poniedziałek, 6 października 2014

Rozdział VIII

Witam. Nie ma to jak napisać rozdział już w sobotę i na wieczór w niedzielę przypomnieć sobie o kilku rzeczach, które miałam wplątać do rozdziału. Dzisiejszy tekst nie jest dobry, raczej słaby i troszku mnie boli to, że nie potrafię wyrazić tego co chcę... *pisze od pół roku* W każdym razie mam nadzieję, że się wam spodoba. Wybaczcie za błędy, tego rozdziały nie poprawiała beta ;;



Tak to było niesamowite — odezwał się znowu ten sam mężczyzna z francuskim akcentem. — A teraz przywitajmy narodową reprezentację Szkocji!
Kibice szkoccy ryknęli gromkimi brawami. Nie zdążyłam nacieszyć się emocjami z niesamowitego występu maskotek, który był tak bardzo magiczny, jednak całkiem w inny sposób niż się mogłoby się wydawać. Bardziej tajemniczy, mroczny, piękny. Westchnęłam pod nosem, żałując, że nie mogę obejrzeć tego jeszcze raz. Spojrzałam w dół, z bramy poniżej wystrzeliło z ogromną prędkością siedem postaci ubranych na błękitno. Nie sądziłam, że tak szybko można poruszać się na miotle. Jak widać Nimbusy 1700* sprawują się doskonale. Od początku powstania spółki Miotły Sportowej Nimbus, te magiczne artefakty pozytywnie szokują czarodziejów na całym świecie. Każdy kolejny twór, tych wspaniałych wizjonerów qudditcha, jest coraz lepszy, doskonalszy.
Patrzyłam zahipnotyzowana na błękitnych zawodników, którzy jak wielkie, niebieskie jastrzębie poruszali się z niebezpieczną gracją po niebie. Kibice szkoccy byli równie oczarowani co ja, po raz kolejny przez boisko przeszła burza oklasków.
Ramsey! — wykrzyknął Francuz, przedstawiając gracza.
Jednek z mężczyzn wysunął się do przodu, by wykonać skompilowaną figurę na miotle i w towarzystwie oklasków swoich fanów odlecieć na bok.
Angrew! Borthwick! Darroch! Keith! Lachlan! — Każdy z zawodników wykonał swoje kilkusekundowe, ale jednocześnie zapierające dech w piersi przestawienie. — Lamont!
Szukający drużyny Szkocji, wzniósł się wysoko do góry, by stanąć na miotle, po czym z niej skoczyć. Cała widownia — nie licząc Snape'a — wydała okrzyk przerażenia, w którym dało się wyczuć nutę zachwytu. Lamont nie był amatorem i bezpiecznie wylądował na miotle. Za ten wyczyn dostał najgłośniejsze oklaski, którym towarzyszyły głośne krzyki i piski.
To było niebezpieczne — powiedział komentator, dzisiejszego wieczoru, po kilku sekundach. Ulga w jego głosie była wyraźnie namacalna, on również się tego nie spodziewał. — A teraz przyszedł czas na reprezentację Kanady!
Ponownie z bramy poniżej wyleciało siedem postaci, tym razem ubranych w perłową biel a ich plecy zdobił szkarłatny liść klonu.
Callmen! Lewis! Jones! Roseow! Lucas! Walker! Iii... Tucker!
Kanadyjczycy nie byli dłużni swoim przeciwnikom, udowadniając także swój wysoki poziom umiejętności w lataniu na miotle. Kibice Kanadyjczyków, jak poprzednio kibice Szkocji, byli zachwyceni swoimi faworytami, a za krótkie występy podziękowali niedługą piosenką.
Po skończeniu jej Francuz zaprosił na boisko sędziego dzisiejszego spotkania, Piotra Zielińca, który pochodził z Polski. Mężczyzna skierował się na środek boiska, trzymając pod pachą drewnianą skrzynię oraz swoją miotłę. Zawodnicy już zajęli swoje pozycje, czekając tylko na gwizdek startowy, który rozpocznie starcie między tegorocznymi, światowymi potęgami w qudditchu. Zieliniec wsiadł na swoją miotłę, otwierając skrzynię, uwalniając przy tym cztery piłki. Skupiłam swój wzrok na złotym zniczu. Skrzydlata kuleczka już po kilku sekundach zniknęła mi z oczu, z radosnym błyskiem skrzydełek. I nagle czas jakby przyśpieszył. Ledwo usłyszałam gwizdek sędziego, który był konsekwencją radosnego okrzyku Francuza oznajmiającego początek meczu, a zawodnicy już bili się o pierwsze punkty.
Nigdy nie widziałam amatorskiego meczu quiddtcha, ale z pewnością różni się diametralnie od tego występu. Zawodnicy obu drużyn już wcześniej popisali się niesamowitymi umiejętnościami, które z pewnością szlifowali ciężko przez lata, jednak podczas meczu wyglądało to całkiem inaczej. Z podziwem patrzyłam, jak grający wykorzystywali swoje zalety, przechytrzając przeciwników. Tempo meczu było naprawdę szybkie... Za szybkie dla moich oczu. Nie wiedziałam gdzie patrzeć i już po kilku pierwszych minutach rozbolała mnie szyja od ciągłego kręcenia nią. Snape nie miał z tym problemu. Był w ogóle niezainteresowany meczem.
Kafla przejął Brothwick, który razem z Angrewem oraz Darrochem ruszyli na słupki bramkowe białej drużyny. W trójkę utworzyli formację w kształcie grotu strzały, ruszając na przecinków z zawrotną prędkością. Jednak Kanadyjczycy nie mieli zamiaru niczego im ułatwiać. Lucas wraz z Walkerem zamachnęli się, uderzając w tłuczka jednocześnie. Ten niebezpiecznie poleciał w stronę szkockich ścigających, rozpraszając ich formację, przy czym Brothwick zgubił kafla. Biała drużyna skorzystała z okazji, przejmując piłkę. Lewis mknął do słupków bramkowych (kibice Kanady oszaleli z radości), a osłaniał go Jones. Nagle Agnew pojawił się przed nimi, Lewis podleciał do góry, to samo zrobił Szkot. Kanadyjczyk puścił kafla, mając nadzieję, że Jones złapie piłkę, jednak nie zdążył. Dorroch mknął już do bramek Kanadyjczyków i...
DORROCH STRZELIŁ PIERWSZĄ BRAMKNĘ! — Nigdy bym się nie spodziewała po Francuzie takiego żywiołu. Komentator krzyczał jednak i tak nie przebił odgłosu dzikiej radości Szkotów.
Ścigający drużyny niebieskiej byli niesamowicie zwinni i zachowywali się, jakby czytali sobie w myślach. Niczym jeden organizm przemierzali boisko. Wspaniali ścigający Kanadyjczyków byli zawsze o jeden krok do tyłu od Szkotów, jednak wszystko nadrabiali niezastąpieni pałkarze. Oboje silni, zawsze z rozwagą i strategią kierowali tłuczka tam, gdzie sobie tego życzyli. Można byłoby pomyśleć, że jest pod wpływem jakiegoś zaklęcia.
Po pierwszej bramce sytuacja się skomplikowała. Kanadyjczycy nie chcieli tracić więcej goli, co w konsekwencji spowodowało, że walka stała się zażarta. Gracja zniknęła na rzecz minimalnej agresji.
Callmen, Jones, Agnew, Darrowch, Jones. Kafel nie miał ani chwili spokoju, ciągle znajdował się w rękach innego zawdonika, oraz sidłach innej drużyny. Tłuczki krążyły nieustannie po boisku, jednak jak na razie zawodnicy byli na tyle zwinni, by unikać żelaznych kul. Obrońcy również nie mieli chwili wytchnienia, choć wydawało się, że Ramsey miał go więcej dzięki „jednemu organizmu” ścigających.
Trudno było ocenić, która drużyna ma przewagę. Jedna bramka o niczym nie świadczyła, a Kanadyjczycy wyglądali na coraz pewniejszych siebie. Ścigający robili coraz śmielsze posunięcia. Callmen wraz z Jonesem zbliżyli się do Agrewa, który mknął w stronę ich bramek, z obu stron a Lewis zaatakował go z przodu. Szkot był zablokowany... Jednak tylko na sekundę. Keith posłał tłuczka prosto w Jonesa, który został uratowany przez metalową kulę swojej drużyny, jednak formacja się rozpadła, a Agrew był wolny. Podał kafla Darrochowi, który pomknął zygzakiem z stronę słupków. Ścigający Kanadyjczyków byli bezradni. Tucker przygotował się do obrony, jednak nie zauważył Angrewa, który po chwili zdobył kafla i strzelił mu bramkę. Kibice ponownie ryknęli, a elfy uniosły się do góry, tworząc na tle ciemnego nieba napis: „Szkocja nie ma sobie równych”, po czym wróciły na ziemię.
Widać szkolenie Agrewa u australijskich Wojowników z Woollongong dało niesamowity efekt! — Skomentował Francuz, który wydawał się bardziej przejęty od niejednego widza.
Przez kolejne trzy godziny można było obserwować nowatorskie posunięcia zawodników obu drużyn, które zachwycały swoją techniką oraz wykonaniem. W tym czasie Szkocja zdobyła kolejne 30 punktów, a Kanada jedynie 10. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie moment po tym, jak Lewis z faulował Angrewa, co prawie spowodowało upadek drugiego mężczyzny. Oboje lecieli bardzo blisko siebie, walcząc o kafla. Lekko podirytowany Lewis, który nie mógł odebrać przeciwnikowi piłki, zaczął się rozpychać łokciami, po czym uderzył Szkota w twarz. Nie można było ocenić czy zrobił to umyślenie, jednak Angrewa w tej chwili na pewno to nie obchodziło. Jedną dłonią puścił miotłę, zakrywając sobie nos. Z między palców zaczęła skapywać mu krew, zachwiał się niebezpiecznie, tracąc równowagę. Sędzie zagwizdał dwa razy, oznajmiając przerwę. Angrew sfrunął na ziemię, nadal zasłaniając twarz dłonią. Lewis poleciał za nim. Przez chwilę myślałam, że Kanadyjczyk zacznie się kłócić, jednak ten szepnął coś przeciwnikowi na ucho, a Szkot w odpowiedzi poklepał go po plecach. Jak się domyślałam, Lewis przeprosił poturbowanego kolegę, wprawiając mnie tym w lekkie osłupienie. Czytałam trochę o tym sporcie i prawie zawsze pisało, że gracze są bezwzględni, a sam qudditch nie jest dla ludzi, którzy lubią przestrzegać zasad. Czyżby dzisiejszy mecz to wyjątek potwierdzający zasadę?
Agnew z nowym nosem wrócił na miotłę, a mecz zaczął się na nowo. Mimo tego, że gra była niesamowita to zaczęło mi się to nudzić... Albo wydawało mi się, że tak jest. Przez pół nocy nie spałam, ekscytując się dzisiejszym dniem, a kiedy już tu jestem, to zaczynam usypiać. Pięknie. Ziewnęłam, śmiejąc się w duchu z samej siebie. Kto jeszcze podczas Finałów Mistrzostw Świata w Qudditchu myśli o śnie? Raczej nikt, tylko ja jestem taka genialna. A nie błąd, jest jeszcze Snape. Usadowiłam się wygodnie na fotelu, starając się nie zasnąć.
***
Nienawidzę tego miejsca, tych ludzi, tego hałasu, tych wszystkich debili. Nienawidzę qudditcha, nienawidzę Albusa, który kazał mi się tu zjawić i tej małej gówniary, która tak bardzo ekscytuje się meczem. Ile czasu mojego życia spędziłem na wpatrywaniu się w czternastu mężczyzn, którzy biją się o jedną piłkę? Na Salazara co za bezsensowny sport! Już na samym początku, kiedy tylko się zjawiliśmy w tym przeklętym miejscu, wiedziałem, że jest to zjazd głośnych i nieodpowiedzialnych osobników. Koszmarem było przeciskanie się przez tłum tych ludzi, aby dotrzeć, na szczęście, do dość cichego miejsce nad jeziorem. Miałem nieskrytą nadzieję, że dziewczyna będzie chciała posiedzieć nad jego brzegiem, a ja z niezadowoloną mina przystanę na ten pomysł. Z czasem się jednak okazało, że Marika ma inne plany.
Po wejściu do namiotu stwierdziłem, że jest jedna rzecz, której najbardziej nienawidzę w Albusie. Tego jego dziwnego poczucia humoru. Jakim prawem mam spać w jednym pokoju z dziewczyną?! To naruszenie mojej przestrzeni osobistej, mojej prywatności! Nie mogłem jej za to winić, ale i tak cały gniew spadł na nią, a raczej spadłby, gdyby chciała komentować całą tą sytuację. Na szczęście miała na tyle rozumu, by zamknąć się i przeczekać mój stan.
Kiedy po raz kolejny przeciskaliśmy się między odrażającymi glizdami, których nazywają kibicami qudditcha, zacząłem sobie przypominać, jakie atrakcje zostały przygotowane na polu namiotowym. Większość zajęć w ogóle mnie nie interesowała (konkurs tańca, karaoke, łapanie znicza na czas), jednak namiot Japończyków był obiecujący. Musiałem tylko naprowadzić dziewczynę, by sama mnie poprosiła o zaprowadzenie jej tam. Poszło szybciej, niż myślałem, gdy zaproponowała mi, abym to ja teraz wybrał kierunek zwiedzania. Zadowolony, szybkim krokiem udałem się tam.
Po prawie siedmiu godzinach od przedstawienia nadal jestem oczarowany talentem Japończyków. Nigdy nie byłem artystą, ale jestem koneserem sztuki i potrafię docenić każdy szczegół w ich narwanych, niesamowitych oraz mistycznych kostiumach, których sam widok zapierał dech w piersiach. Makijaż, scenografia... Wszystko idealnie skomponowane w jedną, magiczną całość. Trzygodzinna historia, która została opowiedziana bez słów, a jedynie muzyka dotrzymywała nam towarzystwa, była przepełniona uczuciami, aż miałem wrażenie, że naprawdę znalazłem się w Japonii. Kolejnym, dość miłym, zaskoczeniem był występ maskotek drużyn. Wiele słyszałem o tym tradycyjnym rozpoczęciu meczu finałowego, jednak nigdy nie sądziłem, że ktoś, użyje do tego Pięknej Magii. Ta dziedzina czarów nie jest zbyt popularna, powiedziałbym, że nawet wyśmiewana, a w szkołach nigdy się o niej nie wspomina. Całej piękno tejże magii polega na tym, że jest sztuką, nie wykorzystuje jej się w walce czy w codziennych czynnościach. Z wieku na wiek coraz mniej ludzi studiowało tę dziedzinę, w konsekwencji sprawiając, ze w XX wieku o Pięknej Magii jest niewiele ksiąg. W Historii Magii wspomniane jest, że Rowena Ravenclaw była pasjonatką w tworzeniu piękna poprzez magię oraz w swoim dzienniku opisała swoje eksperymenty w tej dziedzinie. Wielka szkoda, że jej dzieło zaginęło.
Moje rozmyślenia przerwał mi kolejny krzyk widzów, na co warknąłem pod nosem rozdrażniony. Za głośno... Zdecydowanie za głośno. Zerknąłem na dziewczynę, która po trzech godzinach nie wyglądała już tak żwawo. Jej uśmiech się zmęczył i nie wpatrywała się już w zawodników jak w najlepsze dzieło Leonarda da Vinci — który był czarodziejem, jednak niewiele osób o tym wie. Chcąc się stąd wyrwać, wmówiłem sobie, że jestem głodny, oczywiście nie na tyle, aby od razu stąd iść, ale zawsze to jakaś wymówka. Podniosłem się z fotela, po raz kolejny raz piorunując głośną publiczność. Dziewczyna od razu spojrzała na mnie zaciekawiona.
Zostań, niedługo wrócę. — Odwróciłem się od niej i wyszedłem z loży.
Profesorze... — Zatrzymałem się, jednak na nią nie spojrzałem. — Czy mogę iść z panem? — Merlinie, nawet nie mogę mieć chwili spokoju. Spojrzałem na nią zły.
Chodź — warknąłem. Dziewczyna ostatni raz spojrzała na boisko, po czym ruszyła za mną.
Wrócimy jeszcze, prawda?
Jeśli wcześniej nie złapią znicza, to niestety tak.
Nic już więcej nie powiedziała, jedynie szła za mną. Ostrożnie schodziła, by nie wywrócić się na schodach. Kibice, którzy nas obserwowali byli zdziwieni, że ktoś rezygnuje z meczu. Jak się okazało, nie byliśmy jedynymi, którzy postanowili zrobić sobie przerwę. Wnioskuje, że nie są to, zagorzali fani oraz nie przejmują się, ominięciem momentu złapania znicza. Zastanawiałem się, gdzie znajdziemy jakieś miejsce, by coś zjeść. Ostatecznie znowu moglibyśmy się wybrać do namiotu Japończyków, by pożywić się zdrowym Sushi. Przepłynęliśmy szybko jezioro, po czym skierowaliśmy się w prawie pusty labirynt namiotów. Byłem lekko zaskoczony, gdy zauważyłem dwa tuziny ludzi, którzy bawią się naokoło ogniska, które paliło się na szmaragdowy kolor. Przez chwile przystanąłem,, aby popatrzeć jak strzępy palnego drewna, unoszą się ku górze, by złączyć się z czarnym niebem, po czym jakby z ostatnim tchnieniem błysnąć na żółto i zniknąć. Z myśli wyrzucił mnie krzyk dziewczyny. Od razu sięgnąłem po różdżkę, jednak niepotrzebnie. Zniesmaczeniem patrzyłem na młodą czarownicę, która została zaciągnięta przez młodego Szkota — jak wnioskuję po urodzie — do tańca naokoło ogniska. Zbliżyłem się do nich, mając ochotę odepchnąć od niego dziewczynę. Jeszcze ten wariat zrobi jej krzywdę, a ja będę musiał się tłumaczyć przed Albusem. Marika jednak wyglądała na zadowoloną, gdy tańczyła, wśród dźwięków celtyckiej muzyki. Muzyki, którą uwielbiałem. Nagle zrobiło się cicho, ogień jakby przygasł, jednak się nie zmniejszył. Szkot delikatnie zaprowadził Marikę do jednego z pieńków drzew, by usiadła na nim. Ktoś mnie popchnął w stronę moje podopiecznej, a ja już miałem przeklinać daną osobę, jednak ogień buchnął białym światłem, po czym na tle nieba ukazał się dymne ciała niebieskie. Usiadłem obok dziewczyny, zaciekawiony tym, co miało się wydarzyć.
Młody chłopak, który wcześniej zagonił dziewczynę do tańca, stanął na jednym z większych kamieni, wyciągając różdżkę.
Jak każdy wie Szkocja to jedno z najbardziej magicznych miejsc na Ziemi... — zaczął. Zerknąłem na dziewczynę, która patrzyła na chłopaka niepewnie. Ach, no tak... Nie rozumiała go za dobrze. Cóż, skoro i tak tu jesteśmy... Rzuciłem na nią zaklęcie lingwistyczne.
Teraz go zrozumiesz — szepnąłem jej cicho do ucha, jednak nie wyzbywając się niezadowolonego tonu głosu.
Dziękuje profesorze — odpowiedziała z wdzięcznością w oczach. Prychnąłem i wróciłem do słuchania chłopaka.
To u nas narodziły się legendy o przepięknych istotach zwanych elfami, które mają swoje królestwa w wysokich górach lub mrocznych lasach. W Szkocji jednorożce biegają po swobodnie po łąkach oraz polanach, a w pegazy przecinają niebo swoimi wielkimi oraz niesamowitymi skrzydłami. Piękne syreny żyją w jeziorach i kuszą młodych mężczyzn, by wciągnąć ich w głębiny na wieki. Najróżniejsze migacze zwierzęta w Szkocji mają swoją legendę, której czarodzieje mimo wszystko nie chcą podważać, choć dobrze wiemy, że większość to tylko wymysł mugoli. Z tego wynika, że w tym pięknym kraju nawet mugole są na swój sposób magiczni. — Śmiech zebranych osób. — Przez wieki spisywano w księgach najróżniejsze historię, które opowiadali przywódcy klanów, właśnie podczas takich Ognistych Spotkań. Na dzisiejszym ognisku mamy przyjemność gościć nie tylko rodowych Szkotów, ale także Francuzów, Brytyjczyków, Kanadyjczyków oraz wiele innych narodowości. Ja jako William McBlack VI jestem tu po to, by przybliżyć wam choć trochę wspaniałe legendy Szkocji, które tworzyli, przez stulecia, czarodzieje razem z mugolami.
Historia, którą opowiem, wydarzyła się wieki temu... Albo wczoraj. Dokładnie nie wiadomo, ale przecież czas nie jest ważny. Podczas takich wydarzeń czas się zatrzymuje i nie myślimy o niczym jak tylko o samych przeżyciach... Czy historia jest prawdziwa? Tego nie wiem... Myślę, że nikt tego nie wie, nawet ci naukowcy, którzy chcą udowodnić nieprawdziwość legend, niszcząc przy tym całą magię tajemniczości i mroku. Jednak my zostańmy przy wersji „może” i zachwycajmy się historią lub wyobraźnią ludzi. — Musiałem przyznać, że potrafił budować napięcie...
łnocna Szkocja była zarezerwowana dla magicznego świata. Oczywiście mugole mieli wstęp do lasów czarowników oraz mogli mieszkać na magicznych terenach, o ile nie mieli zamiaru panikować za każdym razem, gdy zobaczą pegaza lub elfkę, która wędruje po lesie niczym bogini. Wydawałoby się, że w tamtym okresie wszyscy żyli w zgodzie i nawet natura szczęśliwa z tego, że nikt ze sobą nie toczy sporów, dawała wielkie oraz urodzajne plony. Jednak prawda była inna... Południową część Lasu Nocy zamieszkiwał od stuleci ród Odium. Były to elfy przybyłe z terenów starożytnego Rzymu, a niektóre z nich znały osobiście Juliusza Cezara. Ród o bogatej kulturze, tradycjach oraz obrzędach miał dwie twarze. Jednego dnia byli niczym arystokraci, którzy patrzyli na innych z góry. Innego zaś bawili się z mugolami w lasach w chowanego. Niektórzy mówili, że to fazy księżyca miały na nich taki wpływ. Północą część lasu zajmował ród Ulciscere. Wampiry, które doradzały nie jednemu władcy Francji, przez co ten kraj stawał się ze stulecia na stulecie światową potęgą. Członkowie tego rodu służyli u Ludwika XIV czy o Napoleona Bonaparte. Przenieśli się do Szkocji z nieznanych przyczyn. Los chciał, aby te dwa rody spotkały się, jednak może nie przewidział, że staną się one sobie wrogie. Na pierwszy rzut oka wydawały się względnie podobne. Kultura, tradycje, bogata historia. Wspaniałość, którą reprezentowali, wprawiłaby w zazdrość nie jednego mugolskiego władcę. Odium oraz Ulciscere często spotykali się na wspólnych wieczerzach, jednak te spotkania nie były przyjazne. Chłód oraz wspólna niechęć do siebie sprawiała, że rody, zamiast zbliżać się do siebie, poprzez wspólne posiłki, oddalały się. Podczas tych spotkań na niczyjej twarzy nie jawił się uśmiech... Prawie niczyjej. „Młody” hrabia William z rodu wampirów, często wpatrywał się, przy czym uśmiechał, w córkę przywódcy rodu elfów — Asterię. Była to piękna elfka, od małego wychowywana na następcę ojca, który był wobec niej opiekuńczy oraz wymagający. Asteria prawie nie miała czasu wolnego, ciągle ćwiczyła magię, strzelanie z łuku, posługiwanie się białą bronią czy zajmowała się roślinami. Wszystko zmieniło się, gdy po jednym z uroczystych posiłków dostała wiadomość, w postaci dymnego kruka od hrabi, który oznajmił jej, że czeka na nią przy Kamiennym Tronie jutro o zmierzchu. Bez zastanowienia, elfka następnego dnia udała się do miejsca, gdzie las miał swoją granice wyznaczoną między dwa rody. Miejsce to nazwano Kamiennym Tronem, gdyż jeśli w przyszłości rody się w jakiś sposób połączą, w tym miejscu ma być wybudowany zamek. Mogłoby się wydawać, że ta chwila miała nadejść. Rody Odium i Ulciscere miały być połączone przez piękną parę Asterii oraz Williama, jednak czy to było takie proste? Czy wielcy przywódcy klanów mogliby się zgodzić na takie świętokradztwo? Ci, którzy wierzą w dobro i miłość ponad wszystko, niech lepiej odejdą, gdyż koniec jest całkiem inny. Elfka spotkała się z wampirem, który już od pierwszego spotkania był oczarowany urodą Asterii. Zaczęli rozmawiać, a ich konwersacja była jedną z tych, która mogłaby się nigdy nie skończyć. Niczym przyjaciele zdradzali sobie tajemnice swojego życia, które była tak bardzo podobne. Oboje dziedziców, przyszli przywódcy śmiali się i radowali jak nigdy wcześniej. Jednak nic nie trwa wiecznie... Asteria musiała wracać, gdyż nikt nie wiedział o jej zniknięciu. Przygnębiony William zaproponował Pakt Krwi — znany każdemu w każdym okresie. Dla elfów Pakt krwi oznaczał "na zawsze". Na zawsze miłość, na zawsze przyjaźń, na zawsze nienawiść. To zależało od dawcy, od pieczętującego. Asteria zgodziła się niepewnie. William przeciął swoją dłoń, by zaraz potem zrobić to elfce. Ich krew się złączyła, po czym wampir zamknął oczy i zaczął przypieczętowywać pakt. Oboje mogli poczuć ciepło, bojące od drogiej osoby, a gdyby w tej chwili jakaś osoba przechodziła obok, dostrzegłaby światło bijące od ich złączonych dłoni. William przypieczętował „na zawsze miłość”, jednak nie powiedział tego Asterii, myśląc, że sprawi, by ta się w nim zakochała, gdyż ją miłował od wielu lat. Elfka była pewna, że pakt obejmował obietnicę „na zawsze przyjaźń”, więc niedoinformowana, pocałowała przyjaciela w policzek, po czym wróciła do zamku.
Spotykali się tak przez kilka miesięcy, by rozmawiać, żalić się i śmiać. William coraz bardziej zakochiwał się w Asterii, która stała mu się najbliższą osobą. Za to elfka traktowała Williama niczym starszego brata, którego kochała, ale w inny sposób. Podczas pewnego spotkania Asteria oznajmiła Willowi, że wychodzi za mąż. Wampir nie wierzył w to, co słyszał. Pękło mu serce, które niby nieżywe a biło tylko dla dziewczyny. Kochał ja ponad wszystko, myślał, że i ona go kocha. Sądził, że połączą rody i będą żyć razem przez wieczność. Nie mógł się jednak na nią złościć, chciał przypomnieć o Pakcie, jednak wiedział, że nie może. Ona niczego nie wiedziała, bał się jej reakcji, swojego ojca, króla elfów. Musicie wiedzieć, że konsekwencją złamania Paktu jest śmierć. Wiedział, że jeśli ona wyjdzie za mąż, to odejdzie, już na zawsze. Jednak milczał, udając, że cieszy się z jej szczęścia. W dniu ślubu Asterii wiedział, że musi ją powstrzymać, by nie umarła... Nie umarła przez jego egoizm i bezmyślność. Zastanawiacie się, czy zdążył? Nie. Asteria umarła w ramionach Luciusa — swojego wybranka — który nie mógł zrozumieć, uwierzyć w to, co się stało. Po tygodniowej żałobie oraz pogrzebie, Król Elfów odkrył bliznę na ręce córki. Domyślił się co, to było, domyślił się, kim był Pieczętujący, gdy zobaczył Williama na ślubie Asterii. Wypowiedział wojnę rodowi Ulciscere. Kiedyś Las Nocy był pięknym miejsce, pełnym spokoju i ciszy. Dzisiaj stał się Lasem Mrocznego Dnia, a wojna, która wybuchła przez nieszczęśliwą miłość wampira pamiętana jest do dzisiaj jako Krwawa Wojna Miłości.
Szkot skończył mówić, ze smutnym uśmiechem na twarzy i podszedł do ognia, a jego oczy błysnęły szkarłatem. Oczywiście to mogła być gra światła oraz wpływ opowieści na moją wyobraźnię, jednak te same imiona nie dają mi spokoju. Dziewczyna, jak i reszta obecnych, wyglądali na zszokowanych. Sam czułem jakąś pustkę i potrzebę szczęśliwego zakończenia... Czy każda miłosna opowieść musi się kończyć śmiercią jednego z kochanków? To była trzecia rzecz, która sprawiła, że nie żałowałem przybycia na finały. Już chciałem wstawać, jednak Szkot kontynuował.
Podzieliłem się z wami legendą, której nie opowiadano przez lata, zostaliście jednymi ze wtajemniczonych... — Zaśmiał się. — Proszę was, abyście pozostali w kontakcie, chociaż z jedną z osób tutaj obecnych, by nasza więź nigdy nie zniknęła.
Machnął dłonią, a na kolanach wszystkich zebranych pojawił się pergamin oraz pióro.
Napiszcie swój adres lub szkołę oraz podajcie kartkę osobie siedzącej z prawej strony. Pisanie listów jest jednym z najlepszych sposobów na utrzymanie kontaktu, tworzenie więzi, przyjaźni... A może w bliskiej lub dalekiej przyszłości staniecie się sobie najbliższymi ludźmi i podziękujecie mi za ten wieczór, za ta opowieść i jak się domyślam dla was niedorzeczny pomysł. Tak... Dzielenie się adresem z osobą, której się nie zna, może wydawać się dziwne.
Dziwne? Nawet bardzo... Szkot usiadł z boku, patrząc na zebranych, niektórzy już zaczęli skrobać swój adres na kawałku pergaminu. Oczywiście ja tego nie miałem zamiaru zrobić, nie tylko dlatego, że wydawało mi się to bardzo głupie, ale także z powodu takiego, że po mojej prawej stronie siedziała panna Snape — która także postanowiła wziąć udział w tej farsie. Miałem o tyle szczęścia, że po mojej lewicy nie siedział nikt, z czego byłem niesamowicie zadowolony. Marika skończyła pisać, po czym podała swój pergamin dziewczynce, która siedziała obok niej. Prawdopodobnie była trzynastko, może czternastoletnią Francuską. Jej rude włosy opadały delikatnie na ramiona, szmaragdowe oczy śmiały się wesoło do Mariki, kiedy ta wręczyła jej swoją karteczkę. Była naprawdę urodziwą panienką, dziecko, które wyglądało na mądre i wychowane.
Poczułem czyjaś dłoń na swoim ramieniu. Poderwałem się z miejsca.
Spokojnie proszę pana. — Uśmiechnął się Szkot. — Zauważyłem, że nie wymienia się pan z nikim adresem.
Nie muszę. Już znam osobą, która siedzi po mojej prawej stronie. — Niestety.
Nie chodzi mi o poznanie, ale o poznanie, jeśli pan rozumie. Więź i znajomość...
Będę ją uczył, uznaję to za wystarczającą więź. — Szkot zerknął na Marikę, która prawdopodobnie wymieniała się imieniem i nazwiskiem z młodą Francuską.
Myli się pan. — Po tych słowach odszedł ode mnie.
Lekko podirytowany, złapałem dziewczynę za ramię, ciągnąc w górę.
Dziękujemy za opowieść. — Kiwnąłem głową i skierowałem się w stronę naszego namiotu, darując sobie Japończyków.
Kiedy podziękowałem za historię, moje myśli znowu zajęły się analizowaniem jej. Nie chciałem myśleć o tej legendzie, która prawdopodobnie została wymyślona — a raczej na pewno skoro w książce Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć jest mowa o elfach, jednak innych, a dokładnie takich, jakie wdzieliśmy dzisiaj podczas prezentacji maskotek. Ludzkie elfy zostały wymyślone przez mugoli.
Wszedłem do namiotu, kierując się od razu do kuchni. Nie miałem pojęcia, jak funkcjonują tego typu noclegi, jednak miałem nadzieję, że w szafce jest cokolwiek, co mógłbym zjeść z młodą czarownicą, która także z pewnością jest głodna. Nie rozczarowałem się. Marika usiadła na kanapie w salonie, a ja zacząłem przygotowywać posiłek. Cholera, czuje się jak głupia niańka tej dziewuchy.
Ty! — krzyknąłem, dziewczyna zaraz pojawiła się w progu kuchni.
Tak, profesorze? — Niby mówiła do mnie, a myślami była gdzie indziej. Nawet znam powód jej „nieobecności” duchowej.
Przestań rozmyślać nad opowieścią i pokrój warzywa... Ja zajmę się rybą. Chyba że nie chcesz jeść. — Było mi to względnie obojętne. Nie czekając na jej odpowiedź, wróciłem do tego obślizgłego stworzenia morskiego, które musiałem zamienić w pyszne danie. Nic prostszego.
Już biorę się do pracy.
Jak powiedziała, tak zrobiła. Usiadła przy stole, po czym zaczęła obierać warzywa wybrane przeze mnie. Robiła to dość płynnie, chociaż niepewnie. Cóż, trudno się spodziewać, aby podczas choroby pomagała matce w przygotowywaniu obiadów. Zauważyła, że się na nią patrzę.
Ćwiczyłam... Do eliksirów. Musiałam to robić, by idealnie przygotowywać składniki.
Po tych słowach wróciła do przerwanego zajęcia. Nie specjalnie mnie to obchodziło, ale poczułem pewien rodzaj dumy. Ćwiczyła, przez eliksiry.
Po godzinie obiad był gotowy, oboje zasiedliśmy do smażonej ryby z sosem warzywnym. Nic specjalnego, jednak musiałem przyznać, że wyszło mi wręcz idealnie. Zabrałem się do jedzenia z cichym „smacznego”. Na moje nieszczęście, znicz nie został złapany — poinformowałby mnie o tym krzyki oraz „dzikie orgie” kibiców. Dziewczyna jadła swoją porcję w ciszy, od czasu do czasu spoglądając na mnie. Nie wytrzymałem.
O co ci chodzi? — warknąłem na nią, na co ona spojrzała zdziwiona.
Mnie?
A komu innemu, kretynko? Przecież jesteśmy tu sami. — Co za tępota.
Nie rozumiem, o co panu chodzi... — powiedziała niepewnie, odsuwając talerz od siebie. — Dziękuję, najadłam się. Było niesamowicie pyszne.
Na naczyniu została przynajmniej połowa, pierwotnej porcji.
Nie uważasz, że powinnaś jeść więcej? Wyglądasz jak anorektyczka w pierwszym stadium choroby. — Nie obchodzi mnie jej zdrowie, jednak powinna pomyśleć o sobie. Była przeraźliwie chuda.
Nie mogę jeść więcej. Mam skurczony żołądek, profesorze. — Uśmiechnęła się lekko. Merlinie, dlaczego ona to robi?!
Nie odpowiedziałem jej na ten komentarz. Kiedy i ja zjadłem, pozmywałem naczynia — za pomocą magii — i poszedłem się przebrać. Dziewczyna zrobiła to samo, jednak w łazience, zostawiając dla mnie sypialnie. Miałem nadzieję, że nie będę musiał więcej z niej korzystać i ten koszmar skończy się jeszcze dzisiaj.
***
Minęło kilka godzin, a sytuacja między drużynami nie zmieniła się za bardzo. Szkocja dalej wygrywała znaczną ilością punktów, jednak Kanada nie miała zamiaru się poddawać. Dziewczyna siedziała w fotelu, nadal wyglądała na nieobecną. Widocznie się nudziła, jednak nie porzuciła możliwości zobaczenia złapania znicza, przez jednego z szukających. Osobiście miałem ochotę strzelić sobie w głowę z mugolskiej broni. Nie mogłem wytrzymać już tego zgiełku, no i ile czasu można się wpatrywać w latających mężczyzn na miotłach?! Rozumiem godzinę, ale nie siedem. Nie mogłem już usiedzieć w fotelu, który po takim czasie stał się niczym kamień. Żałowałem, że nie zabrałem ze sobą jakiejś książki, by czymś się zająć.
I wtedy zaczęło się coś dziać — poinformowała mnie o tym reakcja widowni. Widocznie szukający Szkocji zauważył znicza, który przez te cholerne siedem godzin nie pojawił się ani razu. Lamont niczym błyskawica ruszył za złotą kulką, jednak Kanadyjczyk nie chciał mu niczego ułatwić. Oboje ramię w ramię przemierzali boisko, przepychając się łakociami, jednak sędzia nie uznał tego za faul. Nagle znicz zniknął — na moje nieszczęście — a szukający obu drużyn, rozdzielili się. Na chwałę Merlinowi, na niedługo. Znicz zbliżał się niebezpiecznie ku ziemi, a Lamont oraz Tucker ruszyli za nim z dwóch innych stron. Wydawałoby się, że Lamon jest bliżej, przyśpieszył i... Merlinie... Jeszcze w życiu czegoś takiego nie widziałem. Czysty debilizm, brak precyzji. Szukającemu błękitnej drużyny znicz przeleciał kilka milimetrów od palców... Z pewnością czuł już złotą piłeczkę, pod swoimi opuszkami. Jedna cześć widowni ryknęła zawiedziona oraz zdruzgotana, za to druga wiwatowała z wygranej Kanady. Tucker skorzystał z okazji i pochwycił znicza, kiedy miał okazję.
KANADA WYGRAŁA! — Krzyknął podniecony Francuz. — CO ZA ZASKOCZENIE, BRAVA DLA ZWYCIĘSKIEJ DRUŻYNY!
Drużyna niebieska była w szoku. Wygrywali ponad stoma punktami, sam musiałem przyznać, że ścigający byli niesamowici i odwalili kawał dobrej roboty, a Lamont wszystko zepsuł, przez swoją nieudolność. Marika też wyglądała na przejętą, chociaż nie tak bardzo, jak na początku meczu. Zaklaskała lekko w dłonie, po czym wychyliła się lekko za barierkę, aby obserwować wręczanie pucharu zwycięzcą. Kilka honorowych pętli ze strony Kanadyjczyków, ognisty lot feniksa oraz fajerwerki bahanków zakończyły finałowy mecz.
Ruszaj się. Mam godzinę na aktywację twojego naszyjnika.
Dobrze wiedziałem, że teraz każdy jak najszybciej będzie chciał opuścić stadion, więc złapałam Marikę za nadgarstek, po czym zacząłem ją za sobą ciągnąć, by się nie zgubiła. Fala, nadal wrzeszczących ludzi, uderzyła w nas z ogromną siłą. Merlin mi świadkiem, że niewiele brakowało, a rzuciłbym na tych kretynów jakimś niewybaczalnym. Po niespełna dwudziestu minutach przepychanek udało nam się wydostać ze stadionu, po czym prawie od razu znaleźć wolną łódkę — co było dziwne, przy takiej ilości ludzi. Dotarliśmy na drugi brzeg, od razu kierując się do namiotu. Największym oraz niepożądanym zaskoczeniem, było zobaczenie Zgredka — skrzata domowego Lucjusza — przed moim namiotem... Co ten cholerny arystokrata sobie wyobraża? Skrzat zaprosił mnie gestem ręki do środka, a ja zwróciłem się do dziewczyny.
Czekaj tu rozumiesz? Nie ruszaj się z miejsca, nawet o tym nie myśl. Po prostu czekaj, aż Cię zawołam.
Profesorze...
Zamilcz — warknąłem, zdenerwowany. — Słuchaj, co się do ciebie mówi. Zaraz wracam.
Wszedłem do namiotu, Lucjusz siedział w fotelu, popijając wino. Bawił się swoją laską, wpatrując się we mnie.
Witaj Severusie — wredny uśmieszek pojawił się na jego twarzy.
Malfoy, zabiję cię.
***
Nadal byłam rozkojarzona po historii, opowiedzianej przez Szkota... Była piękna i niesamowicie przygnębiająca. Miłość to kapryśne uczycie... Egoistyczne... Zresztą co ja mogę o tym wiedzieć? Pocieszający był fakt, że będę mogła nawiązać z kimś bliższy kontakt i to jeszcze z osobą z Francji. To była niesamowite pomimo tego, że dziewczynka była naprawdę młoda. Trzynastoletnia Lena Devoux uczęszczała do Akademii Magii Beauxbatons, największej szkoły magicznej we Francji. Była sympatyczną i jak na swój wiek mądrą oraz inteligentną dziewczyną. Mówiła płynnie po angielsku z charakterystycznym akcentem swojego ojczystego języka. Była naprawdę piękna, a zazdrość moją na pewno dało się wyczuć. Rude włosy, szmaragdowe oczy... Połączenie idealne. Wymieniłyśmy się adresami oraz obiecałyśmy sobie, pisać do siebie co dwa tydzień, od pierwszego września. Już się nie mogłam doczekać jej pierwszego listu.
Byłam zbyt przejęta perspektywą konwersacji listowej z młodą Francuską — a legenda nadal nie dawała mi spokoju — by ekscytować się fenomenalnym, a może żałosnym zakończeniem finałów. Właściwie nie chciało mi się rozmyślać nad nieudolnością szukającego Szkocji... Prawie dwadzieścia minut przedzieraliśmy się do wyjścia, kilka razy prawie upadłam, jednak wydostaliśmy się z boiska. A teraz stoję przed moim namiotem, patrzę na — jak się domyślam — domowego skrzata i zastanawiam się, kto teraz rozmawia ze Snape'em, dlaczego nie mogę wejść do środka oraz dlaczego profesor był taki zdenerwowany? Westchnęłam głośno, przecierając oczy. Byłam zmęczona, spać mi się chciało i praktycznie nie wiedziałam co się dzieje dookoła. Patrzyłam na jezioro, przez które przepływała ponad setka łódek wraz, z nadal mocno podekscytowanymi, widzami. Szkoci przybici, jednak uśmiechy pozostały na ich twarzach, Kanadyjczycy śpiewali, tańczyli, puszczali fajerwerki... Rozbolała mnie głowa od tego.
Żałowałam, że nie przespałam pół nocy, bo może wtedy zauważyłabym młodą, różowo-włosą dziewczynę, która pędziła w moją stronę i fatalnym trafem wpadła we mnie, przewalając boleśnie na ziemię. Jęknęłam, gdyż prawą ręką uderzyłam o kamień, a dziewczyna leżała na mnie.
Przepraszam... — wyjęczała, podnosząc się na rękach. Spojrzałam na nią, nadal leżąc na ziemi. Wyglądała jak punk, a jej jaskrawe, różowe włosy rzucały się w oczy nawet w nocy. — Jestem niezdarna z natury, a ty taka drobna, że cię nie zauważyłam — wyciągnęła do mnie rękę, skorzystałam z pomocy.
Kiedy się podniosłam, pomogła mi się otrzepać z piachu, ręka nadal bolała. Dlaczego prawa? Jak będę rysować?
Nic ci nie jest? Mam nadzieję, że nie zrobiłam ci krzywdy młoda — zapytała zmartwiona, ale z rozluźnieniem.
Marika... Mów mi Marika... — Lekko podirytowana wyciągnęłam do niej kontuzjowaną rękę.
Jestem Tonks... Właściwie to Nimfadora, ale nienawidzę swojego imienia, jak mama mogła mnie tak skrzywdzić? — Zapytała sama siebie z oburzeniem, bo czym się rozpromieniła. — W każdym razie jestem Tonks albo Dora dla przyjaciół. Skąd jesteś? Wyglądasz na Angielkę, a nigdy nie widziałam cię w Hogwarcie...
Jestem Angielką, ale... — Zastanawiałam się, czy jej powiedzieć, czy nie... Cóż, będę grać. — Jestem mało widoczna, jak widzisz... Chowałam się po kątach — nieśmiały uśmiech z mojej strony dla pozorów.
Wszystko jasne. Do zobaczenia w nowym roku szkolnym. Specjalnie cię znajdę i zatruje ci życie! Trzymaj się.
Po tych słowach dziewczyna zniknęła w tłumie ludzie. Merlinie... Właśnie zdobyłam koleżankę...
Wtedy z namiotu wyszedł przystojny mężczyzna, z długimi, prawie białymi włosami. Po jego ubiorze oraz postawie mogę stwierdzić, że był arystokratą. W prawej ręce trzymał laskę. Spojrzał na mnie zimnym spojrzeniem i w przeciwnym kierunku. Skrzat pobiegł za nim. Z namiotu wychylił się Snape.
Ty! Chodź tu — warknął.
Mam imię... Zmrużyłam brwi, ale zrobiłam, co kazał.
***
Malfoy, zabiję cię.
Severusie co tak ostro? — Zaśmiał się, po czym wskazał ręką na kanapę. Albus... Po prostu istny Albus! Usiadłem w drugim fotelu, by być dalej od niego — nie chce się na niego rzucić.
Co ty tu do cholery robisz, jeśli mogę wiedzieć, mości panie — syknąłem.
Dowiedziałem się, że będziesz na mistrzostwach. Nie tylko Albus rozmawiał z francuskim dyrektorem Departamentu Magicznych Gier i Sportów. Wiedz, że koledzy po fachu też musieli o tym podyskutować, a dobrze wiesz, że taki urzędnik niczego przede mną nie ukryje.
Nadal mi nie wyjaśniłeś, po co zaszczyciłeś mnie swoim przybyciem.
Powstrzymywałem się, aby nie krzyczeć. Sam nie wiem, dlaczego byłem tak zdenerwowany. Ach... Może dlatego, że nie chciałem pokazywać się przed Lucjuszem z moją podopieczną — dla niego uchodzę za niańkę, dla siebie zresztą też. A może nie chciałem, aby Marika poznała Lucjusza... Nie chce by życie prywatne i zawodowe — jeśli tak to można nazwać — łączyły się ze sobą.
Pomyślałem, że sprawdzę, jak Szkoci sobie radzą. Musisz przyznać, że tylko ścigający ratowali tę drużynę, a szukający... Czekam na jego głupie i bezpodstawne tłumaczenia w Proroku. Ludzie takiego pokroju, zawsze muszą mówić więcej, niż powinni. — Uśmiechnął się drwiąco. — Przy okazji mogę sprowadzić, jak sobie radzisz ze swoimi obowiązkami. Namiot Japończyków? Och, Severusie, jesteś taki sentymentalny.
Lucjuszu. — Mój głos mógłby przecinać szkoło. — Naprawdę nie interesuje mnie, co o tym myślisz. Zdecydowanie wolałem to, niż bandę głośnych ludzi, którzy mają mentalność najgorszego gryfona. Ach i z łaski swojej nie śledź mnie, a także informuj na następny raz o takim najściu. Naprawdę oszczędzisz mi nerwów.
A gdzie panna Snape? — Nie wyglądał na przejętego, a ostatni wyraz wypowiedział tak jadowicie, jakby był żmiją.
Przed namiotem, czeka na mnie. Lucjuszu, wyjdź stąd, teleportuj się... Cokolwiek. — Miałem dość tego, jego szpiegostwa oraz samego jego. Wstał.
I tak muszę się zbierać, czekaj na mój list. Kiedyś mi ją przedstawisz. Dlaczego? Ponieważ tego chcę. — Uśmiechnął się szelmowsko, po czym wyminął mnie i opuścił namiot.
Odetchnąłem z ulgą. Naprawdę nie miałem ochoty dzisiaj na zabawy Lucjusza w poniżanie innych. Wychyliłem się z namiotu.
Chodź tu.
Wróciłem do namiotu. Mieliśmy jeszcze piętnaście minut do aktywacji świstoklika. Spakowałem siebie, jak i dziewczynę zaklęciem, po czym opadłem na kanapę. Marika pojawiła się w środku, zajmując jeden z foteli. Zerknęła na swoją spakowaną torbę.
Dziękuję, profesorze.
Nie odpowiedziałem, nie obchodziły mnie jej podziękowania. Gdyby nie ona w ogóle by mnie tu nie było, nie musiałbym znosić upokorzeń ze strony Lucjusza. Jednak, gdyby nie ona to nie obejrzałbym przedstawiania Japończyków, ominąłby mnie pokaz Pięknej magii w występie maskotek oraz nie usłyszałbym opowieści Szkota. Może było wart? Może...
Czas do aktywacji świstoklika przeczekaliśmy w milczeniu, nikomu nie zbierało się na zwierzenia. Żadne z nas nie chciało rozmawiać. Jedynie obserwowałem ją — bo innego zajęcia nie miałem. Co jakiś czas łapała się za nadgarstek i pocierała go. Czyżby na chwilę mojej nieobecności coś jej się stało? Czy ta dziewucha potrzebuje wiecznej kontroli? Merlinie... Nie chciałem o tym myśleć, przez taką błahostkę i tak Albus nic mi nie zrobić.
Wstawaj — odezwałem się do niej, po czym sam zrobiłem to samo. Zmniejszyłem swój bagaż, który włożyłem do kieszeni, a dziewczyna zarzuciła torbę na ramię. Podeszła do mnie, w ogóle nie skrępowana, patrząc na mnie. Właściwie nasze oczy spotkałyby się, gdyby nie fakt, że ja starałem się nie zwracać na nią uwagi. Ignorancja jest najlepsza.
Przestań — syknąłem, jedynie.
Przepraszam... — Przynajmniej wiedziała, o co chodzi. Zajęła się swoimi butami.
Musiałem zrobić to, co wtedy... Cholera, naprawdę nie chciałem jej dotykać. Może po prostu zignoruje fakt, że ta niezdara po wylądowaniu, najpewniej zapozna się z podłogą trochę bliżej, niż to konieczne. Jednak czy taki upadek nie będzie poważniejszy od bolącej ręki? Będzie... Szlag by cię Albusie. Westchnąłem cicho, po czym objąłem ją, tak samo, jak poprzednim razem, zasłaniając oczy. Drugą ręką złapałem jej naszyjnik. Dziewczyna nawet nie drgnęła, nie wydawała się zaskoczona. Coś szarpnęło mnie za pępek, zamknąłem na chwile oczy, a gdy je otworzyłem, staliśmy już w salonie Mariki. Puściłem ją szybko, przybierając maskę obrzydzenia i podirytowania.
Dziękuje profesorze...
Ile razy będziesz mi za to dziękować? Mówiłem ci, że nie robię tego dla Ciebie.
Dziękuję za to, że pan wybrał się ze mną na te finały... Mimo tego, że nie lubi pan qudditcha. — Nie odpowiedziałem, zostałem do tego zmuszony. Inaczej bym nawet o tym nie myślał. — Mam nadzieję, że książki panu służą.
Tak, nie narzekam. A teraz wybacz, udam się do siebie. Moja praca została zakończona. Następnym razem spotkamy się w Hogwarcie, pierwszego września. Kiedy znajdziesz się w szkole, masz nikomu nie opowiadać o tym wszystkim. Rozumiesz? — powiedziałem ostrym tonem. Nie miałem zamiaru pozwolić tej kretynce, na plotkowanie o mnie po szkole.
Oczywiście, że tak, profesorze. Do widzenia.
Do widzenia.
Znalazłem się u siebie. Wyjąłem z kieszeni bagaż, powiększając go, po czym rzuciłem na fotel. Dopiero teraz zorientowałem się, że do torby przyczepiona jest gałązka wiśni, związana zieloną kokardą. Kiedy ona to zrobiła?

26 komentarzy:

  1. Jejkaaa...czyżbym była pierwsza? *wygrała życie* :3
    Nowy rozdział, humorek mi poprawił.
    Humor: Serio? O.o
    Całość nieziemska (*żuli o oddanie talentu* Co? I tak ci go dużo pewnie nie potrzeba xD).
    Więcej Dumba...*szczerzy zęby* Jak już wspominałam 100000000000 razy, nienawidzę go w książce, ale w Twoim opku jest powalający.
    Coś czuję, że jestem bardzo blisko pokochania TEGO (bo książkowego kocham od pierwszej części :D ) Severusa...Co mi nie gra? Pfff...nie wiem :P
    SALLY CHCE WIEDZIEĆ O TAJEMNICACH RODZINNYCH PANNY SNAPE ;; MUSI XD
    Wspominałam, że rozdział świetny? Nie? *idzie walić głową o ścianę*. No, to rozdział świetny, genialny, powalający, cudowny, epicki, wspaniały, wyśmienity, dobrze się go czyta, tak lekko...*patrzy na jogurt light obok xd*...
    TYLE. KONIEC KROPKA XD
    ~Sally

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam <3
      Mojego bloga mało ludzi komentuje, także bardzo dziękuję za poświęcenie czasu na napisanie krótkiej opinii ^^
      Cieszę się, że mój rozdział poprawia komuś humor :D To chyba najlepsza nagroda ^^
      Hah talent? Raczej po prostu pisanie xd Talent to ma King *pokłony*
      Dumb będzie, ale czy tak dużo? Myślę, że tak, bo w końcu manipuluje Severusem.
      To ten sam Nietoperz tylko pokazany z prywatnej strony, a nie tej zawodowej, gdzie musi być super, mega poważnym nauczycielem :D Ja go nie lubiłam w pierwszej części - nie lubię niesprawiedliwych ludzi, tym bardziej nauczycieli. Od trzeciej to się zmieniło C':
      Och wybacz, poczekasz troszkę... Panna Snape też :D
      Jej dziękuję, może troszkę przesadzone, ale i tak "awww", bo nie codziennie docenia się moją pracę :D
      Smacznego jogurtu!
      Pozdrawiam,
      Marika Snape

      Usuń
  2. Rany jak ja lubię to czytać! <3
    Na prawdę pierwszy blog o Severusku który czytam i jestem zachwycona! :D
    Zastanawiam się, czy zrobisz z Severusa i Mariki w przyszłości parę czy też masz inne plany? ;>
    A może oni są rodziną?! ;o
    Napisz natychmiast nowy rozdział! Tak to jest rozkaz! I to już do pisania! :D Mam tu codziennie widzieć nowy rozdział! :D
    A co do tej legendy to jest niesamowita! *O* Trudno mi uwierzyć w to, że jedna osoba napisała coś tak wspaniałego! <3

    Pozdrawiam serdecznie, życzę weny i czekam na nowy rozdział!!! <333

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rany jak ja się cieszę! <3
      Jeju to chyba dobrze go kreuje i nie jest nudno z nim. Dziękuje, że czytasz ^^
      Sevika - SEVerus i marIKA. Tak to będzie para, trochę skiepściłam z nazwą bloga, bo mogłam tego nie zdradzać... W każdym razie długo droga przed nimi.
      Nie mogę ;; Wstawiam co dwa tygodnie, bo sporo nauki, klasa maturalna itp. wybacz ;;
      Legenda wydaje mi się dość mdła C': Nic zaskakującego :D

      Dziękuję i również pozdrawiam,
      Marika Snape

      Usuń
  3. Coś się stało z poprzednim komentarzem.
    Piszesz świetnie! Uwielbiam Twoje rozdziały, bo czytam o prawdziwym Severusie, a nie zmienionym na wrażliwego, kochającego świat Severusku. To jeden z lepszych ff jakie czytałam (i jakie pewnie przeczytam). Cieszę się że spotkania Marrie z Tonks, mam nadzieję, że się nie skłócą.
    Przez te wszystkie rozdziały dostrzegłam kilka małych błędów, ale tylko ideały ich nie popełniają.
    Życzę przyjemności z pisania,
    Aleksandra

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Często się tak dzieje? ;;
      Dziękuję! Taki Severus to nie Severus. Fuj :D Jej dziękuję ;; Jednak czy to nie za wcześnie na ocenę? XD
      Nie... Spojler, ale będą się przyjaźnić :D
      Błędy są, ale mam bete i koleżankę, która teraz wszystko poprawia <3
      Dziękuje i pozdrawiam,
      Marika Snape

      Usuń
  4. Nie, to nie ocena. To groźba.
    Jeśli ten blog zaniedbasz, to przysięgam, że znajdę Cię.
    Aleksandra :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie groźby mogę przyjmować codziennie! :D
      Będę pisać, skoro się podoba :D
      Marika Snape

      Usuń
  5. A ja się dopiero teraz dowiedziałam że masz bloga *.*
    Cóż nadrobiłam to (wszystko przeczytane)
    Wszystkie rozdziały boskie ^.^
    I wstawiaj kolejny! Now

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopiero teraz? .o. xd
      Dziękuję za stratę czasu! <3
      Niestety, na rozdział jeszcze chwile poczekasz ;;

      Usuń
  6. Marika~! Jak ja Cię dziewczyno kocham!
    Bloga masz zajebistego-nie spieprz tego... Bo zamorduję :D
    Wszystkie błędy wyłapane, nic a nic do dodania lub odjęcia nie mam >3<
    Aaaaaaa... Marika~? A zrobisz, żeby Sev zobaczył jej obrazy?? *w*
    No tak ładnie Cię proooose... A zwłaszcza te jego patrzałki <3
    Życzę weny i niedoboru hejtów ^-^

    Zocha i jej Smoki
    (Zosia Sztwiertnia, Lucy Dragnell i Hinata-san~)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahah miło mi <3
      Ano postaram się, ale to chyba nie jest takie proste ;;
      Zobaczy na pewno jakiś jej obraz, ale nie oczy.... To by było za dużo xD
      Dziękuje i pozdrawiam <3

      Marika Snape

      Usuń
  7. Witaj, Mariko XD
    Przeczytałem wszystko i jestem pod wrażeniem. Piszesz niesamowicie. Czuję, że jestem tobą lub Snapem. Chcę więcej. Jak będzie wyglądać nauka Mariki? XD Czekam na next, życzę weny i zapraszam do mnie:
    http://harry-potter-adventure-pl.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  8. Miałam dogonić - doginiłam :D
    Co do rozdziału...
    Zapewne ktoś już kiedyś Ci to powiedział/napisał ale ja nie mogę się powstrzymać... twoje prace mają takiego... kopa! Są dobrze przedstawione, ma się wrażenie że Marika na prawdę tam była. :) To duży plus!
    Masz również niezwykle barwne opisy i wyobraźnię, spektakl "Pięknej Magii" mnie oszołomił. :3
    Czekam na ciąg dalszy! ^^
    ~Krzycz Gofry!

    OdpowiedzUsuń
  9. Hej kochana!
    Nominowałam cię do Liebster Blog Award!
    Szczegóły tutaj: http://two-sisters-two-worlds.blogspot.com/2014/10/liebster-blog-award.html
    Pozdrawiam c:
    ~Isabelle
    PS Radziłabym usunąć weryfikację obrazkową ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie przejmuj się błędami! Nie jesteś jedyna, więc spokojnie, poza tym jeśli piszesz ciekawie ( a tak jest ) to gwarantuje ci, że nikomu to bardziej nie będzie przeszkadzać ;)
    Twojego bloga zaczęłam niedawno czytać i przyznam że żadnego nie przeczytałam równie szybko jak właśnie twojego, piszesz niezwykle ciekawie! Bardzo mi się podoba *.* Nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów z pod twojego "pióra" ;)
    Trzymam kciuki i życzę dalszej weny :)
    P.S: Zapraszam Cię też do mnie, również opowiadanie fantasy, (nie o hp) to dopiero początek, ale nowe rozdziały powiedzmy, że już się smażą hehe ;)
    www.carnival-of-demons.blogspot.com

    Serdecznie pozdrawiam :)
    Angie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Trochę trudno zaczynać tak od VII rozdziału, ale masz dużą wyobraźnie i dobry warsztat ( jak na mój gust) Jestem pełna podziwu.

    OdpowiedzUsuń
  12. Na poczatku musze Ci wytknac jeden blad: nie mozesz napisac, ze Severus byl ignorantem, bo ignorowal Marike! To dwa rozne zachowania!
    Tresciowo rozdzial mi sie podoba, aczkolwiek zbyt wiele razy pisalas o "wyjatku potwierdzajacym zasade" ;>
    Ogolem podoba mi sie relecja z meczu, ciekawie i przyjemnie napisane. To, co rzucalo sie w oczy to niezwykla zdolnosc bohaterow do okreslania narodowosci innych ludzi. Ja rozumiem gdyby to byl Chinczyk, ale ludzie z Francji?
    Mimo to rozdzial bardzo przyjemny, podoba mi sie ^^ Wybacz mi bledy ii brak polskich znakow, ale jestem na telefonie ;/
    Caluje i przypominam o rozdziale trzecim u mnie! ;3

    P.S
    "Cie", "Ci" itp. w dialogach pisze ske z malej litery! :D

    OdpowiedzUsuń
  13. Już znacznie lepiej mi się czyta. Fakt, są jakieś błędy i w quddith'u(nie wiem, czy dobrze napisałam XD) trudno mi się połapać, ale rozdział i tak jest mega!
    _____________________

    • elstella-x.blogspot.com
    • dorcas-meadowes-karaye.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  14. Show must go on...
    Kanada vs. Szkocja... Co za wspanialy widok! Poczatek meczu zawsze jest najlepszy, zawodnicy staraja sie pokazac co umieja najlepiej, a widzowie sledza wszystko z zapartym tchem. Osobiscie nudze sie jednak juz po pietnastu minutach jakiegokolwiek meczu, wiec co mozna powiedziec o Quidditchu? Wsoaniala gra, jednak biorac pod uwage zachowanie dziewczyny nie ma nic dziwnego w tym, iz zaczyna sie nudzic.
    No i jeszcze Severus. Nienawidze, nienawidze, nienawidze... On potrafi tylko narzekac, choc przyznam ze jego intryga jest niezla. Zwiedzic miejsce, ktore chce "niechetnie" godzac siena propozycje Mariki. Jednak tu zaskoczyla mnie piekna magia. Brzmi ciekawie i chcialabym dowiedziec sie wiecej o tym aspekcje czarowania. Jako marna fanka sportow zespolowych, niedziwie sie dlaczego wyszli. Choc napotkali kolejne niespodzianki... Celci. Jak widac potrafisz zaskoczyc czytelnika.
    Wow, co za legenda, sma ja wymyslilas? Jesli to jakies legendy chcialabym wiedziec skad, moze jest ich wiecej... Z poczatku przypominalo Romea i Julie, ale jedno wybralo milosc, drugie przyjaxn. Dlaczego takie historie nigdy nie moga skonczyc sie szczesliwie? Czytalam to z zapartym tchem i przypomnialy mi sie, moje ulubione legendy i opowiesci ze sredniowiecza. Jak Tristan i Izolda...
    Wiem, ze Szkocja ma swoje wlasne legendy, podoania i przez twoj tekst mam ochote ich poszukac. Co ty robisz ze swoimi czytelnikami, dziewczyno. A potem nagla zmiana niemal w domowego Severusa. Sama nienawiedze gotowac, ze to lubie, gdy facet potrafi zrobic cos w kuchni. Jak widac on ma w sobie to cos.
    Hahahahaha, co za debilizm tak stracic znicza, no naprawde.... Choc Szkocja przegrala... Szkoda, polubilam ja...
    Okej, a teraz rozlozyas mnie slowami Severusa: "Malfoy, zabije cie", a glupio tak wybuchac smiechem do telefonu. Nawet pies dziwnie na mnie patrzy.
    Tonks! Uwielbiam ja, choc malo bylo jej w kanonie, co zawsze mozna wykorzystac budujac jej postac w opowiadaniu. Zwariowana, niezdarna, w dodatku jest zmora Severusa... licze, ze bedzie czesto sie tu pojawiala. Porownanie Lucjusza z Dumbledore'm. Czyzbys planowala akis spisek z udzielem blondyna? Mogloby byc ciekawie. W dodatku moze pojawilby sie Draco. Szybko wrocili do domu i teraz szkola?
    Mam taka nadzieje, juz nie moge sie tego doczekac. W koncu tam to dopiero sie bedzie dzialo.
    Do (szybkiego) napisania,
    Croy
    niger-stories.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  15. Dzielnego nadrabiania ciąg dalszy!
    Snape to taka trochę ciocia Ela u ciebie. Obiadek zrobił, rączką się zmartwił, radionoweli w wykonaniu McBlacka posłuchał... :v Pedalsko, ale to dobrze. Czuję się dowartościowana i otoczona homo. Lubię tak. Nie jestem inna. XD
    Marikaaaaa, dziewczyna dla Snejpika... :v Szczerze mówiąc to trochę mnie wkurza, zachowuje się jakby niczego się nie bała i widzi świat czarno-białym. Są tacy ludzie, ale ich nie lubię. Sorry not sorry.
    Interpunkcja boli.
    Lecę dalej ^^

    OdpowiedzUsuń
  16. Jeśli masz problem z zapamiętywaniem tego, co chciałaś wpleść do rozdziału, to rób sobie plan ramowy albo zapisuj w jakimś zeszycie/na kartkach/na tablicy korkowej/gdziekolwiek, co Ci wpadnie do głowy, to zdecydowanie może Ci pomóc. :) Nie przejmuj się, że o czymś zapomniałaś; jak będziesz betować, to sobie to dopiszesz, nic się przecież nie stanie.
    Mecz wygląda tak, jak miałam nadzieję, że będzie wyglądał. Z punktu widzenia Mariki, bez rozmyślań o Snape'ie, bez jego opisów... Znakomicie. :) Wypadałoby poprawić dynamikę, bo te loty i gra wydają mi się nieco powolne, przynajmniej na początku, bo później już coś ruszyło.
    I tyle dobroci, bo po pierwszej części na scenę wchodzi Snape. ;_;
    "Pochlebne" słowa Severusa na temat quidditcha są jak najbardziej poprawne, szkoda, że nie poświęcił mistrzostwom więcej czasu, bo ledwo skończył komentować mecz, nagle sobie poszedł. I oczywiście musiał zabrać ze sobą Marikę. ;_; A już myślałam, że Snape ma jakieś swoje sprawy. Niby nie chce spędzać z nią czasu, ale musi ją za sobą ciągnąć, ba, nawet się nie zawahał, tylko od razu chodź, chodź, chwycimy się za rączki i zbiegniemy sobie ze schodów.
    Zaklęcie lingwistyczne? ;_; Niby pomysł dobry, ale gdyby wszystko było takie proste, to Bagman (o ile dobrze pamiętam) w HP4 nie potrzebowałby do tłumaczenia Croucha seniora, kiedy trzeba było porozmawiać z zagranicznym ministrem. Jak piszę, o ile dobrze pamiętam. Ale wiem, że nauka języków obcych nie może być tak łatwa. Owszem, domyślam się, że istniały jakieś środki, które pomagają w przyswajaniu wiedzy, ale chyba poszłaś troszkę po najprostszej linii oporu. Nie lepiej, żeby Snape po prostu znał ten konkretny język? To bardziej możliwe, a stawia Twojego Mistrza Eliksirów w lepszym świetle. On potrzebuje takich plusów, ponieważ zrobiłaś z niego zbuntowanego dzieciaka, który nie wzbudza sympatii, ale nie dlatego, że tak go wykreowałaś, a właśnie z powodu tej denerwującej, krzywdzącej kanon (bez powodu!) niedojrzałości.
    Fajnie, że napisałaś tę legendę, bo nareszcie rozdział zawiera coś niesnejpowomarikowego. Mało tego, powiem szczerze, że ten rozdział (jak dotąd) najbardziej mi się podoba, bo zawiera (nareszcie!) jakieś inne elementy, co zaczyna (powoli i mozolnie, ale to zawsze coś) budować świat przedstawiony i fabułę. Nareszcie coś! :)
    Gotujący Snape. Zawsze miałam go za dobrego kucharza, więc podoba mi się ten kwiatek, chociaż ta rozmowa z Mariką podczas tej czynności jest całkiem niepotrzebna i wygląda sztucznie. :/
    *Skąd te "braVa" z fał w środku?*
    Malfoy BAWIŁ SIĘ SWOJĄ LASKĄ. <3 Hahaha, aktywacja gimbohumoru, dzięki, znów będę cały dzień waliła sucharami w podobnym stylu. :D A teraz na poważnie - domyślałam się, że Snape spotka się tu albo z Lucjuszem, albo z Dumbledore'em. Cóż, padło na Lucka, ale to znakomicie, bo już nie mogę patrzeć na tego Dumbcia, który daje po sobie jeździć Severusowi.
    Tak, jak napisałam wyżej - rozdział najlepszy ze wszystkich, które tutaj czytałam, ale i tak oczekuję po Tobie więcej. Interpunkcja tak szaleje, że wszystko przez to wydaje się chaotyczne, chociaż zaczyna się powoli kształtować jakaś linia fabuły. Krzywa i ledwo widoczna, ale jakoś to do przodu idzie. Widzę, że się starasz, ale musisz się bardziej skupić na kreacji postaci i świata, a naprawdę te relacje między Mariką i Snape'em same się ukształtują, zobaczysz. Nie musisz na siłę wkładać do głowy Snape'a myśli o Marice (o nią się nie boję, bo widzę, że jej myśli potrafią skierować się w inną stronę i wyglądają w miarę naturalnie).
    Wieczorem pewnie przeczytam jeszcze jeden rozdział, bo zdecydowanie zbyt wolno idzie mi czytanie. :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Cześć ;)
    W tym rozdziale było więcej narracji pierwszo osobowej Snape'a co mi się spodobało. Widzę, że coraz lepiej ci idzie układanie jego dialogów z Mariką oraz jego przemyśleń.
    Było dużo, a może nawet więcej opisów meczu quidicha, co pozwalało poczuć tam panującą atmosferę, chociaż przyznam się, że się polubiłam jaki zawodnik jest, z której drużyny, ale mówi się trudno.
    Zachwyciła mnie ta szwedzka legenda. Była taka intrygująca i ciekawa. Czytając ją wczułam się w tamte postacie. Może podoba mi się tak, bo uwielbiam fantasy i science fiction, ale bynajmniej mi się bardzo podobała.
    Jak fajnie, że w twoim opowi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opowiadaniu pojawiła się Tonks. Jest to jedna z moich ulubionych postaci, więc się cieszę.
      Co tu jeszcze mogę powiedzieć? Chyba mam jakiś zastój słownictwa czy coś. Wiem, że obiecywałam w tym rozdziale bardziej się wypowiedzieć, ale skoro się nie udało to uda się to następnym razem. A więc pozdrawiam ;*
      ~The princess of the moon

      Usuń

Layout by Alessa