niedziela, 11 stycznia 2015

Rozdział XIII

Witam. Zapraszam do czytania i komentowania Zieleni.

Zdaję sobie sprawę, iż przez te pięć lat niewiele miałaś praktyki, jednak moim zadaniem jest wyszkolić cię na porządną uczennice. Pamiętaj – nawet jeśli proste zaklęcia sprawią ci trudność, to nie masz cię czego wstydzić. Akurat ty nie. Rozumiesz?
Tak jest, profesorze...
Dobrze, więc. Czas rozpocząć zajęcia.
Od czego zaczniemy?
Rozejrzała się po pomieszczeniu. Zdecydowanie nie było ono przeznaczone do zajęć praktycznych. Zastawiałem się, co mężczyzna planuje, skoro nie przygotował żadnej tarczy czy chociażby manekina do ćwiczeń. Przez chwile wpatrywał się w dziewczynę, po czym uśmiechnął się ciepło, wyciągając różdżkę.
Drętwota — wypowiedział miękko zaklęcie, jego oczy błyszczały radośnie.
Marika znalazła się kilka metrów dalej od swojego pierwotnego miejsca. Leżała na ziemi, wpatrując się w sufit nieprzytomnym wzrokiem, jednak po chwili otrząsnęła się i podniosła powoli. Byłem zszokowany tym, co właśnie się wydarzyło. Ten starzec bez ostrzeżenia rzucił na bezbronną uczennice zaklęcie rozbrajające, jak gdyby stał naprzeciwko równemu sobie. Czy on jest do cholery normalny?
Svartur, czyś ty oszalał?! — ryknąłem, a echo rozniosło się po pustej klasie. Stanąłem przed nim, piorunując go wściekłym spojrzeniem, oczekując jakichkolwiek wyjaśnień.
Co się stało, Severusie? — zapytał niewinnym głosem, zerkając przez moje ramie na dziewczynę.
Co się stało? — wysyczałem. — Czyś ty do końca zdurniał? Miałeś ją sprawdzić, a nie fundować Istocie noc w Skrzydle Szpitalnym!
Spokojnie, przyjacielu, właśnie w taki sposób ją sprawdzam. Zważ na to, że czekałem aż wyjmie różdżkę. Prawda, panno Snape?
Odwróciłem się w stronę dziewczyny, która już stała, trzymając pewnie różdżkę w dłoni.
Czekał pan, jednak nie uznaję takich metod nauczania. Są bestialskie.
Zmrużyła brwi, wściekłość w jej oczach była wręcz namacalna.
Nikt nie powiedział, że będzie łatwo — odrzekł, nadal się uśmiechając. — Odejdź na bok, Severusie, inaczej wyproszę cię z sali. Nie wtrącaj się w mój sposób nauczania. Z tego, co wiem, ty także nie jesteś aniołem — wyszeptał, wymijając mnie.
Miał co do tego rację, ale ja jednak znałem swoje granice. Jako śmierciożerca nie mogłem przestrzegać zasady, której nauczyła mnie przeszłość: nie atakuj słabszych. Jednak nie oznaczało to, iż o niej zapomniałem. Napadanie na kogokolwiek z zaskoczenia było żałosne, tak czynili jedynie tchórze.
Przetarłem oczy, nie wiedząc co zrobić. Ta mała Istota w sumie była mi obojętna, jednak mimo wszystko jestem jej opiekunem. Traktuję swoją prace poważnie i nie toleruję takiego zachowania. Nigdy nie skrzywdziłem ucznia fizycznie, nawet jeśli miałem na to ochotę oraz musiałem prosić Merlina o cierpliwość. Nie chciałem więc, by stało jej się coś poważnego, skoro byłem za nią odpowiedzialny.
Mogłem sobie wmawiać, iż Svartur to nauczyciel oraz że będzie uważać, jednak patrząc na jego poczynania, miałem coraz większe wątpliwości. Podejrzewałem, że wina za jej obrażenia spadnie na mnie, a Albus jak Albus — spowoduje powrót marzeń o jego śmierci... Z drugiej strony, skoro dyrektor pozwala Svarturowi na tak ordynarny rodzaj testów, to kim ja byłem, by mu w nich przeszkadzać? Musiał przecież wiedzieć kogo zatrudnia w szkole i znać swojego „starego przyjaciela”. Stwierdziłem, że umywam od tego ręce i niech się dzieje, co chce.
Usunąłem się na bok, obserwując, jak doświadczony magicznie mężczyzna o potężnej mocy mierzy różdżką w niewykwalifikowaną czarownicę, która przez pięć lat była pozbawiona znacznej części zajęć praktycznych. Cóż za sprawiedliwość. Byłbym wielce zaskoczonym, jeśli Istota nie znalazłaby się pod koniec w Skrzydle Szpitalnym.
Twoja kolej, młoda damo.
Ukłonił się lekko, po czym wyciągnął dłoń w jej stronę, informując dziewczynę, aby zaczęła.
Everte Statum!
Złocisty promień zaklęcia przemknął przez salę z zawrotną prędkością, jednak został zatrzymany przez Svartura jednym ruchem nadgarstka. Mężczyzna zaśmiał się pod nosem, przeczesując włosy palcami. Wyglądał, jakby dobrze się bawił.
Moja kochana, tak słabe zaklęcie? Jesteś już po SUMach, wysil się trochę, udowodnij, że nie przyjęli cię do Hogwartu z litości.
Skończył mówić, czekając na reakcję Istoty. Jedyne co otrzymał to spojrzenia, które by go zabiło, gdyby miało taką moc.
Moja kolej, Rogationem!
Dziewczyna skrzyżowała ręce, jednocześnie mrucząc pod nosem ciche Protego, jednak na nic się ono nie zdało. Uderzyła w ścianę, osuwając się po niej, jak marionetka. Przez kilka sekund nawet nie drgnęła, jedynie szybko poruszająca się klatka piersiowa informowała o tym, iż żyje. Ponownie się podniosła, pierwsze oznaki bólu przemknęły ukradkiem przez jej twarz, kiedy chwyciła za swoją prawą dłoń.
Solvite! — krzyknęła, a zaklęcie tym razem po części zadziałało. Pomimo tarczy, Svartur cofnął się od siły uderzenia promienia, a uśmieszek zniknął z jego twarzy na kilka sekund. Widziałem w jego oczach wściekłość, choć nie okazywał tego. Ta minimalna słabość upokorzyła go w moich oczach.
Brawo... A teraz radzę ci rzucać co popadnie. Idę.
Wyprostował się, poprawił niewidzialne zmarszczki na swojej szacie, po czym ruszył powoli jej stronę.
Istota cofnęła się, jednak nie zamierzała się poddać. Różnorakie inkantacje rozbrzmiewały w sali, ukazując jej znaczną wiedzę oraz fakt, iż nie jest tak durna. Wiedza teoretyczna, jednak w tej chwili była zbędna, skoro każde kolejne zaklęcie Mariki było słabsze od poprzedniego. Wydawałoby się, że magia dziewczyny wypalała się, opuszczała ją podczas tak ważniej próby.
Dziewczyna ledwo stała na nogach, cierpienie było wymalowane na jej twarzy, ale Svartur dalej szedł przez siebie, niewzruszony mknącymi w jego stronę zaklęciami. Jak osoba w jej wieku mogła mieć jakiekolwiek szanse z człowiekiem, który umiejętnościami dorównywał zapewne samemu Albusowi?
Istota trzęsła się z przemęczenia, próbując nie opaść na posadzkę, a starszy mężczyzna zatrzymał się kilka centymetrów od niej. Pogłaskał ją po głowie, jakby była małym dzieckiem.
Nie zadowala mnie to, co pokazałaś... Sądziłem, że stać cię na więcej.
Pokręcił głową, na znak rozczarowania.
Możemy przestać? Proszę, profesorze, nie mam już siły — jęknęła, cicho. Słowa te przepełniała potrzeba odpoczynku, a widoczne w oczach błaganie było niemal nie do zniesienia.
Niestety, ale to nie koniec, kochanie. Dasz radę.
Nie dam rady! Chce stąd wyjść, nie chce już ćwiczyć — syknęła, odsuwając się od niego. — Coś się dzieje z moją prawą ręką, cholernie mnie boli.
Uniosła lekko kontuzjowaną kończynę. Svartur złapał za nią, głaszcząc opuszkami palców nadgarstek Istoty. Merlinie, ten człowiek pozwalał sobie na zbyt wiele! Już miałem zareagować, kiedy wyrwał jej różdżkę, po czym odwrócił się i odszedł.
To nie koniec, teraz staraj się odpychać moje uroku bez żadnej pomocy — odrzucił wytwór Ollivandera w kąt, posyłając mi przy tym wyzywające spojrzenie. Zrobiłem krok do przodu, jednak ten pokręcił głową, jakby mi tego po prostu odradzał. Był zbyt pewny siebie.
Jak mam dać niby radę bez różdżki, skoro ledwo stoję na nogach?! Jest pan idiotą, że nie rozumie tego, że jestem za słaba, że nie potrafię się bronić?! Nic nie potrafię! — krzyknęła wścieła na Svartura, jednak za całym tym oburzeniem krył się przeraźliwy strach. Lęk, którego nie dało się opisać, wyjaśnić. Spojrzała na mnie, aby bez słów prosić o pomoc.
Koniec tego, Svartur. Nie wiem, czego oczekuje od ciebie Albus, jednak zdecydowanie przekroczyłeś granice. Nie pozwolę na to, by moja podopieczna musiała znosić takie zachowanie.
Zbliżyłem się do starszego mężczyzny, jednak mój wzrok spoczął na Marice: — Podejdź, Istoto.
Dziewczyna najwidoczniej zadowolona skierowała się w moją stronę, jednak Svartur był szybszy. Znalazł się przy niej, łapiąc za ramię.
Pokaż mi, czego się tak obawiasz. Legilimens!
***
Ty durna dziewczyno, czy ty cokolwiek potrafisz?!
Młody mężczyzna krzyczał nad skuloną w kącie drobną postacią. Wyglądała na zmęczoną, jej włosy kleiły się od potu, podobnie jak ubrania. Ciężki oddech młodej czarownicy roznosił się po marmurowej sali przeznaczonej do ćwiczeń praktycznych na zajęciach Obrony Przed Czarną Magią. Patrzyła z przerażeniem na swojego nauczyciela, który miażdżył ją nienawiścią swojego spojrzenia. Pogarda była wypisana na jego twarzy, kiedy złapał dziecko za ramię, popychając tym samym na środek sali.
Masz ćwiczyć, co mnie obchodzi, że jesteś zmęczona!
Wymierzył w nią różdżką, na co ona zbliżyła się do mężczyzny.
Profesorze... Proszę, ja już nie daję rady... Muszę odpocząć…
Choć wyszeptała te słowa to jej cichy, błagalny głosik było idealnie słychać.
Zamknij się, ty nic nie warte stworzenie!
Cofnął się kilka kroków, z obrzydzeniem. Jakby bał się, że czymś się zarazi.
Profesorze, ja...
Nie dokończyła. Urok trafił ją w pierś, powodując upadek.
Kazałem ci milczeć! Nie znasz żadnego zaklęcia obronnego? Żadnej tarczy? Myśli, że jak jesteś chora, to możesz odpuścić sobie naukę? A może już teraz zakończę twój marny żywot, skoro i tak masz zdechnąć.
Skończył z sadystycznym uśmiechem, unosząc jej podbródek różdżką.
Jak pan może... Wcale nie jestem bezwartościowa... Nadal żyje — mówiła, wpatrując się w sufit. Najwidoczniej korzystała z tych cennych chwil odpoczynku.
Już niedługo, Snape. Wstawaj — syknął, tykając dziewczynę lekko nogą.
Nie mam siły, ja nawet już nie mogę czarować...
Snape, radzę ci wstać, ina...
Nie skończył mówić. Marika podniosła się szybko do pozycji siedzącej, gdyż inaczej zaczęłaby się krztusić swoją własna krwią. Plama szkarłatnego płynu zalała posadzkę, brudząc przy tym nie tylko ubranie dziewczyny jak i buty mężczyzny. Przetarła usta, drugą dłonią zatykając zakrwawione już oko. Ból przeszył ciało dziewczyny, nie pozawalają jej stanąć na nogi.
Patrz jak nabrudziłaś, kretynko! Wracasz do domu. Koniec zajęć.
Szarpnął za ramię, już osłabionej dziewczyny, teleportując się.
***
Wszystko jasne, więc tego się boisz, kochana — odrzekł bardziej do siebie niż dziewczyny, która z przerażeniem wpatrywała się w niego.
Nie masz prawa stosować legilimencji na uczniu, Svartur! — Przyłożyłem mu różdżkę do gardła, stając przed dziewczyną. — Nigdy więcej tego nie rób — warknąłem, po czym odwróciłem się, łapiąc Istotę za ramię. Opuściliśmy salę.
Szybkim krokiem przemierzaliśmy korytarze, a ja starałem się nie patrzeć na dziewczynę, która mimo wszystko była czynnikiem powodującym te wszystkie problemu. Nie dało się jednak nie zauważyć, że Svartur zdecydowanie przesadził — zdecydowanie jest większym sadystą ode mnie.
Miałem nadzieję, że Albus o tej porze przechadza się po zamku, gdyż nie chciałem znowu pojawiać się w jego gabinecie — to zawsze źle się kończyło. Niestety nie spotkałem starca po drodze, choć prosiłem o to Merlina. Westchnąłem głośno, stając przed kamienną chimerą prowadzącą do gabinetu dyrektora. Zerknąłem na dziewczynę, która wyglądała, jakby tylko siłą woli trzymała się na nogach, nie pozwalając swojemu ciału opaść na ziemię. Objęła się rękoma, starając się powstrzymać drżenie swojego ciała. Strach zawładnął myślami dziewczyny — było to widoczne w jej oczach.
Zastanawiałem się, co Svartur zobaczył w jej umyśle, co doprowadziło Istotę do takiego stanu. Mimo wszystko wyraz jej twarzy był spokojny, jednak nie dało się nie zauważyć, że musiała wracać do wydarzeń, które sprawiły jej wiele bólu.
Miałem już wypowiadać hasło, kiedy Albus wyszedł zza rogu w towarzystwie przeklętego Svartura.
... porozmawiam z nim. Więcej nie pojawi się na twoich lekcjach, Adhamie — odrzekł Dumbledore, dość poważnym tonem. To aż zaskakujące.
Liczę na to, Albusie. Przerwał mi sprawdzanie umiejętności, panny Snape. W takich warunkach trudno jest pracować — ten idiota był lepszym aktorem ode mnie, choć wątpię, by dyrektor tego nie wiedział.
Zrozum go, jest jej opiekunem, swoje obowiązku traktuje nadmiar poważnie... Och! Severusie, właśnie miałem z tobą porozmawiać.
Uśmiechnął się ciepło kiedy mnie spostrzegł. Mój wzrok spoczął na Svarturze.
Tak samo jak ja z tobą, Albusie. Możemy to zrobić na osobności? — Dyrektor wymienił spojrzenie wraz ze swoim przyjacielem, po czym znowu się uśmiechnął.
Oczywiście, Adham zaprowadzi pannę Snape do twoich kwater, Severusie.
Tak się niestety nie stanie. Istota pójdzie z nami.
Uniosłem brwi wyzywająco. Tym razem żaden się nie odezwał.
***
Zasiadłem na jednym z krzeseł przed mahoniowym biurkiem Albusa, które jak zwykle znikało pod mnóstwem najróżniejszych rzeczy, które nie były mu potrzebne. Jedyne czego tu nie widziałem to dokumentów — wydawałoby się, że ten człowiek nie pracował.
Istota siedziała obok mnie. Wyglądało na to, że zrobiło jej się lepiej, kiedy mogła usiąść i odpocząć. Rozglądała się po okrągłym pomieszczeniu pełnym książek — które miałem okazje już przeczytać. Śmieszne, srebrne urządzenia oraz instrumenty, które tłoczyły się pod ścianami, potwierdzały tylko, iż Albus był starym szaleńcem. Nie miałem pojęcia, do czego służyły, nie wiedziałem też, do czego dyrektor je wykorzystywał. Z drugiej jednak strony, po prostu nie chciałem tego wiedzieć.
Portrety byłych dyrektorów dumnie spoczywały na ścianach, uświadamiając, jak długo mury Hogwartu istnieją, by szkolić młode umysły. Uwiecznione postacie na płótnach szeptały między sobą, wpatrując się jednocześnie we mnie oraz pannę Snape. Jak się domyślali, znowu wynikła jakaś nieprzyjemna sytuacja, która umili im te monotonne wiszenie na ścianie.
Tiara Przydziału, której przeznaczone zostało zadanie rozdzielania uczniów do poszczególnych domów, spokojnie spoczywała na regale. Ten wyświechtany oraz postrzępiony kawałek starego materiału krył w sobie mistycyzm, którego wiele osób nie dostrzegało.
Odwróciłem się na dźwięk zamykanych drzwi. Albus stanął nad nami, uśmiechając się pobłażliwie. Skrzyżowałem ręce na piersi, czekając, aż starzec łaskawie zajmie swoje miejsce za biurkiem.
Nie musiałem długo czekać, jednak zanim to zrobił, przygotował zieloną herbatę, którą absolutnie kochałem. Oznaczało to jedno — chciał mnie udobruchać. Czasem Albus był taki przewidywalny, wielka szkoda, że bardzo rzadko.
Wpatrywał się we mnie, a błękit jego oczu przeszywał mnie na wylot. Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz, czułem się, jakby czytał mi w myślach. Zaskakującym jednak było, że jeszcze nie wybuchłem, a wręcz przeciwnie zachowałem spokój — możliwe, że zapach herbaty tak na mnie działał. Szlag by go.
O czym chciałeś ze mną porozmawiać? — zaczął jak zawsze bardzo niewinnym pytaniem. Zgrywał durnia, jakże by inaczej.
Pomińmy tą absurdalną „grę wstępną”, Albusie — odrzekłem spokojnie, nalewając sobie herbaty. — Powiedz mi jedno: po co Istocie opiekun, skoro oddajesz ją później w ręce człowieka, który wysłałby ją najkrótszą drogą do Skrzydła Szpitalnego? — Uniosłem brwi w geście zapytania, jednak on milczał. — Czy nie uważasz, że mogłeś mnie uprzedzić o sadystycznych zapędach twojego łamiącego podstawowe reguły przyjaciela? Jeśli tak mają wyglądać lekcje Istoty z tym mężczyzną, to wolę byś od razu zwolnił mnie z funkcji jej opiekuna. Nie będę na nią tracić czasu, skoro i tak prędzej czy później coś jej się stanie.
Wykrzywiłem usta w kąśliwym uśmiechu, unosząc delikatnie porcelanową filiżankę. Cóż to był za zapach... Albus jednak zbyt dobrze mnie znał. Zamoczyłem usta w napoju, smakując go. Gdybym mógł, to zamknąłbym teraz oczy i udawał, że cały świat zniknął. Jednak nie mogłem. Odłożyłem naczynie na biurko, wpatrując się wyczekująco w Albusa.
Profesor Svartur jest dość... Cóż, ma naprawdę wyjątkowe metody nauczania.
Wyjątkowe? — przerwałem mu. — Uważasz, że atakowanie ucznia jest wyjątkowe? Coraz bardziej mnie zaskakujesz, Albusie.
Nie mogłem uwierzyć, że jednak będzie go bronił.
Źle się wyraziłem, Severusie. Jego metody są inne, jednak to nie oznacza, że są złe. Tu w Hogwarcie nikt też nie pochwala twojego sposobu nauczania, jednakże tak samo nikt nie przerywa twoich lekcji.
Mój spokój zaczynał zanikać. Podniosłem się z miejsca, przecierając oczy z frustrowania. Podszedłem do okna, by popatrzeć przez chwilę na uspakajającą zieleń Zakazanego Lasu. Ciemne niebo ostrzegało, iż dzisiaj słońce odejdzie w zapomnienie, a w jego miejsce zastąpią burzowe chmury, które ofiarują spragnionej ziemi życiodajną wodę. Wielka szkoda, że deszcz nie zmyje brudu tego świata.
Dobrze wiesz, że nie jestem aż tak ordynarny. Nigdy nie skrzywdziłem ucznia, nawet jeśli po szkole chodziły takie pogłoski. Jestem wymagający, jednak nie skrzywdziłem ich fizycznie. — Nikt przecież nie mówił o psychicznym znęcaniu się, które jest w sumie o wiele gorsze. Choć „znęcanie się” to w tym wypadku przesadzone stwierdzenie. — Już nawet nie chodzi o Istotę, ale o innych uczniów, a w szczególności o moich Ślizgonów. Jeśli tylko ich tknie, to przysięgam, że w jego posiłku wyląduje eliksir Męczeńskiej Śmierci. Odpadanie palców oraz wykrwawienie się nie wydaje się najprzyjemniejszą śmiercią, prawda? — mówiłem prawie szeptem, by nie wybuchnąć. Nie mogłem ciągle tracić kontroli, nie tego nauczyłem się jako śmierciożerca.
Albus także wstał, podchodząc do mnie. Istota po prostu nas ignorowała. Zamknęła oczy, odchylając głowę do tyłu. Dyrektor poklepał mnie po ramieniu.
Nie musisz się o nic martwić, to ja poprosiłem Adhama, by właśnie w taki sposób ją sprawdził — przyciszył głos.
Wpatrywałem się w las, próbując ignorować w tej chwili Albusa. Hipokryzja Dumbledore'a była niesamowicie irytująca — zachowuje się, jakby nie wiedział, czego chciał. Nic mnie tak nie wyprowadzało z równowagi, jak jego krętactwo oraz manipulacja innymi. W szczególności, kiedy w to wszystko byłem wplątany ja. Szpiegostwo nie powinno równać się z zachowywaniem jak piesek Albusa. A jednak tak się stało, a ja nie przewidziałem tego, kiedy na pytanie sprzed lat odpowiedziałem „wszystko”.
Nawet nie chce wiedzieć, w jakim celu posunąłeś się do takich czynów. Pewne jest, że jeśli zapytam, nawet nie usłyszę odpowiedzi. Wiem jednak: w przyszłości wszystkiego się dowiem, prawda?
W końcu zaszczyciłem go swoim spojrzeniem.
Masz rację, Severusie. Ta chwila nie jest odpowiednia, byś poznał całą prawdę, po prostu poczekaj.
Odwrócił wzrok ode mnie, by spojrzeć na dziewczynę, która prawdopodobnie usnęła. Ponownie westchnąłem, także byłem zmęczony — życiem.
Jak długo jestem w to zamieszany, Albusie?
Właściwie od samego początku, jednak koniec pytań na tę chwilę. Panna Snape usnęła bądź tak dobry i zanieś ją do Poppy, aby sprawdziła, czy nic jej nie jest.
Od samego początku... Chciałbym, aby ten człowiek choć raz się mylił, by nie chodziło o mnie. Nie chciałem mieć związku z Istotą, nie chciałem być wplątany w sytuację, która prawdopodobnie przywoła już dawno przeze mnie zapomniane wydarzenia z przeszłości. Równie dobrze mogła to być gra Albusa, która miała wzbudzić we mnie poczucie winy, umacniając tym samym manipulacje wobec mnie. Cholerny starzec. Niedoczekanie.
Nie okazuj w tej chwili swojej opiekuńczości wobec niej.
Istota dalej spała w moich ramionach, choć podniosłem ją dość gwałtownie. Rozczarowało mnie to — miałem nadzieję, że się obudzi i rzucę ją na ziemię.
Dotarła tutaj bez większego problemu, więc domyślam się, iż nic jej nie jest. Nie będę zawracał Madame Pomfrey głowy, szczególnie że w tej chwili Skrzydło Szpitalne nie jest zbyt dobrze zaopatrzone.
Mam rozumieć, że zajmiesz się w tym w najbliższym czasie? I nie zapomnij — na pannę Snape nie działają słabe eliksiry, jedynie zwykła kontrola.
Nie byłoby żadnego problemu, gdybym nie miał na głowie jednej kłopotliwej Istoty.
Uniosłem ją lekko, demonstrując, o kogo mi chodzi. Prawie zapomniałem, że trzymam ją na rękach — była przeraźliwie lekka.
Panna Snape ubarwia ci życie, Severusie — zaśmiał się, siadając z powrotem za biurkiem.
Zalewa moje życie kolorami piekła i głupoty, jeśli takie istnieją — prychnąłem, kierując się w stronę drzwi. — Mam nadzieję, że zmienisz swoje metody, Albusie — dodałem, po czym opuściłem jego gabinet.
***
Otworzyłam powoli oczy, zaraz je zamykając, gdyż ból, jaki przeszedł przez moją czaszkę, z pewnością nie różnił się od samobójstwa Wertera — teraz będę konać przez dwanaście godzin.
Svartur nie był dla mnie litościwy, podobnie jak nauczyciel z Ministerstwa — przynajmniej darował sobie poniżanie mnie. Starałam się sprostać temu wyzwaniu, jednak przeceniłam samą siebie — nie byłam na tyle silną. Brak umiejętności magicznych pogrąży mnie w społeczności szkolnej, prawdopodobnie zostanę ofiarą, jeśli niczego się nie nauczę. Mogłabym zrozumieć metody Svartura, jeśli wcześniej dałby mi jakiś znak, czego mam się spodziewać. Jednak atakowanie mnie bez ostrzeżenia było wręcz prostackie i bestialskie. Już nawet nie chciałam myśleć o zachowaniu mężczyzny, po tym, jak mój urok trafił go z powodzeniem — urażona duma przejęła nad nim kontrolę. Swoim zachowaniem doprowadził do tego, iż się bałam. Taki strach odczuwałam tylko w ministerstwie podczas lekcji obrony przed czarną magią, które prowadził jeden z najgorszych ludzi, jakich miałam okazję poznać. Nawet Carey nigdy nie wywołał we mnie takich odczuć jak ten mężczyzna.
Svartur to inna historia, jednak podobna w skutkach. Mimo iż wiedziałam, że nic poważnego stać mi się nie może, to obawiałam się go przez wspomnienia, które wróciły w tamtym momencie. Starałam się bronić, jednak moja magia jak zawsze mnie zawiodła. Kiedy tylko zbyt długo z niej korzystam, ona zanika, moje ciało się zbyt szybko męczy, a stan ten utrudnia prawidłowe funkcjonowanie organizmu. Jednak to prawa ręka oraz oczy cierpią najbardziej. Ból zaszywa się tam głęboko i czeka, by jak najszybciej mnie pokonać. Wstydzę się swojej słabości, boję się jej.
Usiadłam na skraju łóżka, przecierając czoło. Zdałam sobie sprawę, iż jestem ubrana w czarną jak smoła piżamę, która nie należała do mnie. Podniosłam się, po czym skierowałam do salonu, by odnaleźć profesora. Jednak Snape'a tam nie było. Jedynie ogień płonął w kominku, ogrzewając całe pomieszczenie, które właśnie przemierzałam. Zawiedziona usiadłam w fotelu, zamykając oczy. Ciekawiło mnie, gdzie był Snape. Mieliśmy w końcu razem warzyć eliksiry, jednak po tym wydarzeniu mógł się rozmyślić.
Istota wstała jak miło. Twoje lenistwo mnie poraża. — Tak trudno było się przebrać?
Pogarda w jego głosie była idealnie słyszalna. Otworzyłam oczy, uśmiechając się lekko.
Już się robi, profesorze. — Wstałam, od razu kierując się do sypialni. Po chwili jednak się zatrzymałam: — Kto mnie przebrał, profesorze?
Oczywiście, że ja, Snape. W końcu jestem twoim opiekunem, czyż nie?
Uśmiechnął się zjadliwie, krzyżując ręce na piersi. Na mojej twarzy pojawiło się oburzenie.
Jak to pan? — jęknęłam zakłopotana.
Nie mam pojęcia, o czym ty myślisz, Snape, ale jesteśmy w szkole magii. Przebrałem cię za pomocą czarów, idiotko. Transmutowałem twoje ubranie w piżamę. Myśl czasem. — Jego poirytowanie uświadomiło mi, jak bardzo się zbłaźniłam. Merlinie, ale ja byłam durna.
Przepraszam, po prostu nie pomyślałam...
Ty nigdy nie myślisz, Istoto — przerwał mi. — Jak mam takiej osobie pozwolić wejść do mojej pracowni? Nie chcę, by moje laboratorium po twoim wyjściu było w opłakanym stanie.
Na pewno niczego nie zniszczę, profesorze. Mogę jedynie patrzeć, jak pan pracuje — to już samo w sobie będzie fascynujące.
Spojrzałam na niego błagalnie, niesamowicie mi na tym zależało.
W takim razie radzę ci się pośpieszyć, już zacząłem. Spałaś trzy godziny, za dużo czasu bym zmarnował.
Po tych słowach zniknął za drzwiami swojej pracowni. Mnie także już nie było w salonie — musiałam się przebrać.
***
Wpatrywałam się w listę magicznych napoi, które Snape miał przygotować, by odpowiednio zapatrzeć Skrzydło Szpitalne. Eliksir Osłabiający, Wiggenowy, Spokoju, Słodkiego Snu, Wzmacniający, Czyszczący Rany, Regenerujący, Pieprzowy... Było ich mnóstwo, a to jedynie niektóre z nich. Profesor miał niesamowicie odpowiedzialne zadanie w szkole. Gdyby nie on, to większość uczniów po wypadku nie mogłaby otrzymać prawidłowej pierwszej pomocy.
Już się napatrzyłaś? Cudownie. — Wyrwał mi pergamin z ręki, odkładając go na bok. — Jak widzisz, zająłem się już kilkoma eliksirami naraz, by było szybciej. Niektóre są już skończone i bezpiecznie spoczywają we fiolkach. Dla ciebie znajdę coś prostego, byś nie musiała wysilać swojego, już przeciążonego, umysłu.
To naprawdę niesamowite, że warzy pan kilka eliksirów na raz.
Zignorowałam jego chamską uwagę. Lepiej nie wdawać się z nim w kłótnie.
Jestem Mistrzem Eliksirów, Istoto. Gdybym nie potrafił tak prostej rzeczy, to czy zasłużyłbym na tak zaszczytny tytuł?
Zirytowany, podszedł do jednego z kociołków. Zbliżyłam się do niego.
Nachylił się lekko nad naczyniem, by sprawdzić zapach mikstury. Jego nozdrza poruszyły, a usta wykrzywił uśmiech — choć może to za dużo powiedziane — zadowolenia. Chochlą wymieszał miksturę, która zmieniła kolor z pomarańczowego na żółty. Sięgnął po, jeśli się nie mylę, wodę miodową, dodając ją do eliksiru, który teraz z kolei zmienił barwę na głęboki turkus. Zerknął na mnie niezadowolony.
Wiesz, co to za eliksir?
Uniósł brew wyzywająco. Teraz moja wiedza nie mogła mnie zawieść.
Eliksir Wiggenowy? — zapytałam niepewnie, na co ten zmrużył jedynie oczy.
Pytasz się mnie czy wiesz na pewno?
Wiem. To właśnie ten eliksir, profesorze — odrzekłam pewnie. Jedyne co mógł mi zrobić, to znów obrazić moją inteligencję. A tym nie miałam zamiaru się przejąć.
Skąd ta pewność, Istoto?
Zjadliwy uśmiech.
To nie tak, że wiem po zapachu czy konsystencji eliksiru. Jedynie kolor mi pomógł. To szesnasty i siedemnasty punkt w sposobie tworzenia tejże mikstury. Jedynie moja pamięć mi pomogła i spostrzegawczość...
Gdyby nie to, że czytałam miliony razy podręczniki do eliksirów, to nigdy bym nie odpowiedziała na to pytanie.
Wykonaj mieszankę ingrediencji do punktu dziewiętnastego oraz dwudziestego, Istoto. Szybko — odpowiedział, nie patrząc na mnie.
Rozejrzałam się po blacie — na szczęście wszystko było przygotowane. Profesor to perfekcjonista. Składniki zostały ułożone w kolejności, w jakiej miały zostać użyte do utworzenia mikstury. Sięgnęłam za potrzebne ingrediencje: kły chropianka, gałązka mięty, jeden duszony korzeń mandragory, gałązka tojadu, kora wiggem oraz róg jednorożca. Skruszyłam i zmieszałam składniki z moździerzu, jednocześnie kończąc punkt dziewiętnasty.
Zerknęłam na profesora, który przyglądał się moim poczynaniom. Byłam zdziwiona, że nie odczuwam żadnego stresu. Czułam się pewnie w tej czynności — uwielbiałam to. Praktykowałam w pewien sposób magię, tylko bez użycia czarów.
Szybko, jednak dokładnie, wykonałam punt dwudziesty, dodając do mieszanki między innymi kubek soku z grzyba korklumpa. Wręczyłam profesorowi moje skończone małe dzieło. Sprawdził je, po czym dodał do mikstury bez słowa. Uśmiechnęłam się zadowolona — to było największą pochwałą. Po dodaniu krwi salamandry (eliksir stał się zielony), napój był gotowy.
W szafce pod blatem znajdują się fiolki. Napełnij je eliksirem, ja zajmę się innymi miksturami.
Tak jest, profesorze.
Zabrałam się do pracy, która była niesamowicie przyjemna. Mogłabym stąd nie wychodzić.
***
Kolejne dni mijały nieubłaganie szybko. Wraz ze Snape'em dokończyłam swoje zwiedzanie Hogwartu, poznając przy tym najważniejsze miejsca w zamku. Teraz już sama mogłam spacerować po Hogwarcie, a gdy się gubiłam, duchy i obrazy zawsze chętnie pomagały. Często odwiedzałam bibliotekę, przez co pani Pince bardzo mnie polubiła, co łączyło się z zapraszaniem na herbatę oraz ciasteczka. Byłam zadowolona, iż nauczyciele przyjęli mnie z otwartymi rękoma, choć wiedzieli, że utrudnię im pracę przez swoje braki w edukacji.
Na całe szczęście przez te kilka dni nie spotkałam Svartura, który widocznie zniknął z zamku — nie tęskniłam za nim. Po tamtej lekcji zaczęłam się obawiać roku szkolnego, nie chciałam, aby pierwszy września w ogóle nadszedł. Sama myśl o dodatkowych zajęciach z tym mężczyzną przerażała mnie, wyobrażałam sobie niestworzone rzeczy. Możliwe, że to była jednorazowa sytuacja, jednak wolałam zachować ostrożność. Kilka książek z zaklęciami rozbrajającymi oraz obronnymi znalazło się na mojej szafce nocnej — uwielbiałam czytać przed snem, a profesora to nie złościło, bo sam tak robił.
Snape był dość znośnym człowiekiem, który nie potrafił się uśmiechać w przyjemny sposób — nie sądziła, że to w ogóle jest możliwe. Miewał swoje humory, które mimo wszystko mi nie przeszkadzały, aż tak bardzo. Czułam, iż musiałam je znosić, w końcu to jego dom, jako intruz nie miałam nic do powiedzenia. Wyzwiska były dla mnie codziennością, a „Istota” stała się moim drugim imieniem. Bywały chwile, kiedy miałam dość profesora, więc opuszczałam jego kwatery, by się przejść po zamku, po prostu ochłonąć. W innych okolicznościach zapewne bym mu odpysknęła, ale w głowie miałam tylko jedno — szacunek i wdzięczność. Sama jego osoba na mnie tak nie wpływała, raczej jego zaszczytny tytuł Mistrza Eliksirów. Cieszyłam się z możliwości obcowania z takim człowiekiem. W ciągu tych dni pozwalał mi wchodzić do swojej pracowni, pod warunkiem, iż nie ruszę się z miejsca. Chętnie spełniałam tę prośbę, przyglądając się, jak pracuje. To mogło bardzo mi w przyszłości pomóc, gdybym zrezygnowała z prób stania się uzdrowicielem.
Byłam też częstym gościem u pani Sprout, która chętnie przyjęła mnie do pomocy przy swoich cennych roślinach. Zajmowanie się zielonym bogactwem było niesamowicie odprężające, naprawdę to pokochałam. Z początku sobie nie radziłam, Sprout musiała mi pokazać, co robić, by nie szkodzić roślinom. Z czasem jednak radziłam sobie coraz lepiej, choć przede mną wciąż widniała długa droga do tytułu mistrzowskiego.
Wieczory były zarezerwowane na malowanie obrazów nad brzegiem jeziora. Miejsce to było przepiękne, wena sama przychodziła, a pędzel samoistnie tańczył po płótnie, kreśląc za sobą barwne ślady. Kiedy słońce ukrywało się za horyzontem, zamykałam oczy, by ostatni raz poczuć dzienny wiatr na swojej twarzy. Nigdy nie przestałam myśleć, że dany dzień może być moim ostatnim. Choroba mnie tego nauczyła.
***
Ostatniego sierpnia obudziłam się dość wcześnie, by spędzić ostatni dzień wakacji w kreatywny sposób. Oczywiście moje wcześnie było za późno dla Snape'a. Przez te dni ani razi nie widziałam go, po przebudzeniu w łóżku. Późno się kładliśmy, on wcześnie wstawał — jakim cudem miał siłę na te nerwy każdego dnia?
Opuściłam sypialnię już odświeżona oraz przebrana w coś lekkiego. Snape siedział w salonie, czytając Proroka Codziennego, co nie obeszło się bez cichych przeklęć pod nosem.
Co za idioci! — warknął sam do siebie, rzucając gazetę na drugi kraniec kanapy. Odwrócił się gwałtownie, kiedy usłyszał moje kroki.
Dzień dobry, profesorze — przywitałam się, zasiadając w „swoim” fotelu.
Dzień dobry, Istoto — odpowiedział, co było dość zaskakujące. — Wybieram się dzisiaj do Hogsmeade. Niestety musisz odwołać swoje dzisiejsze plany. Idziesz tam ze mną — poinformował mnie, niezadowolony z tego faktu. — Wolałbym się nie narażać dyrektorowi, zostawiając cię samą w zamku bez opieki.
Myślę, że przez te kilka godzin nic mi się nie stanie — starałam się mówić spokojnie. W głębi ducha pragnęłam tam iść. Hogsmeade to w pełni magiczna wioska, nigdy nieodwiedzona przez mugola. Najśmieszniejsze jest to, że myślałam w tym momencie tylko o Miodowym Królestwie. Zastanawiałam się, czy czarodziejskie słodycze różnią się od mugolskich.
Zamknij się, Istoto i idź się przygotuj. Nie mamy całego dnia.
Podniósł się z kanapy, kierując się do drzwi. Po chwili już byłam przy nim z torbą, w której znajdowało się kilka cennych galeonów oraz bluza — kto wiedział, czy nie złapie nas deszcz.
Masz się mnie słuchać, Snape.
Jak zawsze, profesorze.

21 komentarzy:

  1. Jak zawsze, czyli jak nigdy.
    Ces approves.

    Marrie tak bardzo Marysia, ale jednak nasza <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Co tu dużo gadać- świetne jak zawsze! <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny rozdział. Nie wiem dlaczego, ale polubiłam tego sadystę Svartura. Czy to źle?
    Bardzo mi się podoba. Błędów moje zmęczone oko nie dostrzegło.
    Życzę weny. :))

    OdpowiedzUsuń
  4. No siema :D
    Rozdział cacy Postacie cacy kurde wszystko tu jest cacy :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Istoto :) Bardzo mi się podobało.Trening i Snape grożący dodaniem trucizny Svarturovi do jedzenia :D Świetne

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie wiem czemu, ale Snape wydaje mi się nadzwyczaj miły xdd Svartur sadysta i groźba dodania trucizny :D Kuźwa świetne (i powtórzę to jeszcze nie raz xd). Normalnie kocham Twojego bloga & czekam na następne *niecierpliwość tak bardzo xdd* + życzę dużo weny, bo talent już masz ^^

    OdpowiedzUsuń
  7. Siema! xD

    Super rozdział! Jak zwykle genialny!

    Weny, weny i jeszcze więcej weny!

    Pozdrawia ~ Mila

    OdpowiedzUsuń
  8. Hej kochana! Nominowałam cię do LBA! Więcej szczegółów tutaj - http://two-sisters-two-worlds.blogspot.com/ c;

    OdpowiedzUsuń
  9. Więc tak... Ciocia BlackBerry przybyła komentować xD
    *ostrzegam, że ten komentarz będzie pełen błędów, bo piszę z telrfonu*
    Znowu komentuję z telefonu. Ugh, nienawidzę tego, ale jak trzeba to trzeba.
    Rozdział bardzo, bardzo fajny! Podobał mi się opis walk. Głupi facet (nie pamiętam jak się tam nazywał)... Od początku działa mi na nerwy ;-;
    Ale jak on się zaczął fo Marrie przystawiać i Sev chciał go po prostu ukatrupić. Buahahaha *śmiech Gargamela* :D
    Bardzo spodobało mi się, że Marika od razu nie jest taką perfekcyjną czarownicą, która za pierwszym razem wygra z nauczycielem OPCM. Plus za to :)
    Marika i Sev robili eliksiry. Taka pierwsza, niewinna randka hahhahah xDDD
    No i idą do Hogsmeade! Ciekawa jestem co tam wymyślisz! ;)
    Życzę dużo weny i czekam na kolejny rozdział jak i na następną część miniaturki!
    Pozdrawiam cieplutko!

    rebecka-williams---tom-riddle.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  10. Dobra robota :) Naprawdę ciekawie piszesz, a opisy to cudo <3 Oby tak dalej ! Jestem ciekawa co ci chodzi po głowie z Hogsmeade więc czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział :^ Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Jak zawsze twój rozdział pojawia się u mnie w odpowiednich chwilach. Wcześniej przerwa przy pieczeniu ciasta, a teraz pocieszyłaś mnie - strasznie się czuję.:) Ten cały Svartur jest głupi i prostakiem! Jak on śmiał czytać Marice w myślach! :/ Zdziwiło mnie jak zachował się Albus. :O Dziękuję ci jeszcze raz za odpisanie na fb :) W niektórych momentach twój blog doprowadza do śmiechu, ale wiem , że za niedługo będzie coś złego - będzie dużo płaczu prawda? Mam do ciebie pytanie nie dotyczące postów, Czy lubisz film/książkę Władca pierścieni? I czy byłaś na hobbicie w kinie? Zauważyłam że dużo osób pisze tak komentarze.. linijkami? :P Sama bym tak spróbowała, ale to dopiero jak się podszkolę. Niestety, moje komentarze nigdy nie będą się trzymać kupy xD Jak sądzisz dałabym radę? :D Jak już wspominałam jestem dziwna i zazdroszczę postaciom twojego bloga. Są takie rzeczywiste, jakby Severus był z tobą u mnie w domu ! XD O.... Sev i Marika idą do Hogsmeade . Może jakąś herbatkę u pani Puddifoot? :*
    ~~
    Kocham, czytam itd :) Życzę dużo weny, szybko nowego rozdziału i grzecznego Severusa!

    OdpowiedzUsuń
  12. Hejka ;D!

    Kurdę. Chyba od teraz będę komentować wszystkie rozdziały bo mam wyrzuty sumienia, że nie komentuje takiego mega świetnego, cudownego opowiadania xd Ale może to i dobrze xD (bo w ogóle ze mnie taki typowy leń).
    Świetnie piszesz <3 Kocham czytać wszystko co stworzysz.
    Świetny rozdział (jak zawsze...). Svartur tak bardzo denerwujący, mam ochotę mu przywalić i to wspomnienie "nauki" z tym z ministerstwo (wyleciało mi z głowy jak się nazywa). Biedna Marrie. Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału ;>

    Ściskam oraz życzę mnóstwo weny <3
    Dralia Malfoy

    OdpowiedzUsuń
  13. Jejka *.* Svartur, taki sadysta, aktor, lizus....mogę go za męża? :D
    Był Albus i zielona herbatka.....wolę czarną xD
    Już niedługo początek roku.....yay ^^ będzie ciekawie...
    Nie mam siły więcej pisać.....xD
    Pozdrowionka i weny życzę :*
    ~Sally

    OdpowiedzUsuń
  14. Uwielbiam czytać twojego bloga <3

    OdpowiedzUsuń
  15. "Zastawiałem się co mężczyzna planuje, skoro nie przygotował żadnej tarczy czy chociażby manekina do ćwiczeń" - po się przecinek.
    " — Svartur czyś ty oszalał?! — ryknąłem, a echo rozniosło się po pustej klasie." - po Svartur przecinek.
    "— Co się stało Severusie? — zapytał niewinnym głosem, zerkając przez moje ramie na dziewczynę." - przed Severusie przecinek.
    "Mogłem sobie wmawiać, że Svartur to nauczyciel oraz, że będzie uważać, jednak patrząc na jego poczynania, miałem coraz większe wątpliwości. " - przed że zbędny przecinek.
    "Podejrzewałem, że wina za jej obrażenia spadnie na mnie, a Albus jak Albus — spowoduje powrót marzeń o jego śmierci.." - wielokropek ma trzy kropki, a nie dwie.
    " Stwierdziłem, że umywam od tego ręce i niech się dzieje co chce." - przed co przecinek.
    "Jedyne co otrzymał to spojrzenia, które by go zabiło, gdyby miało taką moc." - przed co przecinek.
    "Różnorakie inkantacje rozbrzmiewały w sali, ukazując jej znaczną widzę oraz fakt, iż nie jest tak durna." - chyba wiedzę.
    "— Nie zadowala mnie to co pokazałaś... Sądziłem, że stać cię na więcej." - po to przecinek.
    "— Koniec tego, Svartur. Nie wiem czego oczekuje od ciebie Albus, jednak zdecydowanie przekroczyłeś granice. Nie pozwolę na to, by moja podopieczna musiała znosić takie zachowanie." - przed czego przecinek.
    "— Kazałem ci milczeć! Nie znasz żadnego zaklęcia obronnego? Żadnej tarczy? Myśli, że jak jesteś chora to możesz odpuścić sobie naukę? " - po chora przecinek.
    „Plama szkarłatnego płynu, zalała posadzkę, brudząc przy tym nie tylko ubranie dziewczyny jak i buty mężczyzny.” – po płynu zbędny przecinek.
    „— Wszystko jasne, więc tego się boisz, kochana — odrzekł bardziej do siebie, niż dziewczyny, która z przerażeniem wpatrywała się w niego.” – po siebie zbędny przecinek.
    „Zastanawiałem się co Svartur zobaczył w jej umyśle, co doprowadziło Istotę do takiego stanu.” – przed co przecinek.
    „— Tak samo jak ja z tobą, Albusie. Możemy to zrobić na osobności? — dyrektor wymienił spojrzenie wraz ze swoim przyjacielem, po czym znowu się uśmiechnął.” – dyrektor z dużej.
    „Śmieszne, srebrne urządzenia oraz instrumenty, które tłoczyły się pod ścianami, potwierdzały tylko, iż Albus był starym szaleńcem.” – po ściany zbędny przecinek.
    „ — Pomińmy tę absurdalną „grę wtępną”, Albusie — odrzekłem spokojnie, nalewając sobie herbaty.” – tą, nie tę.
    „ — Dobrze wiesz, że nie jestem aż tak ordynarny. Nigdy nie skrzywdziłem ucznia, nawet jeśli po szkole chodziły takie pogłoski. Jestem wymagający, jednak nie skrzywdziłem ich fizycznie — Nikt przecież nie mówił o psychicznym znęcaniu się, które jest w sumie o wiele gorsze.” – po fizycznie kropka.
    „— Nie musisz się o nic martwić, to ja poprosiłem Adhama, by właśnie w taki sposób ją sprawdził — przyciszył głos.” – pierdol się, Dumbledore! Pf.
    „Hipokryzja Dumbledore'a była niesamowicie irytująca — zachowuje się jakby nie wiedział czego chciał.” – przed czego przecinek.
    „— Masz rację, Severusie. Ta chwila nie jest odpowiednia byś poznał całą prawdę, po prostu poczekaj.” – przed byś przecinek.
    „Otworzyłam powoli oczy, zaraz je zamykając, gdyż ból jaki przeszedł przez moją czaszkę z pewnością nie różnił się od samobójstwa Wertera — teraz będę konać przez dwanaście godzin.” – Ah, Werter. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. „Brak umiejętności magicznych pogrąży mnie w społeczności szkolnej, prawdopodobnie zostanę ofiarą jeśli niczego się nie nauczę.” – po ofiarą przecinek.
      „Taki strach odczuwałam tylko w ministerstwie podczas lekcji obrony przed czarną magią, które prowadził jeden z najgorszych ludzi jakie miałam okazję poznać.” – jakich, nie jakie, i po ludzi przecinek.
      „Mimo, iż wiedziałam, że nic poważnego stać mi się nie może, to obawiałam się go przez wspomnienia, które wróciły w tamtym momencie.” – po mimo zbędny przecinek.
      „Kiedy tylko zbyt długo z niej korzystam ona zanika, moje ciało się zbyt szybko męczy, a stan ten utrudnia prawidłowe funkcjonowanie organizmu.” – po korzystam przecinek.
      „— Już się napatrzyłaś? Cudownie — wyrwał mi pergamin z ręki, odkładając go na bok. — Jak widzisz zająłem się już kilkoma eliksirami na raz, by było szybciej.” – po cudownie kropka, wyrwał z dużej litery. Po widzisz przecinek. I naraz razem.
      „— To nie tak, że wiem po zapachu, czy konsystencji eliksiru.” – przed czy zbędny przecinek.
      „Wraz ze Snapem dokończyłam swoje zwiedzanie Hogwartu [..]” – Snape’em.
      „To mogło bardzo mi w przyszłości pomóc, gdybym zrezygnowała z prób stanięcia się uzdrowicielem.” – stania się.
      „Z początku sobie nie radziłam, Sprout musiała mi pokazać co robić, by nie szkodzić roślinom.” – przed co przecinek.
      „Z jednak czasem radziłam sobie coraz lepiej, choć przede mną wciąż widniała długa droga do tytułu mistrzowskiego.” – z czasem jednak, bo inaczej to źle brzmi.
      „Wieczory były zarezerwowane na malowanie obrazów nad brzegiem jeziorem.” – jeziora.
      — Dzień dobry, Istotom — odpowiedział, co było dość zaskakujące. — wybieram się dzisiaj do Hogsmeade.” – Istoto, literówka. I wybieram z dużej litery.

      Usuń
    2. to, co sądze o rozdziale o wiesz, wiec nie będę już pisać, a polecę do następnego.

      Usuń
  16. Robjo elikiry, wyczuwam mjełość ❤❤❤❤ (͡° ͜ʖ ͡°)

    OdpowiedzUsuń
  17. Jestem już po zajęciach, przeczytam jeszcze ten, no, może jeszcze kolejny rozdział. Mignęły mi pauzy, daj Boże, aby to były wypowiedzi uczniów.
    Nie walnę tak zajebistego koma, jak Acrimonia, chyba że mi się włączy tryb "gderacz", to wtedy możesz się spodziewać litanii. :)
    Domyślam się, że poprzez narrację z punktu widzenia Snape'a i Mariki chciałaś nam pokazać, jak oboje postrzegają świat i siebie nawzajem. To jest fajny pomysł i rzadko się coś takiego zdarza, powiem szczerze, że nigdy nie natknęłam się na opowiadanie, które pisane byłoby w ten sposób (pomijając opowiadanie pisane w postaci listów), a opowiadanie wydaje się jeszcze ciekawsze, jeśli każdy bohater postrzega świat inaczej, ale u Ciebie obraz Snape'a zostaje zaburzony, ba, jest jeszcze skontrastowany z dojrzałą Mariką, co jeszcze bardziej uwydatnia dziecinny charakter Snape'a.
    *oho, tryb "gderacz" aktywowany*
    Nie lubię tego nowego nauczyciela. Jest kropka w kropkę jak ten czarodziej na "C", który pojawił się na początku opowiadania. Matko, dlaczego oni wszyscy się tak nad Mariką pastwią? A Snape staje po jej stronie jak rycerz. On gardzi Gryfonami (baj de łej, do jakiego domu trafiła Marika? Czy ceremonia przydziału mi umknęła?) i tymi "dobrymi" uczniami, a Marika z pewnością jest taką osobą. Nie mówię, że zostawiłby Marikę samą sobie, ale nigdy by na innego nauczyciela nie ryczał, chyba że jego i Marikę łączyłoby uczucie albo jakieś przyjacielskie relacje. Ja absolutnie nie twierdzę, że taka kreacja Snape'a jest zła, każdy ma prawo połączyć go z jakimkolwiek bohaterem, a uczucia Snape'a nie są zarezerwowane tylko dla Lily. Ale skoro Twój Severus naprawdę coś czuje do Mariki (jest to już 13 rozdział, więc sądzę, że nie jest za wcześnie na pierwsze przebłyski, chociaż wiadomo, że najlepiej jest przeciągać, ile się da), to nam to pokaż, bo Snape inaczej się zachowuje, a inaczej myśli. Zaczynam tu już jakieś głębsze analizy... że niby te uczucia są nieuświadomione, że jego ciało reaguje automatycznie, a Snape sobie zaprzecza... Ale nie, to są moje rozkminy, Ty po prostu nie dopracowałaś tego bohatera. Musisz to zmienić, bo Snape jest coraz bardziej komiczny. Jak dotąd jego charakter Cię przerasta, ale wierzę, że sobie z tym poradzisz, bo do niektórych spraw trzeba dojrzeć. :)
    Skąd u Snape'a nagle ta istota?
    Dobra, cofam czepialstwo o istotę. To wspomnienie jest po stokroć... dziwniejsze. Czemu tak dręczysz tę Marikę? Co ona złego zrobiła? Nie dość, że jest chora, to jeszcze nauczyciel się nad nią znęca. Ale to nie jest pierwsza bohaterka, która jest w opowiadaniu dręczona, często się spotykam z postaciami, nad którymi autorzy się pastwią. Nie mówię, żeby im tworzyć sielankowe życie, niech postać jakiś czas pocierpi... Kilka rozdziałów... Ale nie przez połowę opowiadania! Najczęściej oczywiście cierpi Hermiona. Jest gwałcona, bita, poniżana (najczęściej przez Rona, ale nie tylko). Nie byłoby w tym niczego złego, gdyby postać się sprzeciwiła, ale nie, ona musi zawsze być sierotką marysią. Proszę, nie rób z Mariki takiej Hermiony. I (Boże broń!) nie rób ze Snape'a takiego cudownie infantylnego rycerza na białym koniu.
    O nie, tu zniszczyłaś mi Dumbledore'a. Powiem szczerze, że przymykałam oko na tego zniewieściałego, przylepiastego Dumbledore'a, może być to Twoja interpretacja - nie ma problemu. Ale Dumbledore nigdy. Powtarzam - NIGDY. Nigdy nie pozwoliłby na krzywdzenie ucznia. Nawet takiego wrednego i złośliwego, nie mówię już o Marice, która jest chora i wiele przeszła. Wywaliłby takiego nauczyciela na zbity pysk, a nie tłumaczyłby go, że "jego metody są kontrowersyjne" czy jakieś inne cuda.

    OdpowiedzUsuń
  18. Wiesz, jak zinterpretowałam tę rozmowę z Dumbledore'em? Albus jest panią nauczycielką, a Snape, Marika i ten drugi nauczyciel to przedszkolaki, które się kłócą. Nope. Znowu ta kraina Nope. Nigdy nie przypuszczałam, że to powiem, ale CHCĘ KANONU.
    Mam wrażenie, że w Hogwarcie poza Mariką mieszkają jedynie nauczyciele. Nie wspomniałaś ani słowem o duchach, uczniach, o pani Norris, o tysiącach kotów, o sowiej poczcie... Wybiórczo traktujesz opisy, rozpływasz się nad detalami, jednocześnie mając nawet słowem niewspomniane rzeczy, bez których Hogwart nie jest Hogwartem. Konkretne opisy to coś świetnego, fajnie jest napisać, że na ramach obrazów jest pełno kurzu, ale to Ci nie robi całego świata. Ja nadal nie widzę Hogwartu, a postacie zawieszone w próżni pomiędzy zakurzonymi ramami obrazów i fiolkami z różnokolorowymi napojami, w których pływa galaktyka. Żeby detale w opisach odgrywały swoją rolę, trzeba przejść przez ten niższy poziom innych ważnych opisów, które aktywują Ci pisanie o pierdółkach.
    Wieczorami uczniowie mają siedzieć w swoich dormitoriach. Nie można im wychodzić na korytarze, a co dopiero z zamku, więc skąd Marika ma specjalne pozwolenie na spędzanie samotnych godzin nad jeziorem, aby pomalować?
    Zaraz. Jest sierpień? Ach, to wyjaśnia brak uczniów. Więc skąd to wspomnienie, że wszyscy gapili się na Marikę jak sroki w kość, kiedy była przedstawiona? Błoże. Tamta uczta wyprawiona na cześć Mariki stała się jeszcze dziwniejsza. Już wolałam poprzednie wyobrażenie Twojego zignorowania uczniów. Co nie zmienia faktu, że i tak pomijasz wiele istotnych dla Hogwartu szczegółów, zupełnie tak, jakby zamek istniał tam tylko po to, żeby Marika i Snape mogli przenieść swoje "flirty" na jakiś inny grunt.
    Ech, byłam dziś bardzo bezpośrednia, ale wiem, że mocne słowa do Ciebie dotrą i zbetujesz tak to opowiadanie, że będzie dobre. Wiem, że Cię na to stać. Gdybym nie widziała, że z tego opowiadania coś może być, nie wysilałabym się na krytykę.

    OdpowiedzUsuń

Layout by Alessa