaklęcie Pierwszego Wrażenia, to moje dzieło. Nie tylko ty mnie takim widziałeś. Każdy, McGonagall, Flitwick i inni. Nadal mnie takim postrzegają, jako zdziadziałego mężczyznę, emanującego dobrocią. Kocham bawić się ludźmi, dajecie tak łatwo się nabrać.
— Zdajesz sobie sprawę z tego, że też jesteś człowiekiem? — zapytałem, wykrzywiając usta w drwiący uśmiech. Pierwszy raz Adham wyglądał na niezadowolonego.
— Zamknij się, Snape.
— Nie mam zamiaru. Mam nadzieję, że nie będę musiał więcej tu przychodzić w sprawie Ślizgonów skoro to tylko twoje... zabawy.
— Będę ich drażnić wyłącznie, wtedy kiedy zapragnę cię zobaczyć. Pasuje ci to? — zakpił, wyjmując papierosy.
— Svartur, radzę ci nie prowokować dzieci śmierciożerców — szepnąłem, mimowolnie zerkając na lewa rękę.  — Zdradź mi, gdzie jest Istota, czy nie macie teraz zajęć?
— Ach, wspomniałeś o pannie Snape. Spokojnie, nic jej nie jest.  Tylko spójrz za siebie.
 Starając ukryć swój szok, odwróciłem się. Marika leżała na kanapie, widocznie spała. Wcześniej jej nie zauważyłem, nawet nie usłyszałem. Dziewczyna wyglądała niczym trup. Była blada — jak zawsze, aczkolwiek nie to mnie niepokoiło. Jej twarz, jak i koszula były zakrwawione. Czyżby Svartur posunął się, aż tak daleko? I do jasnej cholery, dlaczego ona tam spała?
— Zapytam tylko raz. Coś ty jej zrobił? — Spojrzałem na mężczyznę z obojętnym wyrazem twarzy.
— Och, Severusie. Nie jestem takim sadystą... — zamilkł na chwilę, marszcząc brwi jakby, nad czymś myślał. Kontynuował: — ... a nawet jeśli, to tym razem to nie moja wina. Pomogłem jej, podałem dziewczynie eliksir słodkiego snu. Chce, aby była wypoczęta.
 Prychnąłem, poprawiając swoją szatę. Zabawne, a raczej śmieszne.
— To nie troska. Ma być silna, inaczej na każdych zajęciach ze mną będzie tracić przytomność.
 Nastała cisza, podczas której Svartur zapalił papierosa. Ponownie zerknąłem na Istotę. W pierwszej chwili chciałem powiedzieć o tym Albusowi, ale skoro Adham jej tylko pomagał, nie zrobił jej krzywdy, to wypadało zostawić sprawę w spokoju. Gdyby naprawdę mężczyzna doprowadził do wylewu krwi dziewczyny, wtedy musiałbym zainterweniować.
 Marika poruszyła się, koszula jej podwinęła się do góry.
— Patrz, Severusie. Młode ciało Panny Snape.
 Spiorunowałem go wzrokiem, prostując się na krześle.
— Nie interesuje mnie to, Svartur.
— No tak, napatrzyłeś się już podczas ostatniego tygodnia. Rozumiem. — Skończył, wypuszczając dym z płuc. Jego słowa były jednoznaczne.
— Jesteś idiotą, czy muszę używać prostszych słów? Nie pociągają mnie uczennice, inaczej mówiąc dzieci.
— Nie przesadzaj, prawie ma siedemnaście lat, ale nie dziwię się. Dla mnie też jest odrażająca. Nie zrozum mnie źle, lubię kobiety, ale nie takie.
— Może się powtórzę, ale to nie kobieta, a dziecko. Z jakim kretynem przyszło mi rozmawiać.
— Nie masz w ogóle szacunku do starszych, Snape. Kiedyś ci się za to odpłacę, aczkolwiek nie w najbliższym czasie. Nie mam na to ochoty.
— Czy to groźba?
— Tak — odpowiedział, bez zbędnych słów.
— W takim razie czekam. Będę się zbierał. — Wstałem, kierując się do drzwi. — Do widzenia, Svartur.
— Profesorze Snape?
 Głos Mariki przyciągnął nasza uwagę. Dziewczyna podniosła się do pozycji siedzącej, przecierając oczy. Wyglądała na roztrzęsioną.
— Tak, Istoto? — zapytałem, zniecierpliwiony. Zbyt dużo straciłam czasu w gabinecie Adhama.
— Mogę iść z panem?
— Wydaje mi się, że masz zajęcia z profesorem Svarturem.
— Już dzisiaj się do niczego nie nadaje, czy mógłbyś ją odprowadzić do Pokoju Wspólnego? Nie wygląda za dobrze.
— Chodź, Snape — warknąłem, opuszczając pomieszczenie.
 Głupia dziewczyna obudziła się w tak niefortunnym momencie. Przemierzałem korytarze, nie sprawdzając, czy Marika szła za mną. Słyszałem dokładnie jej ciężki oddech oraz kroki. W końcu zatrzymałem się, tracąc cierpliwość.
— Zdradzisz mi, jaki jest powód twojego zmęczenia, skoro dopiero się obudziłaś?
— Zmęczenia...? To nie to, proszę pana. Po prostu źle się czuje. Profesor Svartur podał mi wywar i to chyba przez to, ale nic mi nie jest...
— Masz tak po eliksirze słodkiego snu? 
— Który został połączony z eliksirem wzmacniającym... Twór Svartura. Mój organizm dziwnie na to zareagował.
 Adham i eliksiry? Łączenie ze sobą wywarów zazwyczaj kończyło się źle, trzeba mieć naprawdę wielkie umiejętności, aby tego dokonać. Skoro mężczyzna był w stanie to zrobić, oznaczałoby, że posiada imponujące zdolności w tej dziedzinie. Niepokoiły mnie jednak słowa dziewczyny.
— To znaczy?
— Boli mnie głowa, chce mi się nadal spać i ciężko mi się oddycha. Nic poważnego.
— Czy profesor mówił, zanim podał ci wywar?
 Istota, zanim odpowiedziała, odwróciła wzrok, myśląc nad czymś intensywnie. Po chwili jednak przerwała ciszę.
— Nic konkretnego. Tylko że nie jest za dobry z eliksirów oraz że ja jako pierwsza go wypróbuję. Ale działa i naprawdę chce już być w Pokoju Wspólnym... Mogę iść sama.
— Snape, skoro zadeklarowałem, że cię odprowadzę, to tak będzie.
— Tak jest, profesorze.
— Chodź.
 Ruszyłem przodem, myśląc na tym, co ukrawała przede mną dziewczyna. Marika była jak otwarta księga, bez problemu mogłem wyczytać, że coś się stało. W gruncie rzeczy nie powinienem się tym interesować, panna Snape i je bezpieczeństwo już mnie nie interesowało. Aczkolwiek Svartur już tak. Gdybym mógł wejść do jej umysłu...
— Snape, czy masz nadal książki o legilimencji oraz oklumencji?
— Tak, profesorze. Zabrałam je ze sobą do Hogwartu.
— W środę mamy zajęcia dodatkowe, weźmiesz je ze sobą. Tylko nie zapomnij.
— Dobrze, proszę pana.
 Zatrzymaliśmy się pod portretem Grubej Damy. Dziewczyna podziękowała mi, po czym zniknęła za obrazem. Stałem tam jeszcze chwilę, myśląc czy nie będę żałował tego, co planowałem. Już raz Svartur wszedł siłą do umysłu dziewczyny, nikt nie wiedział czy nie miał zamiary ponownie tego zrobić. Chciałem nauczyć Istotę oklumencji. Doskonale wiedziałam, jak nieprzyjemnym było penetrowanie umysły przez kogoś obcego. Czarny Pan robił to zbyt często, nie życzyłem tego największemu wrogowi. W zamian "odbiorę" jej wspomnienia ze Svarturem, ale ona nie dowie się o tym od razu.
 Merlinie, w co ja wyprawiałem?

***

— Marika! Co ci się stało?
— Nic, krwotok z nosa. Tylko tyle. Charlie, proszę nie teraz. Źle się czuję, chce spać.
— Pewnie, leć. A jak lekcje?
— Wręcz cudowne — uśmiechnęłam się słabo. — Dobranoc i do jutra.
 Wpadłam do dormitorium, ignorując spojrzenia współlokatorek. Zniknęłam za drzwiami łazienki, lekceważąc kolejne szepty. Naprawdę w tamtej chwili nic mnie nie interesowało, chciałam jedynie zaniknąć pod kołdrą. Musiałam tylko spłukać z siebie krew.
 Woda spływała po moim ciele, uspokajając je. W końcu zaczęłam oddychać normalnie, wszystko wracało do normy. Eliksir Svarura na pewno był dobry, jednak zdecydowanie za mocny. W pierwszej chwili po obudzeniu się nie miałam pojęcia, gdzie byłam ani kto przede mną stał. Jakby wszystko znalazło się za mgłą. Bałam się, że zemdleje w drodze do Pokoju Wspólnego, a to byłoby niesamowicie żenujące oraz kłopotliwe. Na szczęście taki stan nie trwał długo, mogłam się rozluźnić. Przymknęłam oczy, myśląc o słowach Snape'a.
Nietoperz namieszał mi trochę w głowie, chciałam wiedzieć, w jakim celu chciał użyć książek do legilimencji oraz oklumencji. Wątpiłam, aby chciał ich użyć do nauki, wydawał się czarodziejem, który opanował sztukę umysłu i to dość dobrze.
 Nie chciałam o nim myśleć, wyszłam spod prysznica, wycierając się. Zwróciłam uwagę na nieznane blizny znajdujące się na moim brzuchu. Najdziwniejsze było to, że widziałam je pierwszy raz w życiu.
 Do cholery... co to miało znaczyć?






11 komentarzy:

  1. Rozdział świetny, jak zawsze zresztą ;)

    No nie powiem, super pomysł z tym zaklęciem Svartur'a... I te blizny... Samo się nasuwa, że to też przez niego...
    I ta troska Snape'a, choć tak do niego nie podobna, była... słodka.
    Nie to chyba złe określenie... Dobra, nie wiem, jak to powiedzieć, ale mam szczerą nadzieję, że mnie rozumiesz ;)

    Weny, życzę! I czekam na kolejny rozdział <3

    #Kate

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten Svartur to jakiś psychol. Takich to się powinno zamykać na oddziale zamkniętym Świętego Munga a nie pozwalać uczyć dzieci. Ja po prostu wiem, że te blizny to jego sprawka. Jakim trzeba być skur***lem, żeby zrobić coś takiego dziecku. Cieszę się że Snape tam poszedł. Ta jego troska, mimo że tak do niego nie pasująca, była cholernie odpowiednia :D
    Serdecznie pozdrawiam i dużo weny życzę :)
    P.S. Mam nadzieję że na kolejny rozdział nie każesz nam długo czekać :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudownie. Naprawdę lubię twój styl pisania. Jest lekki, szybko się czyta. Piszesz dużo opisów, jednak nie zanudzasz nimi. Mam jednak pewne zastrzeżenie do twoich postaci. Większość jest albo biała, albo czarna, ewentualnie neutralna. Nie sądzisz, że Snape trochę przesadza z tą niesprawiedliwością? O ile pamiętam nauczyciele mniej więcej równo traktowali uczniów. Nie mniej bardzo mi się podoba. Nie mogę się doczekać następnego rozdziału. Pozdrawiam i życzę weny :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Lubie Svatura :') (tak, jestem dziwna)
    Jak zawsze cudowny rozdział, przepraszam, że dopiero teraz piszę komentarz, ale noo... no właśnie...xD
    Cudowne opisy, i ta troska Snape'a :'D
    Pozdrawiam, życzę weny i czekam niecierpliwie na kolejny rozdział ^^

    OdpowiedzUsuń
  5. Uwielbiam twoje opowiadanie :D jest bardzo wciągające i już nie mogę się doczekac co będzie dalej ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie mam jakoś weny na jakiś specjalnie długi komentarz, więc napiszę tylko, że rozdział świetny, cudowny i w ogóle idealny :D
    Tak bardzo kocham Twój styl pisania <3 No uwielbiam czytać wszystko co napiszesz ;D

    Pozdrawiam, ściskam, życzę weny i te sprawy ;D
    Dralia Malfoy

    OdpowiedzUsuń
  7. Najpierw z całego serca dziękuję za dedykację :* i przepraszam, że komentuję dopiero teraz. Kurde, zbieram się do tego komentarza i zbieram, zebrać się nie umiem. Ale jestem. XD
    Wspomnienie Adasia. Mocne. I przykre. Tym bardziej, że z autopsji wiem, jak to jest żyć wśród alkoholików. Fakt, może nie miałam takiej sytuacji, ale wciąż wiem, jak może zachować się człowiek pijany. Nigdy nie wiemy, co takiemu strzeli do łba, kiedy się nadupi w trzy bele. Anyway, nienawiść matki od syna tutaj jest jeszcze mocniejsza, bo chłopiec jest inny. A on, jak przystało na naiwnego i pragnącego matki i bliskości dzieciaka, wierzył, że ona go kocha. Czy powinnam się mu dziwić? Raczej nie. Nikt nie powinien. Kurde, no żal jest Adasia. Adham wierzył, że jutro znowu będzie go kochać.
    Ok, nie wypisuję ci błędów, masz betę. Doceń to. :v
    Po dość brutalnym i mocnym wspomnieniu przychodzi czas na Marikę i Adasia. Adaś pali (lubię ten motyw w literaturze, jest taki… swoisty). Jednak mężczyzna nie wyglądał na pijanego, to szaleństwo go odurzyło. A może był nawalony? Nie no, podoba mi się zestawienie upojenia alkoholowego z szaleństwem. Bo jakby na to spojrzeć z innej strony, to zbyt wiele różnic to nie ma. Lubię twoje opisy i porównania. Może i są momentami zbyt wzniosłe, ale właśnie o to chodzi. One mają takie być. Uwielbiam wzniosłość. Wiadomo. Nie potrafię sobie wyobrazić tego tekstu pisanego jednym kopytem, jak większość blogów w tych czasach. XD Ale znowu odbiegam od tematu, damn.
    Ładnie sobie to obmyśliłaś z tym eliksirem. Teraz już wiem, skąd ma te blizny, które nagle pojawiły się na jej ciele, ale milczę. Gdybym nie wiedziała, zżerałaby mnie cholerna ciekawość. No bo, kurde, przez jakiś tam eliksir miałaby mieć blizny? Charlie dobrze mówił, LUBIĘ GO. Twoja kreacja tego Weasleya jest dobra, lubię o nim czytać. Jest taki towarzyski i beztroski, a jednocześnie w cholerę mądry, oczytany. Taki Weasley. Lepszy. Bo Percy zawsze był trochę dziwny :v. Ale wybaczyłam mu tak samo, jak wszyscy mu wybaczyli. Kim byłabym, żeby oceniać? W końcu kocham Bellatrix :v. To dopiero... No.
    Snape. Snape pilnujący swoich Ślizgonów i swojego tyłka. No bo pilnuje swojego tyłka, pilnując swoich Ślizgonów etc. Komplikejtyd. Tu nie ma żadnej troski! Halo! Troska. Ma pod opieką tego niewdzięcznego bachora (hehe, Marika <3), a nie jest kimś, kto nie pilnuje i nie wywiązuje się ze swoich powinności, więc nic dziwnego, że się z leksza wkurzył na Szaleńca. No bo co miał zrobić, pogłaskać go jeszcze po głowie? A potem słuchać tyrad Dumbka, któremu poskarżyła się dziewczyna (wiem, że to by nie nastąpiło, ale no, pomarzmy). Ale serio, ja tutaj nie dostrzegłam tej troski, nie wiem.
    Ach, no i lekcja! Początek w sumie. Ja tam się cieszę, że o tym napisałaś. Być może i jest to jakieś przeciąganie niczym Moda na sukces, ale ważne jest, by o tym pisać. No serdeczne im sorry, ale nie wyobrażam sobie nie czytać o lekcjach i ich przebiegu. Jeden raz wystarczy, ALE JEST. Kurde, nie umiem tego ubrać w słowa. Pozdro. :V
    Rozmowa Severusa z McGonagall. Wiesz, że w ich starciach, mimo wielkiej miłości do Slytherinu i mimo bycia Ślizgonką, kibicuję Minerwie? Ona jest taka świetna no! :v
    No i wspomnienie Adasia, znowu. Te jest tak mocne, że aż… Kurwa. Przybiłabyś gwóźdź do całości, opisując scenę zabawy. Znęcanie się nad kimś również w sumie znam z autopsji, więc potrafię chociaż w jednej dziesiątej wczuć się w chłopaczka. Matko, nawet nie wiem, jak ubrać w słowa swoje myśli, żeby to opisać tutaj, w komentarzu. Mogę płakać? XD
    I Snape vs. Marika. Też lubię ich… spotkania? Nie wiem, jak to określić poprawnie. Już taki rozdział, a tu żadnej miłości! Sporo ludzi musi być zawiedzionych XD. W każdym bądź razie, poproszę więcej Mariki i Snape’a. Ok.
    Pisz szybko kolejny, ok? Pisz. :v Wiem, jaka jest sytuacja, ale i tak pisz. PISZ PISZ.
    Mocne love <3 i weny.
    I skomentowałam na prawie 1,3 strony w Wordzie. Ładnie, ładnie.

    Love,
    Clementia.

    xx

    OdpowiedzUsuń
  8. Zgadzam się z Clementią. Nie wiem, co ja mogłabym napisać więcej, a wiem, jak bardzo liczą się komentarze z prawdziwą opinią czy krytyką. Ale postaram się dodać coś od siebie.
    Och, na pewno wstrząsnęła mną historia Szaleńca i, mimo że brutalna, to chciałabym poznać go bardziej. W tej chwili mamy zaledwie mały zarys podłego i gównianego życia, jakie miał. Po części usprawiedliwia to jego zachowanie, ale mimo wszystko... Z jednej strony mi go szkoda, ale z drugiej strony wkurza. Jestem przez to dziwna? :D
    Jestem pod niemałym wrażeniem twojej kreacji tych wszystkich bohaterów. Zdaje się, jakbyś myślała nad nimi dość długi czas, co mnie, cóż, powala na kolana. Ludzie narzekają na twoje opko, mówią, że Mary Sue, ale do jasnej cholery, nie wyobrażam sobie inaczej opisać życia dziewczyny, która przez dług czas była na łożu śmierci, której śmierć wręcz dotykała każdego dnia. Nie wiem, co było powodem jej choroby, ale stawiam na Czarnego Pana - to jest skurwiel, więc wcale bym się nie zdziwiła xd.
    Zgubiłam wątek. ><
    Ach, no i jestem ciekawa wampira, mam nadzieję, że w kolejnym rozdziale go wrzucisz. Ciekawi mnie jego życie równie mocno, co życie Adama, ale! ten z kolei zdaje się być... bardziej ludzki, łagodniejszy? Ironio losu.

    Przepraszam z całego serca, że nie moge wykrzesać z siebie więcej. Shame on me, ok?
    Całuję gorąco i weny mnóstwa życzę.

    PS. Co z Boską Komedią? Kiedy planujesz to dokończyć, bo widzę, że masz już połowę? Strasznie mnie ciekawi ta miniaturka. Strzelam, że celujesz w wojenne klimaty w niej, bo, cóż, twoje opisy i twoja wzniosłość wręcz idealnie wpasują się w wojenkę.

    Pozdrawiam!

    T.

    OdpowiedzUsuń
  9. O, piszesz, że znalazłaś betę, no, to dzisiaj zrobię sobie małą przerwę od ignorowania błędów i sprawdzę, jak bardzo różni się ostatni rozdział od tego.
    No, początek wygląda trochę lepiej, ale niektóre zdania nadal brzmią jak pisane przez Yodę. Ten nauczyciel coraz bardziej mnie irytuje, chociaż bez wątpienia jest ciekawą postacią. W najnowszym (21?) rozdziale błysło mi jego nazwisko, więc to oznacza, że chyba jest jedną z ważniejszych postaci, skoro nadal o nim piszesz.
    Wiesz, co zauważyłam? Sadysta jest bardziej snejpowy niż Snape. Dlaczego swojego Severusa tak nie wykreowałaś? ;_; I po co Marika przyszła do gabinetu Svartura? Bo przez połowę sceny nauczyciel obraża Marikę, a ta sobie na to pozwala.
    Podoba mi się opis podania eliksiru Marice. Wow, jest naprawdę dobry, to chyba Twój najlepszy opis, jestem z niego naprawdę zadowolona. Oby tak dalej. :)
    Twoja beta znacznie uszczupliła ilość przecinków, no, mogę powiedzieć, że nawet się spisuje, już można zrozumieć, o co chodzi w poszczególnych zdaniach. xD Jest ogromna różnica między tym, co działo się w 16 rozdziale. :)
    O nie, i znowu z perspektywy Snape'a. ;_; Ciężko mi teraz przyjąć do wiadomości, że on może być inny, skoro przez szesnaście rozdziałów był nieznośnym dzieciakiem.
    I znowu "od Gryffindoru". Dlaczego Twoja beta nie zauważyła tego błędu? Przecież to brzmi tak... źle! I w książce też było napisane "minus dziesięć punktów dla Gryffindoru/Ravenclawu/Hufflepuffu" (Slytherin zazwyczaj się wymigał), proszę, szybko to poprawy.
    Wspomnienie z młodości? A czyje? Adama. Naszego małego szatana. I tak go nie lubię. Nad Snape'em też się znęcano, a jednak nie pomieszało mu się w głowie. Nie na tyle, żeby tak maltretować uczniów.
    ...
    Śmiechłam. Potężnie. xD Przepraszam, ale Lewiatan zawsze będzie mi się kojarzył ze sklepem i z tą głupią reklamą - "Lewiaataaan, mój dobry sąsiaaaad". :D
    Rozmowa Snape'a i Adhama jest trochę nienaturalna, to Mistrz Eliksirów jest postrachem tej szkoły, a ja odniosłam takie wrażenie, że to Adham kierował tą rozmową. Severus stracił jaja. ;/

    OdpowiedzUsuń

Layout by Alessa