poniedziałek, 9 lutego 2015

Rozdział XIV

 Witam! Ile to już? Dobrze ponad miesiąc nie dodałam rozdziału, jednak już jest, blokada została chyba zniszczona. Jako, że moja beta jest w szpitalu, nie mogła nawet przeczytać wcześniej rozdziału, więc przepraszam za błędy każdego rodzaju, a także za spieprzenie jakiegoś bohatera. Za to dziękuję Alex, gdyż pomogła mi poprawiać literówki, które i tak zapewne się pojawią. Pamiętajcie, że nadal się uczę, więc nie bądźcie dla mnie zbyt surowi. Zapraszam do czytania i liczę na jakiś komentarz - jak zawsze zresztą.
Rozdział dedykuje Filipowi <3



Czerń moich włosów przysłoniła mi świat, kiedy wraz ze Snape’em opuściłam zamek. Ciemne kosmyki tańczyły swobodnie na wietrze, w rytm muzyki, której nie dano mi było, nigdy zrozumieć. Dzisiejszego dnia świat został skąpany w ciemnych oraz mrocznych barwach, zwiastując tym samym, iż niebo obdaruję ziemię Skarbem Życia. Uśmiechnęłam się, kiedy moje ciało zareagowało na mocny podmuch wiatru, który mógłby się równać z mrozem Syberii. Drzewa kłaniały się pod wpływem tego żywiołu, pozwalając liściom spokojnie dryfować w powietrzu.
Istoto, mam nadzieję, że pomyślałaś o jakimś okryciu odezwał się Snape, zagłuszającym tym samym szept wiatru. — Wystarczy, że już teraz jesteś kłopotem, pomyśl, co będzie, jeśli choroba cię dopadnie. Przypominam ci także, iż działają na ciebie jedynie silne eliksiry, a ja nie mam zamiaru tracić, chociażby jednego płatka eclipsim — skończył, cichym warknięciem.
Jego twarz wyrażała jedynie irytację. Włosy profesora, podobnie jak moje, stały się nieokiełznanym narzędziem do uprzykrzania życia. Poprawił je nerwowo, po czym sam narzucił czarny, skórzany płaszcz na ramiona.
Dziękuję profesorze, za ten dziwaczny rodzaj troski odrzekłam niepewnie, na co spiorunował mnie wzrokiem. Mogłoby się wydawać, że błyskawice już ciskają z nieba, szkoda, że akurat we mnie.
Troska? — prychnął. Z pewnością to uczucie nie jest zarezerwowane dla takich bezczelnych istot jak ty. Jedynie moi ślizgoni... — przerwał, przecierając oczy. Chyba zdał sobie sprawę, że powiedział za dużo. - Nie ważne. Zakładaj to, co ze sobą wzięłaś i staraj się dotrzymać mi kroku.
Po tych słowach ruszył przed siebie. Przewróciłam oczami, wyjmując bluzę, którą zarzuciłam na ramiona. Już po chwili szłam obok profesora, przytrzymując kaptur, by przez silny wiatr nie opadł do tyłu.
Choć nie wiem, jak bardzo bym się starałam, to niestety oglądanie widoków dzisiejszego dnia było niemożliwe. Wpatrywałam się w ziemię oraz starałam się podążać za Snape'em, modląc się, aby nie wpaść na jakieś drzewo. Profesor z pewnością byłby zadowolony z tak nieudolnego oraz nieplanowanego posunięcia.
Kiedy weszliśmy do niewielkiego lasku, wiatr ucichł. Przeraźliwy spokój oraz cisza dawały złudną nadzieję, iż żadna burza nie miała zamiaru niepokoić dzieci swoją obecnością.
Zerknęłam na Snape'a, który wydawał się spokojniejszy niż chwilę temu — dzisiejsza pogoda dawała się profesorowi we znaki. Że też akurat musiał wybrać taki dzień na wizytę w wiosce. Może powinnam go namawiać, bym mogła zostać w zamku... I tak odwiedziłabym Hogsmeade, jedynie trochę później, za to z moimi rówieśnikami, którzy nie plują jadem na prawo i lewo, kiedy humor im nie dopisuje — a Snape jest wiecznie niezadowolony. Może będzie na tyle dobry albo zdenerwowany, że mając mnie dość, pozwoli mi odejść i zwiedzić wioskę na własną rękę? Tak, to byłoby dla mnie najlepsze oraz niezwykle komfortowe rozwiązanie.
Opuściliśmy las, przygotowani na kolejne natarczywe podmuchy wiatru, jednak on umilkł. Zwróciłam oczy ku niebu, zdając sobie sprawę, iż właśnie sprawdza się zasada, że przed burzą jest zawsze najciszej.
Przekroczyliśmy niewielki, kamienny mostek, pod którym niespokojnie przepływał szary strumień, otoczony bujną roślinnością. Zatrzymałam się na chwilę, by popatrzeć na niego z góry. To śmieszne, że nawet takie drobnostki robią na mnie wrażenie. Ledwo pamiętam okres sprzed choroby, a w czasie niej opuszczanie domu było czymś nieosiągalnym. Westchnęłam, po czym uśmiechnęłam się lekko, kiedy na zmarzniętych policzkach poczułam pierwsze krople deszczu.
Snape, do cholery, to nie pora na oglądanie widoczków warknął. — Rusz się i to już. Może to umknęło twojej uwadze, ale zaczęło padać.
Ton jego głosu wskazywał na jedno traktował mnie jak idiotkę. Co za nowość. Nie odpowiedziałam, wolałam nie wdawać się z nim w dyskusję — to zawsze kończyło się źle, jeśli nie tragicznie.
Mieliśmy wiele szczęścia, a właściwie Snape, gdyż burza nie miała zamiaru nadejść w dzień, a dopiero w nocy. Kiedy dotarliśmy do wioski, deszcz całkowicie ustąpił. Byłam zawiedziona, bo liczyłam na to, iż silne oraz mroźne krople wody spotkają się z moją skórą, pobudzając tym samym każda komórkę ciała. To sprawiało, że stawałam się silniejsza.
Hogsmeade było naprawdę zaskakujące, niesamowite oraz całkiem różniło się od ulicy Pokątnej. Sądziłam, że te dwa miejsca będą do siebie podobne, zważając na to, iż to jedne z głównych ośrodków czarodziejskiej części Brytanii. Jakże bardzo się myliłam. Hogsmeade przepełniała ta sama wiekowa magia co Hogwart, jednak była jakby mniej mroczna, należąca do prostych ludzi. Wioska miała swoje tajemnice, swoją historię oraz zapewne legendy. Wystarczało zamknąć oczy, by wyobrazić sobie średniowieczną ludność, żyjąca spokojnie, nawet nierozmyślająca o mugolach, którzy w tamtym czasie dopuścili się przerażających czynów. Jak wiadomo, na szczęście niewielu czarodziejów na tym ucierpiało.
Kamienne budynki wyróżniały się, jedynie swoją zwyczajnością, co w sumie było sprzeczne samo w sobie. Nie potrzebowały żadnych udziwnień, choć ten zabieg jest bardzo często spotykany w świecie magii. Zwyczajne mieszkania, zwyczajne sklepy oraz zwyczajni ludzie. I to chyba było właśnie najpiękniejsze, miało swój urok. Prostota nieraz jest czymś najlepszym.
Zapewne każdy przybyły tu czarodziej poczułby się jak u siebie, jakby to było właśnie jego miejsce. Pełna swoboda oraz spokój sprawiały, że nie chciało się stąd odchodzić. Choć znając mnie oraz ludzi, na tyle ile mogłam zrozumieć ich naturę, z pewnością sposób, w jaki postrzegałam Hogsmeade, był przesadzony i jak zwykle pozwoliłam wpłynąć na siebie emocjom, które we mnie drzemały. Stoicyzm jest mi niestety obcy, powinnam popracować nad sobą.
Nadal nie miałam pojęcia, dokąd Snape zmierza, nie odezwał się do mnie ani jednym słowem. Mijaliśmy miejsca, które pragnęłam odwiedzić, jednak wiedziałam, że jeśli teraz będę posłuszna, to otrzymam nagrodę. Merlinie... jakie to żałosne.
Skręciliśmy w jedną z uliczek, po czym zatrzymaliśmy się przed niewielkim sklepikiem, przypominającym mi rupieciarnię Ollivandera. Przez zakurzoną oraz popękaną niczym lód szybę dostrzegałam jedynie zniszczony czerwony materiał, na którym spoczywał srebrny miecz z rękojeścią w kształcie głowy smoka. Tabliczka na drzwiach mówiła jasno, gdzie jesteśmy. „Kazimierz Wyspiański polski twórca białej broni”. Nigdy nie słyszałam o tym mężczyźnie, jednak już po samej narodowości mogłam stwierdzić, że jest on zdolnym człowiekiem. Polacy bardzo zasłużyli się dla świata magii, choć niewiele osób o tym wie. Są to utalentowani alchemicy, Mistrzowie Eliksirów oraz zdobywcy wielu osiągnięć w dziedzinie transmutacji, którzy opuszczają ojczyznę, na skutek wiecznie napiętej sytuacji politycznej w swoim państwie. Niestety, przez konflikty mugoli społeczność czarodziejska także cierpi. W Historii Magii Bathildy Bagshot o Polakach jest zawarte niewiele informacji, jednak na tyle ważnych i interesujących, iż na pewno będę chciała się o nich dowiedzieć czegoś jeszcze.
Mam ważną sprawę do załatwienia, więc masz się zachowywać, by nie przynieść mi wstydu swoją durnotą, zrozumiano Istoto? — syknął, wpatrując się we mnie i wyczekując potwierdzenia.
Tak jest, profesorze.
Snape pchnął lekko drzwi, które zaskrzypiały nieprzyjemnie. Przekroczyliśmy próg, a ciepło otuliło nasze zmarznięte ciała, tym samym uwalniając nas, a właściwie mnie, od sztywnej postawy. Rozejrzałam się po niewielkim pomieszczeniu, które w większości było zajęte przez drewniane oraz żelazne skrzynie zdobione barokowymi, oraz gotyckimi ornamentami. Ułożone niestabilnie na sobie, piętrzyły się pod sam sufit, przypominający mi sklepienie siedemnastowiecznego kościoła, jednak ścienne malowidło nie przedstawiało żadnej sceny biblijnej czy aniołów, a rycerzy walczących ze smokiem. Klimatu dodawały też palące się w kątach świece, stojące na zalanych przez wosk wysokich świecznikach. Dwie zardzewiałe zbroje, należące niegdyś do rycerzy dumnie chroniły ściany zapełnionej najróżniejszymi mieczami, szablami, toporami, włóczniami czy nawet łukami oraz kuszami. Każda z broni była piękna oraz wyróżniała się spośród innych. Trudno też było ocenić, która była tą właśnie wyjątkową, gdyż wszystko znajdujące się na kamiennej ścianie emanowało siłą oraz pragnieniem wykazania się.
Podeszłam do lady, przy której czekał już lekko poirytowany Snape. A może on tak zawsze wyglądał?
Profesor Snape, jakże miło pana widzieć — powiedział z dziwacznym akcentem straszy mężczyzna, kłaniając się lekko. - Pana zamówienie jest już gotowe, zaraz je przyniosę.
Starzec powrócił na zaplecze, zostawiając nas samych.
Kupuje pan miecz? — w moim głosie wyraźnie rozbrzmiewała ciekawość.
Floret, Istoto — odpowiedział beznamiętnie, wpatrując się z wyczekiwaniem w drzwi, za którymi zniknął starszy mężczyzna. -— Z tego, co wiem, miałaś milczeć.
Floret przypadkiem nie przypomina szpady? - Zignorowałam jego uwagę. - To znaczy, że uprawia pan szermierkę? Z tego, co mi wiadomo sport ten, był kiedyś popularniejszy od quidditcha, a lubowali się w nim szczególnie czarodzieje czystej krwi. Sądziłam, że takie tradycje jak ta wymarły.
Uczniowie domu węża nigdy nie zapomnieli o zwyczajach ustanowionych przed swoich przodków. Jedenastolatkowie przydzieleni do Slytherinu są szkoleni, przez starsze roczniki, chociażby podstaw szermierki, by oddać szacunek przeszłości — skończył poirytowany, tym, iż zawracam mu głowę, po czym dodał: — Zamilcz, Snape.
Po niedługiej chwili staruszek wrócił, niosąc delikatnie drewnianą, długą skrzynkę. Odłożył ją ostrożnie na ladę, po czym otworzył, ukazując przy tym srebrny floret o rękojeści węża. Szmaragdowy kamień posłużył jako oko dla gada, który wysuwał niebezpiecznie swój język. Klinga była pokryta runami, których znaczenia niestety nie znałam. Zastanawiałam się, dlaczego wybrał właśnie taki rodzaj zdobień, który zdecydowanie coś oznacza. Snape nie wydaje się człowiekiem sentymentalnym. Pozory są tak bardzo mylące.
Nauczyciel wyjął broń ze skrzynki, przyglądając się jej dokładnie z każdej strony, szukając najmniejszej skazy. Obchodził się z floretem jak z kobietą. Pierwszy dziewiczy chwyt za rękojeść, która idealnie pasowała do jego dłoni, pierwsze delikatne ruchy jego palców gładzących ostrze. Kącik ust Snape'a drgnął, co było dowodem na to iż jest zadowolony z pracy starca.
Naostrzony? — zapytał, jednak swoją uwagę skupił na florecie.
Naostrzony, proszę pana — odpowiedział rozbawiony zachowaniem profesora. Patrzył na niego, jakby był dzieckiem cieszącym się z nowej zabawki.
Zobaczmy, więc — mruknął Snape, po czym jego wzrok spoczął na mnie.
Nawet nie zauważyłam, kiedy wykonał zgrabny ruch dłonią, w której trzymał broń. Ostrze mignęło mi przed oczami, po czym zetknęło się z kosmykiem moich czarnych włosów, który po chwili spoczywał na drewnianej posadzce. Osłupiała wpatrywałam się w ziemię, nie mogąc się nawet odezwać. Snape był jakimś wariatem... Gdybym się ruszyła, otrzymałabym bliźniaczą bliznę na lewym policzku.
Naostrzony. Dobrze wykonał pan swoją pracę, to wręcz mistrzostwo.
Profesor jakby nigdy nic wyciągnął pieniądze, zapłacił złotymi galeonami, po czym bez słowa opuścił sklep, zostawiając mnie samą.
Chyba panienka powinna iść. — Zaśmiał się mężczyzna, siadając w skórzanym fotelu, który znajdował się za ladą.
Chyba ma pan rację... — Uśmiechnęłam się lekko, ostatni raz rozglądając się po pomieszczeniu.
Każdą z tych broni stworzył pan własnoręcznie?
Spojrzałam na jego pomarszczone oraz poranione dłonie, które spoczywały w tej chwili na oparciach fotela.
Większość tych cudeniek to moja własna robota, panienko. Jednak od pewnego czasu mam ucznia, który kiedyś mnie tu zastąpi. — Skończył, po czym sięgnął po drewnianą fajkę. — Williamie, chodź tu i pokaż się panience.
Zza drzwi zaplecza wyszła znana mi już postać, która przywitała mnie najcieplejszym uśmiechem, jaki kiedykolwiek ktoś mi podarował. Zdjął rękawice oraz fartuch, po czym odłożył je na ladę, podchodząc do mnie. Zauważyłam, że jego oczy stały się bursztynowe, a szkarłat zniknął, co dawało wrażenie jakby i cała wampirza natura go opuściła. To musiał być efekt jakiegoś starego zaklęcia. William różnił się od tego mężczyzny, którego spotkałam kilka dni temu — brakowało w nim tej arystokratycznej natury. Teraz był rzemieślnikiem, a raczej autorem żelaznej sztuki.
Wiedziałem, że spotkamy się ponownie, nie sądziłem jednak, iż nastąpi to tak szybko. — Potarmosił moje włosy, na co ja cofnęłam się niezadowolona. Zaśmiał się, krzyżując ręce na piersi.
Ja z kolei myślałam, że czujesz się samotny. — Zerknęłam wymownie na starca, który popalał fajkę. Widocznie był rozbawiony zaistniałą sytuacją.
Kłamałem, choć nie do końca. Mój mistrz to jedyne towarzystwo, ale teraz jesteś i ty, prawda panienko?
Wątpię. Profesor Snape mnie zabije, zabieram mu jego cenny czas — jęknęłam, przypominając sobie, kto czeka na mnie, z pewnością wyciekły, przed sklepem.
Jeśli będzie dobrym panem i władcą, to może pozwoli mi zwiedzić wioskę na własną rękę, a wtedy jeszcze cię odwiedzę.
Trzymam panienkę za słowo. — Ukłonił się lekko.
Zrobiłam to samo, po czym wybiegłam na zewnątrz. W pierwszej chwili myślałam, że Snape wrócił do zamku sam, jednak głośne chrząknięcie uświadomiło mnie w przekonaniu, iż pomimo niechęci, jaką darzy moją osobę, nie zostawi mnie.
Istoto, nie mam pojęcia, co sobie myślałaś, nie wychodząc za mną ze sklepu, jednak wiedz, że nie mam zamiaru wydawać ci komend, kiedy masz iść, niczym zwykłemu kundlowi — syknął, a w jego głosie rozbrzmiewała czysta nienawiść.
Przepraszam profesorze, ja...
Zamilcz w końcu i pilnuj się mnie. Błędem było zabieranie cię ze sobą.
Wyszedł na główną ulicę Hogsmeade. Nie mając innego wyjścia, ruszyłam za nim, choć myślami byłam nadal przy Williamie. Pomimo tego, iż w ogóle go nie znałam, to czułam, że moglibyśmy zostać przyjaciółmi. Potrzebowałam tego tak samo, jak on, pragnęliśmy kogoś do rozmów o wszystkim, jak i o niczym. Konieczność zdobycia bliskiej osoby była wręcz wypisana w jego oczach za każdym razem, gdy się w nie spojrzało. Przykre, że tak ciekawa oraz ciepła osoba została odrzucona przez swoją „przypadłość”.
Szłam za Snape'em, a raczej byłam ciągnięta za mentalne sznurki, niczym marionetka. Ponownie nie zostałam poinformowana, dokąd zmierzamy, co było niezwykle frustrujące. Jednak kiedy Snape pchnął drzwi kolejnego sklepu, myślałam, iż rzucę mu się na szyję, co miałoby być oznaką wdzięczności. Księgarnia była właśnie tym miejscem, w którym chciałam się znaleźć. Nawet jeśli miałam do dyspozycji całą bibliotekę Hogwartu, która była bogata w wiedzę z każdej dzieciny, to jednak wolałam posiadać i swoje książki, których nikt mi nigdy nie odbierze.
Księgarnia nie była duża, a raczej tak mogłoby się jedynie wydawać, przez ilość znajdujących się tam książek. Półki były ustawione w taki sposób, że tworzyły labirynt, który doprowadzał czytelnika spragnionego interesującej lektury do poszukiwanego działu. Książki samoistnie przemieszczały się po księgarni, podobnie jak w bibliotece hogwarckiej.
Masz dziesięć minut, Istoto — powiedział Snape, a po tych słowach zniknął mi z oczu.
Co za uprzejmość z jego strony. Westchnęłam, ruszając przed siebie, zagłębiając się w labirynt stworzony z tysięcy słów, tysięcy historii i mądrości. Trudno było się zdecydować na cokolwiek, jednak z góry odrzuciłam lektury, które za zadanie miały powiększyć moją wiedzę. Potrzebowałam przygody, miłości, walki dobra ze złem. Kiedy szukałam działu z przygodówkami, jeden wyjątkowo mnie zaintrygował. Mugolska literatura, jak gdyby nigdy nic spoczywała na półkach księgarni czarodziejskiej w takiej wiosce jak ta. Byłam naprawdę zszokowana, a jednoczenie szczęśliwa wiedząc, że świat magii docenia sztukę mugoli. Opuszkami palców przejechałam po nierównych okładkach książek, chcąc wybrać właśnie jedną z nich. Nie spodziewałam się, że instynkt poprowadzi mnie tak, iż w moich rękach znajdzie się lektura nieposiadająca tytułu, a której autor był tajemnicą. Zaśmiałam się pod nosem, wpatrując się w czarną okładkę, nieoznajmiającą niczego. Tytuł zawsze ma nam coś przekazać, nakierować na tematykę książki, jednak jeśli go brakuje, to o czym ona jest? Ciekawe.
Nie potrzebując nici Ariadny, wydostałam się z labiryntu, kierując się do lady, gdzie Snape już na mnie czekał.
Przynajmniej choć raz mnie usłuchałaś i jesteś na czas, Snape — skomentował z wyższością moje przybycie.
Przewróciłam oczami, płacąc za nietypową i tajemniczą książkę. Schowałam ją do torby, szykując się psychicznie na krzyki profesora. Miałam zamiar poprosić go o, choć chwilę wolnego, a wiedziałam, że z pewnością odmówi. Westchnęłam cicho, jednocześnie przecierając oczy. Po wyjściu z księgarni Snape od razu skierował się w stronę zamku.
Profesorze? — odezwałam się niepewnie, przerywając ciszę między nami.
Istoto? — W jego głosie było słychać kpinę.
Czy możemy zostać w wiosce jeszcze chwilę? Może niecałą godzinę? Byłabym wdzięczna, jeśli zgodzi...
Masz pół godziny, nie radzę ci się spóźnić. Będę czekać na ciebie w Trzech Miotach. Jeśli się nie zjawisz, uznam, że zginęłaś.
Po tych słowach odszedł, zostawiając mnie samą, oszołomioną i szczęśliwą. Wdzięczna mu za jego nadzwyczajną dobroć, wróciłam do sklepu Wyspiańskiego. Ledwo przekroczyłam próg, a już zostałam wyciągnięta na zewnątrz przez Williama, który cieszył się z możliwości spędzenia czasu ze mną.
Gdzie panienka chce iść? Ja preferuję spacer, jednak jeśli chcesz, możemy wybrać co innego.
Dlaczego nie mówisz mi Marika? Panna Snape, Istota, panienka... O co wam wszystkim chodzi? Czy moje imię jest przeklęte? — zapytałam lekko poirytowana, zdając sobie sprawę, że w całym moim doczesnym życiu niewiele razy słyszałam moje imię wypowiedziane przez kogo innego, niż przez samą siebie.
Któż to wie? Dla mnie jesteś panienką — przyzwyczaj się do tego. Także, gdzie chcesz się wybrać?
Miałam ochotę odwiedzić Miodowe Królestwo, jednak całkiem straciłam apetyt na słodycze... Może innym razem. Jeśli tak bardzo chcesz, to możemy pospacerować, jednak nie mam wiele czasu.
Podobnie jak ja. Mój mistrz jest wyrozumiały, jednak najważniejsza dla niego jest praca. — Uśmiechnął się szeroko, jednak tym razem nie zobaczyłam jego kłów.
Powiedz mi, dlaczego wyglądasz inaczej?
Dobrze wiedziałam, iż zdawał sobie sprawę, co mam na myśli. Zanim odpowiedział, William wyprowadził nas w dalsze uliczki wioski, by żaden ciekawski obserwator nie przeszkadzał nam w rozmowie. Przysiadł na drewnianej ławce, poklepując miejsce obok siebie. Usiadłam, wyczekując, aż odpowie na moje pytanie. Pomimo panującego chłodu, nie czułam się źle. Wnętrze było rozgrzane, dzięki pozytywnym emocjom, które nie pozwalały, by z moich ust zniknął uśmiech.
Moje oczy nie są czerwone, skóra nie jest blada jak u nieboszczyka. Kły zniknęły, a ja mogę wychodzić w dzień na zewnątrz. Niby tak niewiele, a zmienia moje życie. Jednak nie wymieniłem najważniejszego, ale to za chwilkę.
Wampir wyciągnął spod płaszcza srebrny naszyjnik, który w zasadzie był niewielką buteleczką. Ułożył ją sobie na dłoni, wpatrując się w nią z wdzięcznością.
To mój mały skarb, panienko. Mieści się w nim eliksir, który warzyłem kilka lat, by móc normalnie żyć. Zdobycie przepisu, a później składników zajęło mi mnóstwo czasu, kilka razy chciałem zrezygnować. Pieczętowanie eliksiru w moim ciele było najboleśniejsze — wypaliło nie tylko ślad na mojej duszy, ale i na skórze. Ból fizyczny to domena świata doczesnego, jego najbardziej się obawiamy, wampiry nie są wyjątkiem, tak jak każde inne żywe stworzenie boją się cierpienia... - Uśmiechnął się smutno, chowając naszyjnik. — Jestem szczęśliwy, że wytrwałem do końca. Dzięki temu wywarowi, moja żądza krwi jest ograniczona. Zdajesz sobie sprawę, że rozmawiasz z mordercą, tak?
Oczywiście, nie jestem idiotką, za którą uważa mnie Snape, paniczu. —Zaśmiałam się, kiedy spostrzegłam jego zdziwienie.
Paniczu... Już od dawna nikt tak mnie nie nazwa. Kiedyś arystokrata, dzisiaj rzemieślnik. — Była to tęsknota za dawnym życiem, czy wdzięczność za obecne?
Jak dla mnie Mistrz żelaza. O wiele lepiej brzmi, a nie odbiera ci tytułu, prawda? - przechyliłam głowę na bok, wyczekując jego potwierdzenia.
Zabawna jesteś, panienko. — Pogłaskał mnie po głowie.
Zrobisz to jeszcze raz, a użyję różdżki. To, iż jesteś, straszy ode mnie o... Kilkaset lat nie uprawnia cię do traktowania mnie jak dziecko.
Panienko, nie jest moją winą fakt, iż traktuję cię jak młodszą siostrę. Doceń to oraz informację o tym, że powinniśmy już iść. Inaczej twój opiekun będzie wciekły.
Podczas drogi do Trzech Mioteł żadne z nas się nie odezwało, jednak nie dlatego, iż nie mieliśmy o czym rozmawiać. Cieszyliśmy się swoim towarzystwem, które samo w sobie było czymś nieoczekiwanym — nam to wystarczało. Kiedy dotarliśmy na miejsce, żadne z nas nie chciało zostawiać drugiego, jednak użycie jakichkolwiek słów na pożegnanie zniszczyłoby urok tejże chwili. Uścisnęliśmy sobie dłonie, wymieniliśmy się uśmiechami, po czym każde odeszło w swoją stronę.
***
Zająłem miejsce przy oknie, czując się z tym wyjątkowo niekomfortowo, zważając na fakt, iż zawsze zasiadam w kącie, by móc obserwować innych ludzi. Jednak tym razem nie mogłem sobie pozwolić na zabawy w Sherlocka, który z ruchów ciała, mimiki oraz skrawków rozmowy domyślał się, o czym dane postacie rozmawiają. Panna Snape zasmakowała wolności, bym mógł dowiedzieć się, dlaczego zależało jej aż tak bardzo na samodzielnym zwiedzaniu wioski. Popijając Ognistą, Istota, a raczej młodzieniec, który dotrzymywał jej towarzystwa, zaprzątał moje myśli. Nie wiem, kim był ów chłopak, którego już z pewnością spotkałem w swoim życiu, ale zastanawiało mnie, w jaki sposób ta dwójka się poznała. Nie dało się ukryć, iż nie było to ich pierwsze spotkanie. Nie interesowało mnie, jakie relacje ich łączą ani to, czy dziewczyna przez swoją nieuwagę oraz głupotę poznała mordercę. Frustrujące jednak było to, że wykonałem swoją pracę jedynie połowicznie, pozwalając swojej nieuwadze przejąć kontrolę, a skutki tego były widoczne — nie wiedziałem do końca, co dziewczyna robi za moimi plecami, choć przez ten niedługi okres ciągle była przy mnie. Pomimo tego, iż zdanie wyznaczone mi przez Albusa było męczące i wpływało na moje życie osobiste, to chciałem je wykonać perfekcyjnie, tak jak mam w zwyczaju od dawien dawna.
Istota weszła do baru, rozglądając się w poszukiwaniu moje osoby. Kiedy zauważyła mnie wreszcie, podeszła do mojego stolika, czekając aż odezwę się pierwszy.
Siadaj, nie widzisz, że piję? — warknąłem na dziewczynę, która z niechęcią wpatrywała się w Ognistą Whisky.
Widzę, a jako że nie popieram tego, też się nie przysiądę. Mogę poczekać na zewnątrz?
Nie, ty bezczelne dziecko. Zrób to, co ci kazałem, nie będę się powtarzał — mówiłem ciszej, by inni nas nie usłyszeli. Nie miałem zamiaru dyskutować z jakimś gówniarzem, psując tym samym sobie reputację.
Niech nie będzie pan zły, jednak nie mam zamiaru być towarzystwem dla człowieka pijącego alkohol w środku dnia. — Skończyła, po czym opuściła bar.
Wściekły wypiłem pobudzający trunek do końca, zapłaciłem i podobnie jak Istota opuściłem lokaj. Młoda czarownica czekała na mnie, wpatrując się w stronę zamku, jakby z tęsknotą.
Jak śmiałaś mnie tak potraktować przy wszystkich, ty durna dziewczyno? - starałem się mówić względnie cicho, by nie przyciągać tłumów gapiów.
Nie będę łamać, już dawno ustalonych przez siebie, zasad z pana powodu. Zastanawiam się, czy pan niszczy swoje przekonania, swoje reguły, tylko dlatego, że inni tego oczekują.
Milcz Istoto, nie chce więcej słyszeć twojego głosu, jeśli tylko się odezwiesz, to przysięgam ci, że zatęsknisz za swoim do niedawnym nauczycielem eliksirów.
Mówiąc to, stopniowo przybliżałem się do niej, jednak Istota się nie cofnęła. Nawet nie przestraszyła — co było zaskakujące. Wpatrywała się we mnie z niezrozumieniem, z nutką oburzenia. Pokręciła jedynie głową, po czym uśmiechnęła się smutno. W ogóle nie rozumiałem tej dziewczyny, nie chciałem też zrozumieć. Bezczelna, durna gówniara.
***
Wszystko spakowałaś? — zapytałem, nie odrywając wzroku od Proroka Codziennego, choć w rzeczywistości nawet nie wiedziałem, jakie słowa czytam.
Tak, profesorze. Myślę, że to już wszystko.
Myślisz, czy wiesz? Wiedziałem, że tak będzie. — Odłożyłem gazetę na bok, wpatrując się w dziewczynę oskarżycielsko. — Nie potrafisz w ogóle utrzymać porządku. Wszędzie te twoje farby i płótna. Za bardzo się tu zadomowiłaś, Snape.
Wcześniej to panu nie przeszkadzało, skoro nic pan o tym nie wspominał. Tak trudno było powiedzieć: „Istoto, posprzątaj te swoje bohomazy!”?
Istoto, do cholery! Za dużo sobie pozwalasz! — wrzasnąłem, wstając przy tym.
Niech pan wybaczy, ale nie może pan zaprzeczyć, że mam rację. — Skrzyżowała ręce na piersi.
Co to za postawa, Istoto? I oczywiście, że nie masz racji. Sprzątanie po sobie to podstawa, jeśli zamieszkujesz u kogoś. A teraz marsz do swojego pokoju, dziewczyno!
Mam rozumie, że do pana sypialni, tak?
Snape! Przypomnieć ci wczorajszą rozmowę? Nie pamiętasz, co ci obiecałem? — Mój wzrok mógłby przecinać w tamtej chwili stal, gdyby dano mu taką moc.
Profesorze mam dobrą pamięć, jednak wątpię, aby był pan tak bezdusznym sukin... Wie pan, co mam na myśli.
Czy to wyzwanie? Jeśli tak to chętnie je przyjmę, a przegrasz z kretesem, Istoto. Przez ostatnie dni byłem dla ciebie miły, gdyż dyrektor mnie o to prosił. Sądzisz, że po dzisiejszym przybyciu uczniów taki układ będzie trwał nadal? — prychnąłem, ponownie siadając na kanapie. Nie mogłem brać jej słów na poważnie. Była tak pewna siebie, zbyt ufna.
Nie, nie myślę tak. Jednak to o panu będzie świadczyć, jeśli zniszczy mnie pan tak, jak podejrzewam, większość gryfonów.
Nie miałem zamiaru odpowiadać. Rozmowa z nią bardziej mnie męczyła, niż denerwowała. W normalnych okolicznościach dałbym jej szlaban z Filchem oraz odjął punkty od jej domu, w tamtej chwili nie miało to większego znaczenia. Za kilka godzin rozpocznie się rok szkolny, a także przestanę być jej opiekunem. Albus nie będzie już miał wpływu na to, jak ją traktuję, będzie równa innym. Panna Snape na pewno pożałuje niektórych swoich słów.
***
Wszyscy nauczyciele zajęli już swoje miejsca oraz dyskutowali o nowym roku szkolnym, jak i pierwszorocznych, którzy mieli przybyć do szkoły. Septima, podobnie jak ja, nie brała udziału w konwersacji, która prawdopodobnie działała jej na nerwy. Nie rozumiałem, jak można rozmawiać o tym samym rok w rok, tak jakby nowi gówniarzy byli interesujący. Skrzyżowałem ręce na piersi, czekając, aż uczniowie pojawią się w Wielkiej Sali. Rozmowy, śmiechy oraz wrzaski studentów, zniszczą tą błogą cisze i spokój, która panowała w Hogwarcie przez całe wakacje. Samo myślenie o tym doprowadzało mnie do szału. Nie miałem pojęcia, jakim cudem wytrzymywałem w tej szkole, bez umowy o możliwości zabicia chociaż jednego gówniarza w semestrze. Spojrzałem w stronę tych przeklętych kobiet, chichoczących między sobą. Ile one do cholery mają lat, że tak się zachowują.
Widzę Severusie, że humorek jak zawsze dopisuje.
Septimo, chociaż ty mnie dzisiaj nie prowokuj, nienawidzę pierwszego września i tej całej maskarady — prychnąłem, piorunując ją wzrokiem, kiedy zaśmiała się na moje słowa.
Dzisiaj będzie lepiej niż zawsze, prawda? Panna Snape zapewne się denerwuje, nie sądzisz?
Ach tak, Istota. Ma wejść do Wielkiej Sali, kiedy Albus ją poprosi. Merlinie... Dumbledore naraża tę dziewczynę na jeszcze większy stres przez tworzenie tak durnego przedstawienia. Człowiek Zagadka, który czuje się zapewne jak lalkarz, mając w posiadaniu tak wiele zabawek.
Nie minęło wiele czasu, kiedy pierwsi uczniowie zaczęli przekraczać próg sali, zalewając ją swoim bełkotem. Oczywiście jak zawsze Gryfoni musieli zachowywać się najgłośniej, niczym władcy świata, którzy nie dostrzegają innych. Ani jeden z nich nie pomyślał o tym, iż w szkole znajdują się także ludzie, którzy w przeciwieństwie do nich lubują się w ciszy, a nie chaosie dźwięków.
Uśmiechnąłem się z wyższością, widząc moich wychowanych Ślizgonów, którzy potrafili zachować się w tejże sytuacji. Nie wrzeszczeli przez cały stół, nie informowali całej Wielkiej Sali, gdzie spędzili wakacje. Szeptali między sobą, czekali na rozpoczęcie uczty, by dopiero później, w Pokoju Wspólnym, dzielić się wspomnieniami z innymi współdomownikami. Krukoni zachowywali się podobnie, a Puchoni byli czym w rodzaju połączenia zachowań członków domów węża oraz lwa.
Każdy zajął miejsca, a Albus w końcu pojawił się z tym swoim firmowym uśmiechem. Wszyscy zamilkli, wyczekując powitalnych słów dyrektora.
Witajcie kochani uczniowie — zagrzmiał, a w jego głosie rzeczywiście było czuć szczerą radość. — Zanim rozpocznę swoją długą i niesamowicie męczącą przemowę — zatrzymał się, by mrugnąć, na co uczniowie się zaśmiali. — Najpierw przydzielmy nowych uczniów do domów!
Przez wrota Wielkiej Sali weszła McGonagall, a za nią podążał sznur przestraszonych jedenastolatków, którzy rozglądali się po pomieszczeniu z zachwytem. Jak zawsze to sufit, a może jego względny brak, robił na nowych największe wrażenie. Tak jak co roku, na środku postawiono stołek, a na nim spoczęła wiekowa tiara, która miała wybrać każdemu dziecku szkolną rodzinę, zadecydować o ich losie. Pierwszoroczni wpatrywali się z łach, który już po chwili zaczął śpiewać:


*Stańcie przede mną uczniowie — tutaj, tuż koło mnie,
Chcecie przenosić góry, a drżycie przed starym łachem!
Bliżej, śmiało, nie gryzę, jedynie w umysłach czytam,
Odkrywam meandry marzeń, wybieram przyszłości ścieżki.


Ode mnie zależy gdzie trafisz, kto twą rodziną zostanie,
Ja wybór podejmę trudny, przeznaczenia oznaczę kierunek.
Losowi zostawię zwrot, lecz też i wam kilka słów,
Skupcie się drogie dzieci, to o czym śpiewam jest ważne.


Gryfonów rodzina jest zacna, wśród nich bohaterów tysiące,
Honor, odwaga, dzielność, lojalność? Bzdura, kłamstwo wierutne!
Znam ja Gryfona takiego, co najbliższych przyjaciół zdradził,
Przez niego człowiek zacny cierpieć musiał przez lata.


Puchonów rodzina ogromna wita każdego serdecznie,
Miłość, wierność, lojalność? Bzdura! Kłamstwo wierutne!
Znam ja Puchona takiego, co zabił dla paru miedziaków,
Spojrzał w oczy sędziego i zaparł się czynów wszelakich.


Rodzina Krukonów mądra, od nauki nie stroni wcale,
Roztropność, mądrość, intelekt? Bzdura! Kłamstwo wierutne!
Znam ja Krukona takiego, co głupszy jest od trolla,
Przysięgam, że jego twórczość, zabiła już niejednego.


Ślizgonów rodzina zimna, uczuć nie okazuje wcale.
Przebiegli, sprytni, bez serca? Bzdura! Kłamstwo wierutne!
Znam ja Ślizgona takiego, co kocha sercem całym,
Swym życiem ryzykuje, by niewinnemu życie ocalić.


Marzenie moje najskrytsze, bym zamilknąć mogła na wieki
Zostawić was przeznaczeniu, samej spocząć w pokoju.
Lecz wiem, że tak się nie stanie, lat wiele minąć musi,
Nim każdy z was zrozumie, że łączy was więcej niż dzieli.


Tak więc przydzielić was muszę, czas już nadszedł najwyższy.
Do czterech domów rozdzielę, choć starym rozumem wam życzę
Byście odwagą, mądrością, sprytem i lojalnością,
Ponad podziałami Hogwart uczynili zgraną społecznością.


Cała sala rozbrzmiała oklaskami, choć z początku było one dość niepewne i cóż, nie trudno się temu dziwić. Uczniowie uśmiechali się do swoich kolegów, zerkali na studentów z sąsiednich stołów, sprawdzając, czy są oni tak samo speszeni. Ten stary kawałek materiału sądził, że jedną piosenką, której tekst zaraz każdy zapomni, zmieni choć trochę pogląd na domy oraz ich członków? Zawsze Ślizgoni będą tymi złymi, tymi, którzy lubują się w Czarnej Magii, za to Gryfoni niczym anioły, są wzorem dla innych — nieskazitelne dobro, które się zmaterializowało na ziemi. Kłamstwa i bzdury, jednak stereotypy były, są i będą.
McGonagall rozwinęła swój pergamin, wyczytując przy tym pierwsze nazwisko z listy.
Pierwszoroczni poczuli się pewniej, odzyskali kolory. Stres potrafi zabić człowieka.
Abram John!
Z szeregu wystąpił chłopiec o czarnej czuprynie oraz bystrym spojrzeniu. Wypiął dumnie pierś, po czym zajął miejsce na stołku. Nie trzeba było długo czekać na werdykt tary.
RAVENCLAV! - krzyknęła tiara.
Krukoni zaczęli klaskać jak szaleni oraz okrzykami witali nowego członka swojej rodziny, który już zajął miejsce obok starszego kolegi.
Katie Bell!
GRYFFINDOR!
Banda niezrównoważonych gówniarzy zaczęła wrzeszczeć jak szalona, kiedy pierwszoroczna Gryfonka zasiadała przy ich stole.
Znudzony Ceremonią Przydziału, starałem się rozmyślać o wszystkim byle, by myślami nie być w Wielkiej Sali. Jedynie kiedy, któryś z nowych zostawał przydzielony do Slytherinu, wypatrywałem każdy szczegół w jego chodzie oraz mimice, by z góry ocenić, jakim jest typem człowieka. Zazwyczaj moje rokowania się sprawdzały.
Ceremonia skończyła się wraz z przydzieleniem ostatniego chłopca — Willisa Sygmunda — który trafił do Slytherinu. Teraz oczekiwałem najciekawszej części tego wieczoru, która miała się rozegrać już za chwilę. Domyślałem się, jak każdy z uczniów zareaguje na nazwisko Istoty i nie mogłem ukrywać przed samym sobą faktu, iż byłem tym wszystkim zaniepokojony. Sądzę, że nawet się bałem, jednak do tego odczucia nie miałem zamiaru się przyznać, chociażby jedynie w mojej głowie. Albus musi to rozegrać idealnie, inaczej zabiję go, zanim zdąży wrócić na swoje miejsce.
Dumbledore wstał, by rozpocząć swoją przemowę. Kilku, bardziej rozgarniętych uczniów, zorientowało się, że tiara nie została zabrana, a jakby czekała na ostatniego, niespodziewanego gościa.
Moi kochani, witam wszystkich w tym nowym, mam nadzieję udanym, roku szkolnym! — zagrzmiał. — Zanim zaczniecie zajadać się pysznościami Hogwartu, muszę was o czymś powiadomić. Chce jednak z góry podkreślić, iż sam przyglądałem się tej sprawie, a raczej rodowodowi danej osoby, więc proszę nie wyciągać pochopnych wniosków, które mogą was wpakować w niemałe kłopoty.
Po sali rozniosły się szepty, które były oznaką ciekawości, jaką przejawiali po słowach starca.
Szeregi jednego z domów zasili młoda dziewczyna, która przez problemy zdrowotne nie mogła pięć lat temu założyć tiary na głowę, by dzisiaj już z ogromną wiedzą, na szóstym roku witać nowo przybyłych uczniów — zatrzymał się, uśmiechając smutno.
Uczniowie wpatrywali się w niego ze zrozumieniem, kilka osób przytaknęło mu, jednak nie każdy był zadowolony tym, do czego dążył dyrektor. Niektórzy Ślizgoni szeptali między sobą, a ich twarze wyrażały jedynie złość oraz niechęć. Czyżby poczuli smak niesprawiedliwości?
Od tej pory cała szkoła stanie się opiekunem dla osoby, którą tutaj zaraz zaproszę. Będziecie jej wspomogą oraz ukażecie, iż uczniowie Hogwartu są jedną wielką rodziną! Jeśli któreś z was nie będzie chciało jej pomagać, niech nie tępi, a ignoruje. Pamiętajcie, że będzie to jedynie świadczyć o was. Nie chcemy niepotrzebnych konfliktów wywołanych przez nazwisko.
Nazwisko? O co mu chodzi? Takie szepty rozeszły się po sali, kiedy Albus zamilkł na chwilę. Zacisnąłem pięści, mój oddech przyśpieszył. Merlinie, co się ze mną dzieje?
Marika Snape!
Dziewczyna weszła do Wielkiej Sali drzwiami przeznaczonymi dla nauczycieli. Powolnym, jednak spokojnym krokiem zeszła z podestu, kierując się tym samym w stronę tiary. W tej chwili nikt już nie szeptał, nikt nawet nie starał mówić się cicho. Głośne rozmowy rozbrzmiały w sali, oburzenie oraz domysły: „Jak to się mogło stać?”. Uczniowie wpatrywali się we mnie, po chwili zerkając na dziewczynę, by znaleźć podobieństwo między nami. Jedynie Ślizgoni wyglądali na przerażonych, starali się nie patrzeć na Istotę, która nie miała już siły, więc zaczęła wpatrywać się w pustkę przed siebie, starając się każdego ignorować.
Cisza! — wrzasnął Dumbledore, a milczenie znowu opanowało Wielką Salę. — Panna Snape nie jest spokrewniona z waszym nauczycielem eliksirów! Jest to niefortunna zbieżność nazwisk, więc jeśli ktoś będzie na tyle lekkomyślny, aby rozpuszczać plotki, nie znajdzie się u mnie a w gabinecie profesora Snape'a!
Mógłbym przysiąść, że McGonagall na te słowa wciągnęła głośnej powietrze, co było znakiem jej niedowierzania. Musiałem przyznać, że Albus się postarał, tym razem mnie nie zawiódł — aż tak bardzo. Starzec machnął dłonią, a stołek zniknął, zostawiając samą tiarę, która spoczęła po chwili na głowie dziewczyny.
Każdy z nauczycieli, jak i uczniów wyczekiwał na werdykt starego łacha. Minęła minuta, dwie i nic, cisza. Nikt nie śmiał się odezwać, jedynie słychać było oddechy, które przyśpieszały z każdą sekundą. Zacząłem się zastanawiać czy tiara w ogóle się na coś zdecyduje. Może nie mogła, gdyż inaczej złamałaby zasady ustanowione przez założycieli? Albus, by jednak o tym wiedział, nie fatygowałby mnie, gdyby to wszystko miało pójść na marne.
GRYFFINDOR! — rozbrzmiała, na co każdy podskoczył zszokowany, gwałtownym przerwaniem ciszy.
Mogłem to przewidzieć, choć Istota wydawała mi się na tyle sprytna, by mogła zasilić Slytherin lub na tyle oczytana, by znaleźć się wśród Krukonów. Gryfoni nie wiedzieli, czy cieszyć się, czy jednak płakać, iż w ich szeregi wszedł ktoś o nazwisku Snape. Snape Gryfonem — cóż za ironia. Merlinie, za co mnie tak karzesz?



___________________________________________________________
* RadioactiveCaesium - piosenka tiary nie jest mojego autorstwa, należy do Ces.

20 komentarzy:

  1. Jej, zaskoczyłaś mnie. Ale jak to... ona miała być ślizgonką xd
    Ale, że Marika gryfonką... oO
    Dobra, zostawię to, świetny rozdział :) Nie wyłapałam żadnych błędów, ale ja nigdy ich nie widzę :')
    Bardzo lubię Williama, mam nadzieję, że będzie pojawiał się dosyć często :D
    I to oto piękny komentarz, ze składem, ładem i w ogóle ;;
    Weny życzę, mam nadzieję, ze nie będziesz miała już żadnej blokady, pozdrawiam :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano Marika Gryfonka o ślizgońskiej naturze -> Kolejny rozdział xd
      Ciesze się, iż się podobał. Spoko, ja także błędów nie widzę w ogóle u mnie czy u innych...
      Ja tak samo, na ile fabuła pozwoli to będzie pojawiał się właśnie często :D
      Ale jest! Dziękuję za niego i za pochwałę :D
      Pozdrawiam,
      Marika

      Usuń
  2. Rozdział super!!!Ale zaskoczenie:Marika w Gryffindorze!Myślałam że będzie w domu węża ale dzięki temu jest ciekawiej.William najlepszy.Było parę literówek ale mi one nie przeszkadzają.Czy wspominałam już że rozdział super?XD
    Pozdrawiam i DUŻOOOO weny życzę! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Właśnie ma być ciekawie, a Slytherin był zbyt oczywistym wyborem, co nie zmienia faktu, że najbardziej trafionym. Poprawiałam wraz z Alex i trudno było, więc się cieszę :D
      Dziękuje raz jeszcze!
      ~Marika

      Usuń
  3. Więc jak zawsze - rozdział świetny. Po za tym byłam przekonana , że Marika będzie ślizgonką ! Pewnie wszystkich zdziwiłaś. Ale długo wyczekiwałam rozdziału z tiarą przydziału i rozpoczęciem roku szkolnego <3 Tym razem nie piekłam ciasta , ani nic :D William to bardzo fajna postać i mam nadzieję że często się będzie pojawiał :D Oczywiście , jak zawsze "Istoto" ciekawe, czy na lekcjach też będzie się tak do Mariki zwracał :D Kocham to jak ukazujesz charaktery postaci . Albus jest najlepszy ! <3
    Dzisiaj krótki komentarz, tak wiem ;c
    Życzę dużo weny i dużo czasu...
    ~~ Ann

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Dla mnie to było wręcz oczywiste, że nią nie będzie. Nie będę ukrywać, że starałam się ukazać też jej ślizgońskie cechy, bo w gruncie rzeczy... A co ja będę tłumaczyć. Kolejny rozdział trochę wyjaśni xd
      Szkoda, bo pewnie dobre by ci wyszło :3
      Albus? ;; Ja go tak nie lubię...
      Krótki? Ale jest, prawda? Dziękuję.
      Pozdrawiam,
      Marika Snape

      Usuń
  4. A ja wiedziałam! Od początku przeczuwałam, że ona będzie w Gryffindorze! Po prostu wiedziałam xD
    Nie wiem co się dzieje z ludźmi... Co tak mało komentarzy u ciebie? Zawsze było więcej. Lenistwo ludzkie nie zna granic xDD
    Polubiłam Williama. Coś czuję, że tu będzie jakaś grubsza akcja hahah xDD
    No i jak zwykle Sev z tą swoją Istotą. Rozwalasz system xDD
    Bałam się, że zawiesisz bloga. Na serio ;O Dzięki Bogu wena wraca :)
    Czekam na kolejny!
    Pozdrawiam cieplutko! :*
    *przepraszam za błędy ( komentarz pisany z telefonu)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano a ja chciałam ukazać jej ślizgońską naturę ze szczyptą gryfonka. Cóż... Chciałam by była puchonem (bo ślizgonem nie mogła być i to było wiadome, dla każdego kto myśli xd).
      Ludzie nie komentują, a mnie to odbiera chęć do publikowania, bo z pisania nie zrezygnuje przez brak komentarzy xd
      Ja także, to jedna z moich lepszych postaci (samouwielbienie ><). Nie będzie romansu, ale cii. Pewnie wiele osób na to liczy.
      Istota zawsze spoko.
      Dziękuje i również pozdrawiam!

      ~Marika

      Usuń
  5. Załamałam się... Marika Gryffindorze? Myślałam że będzie w Slytherinie i pochopne wnioski Nietoperza się nie sprawdzą... Cóż, widocznie się myliłam... Ale jednak muszę zapytać; jesteś pewna że Marika powinna być w Gryffindorze?
    Pozdrawiam i weny życzę
    ~Rue

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mogło być nic oczywistego. Slytherin był zbyt przewidywalny, a dormitorium puchonów znajduje się także w lochach, co mi nie pasuje. Gryffindor za to jest idealny. Wyjaśni się trochę w kolejnym rozdziale. CZY TO NIE JEST CIEKAWE? Ano... Naprawdę nikt nie zauważył, że Snape każdego bachora, którego nie lubi wsadziłby do Gryffindoru? A ostatnie jego przemyślenia były właśnie takim podkreśleniem, że nie był pewien...
      Odpowiadam, więc: Nie powinna. Wszystko się wyjaśni.
      ~Marika

      Usuń
  6. Jak zwykle- rozdział świetny :3
    Powiem tak: Zaskoczyłaś mnie.
    Marika w Gryffindorze? Ciekawie, ciekawie,,, xdd
    Jestem ciekawa, jak to wszystko dalej się potoczy, i oczywiście już czekam na następny rozdział. Życzę weny i pozdrawiam.! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :3
      Nie mogło być nic oczywistego. Slytherin był zbyt przewidywalny, a dormitorium puchonów znajduje się także w lochach, co mi nie pasuje. Gryffindor za to jest idealny. Wyjaśni się trochę w kolejnym rozdziale.
      Wena się przyda!
      Pozdrawiam,
      Marika Snape

      Usuń
  7. O ja cie kręcę! Tego się nie spodziewałam ;D Gryffindor? Ale jak to? Przecież Slytherin xD Może Tiara coś ćpała xd? Ale oczywiście rozdział świetny! William jest bardzo interesującą postacią i chyba nawet go polubiłam :).
    Uwielbiam tego bloga! Stał się częścią mojego życia :D

    Serdecznie pozdrawiam i życzę dużooo weny,
    Dralia Malfoy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mogło być nic oczywistego. Slytherin był zbyt przewidywalny, a dormitorium puchonów znajduje się także w lochach, co mi nie pasuje. Gryffindor za to jest idealny. Wyjaśni się trochę w kolejnym rozdziale.
      William to moje dziecko małe... Stworzyłam go spontanicznie, a od razu bardzo polubiłam (nie lubię każdej postaci, która się zrodziła w tym ff).
      Jej.. to takie kochane i ogóle... brak słów. Dziękuję.
      Pozdrawiam,
      Marika Snape

      Usuń
  8. Zacznę od tego, że lubię czytać twoje prace. Rozdział równie dobry, co pozostałe.
    Widzę, że nie tylko mnie zaskoczyłaś tym, że Marika została Gryfonką. Sevcia przeczucia się sprawdziły. Chyba trochę mi go szkoda.
    Czekam na ciąg dalszy, w międzyczasie zapraszam do mnie:
    we-are-oneness.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się nie nudzą.
      Ostatnie jego zdania miały ukazać, iż nie był do końca tego taki pewien. W gruncie rzeczy on na każdego bachora, którego nie lubi patrzy jak na gryfona, więc... Chyba nikt tego nie wyłapał. Teraz będzie jedynie ciekawiej.
      Pozdrawiam,
      Marika Snape

      Usuń
  9. Gryfoni wszędzie ;; Ja...ja nawet tego nie skomentuję...
    XDD
    Rozdział cudny...ale ten Gryffindor....kurczaki...
    ~Sally

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mogło być nic oczywistego. Slytherin był zbyt przewidywalny, a dormitorium puchonów znajduje się także w lochach, co mi nie pasuje. Gryffindor za to jest idealny. Wyjaśni się trochę w kolejnym rozdziale.
      ~Marika

      Usuń
  10. Snape Grofonem, co za hańba! Tak myślałam, że tam trafi xD
    Tu mi się podoba interpunkcja, ładnie bardzo ^^

    OdpowiedzUsuń
  11. Okej, to już naprawdę ostatni rozdział tego dnia, bo jutro wstaję rano ogarniać podłogi.
    Rozdział znowu znacznie krótszy, ale cieszę się na myśl, że teraz już naprawdę zacznie się Hogwart. Proszę, niech będą uczniowie i mniej Snape'a. ;_;
    Intrygująca scena z mieczem.
    Dlaczego Marika nie spędza ostatnich dni z mamą? Przecież Snape'a będzie miała przez dziesięć miesięcy, a rodzina? Wątpię, aby Dumbledore pozwolił jej na częste odwiedziny, chociaż... Sądząc po kreacji Twojego Dumbledore'a, wszystko jest możliwe.
    Co...
    "Od tej pory cała szkoła stanie się opiekunem dla osoby, którą tutaj zaraz zaproszę. Będziecie jej wspomogą oraz ukażecie, iż uczniowie Hogwartu są jedną wielką rodziną! Jeśli któreś z was nie będzie chciało jej pomagać, niech nie tępi, a ignoruje. Pamiętajcie, że będzie to jedynie świadczyć o was. Nie chcemy niepotrzebnych konfliktów wywołanych przez nazwisko".
    To powiedział Dumbledore? Dlaczego każe uczniom ignorować Marikę? Dlaczego specjalnie zwraca uwagę na nazwisko Mariki? Łaj? ;_;
    Nope.
    "Panna Snape nie jest spokrewniona z waszym nauczycielem eliksirów! Jest to niefortunna zbieżność nazwisk, więc jeśli ktoś będzie na tyle lekkomyślny, aby rozpuszczać plotki nie znajdzie się u mnie a w gabinecie profesora Snape'a!"
    Tych dwóch wypowiedzi nie powinno być nawet w samej głowie Dumbledore'a, nie mówiąc już o jego ustach! ;_;
    Ale zapunktowałaś Mariką w Gryffindorze, bo już się obawiałam, że wsadzisz ją do Slytherinu. :)

    OdpowiedzUsuń

Layout by Alessa