sobota, 28 lutego 2015

Rozdział XV

 Witam moich czytelników. W końcu jestem z kolejnym rozdziałem. Mam mały problem z blogiem, a   Ces wcale mi nie ułatwia. W każdym razie pamiętajcie, żeby nie być dla mnie zbyt surowym, gdyż nadal się uczę. Rozdział nie jest sprawdzany, więc przepraszam za każdego rodzaju błędy.
Rozdział dedykuję internetowemu Severusowi, który nie lubi mojego opowiadania. To co, niech ma dedykację.

Nienawidziłam, kiedy do mnie przychodzili. Nienawidziłam tego. Byłam dla nich tylko... Tylko czym? Eksperymentem? Ciekawym przypadkiem? Królikiem doświadczalnym? Właśnie tym. Jednak prawdziwa nienawiść budziła się we mnie, frustracja pożerała mnie, kiedy w żaden sposób nie mogłam zrozumieć, dlaczego obcy ludzie ofiarują mi "pomoc".
Dw
óch mężczyzn przekroczyło próg mojej sypialni, uśmiechając się szeroko, jakby wcale nie patrzyli na umierające dziecko. Dostrzegali we mnie ciekawy obiekt do badań, które w gruncie rzeczy niczym mi nie pomagały. Jedynie męczyły mnie, niszczyły nadzieje, która się we mnie tliła.
Byłam zbyt słaba, by wydać niepochlebną opinię na ich temat. Nie miałam też siły, by przekręcić głowy na bok, aby nie widzieć radosnych iskier w ich oczach. Patrzyłam, więc na lekarzy, zastawiając się czy są czarodziejami, czy może mugolami. Jedni i drudzy bywali u mnie w odwiedzinach, by w końcu opuścić mój pokój z tymi samymi słowami: "Nic nie wiemy, nic nie może jej uratować". Z czasem przyzwyczaiłam się do uczucia ulatującej nadziei ze mnie, jednak moi rodzice znosili to gorzej. Żałowałam, że przynosiłam im tyle problemów, tyle płaczu i żalu. Matka starała uśmiechać się, jednak ja widziała jej worki pod oczami, po nieprzespanych nocach. W dni, gdy czułam się lepiej, była jak inna kobieta — prawdziwie promienna oraz szczęśliwa. To był ten czas, kiedy czułam, że nie chce umierać.
Mężczyźni okazali się czarodziejami. Wyciągnęli różdżki oraz eliksiry ze swoich czarnych, skórzanych walizek. Uśmiechnęłam się słabo, kiedy rozpoznałam substancje znajdujące się w fiolkach. Nie mam pojęcia, ile razy już je spożywałam — jeszcze mi nie pomogły. To zabawne, że każdy z nich myśli identycznie, sądzą, że te książkowe metody coś zdziałają.
Witam cię, jestem doktor Kent — przywitał się starszy mężczyzna, uśmiechając się szeroko. — Wraz z moim asystentem, Wiktorem, postaramy się postawić cię na nogi. —Skończył, zbliżając się do mnie.
To nic nie da, ale powodzenia — obojętność wyczuwalna w moim głosie, sprawiła zniknięcie uśmiechu u obu mężczyzn.
Dlaczego tak uważasz, młoda damo? — zapytał młodszy z nich, bawiąc się różdżką. Czyżbym sprawiała, że czuje się on niezręcznie?
Choruje już od dwóch lat. Średnio na miesiąc odwiedza mnie pięciu lekarzy, którzy wykorzystują te same metody. — Spojrzałam wymownie na fiolki z eliksirami. — Nie wydaje mi się, by panowie odkryli coś nowego, jednak proszę spróbować.
Magomedycy spojrzeli po sobie niepewnie. Cóż... Słowa te wypowiedziane z ust trzynastolatki, nie brzmią najlepiej, a ja zdawałam sobie z tego sprawę. Rozpięli moja koszule, wpatrując się w blade, dziewicze ciało, pokryte różnobarwną skazą. Filetowy, różowy, zielony przeplatały się między sobą, tworząc ciekawą gamę barw. Z początku nie wiedzieli co robić, zapewne byli zdziwieni takim widokiem. Wiktor podał mi jeden z eliksirów, który przez sam wygląd przyprawił mnie o nieprzyjemne dreszcze. Nienawidziłam tej czerwonawej, gorzkiej, glutowatej oraz niepotrzebnej papki, która jedynie zostawiała po sobie niesmak w ustach na kolejne kilka godzin. Posłusznie, jednak niechętnie, wypiłam wywar, krzywiąc się przy tym. Odłożyłam naczynie na szafkę nocną, wpatrując się w mężczyzn, którzy wyczekiwali jakiejś pozytywnej reakcji. Prawie prychnęłam, kiedy po kilku minutach w ich oczach ukazał się zawód. Ostrzegałam ich.
Kolejne dwie godziny minęły podobnie, czyli pod kątem nieudanych prób uleczenia mnie. Badanie mojej krwi oraz magii, kolejne śmieszne eliksiry, zaklęcia oraz maści, które cuchnęły niemiłosiernie, sprawiając, że łzy same spływały mi po policzkach, jednak nigdy nie zliczyłam tego jako płacz. W końcu opuścili moją sypialnię, z tym samym stwierdzeniem
— nie potrafili mi pomóc.
Byłam jeszcze między jawą a snem, kiedy usłyszałam ten irytujący szmer, który z każdą sekundą był coraz głośniejszy. Kiedy otworzyłam zaspana oczy, które nadal były pogrążone w przyjemnej mgle snu, dokuczliwy odgłos przeistoczył się w rozmowy. W pierwszej chwili nie mogłam zrozumieć, co się dzieje, gdyż mężczyzn znajdujący się w moim pokoju było z tuzin, a każdy z nich wpatrywał się w moje oblicze, jakbym zaraz miała zrobić coś naprawdę zaskakującego. Matka bez skutku próbowała wyrzucić magomedyków z sypialni, kazała im przestać mnie dręczyć, lecz jej prośby zdawały się na nic. Kiedy odzyskałam w pełni świadomość, spojrzałam na nieproszonych gości, już także mentalne, szeroko otwartymi oczami. Mój czysty umysł od razu wyczuł absurd, jaki właśnie opanował to pomieszczenie. A może właśnie jego brak? Magomedycy naprawdę stwierdzili, iż jestem ciekawym obiektem do przeprowadzania eksperymentów. Oni wiedzieli, że umrę, podobnie jak ja. Jeśli ich działanie może w przyszłości uratować komuś życie, sprawić by los jego był inny, to kim ja jestem, by zabronić im tego.
Odczuwałam jednak lęk, ich rozmowy przerażały mnie, zdjęcia robione przez nich przyprawiały o dreszcze. Z każdą chwilą było mi coraz gorzej, dłonie stały się mokre, drgawki ogarnęły moje ciało, a oddech stał się cięższy. Bałam się, tak bardzo pragnęłam w tamtej chwili ciszy... Było ich za dużo, zbyt wiele osób wpatrywało się we mnie.
Okryłam się bardziej kołdrą, opadając na poduszkę. Starał się, by łzy, które utrudniały mi widoczność, nie spłynęły po moich policzkach. Nienawidziłam być w centrum zainteresowania, ciekawym dzieckiem... Wyciągnęłam, kościstą dłoń, w stronę matki, przed oczami mignął mi obraz ojca... Oni mi naprawdę pomogą.
Upiory przeszłości zawsze wracają do mnie w tak bardzo nieodpowiednich chwilach. Zastanawiam się, czy mój umysł celowo przywołuje bolesne wspomnienia, by pogrążyć mnie. Po tym wydarzeniu, kiedy ojciec jakimś cudem pozbył się lekarzy, zgłosił sprawę do Ministerstwa Magii. Miał taką sposobność dzięki jednemu z nauczycieli, który wykazał się wielką uprzejmością oraz wyrozumiałością. Do tej pory nie wiem skąd i w jakim celu wypłynęła ta dobroć.
Od tamtej pory kontrolował mój stan zdrowia jeden magomedyk, który od czasu do czasu — za zgodą rodziców — sprowadzał do domu lekarzy z najdalszych miejsc świata, by oni także spróbowali mi pomóc. Jednakże poprawy nie było widać, a codzienna dawka eliksirów raptem uodporniła mój organizm na magiczne napoje.
Natomiast kiedy stałam tam, słuchając przemówienia dyrektora, zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę moja psychika ucierpiała najbardziej. Nie bałam się ludzi — obawiałam się ich chorej ciekawości oraz tłumu, który mógłby pochłonąć mnie. Lęku nie zaznałam, a jedynie skrępowanie, podczas pierwszego spotkania z nauczycielami. Wiedziałam, iż są to dojrzali ludzie, którzy potrafią wykazać się galanterią. Byłam dla nich kolejnym uczniem, po prostu z przykrą przyszłością.
Kolacja z nauczycielami różniła się diametralnie od wstąpienia do Wielkiej sali, zapełnionej osobami, które stąpają po ziemi średnio tyle czasu co ja, które może nigdy nie doświadczyły uczucia, życia w wiecznym napięciu. Mniej empatii mieszkało w ich dojrzewających duszach, a młodzieńcza ciekawość z pewnością da o sobie znać. Co zrobię, jeśli spojrzą na mnie, jak wtedy, magomedycy? Ponownie miałam stać się interesującym obiektem? Chciałam zostawić przeszłość za sobą, miała być ona ledwie nauką, innym spojrzeniem na otaczającą mnie rzeczywistość.
Ciekawość, dociekliwość to ludzkie cechy i czas, bym w końcu przyzwyczaiła się do tego. Moje oczekiwania były bezsensowne, tylko mocny charakter mógł mnie uchronić przed ponownym załamaniem się z powodu zbyt wielkiej dociekliwości ludzi. Pomyślałam o matce, która przez te wszystkie lata była tak silna, która była dla mnie największym wsparciem. Płakała tak często, nagminnie widziałam, jak próbowała ukryć swoje czerwone oczy, które mimo wszystko pobłyskiwały szczerą radością. Jakby zareagowała, gdyby dowiedziała się, że ponownie się boję, ale tym razem nie może mnie ochronić? Strach mój musi spaść na drugi plan, by pierwsze miejsce zajęła dumna oraz honor. Jestem zobowiązana do pokazania się szkole z jak najlepszej strony. Pewność siebie, spokój — to cechy przewodnie. Uśmiechnęłam się pod nosem. Jeśli wszystko inne okaże się porażką, to przynajmniej ja poddałam się zmianie.
Marika Snape!
Ostatnie westchnięcie, które na celu miało ostateczne uspokojenie mnie, po czym weszłam do Wielkiej Sali na wezwanie dyrektora. Znajome pomieszczenie przywitało mnie przyjemnym światłem lewitujących świec oraz mniej subtelnymi spojrzeniami, które cudownie koordynowały się z głośnymi rozmowami uczniów. Nie miałam pojęcia dlaczego, ale zachciało mi się śmiać. Rozejrzałam się po sali, wpatrując się w zdegustowane, zaskoczone, niezrozumiałe oraz rozbawione spojrzenia moich rówieśników. Przy stole Ślizgonów mimo to było inaczej, uczniowie szeptali między sobą, starali się nawet nie zerkać w moją stronę. Dziewczyna o turkusowych włosach rzuciła mi nienawistne spojrzenie, podobnie jak kilka innych osób z domu węża. Mogłam się tego spodziewać.
Powolnym oraz pewnym krokiem, zbliżyłam się do dyrektora, który pomimo rozchwianej sytuacji, jak zawsze, emanował łagodnością oraz roztropnością.
Cisza! — wrzasnął Dumbledore, a milczenie znowu opanowało Wielką Salę. — Panna Snape nie jest spokrewniona z waszym nauczycielem eliksirów! Jest to niefortunna zbieżność nazwisk, więc jeśli ktoś będzie na tyle lekkomyślny, aby rozpuszczać plotki, nie znajdzie się u mnie a w gabinecie profesora Snape'a!
Teraz jedynie strach widziałam w oczach uczniów, a wzrok spoczął zapewne na profesorze Snape'ie. Ten człowiek naprawdę posiada niepochlebną opinię w szkole, choć ja tego na sobie, aż tak nie czułam. Był znośny, czasem nawet miły... Kiedy na mnie nie patrzył i milczał. Ta, tylko wtedy.
Jeden, prosty ruch dłonią profesora, a stołek zniknął, pozostawiając sam stary łach. Byłam mu wdzięczna — siedzenie w pewien sposób by mnie upokorzyło. Jeszcze zanim starzec zdążył założyć mi tiarę na głowę, która zasłoniła moje oczy, spostrzegłam Tonks, która wpatrywała się w moją stronę z wyrazem twarzy, jakby analizowała zaistniałą sytuację; jakby starała się sobie mnie przypomnieć.
Jednak róż jej włosów zniknął na rzecz czerni.
Interesujące... — odezwał się cichy głosik w mojej głowie. — Niewiele razy zdarzyła się taka sytuacja, bym musiała przydzielać osobę, która jest już rozwinięta emocjonalnie oraz zasmakowała dorosłego życia.
Uśmiechnęłam się lekko, czekając na jej słowa. Czułam, że nie skończy tak szybko.
Przydzielanie takiej osoby jest ciężkie, prawie niemożliwe. Wszystko kształtuje się z wiekiem, a cechy, które posiadamy, zazwyczaj ewoluują tak, by dopełniać się z innymi. W dziecięcych duszach oraz umysłach panuje radosny chaos, z którego łatwiej odczytać cokolwiek, niż z otwartego umysłu, który ukazuje dokładnie to, co chcemy widzieć. Ironia... Ciężkie mi powierzono zadanie, wykonuje je od wieków i tym razem nie polegnę, a spełnię swoją powinność. — Przez chwilę nic nie mówiła, aczkolwiek po chwili kontynuowała: — Strach jest w tobie, jednak potrafisz go ukryć, i żeby twój honor nie został sponiewierany. Jesteś dumna, a cenisz sobie szczerość oraz obiektywność. Twoje emocje niekiedy szaleją, a twoje zachowanie odbiega od stoicyzmu, którym chciałaś się kierować. Zbyt często niepokój cię nawiedza. Miłość do książek oraz sztuki nadała ci wrażliwości względem piękna. I mogłabym cię przydzielić do Slytheriny, gdyż nawet twoje rodzinne korzenie na to wskazują...
Rodzina? Czy mówisz o ojcu? — pomyślałam, przerywając tiarze, analizujący mnie monolog.
...pomimo tego, w twojej duszy widzę coś niepokojącego.
Tiara zignorowała moje pytanie, jednak skupiając się na tym ważniejszym. O tym mówił Ollivader oraz William. Czy to zło we mnie widzą?
Zło? Nie wiem. To coś ciemnego oraz mrocznego. I nawet jeśli siedzi to w tobie głęboko, a dobroć twoja oraz empatia są niebanalne, to wiem, że dom ten nie jest dla ciebie, gdyż historia lubi się powtarzać. Gryffindor to zatrzyma, uciszy, zniszczy. Powodzenia.
GRYFFINDOR! — głos tiary rozbrzmiał w sali.
I nastała cisza. Przez kilka sekund zapomniałam, gdzie jestem, gdyż analizowałam słowa tiary. W gruncie rzeczy naprawdę nie obchodziło mnie, do jakiego domu trafię, aczkolwiek tiara wybrała taki, który do mnie nie pasował. Zdecydowała się na Gryffindor z powodu mojej magii, duszy... Zerknęłam na stół Gryfonów, którzy uśmiechali się histerycznie do siebie lub rzucali mi bardziej nienawistne spojrzenia niż Ślizgoni. Cudownie, po prostu pięknie. Odwróciłam się w stronę stołu prezydialnego, by spojrzeć na profesora Snape'a. Ten był bledszy niż zawsze, wpatrywał się we mnie z odrazą. No tak... Zostałam Gryfonką, teraz jeszcze bardziej mnie nienawidzi. McGonagall za to karciła wzrokiem swoich podopiecznych.
Kochani, to bardzo niekulturalne zachowanie — ciszę przerwał dyrektor, swoim głosem, przez który przeplatały się radość wraz z zawodem. — Powinniście przywitać pannę Snape, jak należy.
Mój wzrok spoczął na starcu, usta wykrzywiłam w lekki uśmiech. Nie potrzebowałam sztucznej uprzejmości, przygotowałam się na taki bieg wydarzeń. Ostatni raz rozejrzałam się po sali, po czym skierowałam się do stołu Gryfonów.
Nawet jeśli Gryfoni nie chcieli mnie u siebie, to starali się tego nie okazywać. Zapewne był to wpływ, strasznie wyglądającej, McGonagall. Dla mnie to jednak nie miało już znaczenia, ponieważ zauważyłam, że w ich oczach znowu pojawiła się ciekawość, chcieli wiedzieć zapewne wszystko.
Cała szkoła wpatrywała się we mnie, kiedy chciałam usiąść obok jednego pierwszorocznego, który chyba nie był świadomy, o co chodzi innym. Nie poznał jeszcze Snape'a, nie wie, kim jest. To było dość pocieszające, że nie w każdym wywołuje taki strach. Poczułam dłoń na swoim ramieniu, więc odwróciłam się, aby sprawdzić kto był na tyle odważny, by mnie zaczepić.
Witaj. Jestem Charlie Weasley, prefekt Gryfonów. Wybacz, że zachowaliśmy się tak, a nie inaczej, ale trochę nas zaskoczył Snape w Gryffindorze. Pozwól, że to naprawimy.
Rudzielec zakończył z promiennym uśmiechem, po czym uniósł obie dłonie do góry, a uczniowie domu lwa powstali, by obdarować moją osobę gromkimi oklaskami.
Wpatrywałam się zszokowana w ludzi, którzy jeszcze chwilę temu chcieli zabić mnie wzrokiem. Większe zaskoczenie spowodował fakt, że Puchoni, Krukoni oraz niewielka cześć Ślizgonów przyłączyła się do Gryfonów. Nie wiedziałam co robić z tą sztucznością, bo raczej nie było to szczere... Wątpiłam w to, choć chciałam wierzyć, że zrobili to z własnej woli. Nie wstałam, nie podziękowałam. Nie zrobiłam niczego, tylko siedziałam oraz uśmiechałam się nieśmiało.
W końcu skończyli, siadając na swoje miejsca. Byłam im wdzięczna, ta niezręczność wręcz mnie zabijała.
To było wspaniałe moi drodzy! Liczę na to, że panna Snape nie zawiedzie się na żadnym uczniu z naszej szkoły. Wiem, że umieracie z głodu, już was nie będę męczył, ostatnia sprawa. Proszę nie informować Proroka Codziennego o zaistniałej sytuacji, gdyż Ministerstwo Magii doskonale wie o naszej nowej uczennicy, a tym samym redaktorzy tejże gazety. A teraz smacznego, kochani!
Klasnął w dłonie, a na stole pojawiło się wspaniale wyglądające oraz kusząco pachnące jedzenie. Przez stres trudno mi było patrzeć na to wszystko, nawet jeśli byłam przeraźliwie głodna. Nałożyłam sobie niewiele sałatki, pogrążając się w swoich myślach.
Szepty starszych roczników dochodziły do moich uszu, czułam wzrok innych na mnie. Zdawałoby się, że członkowie innych domów zapomnieli już o mojej osobie, jednak Gryfoni nadal dyskutowali o mnie — mało dyskretnie. Czekałam na zakończenie uczty, chciałam się znaleźć już w dormitorium, choć to łączyło się z zapoznaniem moich nowych współlokatorek. Miałam nadzieję, że okażą się lepsze od Snape'a, który w sumie nie był najgorszy. Mój wzrok spoczął na nim. Wyglądało na to, że skończył już jeść, rozglądał się o sali, rozmawiając jednocześnie z Vector. Nie mam pojęcia, gdzie znajduje się pokój wspólny Gryfonów, jednak na pewno nie w lochach co jest dość przykre. Będę za nimi tęsknić.
Bankiet rozpoczynający rok szkolny zakończył się przypomnieniem dyrektora podstawowych zasad takich jak nie wchodzenie do Zakazanego Lasu. Cóż... Ja miałam to za sobą. Nauczyciele opuścili Wielką Salę, uczniowie również zbierali się do wyjścia. Postanowiłam, że zabiorę się z Charliem, który był odpowiedzialny za pierwszorocznych. W tłumie uczniów przepychających się, w końcu wydostaliśmy się z pomieszczenia. Starałam się nie zgubić swoich, wśród innych grup uczniów. Kiedy skręcaliśmy w stronę schodów, ktoś pociągnął mnie za szatę, zaciągając do innego korytarza. Wyrwałam się z uścisku, piorunując wzrokiem nikogo innego jak Snape'a.
Istoto, patrz na mnie, jak należy. Muszę jeszcze wymienić z tobą dwa słowa, przez co zajmę twój jakże cenny czas. — Męczyło mnie już to szydercze spojrzenie.
Słucham uważnie, profesorze. — Podarowałam mu promienny uśmiech, wiedząc, że tego nie lubi. Skrzywił się.
Wyglądasz jak skończony kretyn z takim wyrazem twarzy, Istoto. Nie. Zawsze tak wyglądasz, ale wracając do tematu głównego. Pamiętaj, że nie znałaś mnie wcześniej, nie byłem twoim opiekunem, nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Nawet nie próbuj wspominać o tym, że spaliśmy w jednej sypialni, rozumiesz?
To raczej oczywiste, profesorze. Wiem też jak odpowiadać na pytania dotyczące mojego nazwiska, może pan się o to nie martwić.
Bardzo dobrze, Snape i pamiętaj, że ja się nie martwię. Martwiłbym się na twoim miejscu, jeśli piśniesz choć słowo — syknął, odwracając się do mnie. Chciał już odchodzić, jednak ja miałam coś jeszcze do powiedzenia.
Profesorze... Wracając do kwestii naszego wspólnego spania... — Odwrócił się gwałtownie, ze wściekłością w oczach. — Wspólnego spania w sypialni! — dodałam szybko, modląc się, by nie było widać moich rumieńców.
Co masz w tej sprawie do powiedzenia, Istoto? Nie mam czasu, by tracić go na ciebie.
Blizny... — Zaczęłam, a na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie, jednak szybko zmieniło się w lekkie przerażenie, po czym złość. — Wcześniej o tym nie myślałam, starłam się przynajmniej. Wydają mi się bardzo normalne oraz naturalne. Wie pan... Sama mam kilka odbarwień i choć to nie to samo, to domyślam się, że dużo pan przeżył...
Snape, o co ci chodzi do cholery — warknął, rozdrażniony.
O nic. Po prostu rozumiem, że miał pan ciężkie życie i może dlatego jest pan TAKI, jeśli wie profesor, o co mi chodzi.
Snape jesteś skretyniałym dzieckiem, idź już. — Jak widać było, nie chciał o tym rozmawiać.
Jeszcze jedno... Pana tatuaż. Nie spodziewałam się, że taki człowiek jak pan może zdobić ciało takim czymś. Wyglądał ciekawie, nie powiem... — skończyłam mówić, trochę rozbawiona, jednak uśmiech znikał z mojej twarzy z każdą mijającą sekundą.
Mężczyzna zbliżył się do mnie, już nawet nie starał się ukryć wściekłości oraz nienawiści. Wyglądał przerażająco, a ja jedynie stałam, wpatrując się w jego straszne oblicze.
Nic nie widziałaś i nigdy nie wrócisz do tego tematu — szepnął, zachrypniętym głosem, po czym odszedł.
Kiedy zniknął za rogiem, w końcu miałam odwagę wypuścić powietrze z płuc. Przykucnęłam pod ścianą, zastanawiając się, dlaczego tak zareagował, skoro chciałam być miła. Może to nie był najodpowiedniejszy czas na takie rozmowy, jednak wątpię, byśmy później mieli okazję. Niewykluczone, że tatuaż był symbolem błędu młodości, czy coś w tym rodzaju. Nie wiedziałam i chyba też nie chciałam wiedzieć. Teraz liczyło się dotarcie do Pokoju Wspólnego Gryfonów. Tylko jak? Korytarze opustoszały, zostałam sama. Mogłabym się błąkać, po zamku czekając... Na co? Aż kogoś spotkam, pierwszego dnia szkoły? Szczerze w to wątpię. I wtedy przypomniały mi się słowa, profesora Snape'a. Podeszłam do jednego z portretów, zdobiącego kamienną ścianę.
Przepraszam, czy byłaby pani tak uprzejma i wskazała mi drogę do Pokoju Wspólnego Gryffindoru?
Oczywiście kochanieńka, idź za mną — starsza kobieta odpowiedziała z ciepłym uśmiechem.
Okazało się, że szukane przeze mnie miejsce znajdowało się na siódmym pietrze. Podziękowałam sportretowanej kobiecie, by tera wpatrując się w drugą.
Podaj hasło?
Cholera...
Wyrażaj się, młoda damo — skomentowała moje słowa, z urazą.
Raczej to dość trudne w takiej sytuacji. Wszystko przez tego durnego Sna...
Tu jesteś! — Odwróciłam się, kiedy znajomy głos, pełen ulgi, przerwał mi moje narzekania na Snape'a. — Nagle zniknęłaś, bałem się, że się zgubiłaś. McGonagall zabiłaby mnie wtedy. Jak się tu dostałaś?
Jeden z obrazów mi pomógł. Dostałam radę, by pytać je o drogę, więc skorzystałam z niej.
I tak po prostu pokazał ci, gdzie jest nasz pokój wspólny? Nie wiedziałem, że są tak mało dyskretni. W każdym, razie nie ważne, nie stójmy tak tutaj. — Zwrócił się do portretu, który chronił przejścia — Czerwone Mandragory.
Obraz usunął się na bok, a Charlie ruszył na przód. Szłam za nim, zastanawiając się, jak to wszystko będzie wyglądać, jak zachowywać się będą uczniowie, jak i moje współlokatorki. Byłam o dziwo spokojna, a myśl o odrzuceniu mnie przez innych nie bolała tak jak powinna.
I co? Znalazłeś ją? — zapytał ktoś Charliego, kiedy ten pojawił się w pokoju wspólnym.
Ten tylko wzruszył ramionami, schodząc na bok, a tym samym odsłaniając mnie. Głośne rozmowy ucichły, wszystkie spojrzenia spoczęły na mnie. Rekcje te nie były tak nieznośne, w przeciwieństwie do czerwieni, która dominowała w pokoju wspólnym. Oczy rozbolały mnie, od tej ostrej barwy, uświadamiając mnie, że znalazłam się w piekle.

***

Zabiję ją, przysięgam, że to zrobię.
Mówiłem sam do siebie, niczym szaleniec, kierując się do Pokoju Wspólnego Slytherinu. Byłem wściekły na Istotę, aczkolwiek nie tak bardzo, jak na siebie, a raczej swoją nieuwagę. Jak mogłem zapomnieć o Mrocznym Znaku i pokazać go jak gdyby nigdy nic?! Jak mogłem tak po prostu paradować przy niej bez koszuli?! W inny sposób mogłem jej pokazać, iż jestem u siebie, że mogę robić co mi się żywnie podoba. Moja głupota przejmuje czasem nade mną kontrolę, doprowadzając właśnie do takich sytuację. Na całe szczęście nie wiedziała, co oznacza te przeklęte naznaczenie, nie wiedziała, czym jest i niech tak zostanie. Nie odważyłaby się nikomu o nim powiedzieć, mogę czuć się bezpieczny. W każdym razie swojego braku rozsądku sobie nie wybaczę.
Zbliżyłem się do nagiej, wilgotnej ściany, wypowiadając hasło:
Zdrajcy Krwi.
Wszedłem przez kamienne drzwi do Pokoju Wspólnego, a spokojny szmaragd przywitał mnie tak jak zawsze. Uwielbiałem to miejsce, choć jako nauczyciel nie gościłem tu często. Każdy szczegół znajdujący się tutaj przywoływał inne wspomnienie z najlepszych lat mojego marnego życia.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu, w którym panował porządek oraz spokój. Starsi uczniowie rozmawiali oraz drażnili ze sobą, ukazując tym samym, iż są normalnymi nastolatkami, którzy w swoim towarzystwie mogą zdjąć maskę zimnych ludzi. Pierwszoroczni spokojnie czekali na moją przemowę — z pewnością zostali poinformowani przez prefektów, że jest to mój coroczny rytuał.
Witam wszystkich pierwszorocznych w szlachetnym domu Salazara Slytherina — zacząłem, przykuwając tym samym ich uwagę. — Severus Snape, wasz opiekun oraz nauczyciel eliksirów. Jedna z niewielu osób w Hogwarcie, która nie spojrzy na was jak na potencjalnych czarnoksiężników, czy chociażby śmierciożerców. Nie oczekujcie, że znajdziecie w zamku, choć krztę wyrozumiałości, czy uprzejmości ze strony członków innych domów, a szczególnie Gryfonów. Zdarzy się, iż nawet nauczyciele spojrzą na was krzywo, gdyż będziecie nosić godło Slytherinu na piersi. Uznacie to za niesprawiedliwe, jednak waszym zdaniem jest się tym nie przejmować, a jedynie godnie reprezentować wasz dom. Jeśli będziecie potrzebowali coś załatwić lub wpadniecie w kłopoty, to prefekci oraz ja jesteśmy od tego, by wam pomóc. W przypadku mojej niedyspozycji zwracajcie się do profesor Vector.
Starsi uczniowie uśmiechali się. Słyszeli te słowa już wielokrotnie oraz przekonali się, iż mam rację. Ślizgoni zawsze będą odrębną społecznością, spychaną na bok przez występki Czarnego Pana. Przeszłość zawsze będzie prześladować teraźniejszość, nigdy nie zostawi jej wolnej, bez skazy.
Jutro, na tablicy informacyjnej pojawi się plan lekcji oraz termin zapisów do drużyny quidditcha. Od sześciu lat zdobywamy puchar, więc mam nadzieję, że i w tym roku Slytherin pokaże się z jak najlepszej strony. Zanim wyjdę... Nie bawcie się do późna, musicie rozpocząć rok szkolny w jak najlepszej formie.
Po tych słowach opuściłem Pokój Wspólny, kierując się do swojego gabinetu, aby sprawdzić, czy wszystko przygotowałem na jutrzejsze lekcje.

***
Koleżanka Charlie'ego skierowała mnie do mojego dormitorium, umożliwiając mi tym samym ucieczkę. Zaraz po wejściu do Pokoju Wspólnego nastąpiła cisza, ale nie na długo. Pytanie rzucone ze strony jakiegoś ucznia rozpoczęło falę innych, które drażniły mnie niemiłosiernie. Wiedziałam, że tak będzie, byłam tego pewna. Naprawdę nic nie łączy cię ze Snape'em? Na co chorowałaś? Kim są twoi rodzice? Czy już jesteś w pełni zdrowia? Czy cokolwiek potrafisz? Znasz tłustego drania? Sądzisz, że Snape będzie się nad tobą znęcał? Jesteś pewna, że nie jesteście spokrewnieni? Na żadne nie odpowiedziałam, nie miałam też zamiaru kiedykolwiek tego zrobić. Byli mi obcy, to tylko ciekawscy ludzie. Nie mam pojęcia, jak można być tak nietaktownym.
Westchnęłam, wpatrując się w ciemne niebo. W tej chwili siedziałam przy oknie, ciesząc się jeszcze chwilą prywatności. Zerknęłam na cztery, inne łóżka, które należały do moich współlokatorek. Miałam nadzieję, że szybko się nie pojawią w dormitorium, dając mi tym samym odetchnąć, choć wątpię, bym dała radę dzisiaj starać się o zawarcie jakichkolwiek więzi. Byłam zmęczona, ale jedynie psychicznie. Męczyło mnie to wszystko, nie chciałam robić z siebie ofiary, po prostu brakowało mi już siły. Zamknęłam oczy, niestety zaraz byłam zmuszona je otworzyć, by dowiedzieć się, kto przerwał moją chwilę relaksu.
Brązowa sowa stukała w okno dziobem, domagając się wpuszczenia do środka. Uchyliłam okno, a ptak wleciał do dormitorium, siadając na moim łóżku. Do nóżki miał przywiązany lis, po który zaraz sięgnęłam. Aron usiadł mi na ramieniu, jakby bał się, że sowa zdobędzie moją sympatię.
Już po pierwszym spojrzeniu na kopertę wiedziałam, od kogo ona jest. Mała Lena Devoux nie zapomniała o mnie, co było bardzo pocieszające. Rozwinęłam pergamin, zaczęłam czytać.
Droga Mariko,
Nie była pewna jak rozpocząć ten list, nie wiedziałam też co w nim zawrzeć. Sądzę, że po prostu zacznę od siebie oraz od miejsca, w którym obecnie przebywam.
Nazywam się Lena Devoux, jak już doskonale wiesz. Moja rodzina jest czystokrwista od pokoleń, co łączyło się ze specjalnym wychowaniem oraz innym programem nauczania przed pójściem do szkoły. Jednak matka moja postarała się, by moje dzieciństwo rzeczywiście nim było i czuła się zawsze jak dziecko. Rodzina moja posiada Devoux Manor, który znajduje się w południowej Francji i jest nienanoszalny, jak większość tamtejszych dworów oraz ziem wokół nich. Tam uczyłam się oraz poznawała świat magii, ale także mugoli. Jednego określonego hobby nie mam, robię wiele rzeczy. Śpiewam, gram na skrzypcach, a także kontrabasie. Piszę wiersze, ćwiczę aktorstwo oraz uczęszczam na zajęcia baletu. Od lat pływam oraz trenuje akrobatykę na miotle. Wyznaję zasadę wiecznego ruchu, nie lubię tracić czasu. Chciałabym doświadczyć wszystkiego w życiu. Chyba wystarczy tyle na sam początek...
Już na pierwszym roku dyrektor, jak i nauczyciele upominają nas, by nie opowiadać nikomu o szkole, jednak stwierdziłam, że zdradzenie kilku szczegółów nikogo nie zabije. Beauxbatons jest o wiele młodszą szkoła od Hogwartu, ale także posiada bogatą historię oraz tradycje. Budynek szkoły jest po prostu pałacem, który niegdyś Ludwig XIV zamieszkiwał. Był to prototyp Wersali, jednak nie zadowalał go, więc opuścił go po kilku miesiącach. Wtedy francuskie Ministerstwo Magii zainteresowało się pałacem, odkupując go od mugolskiej władzy. Dzięki temu teraz zamieszkuje jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi. Jednak to ogród zdobył moje serce swoją niebanalnością. Pałac jest otoczony stumetrowym labiryntem krzaków róż, a każdy kierunek świata oznacza inny kolor kwiatu. W głębi roślinnego korytarza można napotkać fontanny, małe ogródki, jeziorka, a nawet półki z książkami oraz miejsce do czytania.
Po zajęciach magicznych większość uczniów decyduje się na lekcje dodatkowe, które całkiem odbiegają od czarodziejskiego świata. Balet, pływanie, teatr. Wprawdzie nie posiadamy stadionu quidditcha, jednak staramy się i rozwijać tą dyscyplinę.
Beauxbatons jest naprawdę wspaniałym miejscem i chciałabym, abyś kiedyś je odwiedziła.
Z niecierpliwością czekam na twoją odpowiedź.
Pozdrawiam,
Lena

Skończyłam czytać z szerokim uśmiechem na twarzy. W Beauxbatons musi być naprawdę niesamowicie! Z pewnością francuska szkoła nie dorównuje Hogwartowi, jednak nie wiele jej brakuje. Po takim opisie na pewno nie jeden uczeń miałby wątpliwości, czy Francja nie byłaby lepszym wyborem. Zapragnęłam chociaż raz zobaczyć ten wspaniały ogór, o którym pisała Lena. Musi być naprawdę piękny, olśniewający... Może rosną tam nawet granatowe róże.
Położyłam się, zasłaniając łóżko kotarami. Zrobiłam to w porę, ponieważ zaraz pojawiły się moje współlokatorki.
Sądzicie, że już śpi? — odezwała się jedna z nich, ściszonym głosem.
Pewnie tak... Raczej nie schowała się przed nami jak głupia, co nie? — prychnęła kolejna, na co wywróciłam oczami.
A kto ją tam wie... To Snape. SNAPE. Jakim cudem z taką osobą dzielmy jedno dormitorium?
Ciszej bądź, kretynko — syknęła na swoją koleżankę. — Widocznie jest gryfonem, podobno nie jest z nim spokrewniona. To się okaże dopiero na eliksirach, prawda? Jeśli będzie traktował ją, jak Ślizgona to sama wiesz...
Wiem, ale teraz to nie ważne. Która idzie się pierwsza myć? Alex, może ty?
Dalej już ich nie słuchałam — nie mogłam. Pewnie cała szkoła ma o mnie takie zdanie, prawdopodobnie nie wierzą w słowa dyrektora. To też było w sumie do przewidzenia, teraz jest ważne, bym się przez to wszystko nie załamała.
Teraz musiałam czekać, aż dziewczyny zasną, abym mogła się iść umyć. Merlinie... Daj mi siłę, aby jutrzejszy dzień był lepszy. Na co ja liczę?

25 komentarzy:

  1. Że niby nie ma tu jakiegoś wielkiego zwrotu akcji, a jednak jest to tak cholernie ciekawe, że nie można się oderwać! Opisy są boskie, wszystko toczy się swoim tempem, i dobrze. Czekam na dalszy ciąg ❤💞

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że nie zanudziłam. Jeśli mam być szczera to nie mam pojęcia jak to robię, że chce opisać tylko trzy ważne wątki (wspomnienia, przydział oraz rozmowa z Severusem) a wychodzi mi 11 stron... No cóż...
      Będę się jeszcze bardziej starać!
      Dziękuję i pozdrawiam.

      ~Marika Snape

      Usuń
  2. *-*
    Świetne ;3
    Mega ciekawe, błędy możliwe, że jakieś były, ale nie wiem, nie zwracałam uwagi, bo to jest tak cholernie wciągające, xd
    Yayayayayayayayay *-* czekam na kolejny rozdział,
    Pozdrawiam i życzę weny, kochana <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :3
      Na pewno były, ale samemu się nigdy wszystkiego nie wypatrzy + cieszę się, że zaciekawiło ^^
      Dziękuję raz jeszcze i również pozdrawiam!

      ~Marika Snape

      Usuń
  3. ❤ Jak zawsze miło się czytało. Kolejny świetny rozdział, który nadszarpnął moją ciekawość. Merlinie daj mi cierpliwość do kolejnego xD Jeżeli są błędy, to ich nie widać bądź są naprawdę minimalne. Tak czy siak, genialne opisy, że aż chce się brnąć dalej. Czytałam wiele książek, które miały dobre deskrypcje, ale z czasem można było umrzeć z nudów. Tutaj tego nie ma, wręcz przeciwnie. Czekam na dalszy ciąg. ❤

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się! <3 Och z czasem postaram się wstawiać rozdziały co tydzień, serio. Ale wiesz... Matura i takie tam. Prędzej jakaś mini się pojawi. Jeju... To naprawdę bardzo miłe. Moim zdaniem daleko mi do pisarza, jednak staram się i się uczę!
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

      ~Marika Snape

      Usuń
  4. Uwaga, biorę się za pisanie komentarza.
    Zacznę od końca. Rozmowa współlokatorek. Nie wiem, co ci się nie podoba w tej końcówce, jak dla mnie jest dobrze. No bo jak inaczej miałyby zareagować? Podoba mi się, że są takie… mało dyskretne – no przecież Gryfiaki. Dziwię się, że Marika jeszcze nie straciła oczu od wszechogarniającej czerwieni, ja to bym już dawno się poddała ech. Już widzę, jak Snape będzie ją traktował na eliksirach i coś czuje, że nagle zdobędzie poważanie u czerwonych. XD Taki przewidywalny dom.
    Dalej – opis francuskiej szkoły. Niby krótki, ale wystarczyło, żebym mogła sobie wyobrazić tamto miejsce. Ludwiczek! Ludwiczki zawsze będą kojarzyć i się ze słońcem XD. Sama, mimo że kocham Slytherin, chciałabym się znaleźć chociaż na kilka chwil w tamtym miejscu. Ciekawi mnie, czy to, jak opisała to Lena oddaje rzeczywistość chociażby w 1/4. Nie zniosłabym tylko pewnie tych laleczek, przodków will itp., no ale, czego się nie robi dla podziwiania pięknej natury i pięknego miejsca, ech.
    Uwielbiam twojego ptaka no!
    Fragment ze Snape’em. Podoba mi się, że aż tak dba o uczniów swojego domu. Pasuje mi to do niego. Zresztą, od zawsze było wiadomo, że on za Ślizgonami jest mocno. Nie tylko dlatego, że był ich opiekunem – sam należał do tego domu. Jest, jaki jest, ale jego troska? Podoba mi się. Fajne przemówienie. No i to, jak siebie wjeżdżał o swoją głupotę – i słusznie! No proszę, gimnastykuje się, żeby nikt nie wiedział o Mrocznym Znaku, a przy Marice pokazuje go i paraduje z nim jak gdyby nigdy nic. Dobrze powiedział – GŁUPOTA. XD
    Marika i Snape. Reakcja profesora – perfekcyjna. Jeszcze brakowało, żeby złapał ją za szyję XD. Ale to tylko ja – nie zwracaj na mnie uwagi ha. Świetny pomysł z tym obrazem, który zaprowadził ją do dormitorium, ale Charlie miał rację – no cóż, trochę głupota, że ot tak, bez ceregieli, pokazała gdzie jest Gryffindor. No i Gruba Dama! Irytująca kobieta, choć nie ukrywam, że nawet ją lubię.
    No i Wielka Sala. Durni ludzie. Ślizgoni <3. Dumbek taki głupi dziadek. No chyba nie sądził, że wszyscy dadzą Marice spokój, bo on powiedział, że nie jest spokrewniona z profesorkiem? DUMBLEDORE. Manipulant. Podobało mi się, jak Marrie zwróciła uwagę na stół nauczycielski, kiedy już ją przydzielono. No i przemowa Tiary. Dobrze uzasadnione. Tiara taka jest – popada z jednej skrajności w inną. Jak nie tak źle, to tak źle. Czemu nie wrzuciła jej, no nie wiem, do Huffu?! XD

    Rozdział mi się podobał i kurde, wiesz, że chciałabym więcej. Szybko. Dużo. Ech. Mam wrażenie, że rozpisałam się trochę za mało, noale.
    Weny mnóstwo, kochana!

    Love,
    xx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej nie podoba mi się w jakim momencie skończyłam, a może jak... w Sensie, że tak dziwnie.
      Gryfiaki... Oni są tacy... Bezpośredni.
      Daj mi spokój... Ogólnie czerwień okej, ale nie gryfońka... Grr. Aż współczuję sobie w tym ff. XD
      To się zobaczy, ale pewnie tak będzie - rzeczywiście mega przewidywalni.
      Oczywiście opis szkoły był na żywioł, bo jakby inaczej... Większość rzeczy w opowiadaniu powstało przez chwilę natchnienia... Nie dziwię ci się Sonika, sama bym chciała ją zobaczyć. Ludwiczek miał dobry gust xd
      Snape jako TATUŚ ślizgonów <3 Uwielbiam takie coś, zawsze sobie wyobrażałam, że bardzo o nich dba... Serio.
      Snape czasami jest taki głupi... Się chłop zagalopował. Nosi takie szaty, nawet jak jest gorąco a rozbiera się przed uczniem. Ma czasami przebłyski debilizmu.
      MIAŁO BYĆ, SERIO. Jednak stwierdziłam, że była by to przesada... Snape nie dotknie jej bez potrzeby.
      Ale obrazy właśnie w tym interesu nie mają i chciałam pokazać, że o co ich poprosisz to to zrobią. Założę się, że wskazały by nawet drogę do Komnaty Tajemnic XD
      Gruba Dama kjksdfkdjkfj nie lubię :v
      Dziadek Albus czasem jest bardziej naiwny od niejednego gryfiaka :v
      Powiem ci, że chciałam i to bardzo. Dom ten jest tak... W ogóle nie jest opisany. Mogłam z nim zrobić WSZYSTKO. Jeden minus - pokój wspólny znajduje się w LOCHACH. I cały czar prysł. Wiesz... jak będzie już em... romansik to trochę bezsensu jak oboje będą mieszkać w lochach, a krukonką nie mogła być, bo nie...

      Dziękuję za komentarz i cieszę się, że się podoba! <3 Kocham mocno.

      Pozdrawiam,
      Marika

      Usuń
  5. Cudne ♥♥♥ tyle w temacie :*
    Pozdrawiam i ceny życzę ^-^
    ~Sally

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję <3
      Również pozdrawiam,
      Marika

      Usuń
  6. Świetny rozdział! Taki niby nie specjalnie dynamiczny ale mimo to bardzo ciekawy. No co jeszcze? ...A no właśnie Marika według mnie w ogóle nie pasuje do Gryffindoru. Ma poprostu inną osobowość. Znaczy takie jest moje zdanie. Pozdrawiam i z niecierpliwością czekam na następny rozdział. DUŻO weny!

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej, hej, spóźniona znowu ja! :D
    Może zacznę od troszku gorszej strony... Coś mi tu nie pasi. Niby to się dzieje za czasów, kiedy Harry był na pierwszym roku. I to jeśli pamięć mnie nie myli Percy był prefektem. Charliego przecież wtedy już w szkole nie było. Błąd w fabule, ale kto by się tym przejmował xD
    I koniec krytyki (uff... jak dobrze, tak bardzo nie lubię krytykować, a w szczególności Sevikę )
    Marika w Gryffindorze. Merlinie, jak to dziwnie brzmi. Ale trza się przyzwyczaić. Eee tam. Ja jestem Gryfonką. Przynajmniej będę miała towarzystwo xD
    Ciekawy monolog Tiary... " — Zło? Nie wiem. To coś ciemnego oraz mrocznego. I nawet jeśli siedzi to w tobie głęboko, a dobroć twoja oraz empatia są niebanalne to wiem, że dom ten nie jest dla ciebie, gdyż historia lubi się powtarzać. Gryffindor to zatrzyma, uciszy, zniszczy. Powodzenia." Na ten moment przestałam oddychać. Serio. Jestem ciekawa co z tego wyniknie. xD
    No i rozmowa tych współlokatorek... Dziewczyny, jak dziewczyny - plotkują. I to jest u nas ta przebrzydła cecha, którą trzeba wyeliminować hahaha xDD
    Jestem ciekawa jak będą wyglądały lekcje. Mam nadzieję, że Marika znajdzie sobie jakiś przyjaciół i uczniowie w miarę ją zaakceptują. Należy jej się po chorobie.
    Pozdrawiam i życzę mnóstwo weny! ;**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha. I pokazałam takiej debilce z mojej klasy, która co chwilę chodzi ze swoim dziennikiem i chwali się jaki on cudowny twój dziennik. I ten moment, kiedy jej mina zrzedła - niezapomniane. Dziękuję haha <33

      Usuń
    2. Ale to jest rok przed Potterem (zakładka "o blogu"). Przecież Draco ma 10 lat XD
      Jest, bo musi. Mam nadzieję, że pokazałam właśnie dzięki tiarze, że tam w ogóle nie pasuje ;; to typowy ślizgonek, ale musi no... Taka fabuła...
      Dziewczyny to straszne plotkary, ale gryfiaki to kjckjsfk. TO DOPIERO XD
      Zobaczysz sama, nie zrobię z niej na pewno ofiary :3

      Uhuhuhu nie ma to jak niszczyć kogoś moim dziennikiem. Hahah, to kochane! <3
      Dziękuje za komentarz i pozdrawiam mocno <3

      Usuń
    3. Aaa... Sorry, mój błąd. xD
      Ahah ja jej tak nie lubię. Dziękuję, że dałaś ten filmik c:

      Usuń
  8. Jak ja Cię dziewczyno nienawidzę*! Jak mogłaś? Jak mogłaś?!
    Toto; jest załamania
    Dzięki Toto, i tak wiem, że mam opóźniony zapłon. Rozdział cudowny :3 jak zawsze ale Gryffindor?! Ty ją zabijesz! Nie no dobra sama się domyślam co by było gdyby trafiła do Slytherin'u... ale no!

    Zocha i jej Smoki

    *nienawidzę-no dobra, kocham ale w tym momencie słabiej :*

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie mam weny na jakiś długi komentarz xD
    Po prostu cudowny, świetny itd. rozdział <3
    Nie mogę się doczekać kolejnego :)

    Pozdrawiam, Dralia Malfoy

    OdpowiedzUsuń
  10. Ale czeeeeemu…? Ja od początku nie wiedziałam, gdzie pasuje, ale myślałam o Slytherinie bardziej niż o Gryffindorze.
    Rozdział jak zwykle świetny. Serio ty napisz książkę <3

    OdpowiedzUsuń
  11. Świetne <3 piękny ogród... *-*

    OdpowiedzUsuń
  12. Wystarczył jeden dzień na przeczytanie całości i muszę przyznać że opowiadanie jest rewelacyjne. Nic dodać nic ująć. Naprawdę się cieszę że znalazłam tego bloga :) Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.
    Serdecznie pozdrawiam i dużo weny życzę Senri97

    OdpowiedzUsuń
  13. Znów zrobiłam sobie krótką przerwę, ale dzisiaj nadrobię kilka rozdziałów (może mi się uda skończyć wszystko!), więc się zrówna. :)
    Co to za gryząca oczy czcionka? ;_; Ta kosmiczna biel kąsa je do bólu, a typ czcionki sprawia, że dostaję oczopląsu. Czemu zmieniłaś poprzednią? Była bardzo odpowiednia, przyjemnie się czytało.
    Bardzo podoba mi się to wspomnienie Mariki. Wspomnienie, sen... Niektóre fragmenty zdań są pisane tak, jakby ich autorem był mistrz Yoda (np. "przyzwyczaiłam się do uczucia ulatującej nadziei ze mnie"), ale i tak mi się podoba. To cierpienie Mariki i jej matki wydaje się prawdziwe. To "dziewicze ciało" zabrzmiało trochę śmiesznie, nikt o sobie takimi słowami nie myśli. :)
    Dziewczyna o turkusowych włosach? Hmm, to w Hogwarcie można było sobie robić z włosami to, co się uczniowi uroiło? Nie mówię o jakimś kolczykowaniu się czy o innych mniej widocznych zabiegach, ale jednak turkus na głowie to coś, co bardzo rzuca się w oczy.
    A tak było dobrze... No po jaką cholerę Dumbledore ucisza Wielką Salę i kolejny raz wspomina, że Marika nie jest spokrewniona ze Snape'em? Po co? Przecież takimi uwagami jedynie podsyca niepotrzebne plotki i oddziela słowną barierą Marikę od reszty uczniów.
    Podobają mi się te uwagi tiary. Powiem szczerze, że obawiałam się marysueizmów, ale naprawdę ładnie to wszystko ujęłaś. I kolejne wspomnienie ojca, coraz bardziej mnie ciekawi ten człowiek.
    Rozmowa ze Snape'em trochę nienaturalna, a zaczyna się bardzo dziwnie. "Muszę jeszcze wymienić z tobą dwa słowa, przez co zajmę twój jakże cenny czas". Po co to "przez co zajmę twój jakże cenny czas"? To nie brzmi ani sarkastycznie, ani złośliwie. I znowu pojawia się mistrz Yoda.
    Mam nadzieję, że Charlie będzie częściej się pojawiał, polubiłam tę postać. Może nadaje się na przyjaciela dla Mariki?
    Chwała Bogu, że tym razem opisów z perspektywy Snape'a było mało. Czy ja już wspominałam, że uwielbiam opis świata z perspektywy Mariki, a Snape mnie drażni? Tak, chyba już gdzieś to pisałam. xD
    Wszystko pięknie, ładnie, pojawiło się dużo OC... Nie, że mi się to nie podoba, uwielbiam nowych bohaterów. Ale o co chodzi z Leną? Coś mi umknęło? Chodzi o jakąś wymianę? Mam nadzieję, że w następnym rozdziale się wyjaśni. No, ale mam dobre wieści - ten rozdział jest (jak dotąd) najlepszy ze wszystkich. Naprawdę. Bardzo przyjemnie mi się czytało, oby teraz było już tylko lepiej. xD

    OdpowiedzUsuń

Layout by Alessa