poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Rozdział XVI

 Witam, po tak długiej nieobecności. Czym to było spowodowane? Szkołą - jak zawsze. Wybaczcie mi, ale to ostatni tekst do 20 maja, wtedy kończą mi się matury, a właściwie dzień wcześniej. Chce zdać z dobrym wynikiem, chce się dostać na studia i kształcić się w pisaniu.
 Z góry przepraszam za błędy wszelkiego rodzaju, kiedy się podszkolę wszystko poprawię, obiecuje.
 Bardzo dziękuję Alex oraz Soni, za pomoc przy rozdziale. ^^
Zapraszam do czytania i komentowania!







 
Droga Leno,
Niesamowicie uciszył mnie twój list, jestem mile zaskoczona, że o mnie nie zapomniałaś. Nawet nie marzyłam o tym, że opowiesz mi o swojej szkole, która jak wiadomo, dba o to, by jej sekrety nie zostały odkryte. Dziękuję Ci za to.
Marika Snape, siedemnastoletni dziewczyna o ciekawej przeszłości to ja. Nie chce cię zanudzać swoim, jakże interesującym, życiem, więc wspomnę ci tylko o najważniejszych sprawach. Wychowali mnie mugole, inaczej mówiąc moja matka oraz ojczym. Dość niedawno się dowiedziałam, że moim ojcem jest czarodziej. Byłam święcie przekonana, iż jestem mugolakiem. Na mistrzostwach nie powiedziałam ci, ale przez pięć lat nie byłam uczniem Hogwartu, a szkoliłam się w domu. Z powodu problemów zdrowotnych, nie mogłam praktykować magii poza domem. Na szczęście wyzdrowiałam i dzięki naszemu wspaniałemu detektorowi teraz mam okazję to prawdziwego życia studenta.
Niestety nie wiem za dużo o szkole, o tym wspaniałym zamku, w którym teraz dano mi zamieszkać. Aczkolwiek bądź pewna, że kiedy choć trochę go poznam, odkryje jego tajemnice, to wszystko ci opiszę. W każdym, razie to wspaniała szkoła o bogatej przeszłości, gdzie na każdym kroku czuć mistycyzm. Nie wiem, czy jest inne miejsce na ziemi, które by tak bardzo kusiło swoimi sekretami, skrytością. Kiedy tylko znalazłam się za murami szkoły, wiedziałam, że jest to mój drugi dom, miejsce, które pozwoli mi prawdziwie żyć. To właśnie tutaj znajdę to, czego szukam, a może dostanę i jeszcze więcej.
Jesteś bardzo uzdolnioną osobą, tylu rzeczy doświadczyłaś w swoim życiu. Posiadasz tak wiele zainteresowań... Naprawdę zazdroszczę. Ja jedynie rysuje oraz czytuje nałogowo książki. Mój przyjaciel William, zna się z pewnością na szermierce i żywię nadzieję, że będzie mnie szkolić.
Czuje, że kiedyś spotkamy się w Hogwarcie nie uważasz, że to by było wspaniałe? Nie mniej jednak w tej chwili czekam na twoją odpowiedź.
Pozdrawiam,
Marika

Noce są od spania — tak uważała większość ludzi. Człowiek podczas tego stanu odpoczywa, śni o niespełnionych fantazjach lub o koszmarach, lękach zatruwających mu życie. Jednak była i zawsze będzie grupa ludzi, która nie potrafi oddać się Morfeuszowi, łamie zasady, ustalone normy. Wrażliwe istoty nie potrafią spać, gdyż według nich noc nie jest od tego. Mrok jest od rozkoszowania się pięknem oraz tajemniczością samotnego księżyca, diamentowych gwiazd oraz dzikiego świata, skąpanego w ciemności. Mniej doceniana część doby sprawia, iż każdy staje się artystą, tworzącym scenariusze, które nigdy nie zostaną zrealizowane. Każdy staje się pisarzem komponującym dialogi niebędące nigdy wypowiedzianymi. Wizjonerzy kreują wielkie plany, z góry skazane na druzgocącą porażkę. Noce pełne nadziei, koszmarów przeszłości, bólu głowy, mdłości.
Atramentowy Czas był najodpowiedniejszą porą na tworzenie poruszających obrazów, które uwodziły zmysły. Była to chwila na pełne oddanie się magii książek, czy chociażby błogiej ciszy. Na wpół śnie na wpół jawie, wpatrywałam się w hebanowe niebo, dziękując za ten widok. Tak spędzałam każdą noc, a dopiero nad ranem, kiedy pomarańcz niszczył mrok, zamykałam oczy, by odpocząć, chociażby na kilka godzin.
I wtedy nie było inaczej. Pierwszego dnia szkoły, nie mogłam zasnąć. Liczyłam na rozluźnienie, odcięcie się, choć na niedługi czas, od stresu, by rano wstać wypoczętą. Oczywiście wszystko było przeciwko mnie, sama siebie krzywdziłam. Siedziałam na brzegu łóżka, wpatrując się w zapełniony słowami pergamin. Naprawdę żałowałam, że tylko tyle mogłam napisać Lenie, że nic więcej nie było na tyle interesujące, abym mogła się z nią tym podzielić. Francuska żyła w świecie magii od zawsze, ja dosłwonie chwilę. W moich oczach wszystko było fascynujące oraz warte uwagi. Nawet najmniejsze szczegóły, chociażby plamy na dłoniach Snape'a od wieloletniej pracy przy eliksirach. Biblioteka, szklarnie, jezioro, nieznane mi zaklęcia, poniekąd nawet Svartur. To była całkiem inna rzeczywistość, to był inny świat, który jednak ona znała.
Westchnęłam cicho, opadając na łóżko. Wsłuchałam się w ciche oddechy moich, spokojnie śpiących, współlokatorek. Miałam ochotę ubrać się, po czym wyjść do Pokoju Wspólnego, jednak bałam się, że każdy najmniejszy dźwięk wybudzi je ze świata marzeń. Zastanawiałam się, kim były koleżanki z dormitorium, jakie miały plany, oczekiwania. Co je napędzało do działania, jak spędzały czas wolny. Wolały się uczyć, czy oglądać się za chłopcami? Czy jeśli choroba, nigdy by mnie nie dopadła, to teraz byłybyśmy przyjaciółkami? Tak wiele pytań błądziło w moich myślach, tak wiele lęków. Jak będą wyglądać lekcje? Jak inni mnie przyjmą? Czy zrobię z siebie nieudacznika podczas pierwszych zajęć? Co z Snape'em i Svarturem?
Sfrustrowana, weszłam pod koc, błagając Merlina, by żaden z czarnych scenariuszy pojawiający się w mojej głowie, nie ziścił się.

***

Nie wiem, jakim cudem przeżyłam te kilka godzin, bez krzyków, płaczu oraz histerii. Potrzebowałam się wyżyć, a nie mogłam nawet sięgnąć po płótno i farby. Chciałam, aby ktoś mi powiedział, jakim sposobem mam spędzić z kimś dwa lata w jednym pokoju. Nie sądziłam, że to będzie, aż tak trudne. Nie myślałam, że za każdym razem, kiedy przypomnę sobie o ich obecności, zapragnę rzucić się z wieży astronomicznej. Jak w tak krótkim czasie mogłam zmienić zdanie? Mieszkanie z kimś w jednej sypialni było mi obce, nieznane. Czułam się zniewolona niczym kruk w klatce. Zostało mi tylko przywyknięcie do zaistniałej sytuacji. To będzie istna katorga. Co najdziwniejsze Snape mi nie przeszkadzał, wolałam jednak o tym nie myśleć.
Czysta na ciele, z umysłem pogrążonym chaosie, zeszłam do Pokoju Wspólnego, zostawiając jeszcze śpiące współlokatorki. Usiadłam na kanapie, zastanawiając się, jakie miałam tamtego dnia zajęcia. Poprzedniego wieczoru, zbyt wcześnie uciekłam do dormitorium, przez co nie zdobyłam planu lekcji. Nie wiedziałam także do kogo mam się o niego ubiegać. Miałam nadzieję, że Charlie pomoże mi, za co byłam mu z góry wdzięczna. Mógł przejąć obowiązki mojego tymczasowego opiekuna do czasu, kiedy zaaklimatyzuję się w tym diabelskim miejscu, a Gryfoni przestaną być dla mnie obcymi ludźmi.
Wpatrywałam się w krwistą czerwień tańczących języków ognia, ignorując lekki ból oczu. Nie byłam przyzwyczajona do tak silnej oraz ostrej barwy, całe dotychczasowe życie otaczała mnie delikatna zieleń. Jak mogłam trafić do domu lwa, w którym rządził szkarłat? Kolor niepasujący do moich włosów, ubrań, a także duszy. Czułam, jakby miał mnie spalić, nie pasowałam tutaj. Kwatery Snape'a, a raczej lochy były stworzone dla mnie. Chłód, cisza, spokój i szmaragd...
Pierwsi uczniowie wychodzili z dormitoriów, kierując się pierw, do wcześniej niezauważonej przeze mnie, tablicy ogłoszeń, po czym do wyjścia. Mijający mnie studenci szeptali między sobą, a temat ich dyskusji był mi dobrze znany. Westchnęłam cicho, ignorując coraz głośniejsze rozmowy, skupiłam się na czytaniu informacji umieszczonych na tablicy. Rozczarowałam się, plan lekcji nie był jeszcze zawieszony, za to termin zapisów do drużyny quidditcha tak. Ciekawość się we mnie tliła, niesamowicie chciałam dowiedzieć się jak, o wszystko wygląda. Mecz profesjonalistów diametralnie różnił się od amatorskiego, byłem tego pewna.
Czyżbyś była zainteresowana klasyfikacjami do drużyny? — zapytał Charlie, stając za mną. Odwróciłam się, witając go uśmiechem.
Tak, ale nie w taki sposób, jak myślisz. Będę widownią o ile można, być przy rekrutacji. A co do quidditcha to nie potrafię latać na miotle, nigdy jeszcze nawet na żadnej nie siedziałam... Profesor Hook da mi kilka lekcji, bym jakoś to opanowała.
Rozumiem, nie ma sprawy. Szkoda, że nie możesz mi kibicować, jestem stałym członkiem drużyny — zaśmiał się. — Jeśli Hook nie znajdzie dla ciebie czasu to ja chętni dam ci kilka lekcji.
Nie kłopocz się, stracisz tylko czas. Wolę jednak nie psuć ci opinii — ponownie się uśmiechnęłam, nie patrząc mu w oczy.
Nie czułam się dobrze, kiedy okazywał mi tyle sympatii, czy dobroci. A może była to jedynie litość? Nie potrafiłam odczytać, jakie intencje nim kierowały. Jak miałam się z kimkolwiek zaprzyjaźnić, skoro z góry byłam uprzedzona do każdego. Stałam się cholerną hipokrytką.
Niby w jaki sposób chcesz mi zniszczyć opinię? — Nachylił się. — Swoim nazwiskiem? Nie bądź głupia, to nic nie znaczy. Uwierz, nie każdy jest tak upośledzony, by odrzucać cię z tak mało ważnego powodu. W każdym razie rozumiem i jeśli zajdzie potrzeba to ci pomogę — skończył, szczerząc się.
Charlie, mam sprawę... — Rudzielec odwrócił się w stronę grupki znajomych, stojącej niedaleko.
Przepraszam na chwilę — odrzekł, po czym odszedł.
Uśmiechałam się pod nosem, wpatrując się w prefekta, rozmawiającego ze swoimi przyjaciółmi. Nadal zszokowana, odwróciłam od niego wzrok, zdając sobie sprawę z tego, jak to musiało idiotycznie wyglądać. Kilka zwykłych słów, wypowiedzianych tak zwyczajnie, obudziły we mnie nagłą radość. Charlie różnił się od innych Gryfonów, nie odepchnął mnie tylko dlatego, że noszę identyczne nazwisko co Mistrz Eliksirów. Ten niewielki gest w jakiś sposób mi pomógł.
Wybacz jak zawsze problemy z Nietoperzem. Rok szkolny ledwo się zaczął, a już mamy Snape'a na głowie — jęknął, przecierając oczy.
Coś się stało? — zapytałam niepewnie, obserwując podenerwowanego Charlie'ego.
Ci durnie — wskazał na swoich kolegów — w nocy włóczyli się po Hogwarcie i oczywiście musieli wpaść na Snape'a. Nie byłoby to nawet takie złe, zaledwie kilka odjętych punktów, ale mieli ze sobą alkohol... Nietoperz obiecał im, że Gryfoni na pewno nie wygrają pierwszego meczu quidditcha. Planuje coś, zapewne da komuś z drużyny szlaban w dzień rozgrywki.
Nie przejmuj się w tej chwili tym starym, nienawistnym draniem. — Uśmiechnęłam się pocieszająco. — Jeśli nie będzie miał za co im wlepić szlabanu, to tego nie zrobi.
Mylisz się. To Snape, sam wpakuje nas w kłopoty, jeśli będzie trzeba — westchnął, przeczesując włosy.
A gdzie...
Sprawiedliwość? — przerwał, krzyżując ręce na piersi. — Snape ma kilka zasad. Jedną z nich jest niemycie włosów, a drugą „sprawiedliwości mówimy nie”.
Milczałam, nie wiedziałam co powiedzieć. Byłam świadoma tego, jak traktuje Gryfonów od początku; od pierwszego spotkania. Wcześniej mi to nie przeszkadzało, nawet bawiło, ale od kiedy zostałam jednym z nich, odczuwałam dziwną niepewność. Obojętność zamienia się w niechęć. Jak ja wytrzymałam z nim tydzień w jednym mieszkaniu? W jeden sypialni?
Idiota — prychnęłam, podsumowując wszystko jednym słowem.
Wielki idiota — potwierdził, kiwając głową. Po chwili zmów wyglądał, jakby nigdy nic go nie trapiło. — W każdym razie masz rację, nie mogę teraz o tym myśleć. Idziemy na śniadanie? McGonagall powierzyła mi dzisiaj ważne zadanie, jeśli go nie wypełnię, uczniowie nie trafią na lekcję.
Mówisz o planie lekcji?
Dokładnie. Wyjątkowo dzisiaj to ja się tym zajmę. Zawsze robi to opiekun domu, jednak McGonagall będzie w tej chwili zajęta rozmową z tobą.
Ze mną? — zapytałam zdziwiona, choć po chwili doszło do mnie, że mogłam to przewidzieć.
Tak, chce z tobą porozmawiać o jakiś dodatkowych zajęciach. Wczoraj miała to zrobić, ale zniknęłaś w dormitorium i prosiłem, by ci nie przeszkadzano.
Dziękuję — odpowiedziałam z wdzięcznością. — Odwdzięczę się. Idziemy? Nie każmy im dłużej czekać.
Panie przodem. — Ukłonił się lekko.
W drodze do Wielkiej Sali nie zważaliśmy uwagi na nikogo. Czuliśmy doskonale wzrok innych na sobie, jednak staraliśmy się ignorować to jakże kulturalne zachowanie. Charlie miał to najzwyczajniej gdzieś, nie interesowała go opinia ludzi. Ja zaczęłam się przyzwyczajać, liczyłam na to, iż za tydzień, góra miesiąc, wszystko ucichnie.
Z początku jedynie Charlie mówił, co raczej mu nie przeszkadzało. Trudno było mi prowadzić rozmowę z osobą z tego samego pokolenia — takie były skutki braku przyjaciół i znajomych. Nie wiedziałam, o czym mogłam rozmawiać, o czym powinnam wspomnieć, a jakich tematów unikać. Bałam się, iż z moich ust wydostaną się słowa, których później będę żałować. Miałam nadzieję, że kwestia mojej choroby nie zostanie poruszona, choć z tego, co widziałam, nie był nią specjalnie zainteresowany. Charlie był naprawdę dobrym rozmówcą, dzięki niemu zapomniałam o stresie, który ogarnął moje myśli.
Temat co jakiś czas schodził na Snape'a oraz jego nieskuteczne — według Charlie'ego — metody nauczania. Udawanie, iż nie znam profesora, było zaiste wielkim wyzwaniem, zważając na to, że miałam całkiem inne zdanie na temat jego prowadzenia zajęć. W sumie nie wiem, czy czas, który poświęcił mi w minionym tygodniu, mogę uznać za lekcje, aczkolwiek dzięki niemu dużo się nauczyłam. Zdawałam sobie sprawę, że tak jak inni Gryfoni będę zniszczona, naprawdę obawiałam się eliksirów. Możliwe, że powinnam sobie darować kilka wcześniejszych docinek, skierowanych w jego stronę. Jak mogłam być tak głupia i pyskować, do takiego nauczyciela? Wykopałam sobie sama grób, a raczej przepaść, w którą Snape mnie wepchnie.
Skupiłam swoje myśli ponownie na starszym koledze, który w tamtej chwili opowiadał o swoich planach na przyszłość.
Naprawdę chcesz wyjechać do Rumunii?
Oczywiście. Smoki mnie fascynują, pragnę zgłębić o nich wiedzę, opiekować się tymi magicznymi gadami — mówił z podekscytowaniem. — Wiesz, że Quong Po piętnastowieczny smokolog, jako pierwszy wykorzystał sproszkowane jaja smoków?
Teraz już wiem. — Zastanawiałam się, czy William go znał, w końcu podróżował po świecie, poznał zapewne kilka osobistości. — Nie będziesz tęsknił za Anglią?
Będę, ale wolę tęsknić, niż żałować, że nie spróbowałem. Już rozmawiałem z synem Harvey'ego Ridgebita, Marcusem. Jego ojciec założył kolonię w Rumuni, osiemnaście lat temu i nadal zbierają ludzi, by móc troszczyć się o jak największą liczbę smoków. Wiesz, naprawdę kocham opiekę nad magicznymi stworzeniami. Profesor wysłał list polecający do Marcusa, mam wielkie szansę, aby się tam dostać.
Jestem pewna, że cię przyjmą. Już zazdroszczę smokom takiego opiekuna — przekomarzałam się. Nadzwyczajnie się rozluźniłam.
Zabawne — zaśmiał się, tarmosząc mi włosy. Odsunęłam się gwałtownie.
Co wy macie z tymi włosami, mój znajomy także ciągle to robi.
Pewnie to dlatego, że jesteś niska... Kurduplu, a ty co lubisz robić? — zignorował moje wściekłe spojrzenie.
Malowanie, eliksiry... — Spojrzał na mnie jak na szaleńca. — No proszę cię, one nie są takie złe. Patrzysz na nie poprzez pryzmat Snape'a.
Nie są złe, sam muszę je zdać, by dostać pracę w Rumunii, ale nie spodziewałem się, że kogoś jeszcze interesują w taki sposób jak Nietoperza. Może jednak nazwisko coś znaczy... — skończył z lekkim uśmiechem, jednak kiedy spostrzegł mój zawiedziony wzrok, westchnął. — Przepraszam, to miał być żart...
Panno Snape? Panie Weasley? — Nie zdążyłam nic powiedzieć, gdyż McGonagall podeszła do nas. Nawet nie zauważyłam, że byliśmy już przy Wielkiej Sali.
Taki, pani profesor? — Charlie zwrócił się do kobiety.
Czy nie powinieneś w tej chwili być w trakcie rozdawania planów lekcji? Jeśli jakiś Gryfon spóźni się na lekcje, przez co dom lwa straci punkty, to ty poniesiesz konsystencje.
Już mnie nie ma, proszę pani. — Zanim odszedł, szepnął: — Widzimy się na obiedzie.
Panno Snape, pani pójdzie ze mną.
Oczywiście, profesor McGonagall.
Weszłyśmy do pustej klasy, czarownica od razu przeszłą do rzeczy.
Wraz z profesorem Dumbledorem ułożyliśmy jak najkorzystniejszy, dla ciebie oraz nauczycieli plan lekcji — zaczęła. — W każdym razie wpierw powinnyśmy porozmawiać o wynikach twoich egzaminów. Pomimo tego, iż zdawałaś jedynie część teoretyczną, to dyrektor zezwolił na twoje uczęszczanie na normalne zajęcia, wraz z innymi studentami — mówiła, w tym samym czasie przeglądając plik papierów, które trzymała w dłoni. — Czy twoje plany dotyczące zostania uzdrowicielem zmieniły się?
Nie pani profesor, nadal chce się kształcić w tym kierunku.
Rozumiem. Patrząc na twoje wyniki, raczej nie będziesz mieć problemu z dwoma podstawowymi przedmiotami potrzebnymi do tego zawodu, chociaż profesor Snape jest bardzo wymagający — odchrząknęła, przypatrując mi się. — Pomona już cię bardzo chwaliła, więc nie ma się czym martwić w tym przypadku. Z innymi przedmiotami jest gorzej, aczkolwiek nie ma tragedii. W rezultacie poszło ci naprawdę dobrze. Oczywiście obie dobrze wiemy, że najważniejsza jest praktyka, bez niej niczego się nie osiągnie. Wybrałaś już lekcje, na które chcesz uczęszczać?
Tak. Na pewno eliksiry oraz zielarstwo. Do tego dochodzą jeszcze zaklęcia, obrona przed czarną magią oraz transmutacja. — wyliczałam na palcach. — Wydaje mi się, że to podstawa.
W takim razie tylko z wymienionych przez ciebie przedmiotów, będą się odbywać zajęcia dodatkowe. Resztą zostanie wykreślona, przez co zwiększy się twój czas wolny. Pozwól, że szybko nakreślę nowy plan.
Po zaledwie kilku minutach McGonagall wręczyła mi grafik zajęć. Wyglądał dość znośnie, dzisiaj miałam dwie godziny zielarstwa oraz zaklęć.
Po śniadaniu idź do profesora Svartura — odezwała się, przerywając ciszę tym odrażającym nazwiskiem.
Dlaczego , czy coś się... — Dopiero po chwili spostrzegłam, że to obrona przed czarną magią, zajmie mi dzisiaj mój wilny czas. To Svartur będzie jako pierwszy mnie douczał. Merlinie, dlaczego ten facet?!
Będzie chciał z tobą omówić, dzisiejsze ćwiczenia.
Tak, domyśliłam się — westchnęłam, przecierając oczy. Chyba nieprzespana noc daje o sobie znać.
To wszystko, panno Snape. Myślę, że możemy skierować się już na śniadanie.
Tu jesteście! Minerwo, trudno było cię znaleźć. Zostawisz mnie i panne Snape sama na sam? — uśmiechnął się, czarownica odwzajemniła gest. Nie powinna mu wierzyć, to maska. On tylko gra, o jest całkiem inny.
Oczywiście, Adhamie. — Nie wychodź ty głupia kobieto, nie zostawiaj mnie z tym... —Tylko nie za długo, będziesz miał jeszcze dzisiaj swój czas. Panna Snape potrzebuje energii, a śniadanie zaraz się skończy.
Tak, tak. Jestem tego świadomy. Miłego dnia Minerwo. — Nie mogłam uwierzyć w to, jaki sposób pozbywa się profesorki.
I nawzajem, Adhamie — odpowiedziałam, wychodząc zaraz z klasy.
W chwili, kiedy drzwi zamknęły się z cichym trzaśnięciem, klasa stała się dla mnie więzieniem, pułapką bez wyjścia. Podczas naszego ostatniego spotkania towarzyszył mi Snape, a także odciągnął mnie od tego sadysty. W tamtej chwili byłam sama, nie mogłabym; nie byłabym w stanie nawet się obronić, gdyby Svartur miał zamiar coś mi zrobić. Odetchnęłam cicho, starając się zachować spokój. Przesadzałam, na pewno histeryzowałam. W każdym razie, jeśli skrzywdzi mnie w jakiś sposób, w jego jedzeniu w magiczny sposób znajdzie się trucizna.
Dzisiaj mamy wspólne zajęcia, pozalekcyjne — odezwał się, siadając na jedną z ławek.
Wiem o tym, profesorze — udało mi się wydobyć głos z gardła, tak by nie był warknięciem.
W takim razie, dlaczego jesteś taka spokojna, co? Naprawdę liczyłem, że pokażesz mi znowu swój trach. Istotnie wyglądasz wtedy rozkosznie.
Wpatrywałam się w oczy szaleńca, starając się nie okazywać szoku. Dyrektor był idiotą, skończonym kretynem, pozwalając mu przekroczyć próg szkoły. Jak miałam się nauczyć czegokolwiek, skoro mój nauczyciel pragnął mnie pogrążyć? Och, cudownie, już drugi. W końcu mój były opiekun obiecał mi, że pożałuję swoich słów. Tylko czekać aż Nietoperz i Szaleniec podpiszą pakt, swoją krwią. Snape-Svartur, prawie jak Ribbentrop-Mołotow. Mogłam pocieszać się faktem, iż Mistrz Eliksirów jest taki w stosunku do każdego. Oczekiwałam od Wariata tego samego. Merlinie, jestem taka okrutna.
Grasz i to dość marnie. W rzeczywistości boisz się cholernie. Czuć to nawet tutaj. Cuchniesz lękiem oraz paniką, Snape — warknął, zeskakując z ławki. Z każdym słowem, był bliżej mnie. — Nad tym też popracujemy. Wiesz, jesteś słaba. Nic nie potrafisz, masz tylko tę swoją wiedzę. Powiedz mi, czy ona ci pomoże kiedykolwiek, jeżeli jesteś tak marna w magii? Szczerze w to wątpię.
Ciekawi mnie, dlaczego jest pan taki, profesorze.
Lubię, to chyba oczywiste. Taki jestem, nie mam zamiaru się zmieniać. Pocieszam się faktem, iż Bóg mnie takim stworzył. — Przeczesał włosy palcami, następnie nachylił się i wyszeptał: — Nie czyj się wyjątkowa, Snape. Po prostu cię nie lubię.
Odsunął się, uśmiechnął ciepło, po czym opuścił klasie ze słowami „zobaczymy się później”. Chciałam się śmiać, głośno śmiać. Usiąść na ziemi, zamknąć oczy i śmiać się, by cały zamek mnie usłyszał. Nie lubił mnie. Wszystko było spowodowane brakiem sympatii do mnie. Popieprzony szaleniec.
Wybiegłam z klasy, kierując się do Wielkiej Sali. Musiałam zapomnieć, chociaż na czas trwania lekcji, o Sadyście. Przeszłam przez wielkie wrota, nie patrząc na nikogo, ignorując każde spojrzenie, każdy szept. Zajęłam miejsce z brzegu stołu, zdając sobie sprawę, że straciłam całkowicie apetyt. Niewyspana, nienajedzona... Ten dzień będzie katastrofą, wiem o tym. Może popełniłam błąd, może powinnam dalej siedzieć w domu, uczyć się z urzędnikami z ministerstwa?
Och, patrz. Pseudo-Snape wygląda na załamaną. Powinniśmy ją pocieszyć? — Z westchnięciem, odwróciłam się w stronę właściciela wypowiedzianych słów.
Cath, nie bądź głupia. Słyszałaś, co powiedział Dumbledore? — blondynka, próbowała powstrzymać dziewczynę o turkusowych włosach. Ciekawe.
Tak, słyszałam. Wyląduje u Snape'a, jeśli będę ją prześladować. On nam nic nie zrobi jak zawsze. Najwyżej poklepie po główce — prychnęła, następnie kontynuowała: — Zresztą... Czy ja mówię, że to jego córka? Nie. Spójrz na nią... takie coś nie może być spokrewnione z naszym opiekunem. Sonia, nie patrz tak na mnie.
Przysłuchiwałam się rozmowie dwóch Ślizgonek, przyglądałam się każdemu gestowi, każdej minie. Sonia mogła udawać, że nie chce spierać koleżanki, ale widać było, że korci ją do zjechania mnie. Cath za to ignorowała mnie, choć każde wypowiedziane przez nią słowo dotyczyło mojej osoby. Nie przeszkadzało mi to, naprawdę jej docinki nie były na tyle mocne, abym poczuła się urażona.
Rób, co chcesz, Cath... Dobrze mnie znasz, zawsze stanę po twojej stronie — uśmiechnęła się do przyjaciółki, a mnie posłała wrogie spojrzenie. — Nie masz nic do powiedzenia?
Raczej nie.
Mój brat jest znacznie lepszy — warknęła Cath, podchodząc.
Trudno się z tobą nie zgodzić. Przykre... —Sonia wpatrywała się jeszcze przez chwilę we mnie, po czym dołączyła do koleżanki.
Ciekawe kim był jej brat i o co im chodziło. Zapewne chodził do Hogwartu, ale co on miał wspólnego ze mną? Może im kogoś przypominałam, może mnie z kimś pomyliły? Ach, frustrująca była ta niewiedza, naprawdę chciałam poznać przyczynę tej jawnej nienawiści względem mnie. Czym ja się różniłam w tamtej chwili od ofiary? Naprawdę, czułam się jak marna postać wyjęta z dennej powieści. Bez charakteru, bez znaczenia; byle by zgoić, byleby pragnienie czytelnika zostało zaspokojone. Westchnęłam, zamykając oczy na chwilę. Zapewne cała Wielka Sala była skupiona na mnie. No cóż, życie.
Marika, wszystko dobrze?
Tak, Charlie. Właśnie miałam iść na lekcję — odpowiedziałam, z lekkim uśmiechem.
Wstałam, kierując się do dormitorium, aby zabrać podręczniki oraz inne niezbędne przybory.

***

Zielarstwo! Idealne zajęcie na odprężenie. Kontakt z przyrodą zawsze mi pomagał, czułam się wtedy, jakbym stawała się jednością z otaczającą mnie zielenią. Zieleń... Tak bardzo uspakajający kolor, pełen pasji. Delikatność i wdzięk. A kiedy chce, potrafi stać się groźny oraz mroczny. Idealność sama w sobie, wszystko, co zielone jest przepiękne. Oczy, jak niebezpieczne, tajemnicze korony monstrualnych drzew, potrafią zniewolić niejednego człowieka. Oczy, niczym spokojny pagórek, pokryty niewysoką trawą tańczącą na wietrze, uspokajają. Chłodna zieleń leśnego jeziora, szmaragdowa wilgoć mchu, malachitowe płatki kwiatu, seledynowe źdźbła trawnego dywanu, a nawet turkus włosów Cath. Wszystko jest takie żywe, spokojne, a jednocześnie mistyczne.
Pierwsza lekcja była typowo organizacyjna. Profesor Sprout informowała nas o planach, które mamy do zrealizowania w tym semestrze. Omówiliśmy podręczniki oraz kilka zadań z SUM-ów. Podczas drugiej godziny, po niedługim omówieniu danej rośliny zabraliśmy się do przesadzania jej. Przyjemnie męczące zajęcie. Nie spodziewałam się po dzisiejszym dniu tak miłej odmiany. Studenci byli zbyt zajęci, by zwracać na mnie uwagę, więc w końcu czułam się jak normalny, nudny uczeń.
Dwie godziny minęły nieubłaganie szybko. Mogłabym spędzić w cieplarniach całe dnie, co jakiś czas wymykając się do lochów na eliksiry czy nad jezioro, aby pomalować.
Z jękiem zawodu zdjęłam ubłocony fartuch ochronny, odłożyłam rękawice na bok, następnie kierując się na kolejne zajęcia. Zaklęcia... śmiertelnie bałam się, byłam pewna, że nie podałam zadaniu. Nie byłam dobra w czarowaniu, a nawet jeśli coś mi wyszło, to zaraz słabłam lub mdlałam. Pewność, że klasa mnie wyśmieje była nie do zniesienia, naprawdę nie chciałam tam iść.
Ech, wiesz, powinnaś się umyć?
Co? — rozejrzałam się, szukając znajomego głosu.
Stój spokojnie, możesz nawet zamknąć oczy.
Charlie stanął przede mną, wyciągając z kieszeni zieloną chustkę. Patrzyłam na niego z zaciekawieniem, nie miałam pojęcia, co zamierzał zrobić, choć może i miałam? Złapał mnie za brodę, unosząc lekko głowę, po czym zabrał się do wycierania mojej twarz, z jak się domyślałam, ziemi.
Wiesz, że masz całe czoło w błocie? Pewnie nie wiesz, skoro nic z tym nie zrobiłaś. Ach, naprawdę jesteś niezdarna...
Zdarza się... Nie bądź taki delikatny, po prostu to zmyj, jak zacząłeś... Ludzie się patrzą.
Co w tym złego, hmm?— Spojrzał mi w oczy. Kretyn.
Zapomniałam, że nie interesuje cię cudza opinia, Charlie.
Minus dziesięć punktów od Gryffindoru. Panie Weasley, publiczne okazywanie uczuć nie jest tolerowane w szkole — mroczny głos, przerwał naszą rozmowę. Nawet nie musiałam patrzeć na Snape'a, by wiedzieć, że to on.
Charlie puścił mnie, zwracając się do Nietoperza.
Niech pan wybaczy, Sir, ale jedynie pomagam nowej koleżance. Nie jest to, żadne okazywanie sobie uczuć.
Kolejne minus dziesięć, za podważanie mojego autorytetu. Coś jeszcze, Weasley? — syknął, przypominając w tamtej chwili czarnego węża.
Nie, profesorze Snape — szepnął, nie patrząc na Mistrza Eliksirów.
Tak sądziłem. Marsza na lekcję. Jeśli dowiem się, że przez wasze umizgi, spóźniliście się na zajęcia, każde z was dostanie szlaban z panem Filchem. Zrozumiano? — uśmiechnął się z wyższością, miażdżąc nas wzrokiem.
Tak jest, Sir.
Istoto widzę, że szybko znajdujesz znajomych. Chociaż rekrutujesz jedynie mężczyzn, prawda? — uniósł brwi wymownie, po czym odszedł, powiewając za sobą kruczą peleryną.
Co za wredny skurwysyn. Nie przejmuj się, prawdę. On taki jest, chyba nie wie nawet, co mówi. — Charlie objął mnie ramieniem, pocieszając. Tak, chyba to mi było potrzebne.
No cóż, może wyciągnął pochopne wnioski.
Po prostu jest idiotą, nic więcej. Idź na lekcję, spotkamy się później.

***

Czekając pod salą zaklęć, rozmyślałam o słowach Snape'a. To, co powiedział, było jednoznaczne — uważał mnie za kobietę wyzwoloną. To byłoby nawet zabawne, gdyby tak cholernie nie bolało. Słyszałam w swoim życiu o wiele gorsze obelgi, życzono mi śmierci, ale mówienie, że jestem dziwką, tylko i wyłącznie dlatego, iż znalazłam kolegę, było jawną przesadą. Zawistny tłusty drań. Tak wiele musiał przejść w przeszłości, życie na pewno nie było dla niego przyjaznym, a niszczy je teraz innym.
Nowa, wchodzimy do klasy. — Z rozmyśleń wyrzucił mnie piękny głos.
Dziękuję...
Alexandra, po prostu Alex.
Dziękuję Alex — powiedziałam z uśmiechem na ustach. Gryfonka chyba nie wiedziała co robić, więc szybko odwzajemniła gest, a już po chwili znajdowała się w klasie.
Z westchnięciem, podniosłam się z ziemi, by zaraz zająć miejsce, trochę oddalone od moich rówieśników.
Dzień dobry, moi drodzy w tym nowym roku szkolnym! — zaczął profesor Flitwick. — Tym razem musicie się bardzo postarać, aby mnie nie zawieść, ale także i samych siebie. SUM-y poszły wam naprawdę bardzo dobrze, jednakże Owumenty nie będą takie łatwe. Jeśli myślicie poważnie nad zadaniem ich idealnie, musicie ciężko pracować w tym roku. Zajmiemy się w szczególności...
Wiedziałam, nad czym będziemy pracować podczas pierwszego semestru — przeczytałam cały podręcznik, już jakiś czas temu. Właśnie dlatego tak się bałam, wiedziałam, czemu nie podołam, co sprawi mi trudność. Zaklęcia może nie były najlepszym wyborem... Może powinnam sobie odpuścić? Jednakże jeśli już na tym poziomie chce się poddać, to nie powinnam nawet myśleć o transmutacji. Ten przedmiot będzie chwilą mojego skazania, chwilą śmierci. Zaledwie kilka razy udało mi się coś transmutować, nawet bez różdżki, ale wątpię, bym dała radę z czymś na poziomie szóstego roku.
Godzina wątpliwości minęła, nadeszła godzina pierwszej próby.
Rozpoczniemy zajęcia od nauczenia się Expelliarmusa, bardzo pomocnego zaklęcia rozbrajającego. Zapewne każdy z was o nim słyszał, możliwe, że już kilka osób zapoznało się z jego zastosowaniem w praktyce. Następnym będzie Evansesco, często używane przez studentów — rozejrzał się po klasie wymownie.
Ach tak, zaklęcie to powodowało znikanie przedmiotów. Czyżby sugerował, że uczniowie posuwają się i do takich wybryków?
Nie wiem, kto nauczył bliźniaków Wealesy Evanesco w tak młodym wieku, ale gdybym go tylko dorwał...
Klasa wybuchła śmiechem, ja z powagą przyglądałam się im. Po raz kolejny, słyszałam o niesławnych rudzielcach, widocznie nauczyciele mieli z nimi piekło na ziemi. Zabawne dzieciaki, nie odczuwały strachu przed konsekwencjami, albo przyzwyczaiły się do kar, po kolejnych już szlabanach. Miło by było ich poznać, usłyszeć o przygodach (bardziej interesowały mnie reakcje nauczycieli na ich wybryki), które przeżyli w szkole. Postanowiłam, że podczas obiadu wypytam o to Charlie'ego, na pewno wie o wiele więcej od innych — w końcu jest ich bratem.
Proszę już o ciszę, zabierzmy się do pracy. Dobierzcie się w pary, wpierw będziecie ćwiczyć na sobie zaklęcie Expelliarmus.
W klasie zrobił się istny chaos, każdy opuszczał ławki, by po chwili stanąć twarzą w twarz ze swoim przeciwnikiem. Wypuściłam z płuc głośno powietrze, rozglądając się po sali. Szukałam kogoś, kto mógłby zostać moim partnerem, ale wydawałoby się, że każdy już znalazł swojego rywala. Zrezygnowana wstałam, kierują się w stronę profesora.
Przepraszam... — Znowu ten piękny głos. Odwróciłam się, stając naprzeciwko pięknej brunetki. — Ja także nie mam pary, może chciałabyś... ze mną...?
Byłabym wdzięczna — odpowiedziałam głosem przepełnionym ulgą.
Zajęłyśmy miejsce w kącie sali. Stąd mogłam obserwować każdą parę, za to nikt nie zwracał uwagi na nas. Nie byłam w ten sposób narażona na pośmiewisko, jeśli moja magia znowu zawiedzie. Magiczna formuła rozbrzmiewała w klasie, studenci rozpoczęli ćwiczenia. Pocieszające było to, iż nie każdemu szło tak idealnie, jak się spodziewałam. Wiele osób miało problem z samym wykonaniem odpowiedniego ruchu.
Kto zaczyna? — Przeciwnik zwrócił na siebie moją uwagę.
Jest mi to obojętne — odrzekłam, wyciągając różdżkę. — Jeśli chcesz, możesz być pierwsza.
Na pewno? — uśmiechnęła się nieśmiało. Dopiero wtedy zauważyłam zieleń jej oczu.
Na pewno — zapewniłam.
W taki razie... Expelliarmus!
Zanim się spostrzegłam, moja różdżka leżała kilka metrów dalej. W lekkim szoku uśmiechnęłam się do dziewczyny, analizując ją. Nie spodziewałam się, że wyjdzie jej za pierwszym razem... Nie wyglądała na taką, która była dobra akurat w zaklęciach. De facto rzeczy przypominała mi kruchą, porcelanową laleczkę. Ach, to było ciekawe.
Jestem czystokrwista, uczyli mnie podstaw od małego. Moja wiedza była już ugruntowana, każdy ruch i wymawianie formuły — skończyła, odwracając wzrok. Lekko westchnęła, wpatrując się w innych uczniów. Poczułam się, jakby czytała mi w myślach.
Teraz moja kolej i raczej nie pójdzie mi tak łatwo jak tobie. — Podniosłam różdzkę, zaraz celując nią w Alex.
Nic nie szkodzi, mamy całą lekcję.
Dawałam sobie radę z trudniejszymi zaklęciami, dlaczego miałabym zawieść akurat wtedy? Brak wiary w siebie mnie wyniszczał, nie potrafiłam skupić się na swoim zdaniu, na ćwiczeniach. Domyślałam się, że to przez wieczny stres podczas zajęć z urzędnikami, doprowadził mnie do takiego stanu. Właściwie to na pewno było to ich wina. Przeklinałam się za ciągle wracanie do przeszłości, miałam zapomnieć o słych chwilach, zająć się teraźniejszością.
Tak, mamy cała lekcję... — odpowiedziałam, po niedługiej chwili milczenia. — Expelliarmus!
Nic się nie stało.
Źle poruszasz nadgarstkiem, podczas wymawiania formuły. Spróbuj raz jeszcze.
Expelliarmus! — powtórzyłam, starając się nie zrobuć tym razem żadnego błędu.
Lepiej, różdżka chciała się wyrwać, ale nadal było za słabi. Skup się...
Musiałam się uspokoić, jej słowa trochę mnie denerwowały. Rozumiałam to, chciała pomoc, ale ciągłe pouczanie z jej strony nie było przyjemne. Sądzę, że nikt nie chciałby być na moim miejscu. Poczułabym się lepiej, gdyby nie była tak dobra.
Expelliarmus — syknęłam, a magiczna siła wytrąciła artefakt z ręki Gryfonki.
Dobra robota, pierwsze zadanie zaliczone.
Profesor Flitwick przechadzał się po klasie, obserwując nasze ćwiczenia, doradzając, co trzeba poprawić. Alex została pochwalona, a z tego, w jaki sposób to zrobił, wywnioskowałam, że nie pierwszy raz. Najwidoczniej była jedną z lepszych. Nie rozumiałam, dlaczego nikt nie chciał mieć jej w parze. Pomimo gniewu, bardzo mi pomogła.
Z kolejnym zaklęciem nie poszło mi tak świetnie. Moja partnerka poradziła sobie znowu idealnie, niewielka doniczka zniknęła; nie pozostawiła po sobie ani śladu. Uśmiechnęła się pod nosem, zachęcając mnie bym i ja spróbowała. Pomimo jej cennych rad, a także interwencji profesora nie potrafiłam wykonać tego zadania.
Evanesco!
Ponownie nic.
Chyba powinnaś już sobie odpuścić. Zbladłaś, wyglądasz na zmęczoną...
Tak? Żadne zaskoczenie... — Usiadłam na ziemi, pozwalając opaść moim powieką.
Spróbujesz innym razem, wtedy z pewnością poradzisz sobie.
Dziękuję za wiarę we mnie — ostatnie słowa zagłuszył dzwonek, oznajmiający koniec lekcji.
Przeczytajcie drugi rozdział oraz poćwiczcie zaklęcia ze starszymi kolegami! Miłego dni!
Patrz Mess, Alex musiała ćwiczyć ze Snape'em... — Przewróciłam oczami, słysząc głos moich współlokatorek.
Widzę, biedna... Alex, chodź. Zjemy razem obiad.
Zanim dziewczyna zdążyła odpowiedzieć, została już zgarnięta przez Gryfoni. Wstałam, przyglądając się temu, jak opuszczają klasę. Chyba robiłam sobie złudne nadzieję, sądząc, że znalazłam koleżankę... Naprawdę byłam jej wdzięczna, po prostu nie potrafiłam panować nad złością.
Gdyby moje myśli i zachowania zostały spisane, po przeczytaniu ich musiałabym przyznać, że byłam chodzącą hipokrytką. W jednej chwili potrafiłam zmienić zdanie, obrać inny kierunek myślenia, zapominając o poprzednim. Nie potrafiłam się zdecydować, co sądziłam o danej osobie. To było takie frustrujące.

***

I jak było?
Znośnie... Nawet obeszło się bez większej ilości komentarzy na mój temat.
Cieszę się, ale powiedz mi... Gdzie ty się teraz wybierasz?
Nie odpowiedziałam, nie chciałam o tym myśleć. Svartur siedział mi w głowie od skończenia lekcji. Charlie był zajęty sprawami drużyny, więc nie towarzyszył mi jednak podczas obiadu. Jego miejsce zajął nieznośny wzrok Szaleńca, obserwował mnie cały ten czas, albo to ja popadłam już w paranoje. Równie dobrze mogłam sobie coś ubzdurać. W każdym razie wieczór nie zapowiadał się najlepiej.
Kiedy wracałam do wieży, po raz kolejny zachwycając się mistycyzmem zamku, wpadłam w grupkę dziewczyn z Hufflepuffu. Wśród nich była Tonks, która całkiem mnie zignorowała. Nie wyglądała na taką osobą, wręcz przeciwnie — wydawałoby się, że mogłaby zaprzyjaźnić się z każdym, niezależnie od tego, kim jest. Oczywiście rozumiałam ją, nie miałam jej tego za złe.
Dodatkowe zajęcia z obrony. Nic ciekawego — odpowiedziałam, nie mogąc się zdecydować czy zabrać ze sobą podręcznik.
Nawet nie żartuj, Svartur jest...
Straszny? — wtrąciłam się.
Genialny! Dlaczego miałby być straszny? To świetny nauczyciel, już dawno takiego nie mieliśmy. Zazdroszczę dodatkowych zajęć.
Uśmiechnęła się słabo, Szaleniec powinien zostać aktorem.
Może masz rację, nie wiem... Nie ważne. — Nie chciałam o tym rozmawiać. — Idę, miłego wieczoru.
I nawzajem, ucz się pilnie.
Opuściłam Pokój Wspólny, kierując się do gabinetu Svartura. O dziwo byłam spokojna, lęki minęły. Wpadłam w stan, podczas którego wszystko było mi obojętne. Mentalnie byłam gotowa na dodatkowe lekcje, wiedziałam, że mój wewnętrzny sprzeciw na nic się zda. Postanowiłam zaakceptować sposób nauczania Szaleńca oraz jego samego, skoro i tak widziałam go każdego dnia, stał się moją codziennością. Wcześniejsze lata stały się szkołą życia, podarowały mi bezcenne nauki, niezbędne do dalszego życia. Stawałam się głucha na obelgi, niewidoma na nienawistne spojrzenia, traciłam głos, kiedy prowokowano mnie. Gdyby nie fakt, że traciłam nieraz kontrolę nad sobą, to pomyślałabym, że umarłam. Umarłam wewnętrznie.
Stanęłam przed dębowymi drzwiami, prowadzącymi do jaskini Szkleńca. Idealnie go nazwałam, tak trafnie. Człowiek o dwóch twarzach, Joker, pan Hyde.
Zapukałam.
W końcu jesteś. — Usłyszyłam przez drzwi. — Wejdź, musimy omówić materiał do zrealizowania.
Zrobiłam, jak kazał, usiadłam na wygodnym krześle naprzeciwko biurka. Gabinet jego był skromny, w sumie niczego podejrzanego nie zauważyłam, jedynie stare meble, pokryte kurzem.
Na bliżej nieokreślony czas, stanę się twoim katem. Żadne zaskoczenie, prawda? — zaśmiał się, siadając na biurku. Wyciągnął paczkę papierosów. — Staniesz się moim manekinem jak ja twoim. Oboje będziemy się ograniczać do minimum, postaramy się, by twoje ciało nauczyło się przyjmować silne klątwy. Staniesz się przebiegła, nauczę cię nieczystych zagrań. Zobaczysz, to będzie dobra zabawa.
Zapalił, a odór papierosowego dymu przysłonił mi jego uśmiechniętą twarz. W tamtej chwili wyglądał jak demon.

16 komentarzy:

  1. Ok, evil (albo jak wolisz, SS) wkracza do akcji. Tak wyszło, że nie komentowałam ci długo, tak myślę, więc nadszedł ten słodki moment.
    List do Leny. Krótkie podziękowanie za informacje o szkole, do której uczęszcza twoja koleżanka. Spójnie, zwięźle, tylko literówkę masz. Kolejny akapit, kolejna literówka. Bejb, strzeż się literówek <3. Ech, jeszcze nie wiesz, że Dumbledore nie jest taki wspaniały, prawda? Reasumując – jest dobrze. Nie rozwodziłaś się nad treścią listu, bo i po co? Zresztą i tak niewiele miałabyś do napisania.
    Podoba mi się imię Lena.
    Kochanie, absolutnie zauroczyłam się opisem nocy, jaki zgrabnie przedstawiłaś na początku. Perfekcyjnie to, co ja odczuwam. Plastyczna wrażliwość, którą zawarłaś w tym fragmencie, uciekała mi między palcami, a ja byłam szczęśliwa, że tak się działo, bo bym znowu się rozpłakała. Ostatnio ciągle płaczę. Bez powodu. Bo tak. Wracając do tematu…
    (…)chociażby plamy na dłoniach Snape'a od wieloletniej pracy przy eliksirach. Więcej chyba mówić nie muszę. XD
    Kruk w klatce. <3
    Fragment z paniczem Weasleyem – na duży plus. Co ja ci mam kurde pisać, jak większość przekazałam ci w wiadomości?! Ech, jestem zadowolona, że nie cieszyłaś się wylewnie, kiedy Charlie ci pomagał, co więcej, byłaś na niego o to zła. Według mnie to spory plus, zważając na to, że jesteś Gryfonką. Samotną Gryfonką. Całkowicie. XD
    Snape ma kilka zasad. Jedną z nich jest niemycie włosów, a drugą "sprawiedliwości mówimy nie". Uwielbiam! Przeczytałam to i szeroko się wyszczerzyłam! W sumie cholernie prawdziwie.
    Tak sobie czytając waszą wycieczkę do Wielkiej Sali pomyślałam, jak pasowałyby ci szaty Gryffindoru. Widzę cię w zielonych, ale muszę przezwyciężyć swoją wyobraźnię i zobaczyć cię w czerwonych :D.
    Sytuacja ze Svarturem – interesująca. W sumie go lubię, ale czy to dziwne? Kocham Bellatrix, a ona była potworem bez serca, więc no. Szaleńcy mają jednak to coś w sobie, a on wydaje się być świetny! No i ty taka… skołowana. Bać się? Nie bać się? Śmiać się? Nie śmiać się?
    Ok, Cath i ja – już ci skomentowałam.
    I wkracza on, Snape! Ahahaha. Zero ulgi dla ciebie. To w sumie po części przykre.
    W Hogwarcie raczej nie było dzwonków – bo to w sumie dziwne. Hogwart to dla mnie jak uczelnia, nie ma dzwonków, czas leci a wykładowcy po prostu wiedzą, że zbliża się koniec. XD
    Lubię, jak ludzie palą papierosy w opowiadaniach. Na co dzień tego nienawidzę, ale w opowiadaniach to ma swoisty urok. Zakończyłaś w dobrym momencie, bo teraz będę niecierpliwie czekać na twój powrót.
    Cały rozdział na plus. Czytało mi się go szybko, spokojnie. Momentami miałam wrażenie, jakbyś naprawdę opisywała to, co ja odczuwam. Naprawdę doszłam do tak podłego stadium? Chyba jestem chora na umyśle. I przestań narzekać, bo nie masz cholera na co. Ani przez moment nie miałam ochoty cię zabijać za to, że spierdoliłaś sprawę. Naprawdę jest bardzo dobrze.
    I chyba tyle.
    Love so much,
    Clementia.

    xx

    OdpowiedzUsuń
  2. Ej, czy tylko ja mam takie dziwne wrażenie że Szaleniec okaże się ojcem Mariki? Haha moja wyobraźnia ☺ A co do rozdziału to jak zawsze- mimo, że nie ma tu takich wydarzeń, które mogłyby wielce zaskoczyć, to i tak nie można się oderwać. Nawet najzwyklejsze wydarzenia są tak ciekawie opisane, że można je porównywać do książkowych fragmentów. No a te uczucia...perfekt! 💟
    Trzymaj się ciepło i czekam na dalszy ciąg! ☺

    OdpowiedzUsuń
  3. "Snape ma kilka zasad. Jedną z nich jest niemycie włosów" - rozwaliło mnie to xD Jak zwykle wszystko perfekcyjne, na literówki nie zwracam uwagi. Nie wiem czemu ale zaczynam lubić Szaleńca xD Opisy piękne... poza tym nie wiem co mam jeszcze napisać, więc napisze, że będę cierpliwie (lub nie) czekać na twój powrót i dalszy ciąg ff :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zajebiste *.*
    Ty to masz talent!
    Piękny, perfekcyjny rozdział :) i to się chwali

    Pozdrawiam i Obserwuję
    invincible-ff.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem i ja. :D
    Ano wreszcie chwila czasu, żeby przeczytać coś, co mi się podoba. ;3
    Nie zwracam uwagi na błędy. Ciekawy (jak zwykle z resztą xdd) rozdział, nie wiem, czy Ci mówiłam, że świetnie opisujesz *-*
    Chyba polubię Szaleńca,,, xdd W sumie nie wiem co mogę "powiedzieć" o tak dobrze napisanym rozdziale. :3

    OdpowiedzUsuń
  6. Rozdział cudowny jak zawsze! <3
    Bardzo podoba mi się to, że nie robisz z Mariki takiej idealnej bohaterki, której od początku wszystko się udaje ;)
    Polubiłam Charlie'go. Wydaje się bardzo miły (ale myślę, że on postrzega Marikę w trochę inny sposób xd)
    Życzę Ci powodzenia w maturze. Trzymam kciuki! :)
    Mam nadzieję, że nadal będziesz prowadziła bloga i że ten kryzys to tylko chwilowy :)
    Życzę dużo weny i z niecierpliwością czekam na nowy rozdział! :)
    Pozdrawiam
    BlackBerry

    OdpowiedzUsuń
  7. Cuuuuuuuuudo! :* Idealnie ujęłaś uczucia panny S. I do teraz mam dreszcze od wzroku Szaleńca :) moje ślepe oczy zauważyły jedynie jedną literówkę, bodajże w liście do Leny :) nie mogę się doczekać jaj zacznie malować ^-^ przychodzi znad jeziora, odkłada płótno żeby wyschło i idzie np się umyć, w międzyczasie wracają jej współlokartorki i patrzą się: "Łaaaaaaa nie wierzę, że to Snapówka (nie wierzę co ja pisze XD) namalowała!"
    Rozdział cud, miód, malina trzymaj tak dalej
    Weny!
    Zocha i jej Smoki

    OdpowiedzUsuń
  8. Wiem, że miałam skomentować jakiś czas temu, ale czasu brak, a nie chce pisać dwóch zdań jak teraz. Przeczytałam i w najbliższym czasie spełnię obietnice! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ok, trochę mi to zajęło, ale jestem.
      Jestem czepialska, także wypiszę jakieś tam błędy xd

      "Niesamowicie uciszył mnie twój list, jestem mile zaskoczona, że o mnie nie zapomniałaś. Nawet nie marzyłam o tym, o opowieści dotyczącej twojej szkoły, która jak wiadomo, dba o to, by jej sekrety nie zostały odkryte." - "Ucieszył", "Twojej" z dużej litery, przecienk przed "jak".
      "Marika Snape, siedemnastoletni dziewczyna o ciekawej przeszłości" - zjadłaś "a" przy "siedzemnastoletni".
      Jestem przy trzecim akapicie, błędów jest kilka, rozdział wygląda na totalnie nieprzeczytany i niesprawdzony przed publikacją, więc wypisywanie błędów nie ma zbytniego sensu.
      "Na mistrzostwach nie powiedziałam ci, ale przez pięć lat nie byłam uczniem Hogwartu, a szkoliłam się w domu." - tu mi trochę logika padła. Zamiast "ale" powinno być "że" i reszta zdania zmieniona na coś w stylu "uczyłam się w domu, nie w Hogwarcie". nie "uczniem" a "uczennicą"
      Nie lubię, kiedy tak dużo opisów następuję po sobie XD Ale to pewnei przez to, że sama nei umiem tyle napisać, hah.
      Przed każdym dialogiem obowiązkowo musi się znaleźć akapit. :)
      Umarłam ze smiechu przy tekście o zasadach Snape'a XDD
      Ostatnia scena - mam ciary! Świetnie to napisałaś.
      Rozdział super, oby tak dalej! :)

      Pozdrawiam,
      W.

      Usuń
  9. Kurczę fajny rozdział! Wciąż się dziwię że Marika trafiła do Gryfonów :) i przyjaźni się z Weslayem.
    Weny życzę!

    http://life-or-adventure.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  10. Świetny post! Co ty na wspólną obserwację? Zacznij i mnie poinformuj, a na pewno się uczciwie odwdzięczę! http://knowthyself99.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  11. Wspanialy rozdzial!
    Fajnie piszesz :3
    Weny zycze <3

    miniaturki-hp-hogwart.blogspot.pt

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :3
      Nie czytuje Sevmione/Sevinny ani Lucmione/Lucinny. W sumie to tym gardzę.
      Pozdrawiam,
      Marika Snape

      Usuń
  12. To ja sobie zajmę miejsce na komentarz.
    Skomentuje jutro.
    c:

    OdpowiedzUsuń
  13. Kilka błędów jest xd Szczególnie zwróciłam uwagę na lekcje profesora Flitwicka i Expellialmus(nwm jak to pisac xd). Czy to zaklęcie powinno być na 6 (czy którym? ) roku pierwszy raz? i Jeszcze nie prof.Hook tylko Hooch xd

    OdpowiedzUsuń
  14. Myślę dokładnie tak samo, jak Marika - klimat nocy jest tak niepowtarzalny (zwłaszcza jesienią), że ciężko kłaść się spać, ale niestety - trzeba. ;_;
    Coś czuję, że Marika ma nerwicę. Te jej dziwne, niewytłumaczalne lęki i pesymistyczne rozkminy wyglądają bardzo znajomo.
    Interpunkcja... Ratujcie. Obiecałam sobie, że nie będę się wypowiadać na te formalne tematy, ale to zdanie "pierwsi uczniowie wychodzili z dormitoriów, kierując się pierw, do wcześniej niezauważonej przeze mnie, tablicy ogłoszeń, po czym do wyjścia" jest tak koszmarnie skonstruowane, jest tak rażący nadmiar przecinków, że wołam do Ciebie - znajdź sobie dobrą betę! Może być fatalna w ortografii, logice i kreacji świata/bohaterów, ale musi być dobra w interpunkcji, bo większość pisanych w tym (i poprzednim) rozdziale zdań wygląda właśnie bardzo podobnie. Ciężko zrozumieć, co chciałaś przekazać.
    Dobra, dość już hejtów na przecinki.
    O, Marika w drużynie quidditcha. Nie jako najlepszy gracz, ale taki całkiem przeciętny. To byłoby coś... innego! Zauważyłam, że autorki rzadko pakują swoje bohaterki OC do drużyn quidditcha, a szkoda, bo opis meczu z perspektywy gracza może być fascynujący. xD
    Charlie coraz bardziej mi się podoba, jest taki... nieirytująco przyjacielski, szkoda tylko, że pozostali Gryfoni zachowują się bardziej jak Ślizgoni. Nie chcą się zaprzyjaźnić z nową koleżanką... No, ale wcale się nie dziwię. Nazwisko to jedno, ale reakcja Dumbledore'a podczas kolacji to drugie.
    Bardzo fajnie, że poruszasz nie tylko tematy dotyczące Mariki, ale i to, co dotyczy planów Weasleya. Cieszę się, że Marika naprawdę się zainteresowała tym, co go fascynuje.
    Ale to "oczywiście, profesor McGonagall" brzmi bardzo dziwnie. Uczniowie tak się nie zwracają do swoich nauczycieli, wystarczyłoby "oczywiście, pani profesor/proszę pani". :)
    No i pojawił się Svartur. Wkurza mnie ten facet i za każdym razem, jak widzę jego nazwisko, przeczuwam kolejne chore znęcanie się nad Mariką.
    Ach, czyli ta turkusowa to Cath. Pamiętam jeszcze Twój stary szablon i tam chyba była jakaś dziewczyna z niebieskimi włosami. No, wszystko jasne! :)
    "Minus dziesięć punktów od Gryffindoru". DLA. Dla Gryffindoru. Nie brzmiało Ci dziwnie to "od", kiedy pisałaś to zdanie?
    Zachowanie Snape'a wydało mi się podejrzane. Czyżby zaczynał być o Marikę zazdrosny? Oj, tym mi to pachnie. xD
    Bardzo mi się podoba opis lekcji. To wszystko wygląda tak hogwarcko, tak swojsko, jak powinno wyglądać. Nie mówię, że na tym ma polegać opowiadanie, bo byłoby nudno, ale nie wolno zapominać, że skoro ff dzieje się w Hogwarcie (a Hogwart to szkoła), to lekcje są podstawowym obowiązkiem uczniów. Fajnie. :)
    Coraz bardziej lubię Marikę. Jest nieśmiała, całkiem normalna, ale jednocześnie wyrazista. Podoba mi się, że nie jest we wszystkim najlepsza, cieszę się, że potrafisz przyjąć do wiadomości, że Twoja OC może mieć jakieś wady nie musi każdego we wszystkim bić na głowę, :)
    No, nareszcie opowiadanie zaczyna wychodzić na prostą. Kolejny dobry rozdział w porównaniu do tego, co było na początku. Widzę, że się rozwijasz, choć opisy i dialogi wciąż masz nieco chaotycznie napisane, ale to z pewnością z czasem też zacznie się zmieniać. Znowu jestem zadowolona. xD

    OdpowiedzUsuń

Layout by Alessa