niedziela, 19 października 2014

Rozdział IX

Witam. Dzisiaj rozdział krótszy, gdyż próbowałam robić mniej opisów... Kocham opisy, więc od kolejnego rozdziału znowu będzie normalnie. Nie będę mówić, znowu, że rozdział słaby, ale cóż... Wy to ocenicie. Miłej lektury oraz liczę na jakieś komentarze ^^



Było około jedenastej, siedziałam w kuchni, popijałam zieloną herbatę oraz przeglądałam Proroka Codziennego, nadal rozmyślając nad wczorajszym dniem. Tyle się wydarzyło i pomimo wielu godzinach snu, nadal czułam to podekscytowanie, ten miłe dreszcze przechodzący po moim ciele, kiedy Szkot opowiadał historię. Czuje nadal ciepło szkarłatnego ogniska, w uszach nadal słyszę uroczy głos młodej Francuski, a moja ręka nadal pamiętała niemiłe spotkanie z kamieniem, które zainicjowała Tonks. Byłam jedną z tych szczęśliwców, którzy wybrali się na niesamowite wydarzenie, którym były finały Światowych Mistrzostw w Quidditcha, a ja, zamiast ekscytować się wczorajszym meczem, rozmyślam nad mało istotnymi wydarzeniami. Mało istotnymi? Przecież rozpoczęcie finałów, czy choćby występ Japończyków były o niebo lepsze od samego meczu. Mimo tego, że potrafiłam dostrzec niesamowicie akrobatyczne ruchy sportowców, to jednak dusza artysty, wewnętrzny poszukiwacz piękna wygrał. Nie potrafię rozmyślać nad starciem drużyn, jeśli w głowie nadal mam to piękno, które oczarowało mnie, sprawiając, że całkiem inaczej spojrzałam na magię. Czary nie były już tylko "narzędziem" do ułatwienia sobie dnia codziennego. Jak wielu czarodziei widzi magię właśnie w taki sposób, zapominając o tej drugiej stronie dla duszy, a nie ciała? Oczywiście nie twierdzę, że ułatwianie sobie życia jest złe, ale zabijanie w sobie potrzeby tworzenia piękna jest brutalne oraz prymitywne.
Kolejnymi z tych niby mniej istotnych rzeczy było także zapoznanie się z Tonks — szaloną dziewczyną, która nie zauważyła mnie na drodze — oraz Francuską. Już przed snem rozmyślałam o tych dwóch osóbkach, które z pewnością zmienią moje życie. No cóż przynajmniej taka mam nadzieję... Ostatecznie Lena po powrocie do domu, może o mnie zapomnieć, tak samo Tonks, która ma swoich przyjaciół. Już pominę fakt, że ją okłamałam. Przecież dowie się, że nie chodziłam wcześniej do Hogwartu, to nie będzie żadną tajemnicą. Jeśli mnie zignoruje, będzie udawać, że mnie nie zna, to jedynie siebie będę mogła za to obwiniać.
Obawiałam się też o jeszcze jedną rzeczy. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, by to robić. Przetarłam oczy, wzdychając ciężko. Czy Snape mnie za to zabije? Dobrze wiedziałam, że nie chciał być tam ze mną, że gardził tym wydarzeniem. Byłam mu wdzięczna za poświęcenie swojego czasu i nerwów. Może raziło mnie, to jak się odnosił do mojej osoby, jednak czy mogę się temu dziwić? Poświęca swoje wakacje dla mnie — z przymusu, ale jednak. Kiedy czekaliśmy w milczeniu na aktywację świstoklika, zauważyłam, że do spodni przyczepiła mi się — pewnie podczas upadku — mała gałązka. Nie wiem, kto mi podesłał tak niedorzeczną myśl, ale chciałam zamienić ją w coś innego, piękniejszego. Oczywiście mogłam to zrobić pomimo tego, że nie skończyłam siedemnastu lat. Minister już na początku poinformował mnie, że Namiar został zniesiony, aby ułatwić mi życie. Podczas trwania mojej choroby, były dni, że nie mogłam nawet ruszyć się z łóżka. Głupie zaklęcie Accio — którego nauczyli mnie wcześniej — było niesamowicie pomocne, w mojej sytuacji. Oczywiście Namiar nie został usunięty całkowicie... Dokładnie tego nie rozumiem, jednak wiem, że gdybym użyła na przykład Drętwoty, z pewnością by mnie wykryli. Nigdy nie pytałam o to ministra — nie było wiele okazji do rozmów — ani nauczycieli. Ta wiedza była mi zbędna, jeśli w głowie kwitła świadomość z dnia na dzień, że umrę.
W każdym razie w tamtej chwili naprawdę chciałam coś zrobić... Różdżki nie mogłam użyć, gdyż znajdowała się w torbie. I wtedy przypomniała mi się jedna z tych normalniejszych lekcji zaklęć. Trudno mi powiedzieć czy wspominam ją dobrze, w każdym razie nie było upokarzania, a profesor był spokojny. Widocznie temat, który poruszyliśmy, fascynował go od dawna. Wspomniał mi, że będę miała to także na Obronie Przed Czarną Magią — i tak też było — ale on rozwinie mi trochę dany temat. Raczej nie robił tego z sympatii do mnie, a jedynie dla siebie, aby móc się wykazać wiedzą lub po prostu by umilić sobie czas. To, co go tak bardzo fascynowało, było bezróżdżkową i niewerbalną magią.
Bardzo trudna magia, ale do opanowania dla ludzi o silnym umyśle. Najpierw była teoria, którą dość słabo pamiętam. Opowiadał o samym działaniu tejże magii oraz różdżek, po czym podał kilka wskazówek przed ćwiczeniami. Przez bardzo długi czas moje starania nie dawały żadnego efektu, przez co całkiem zwątpiłam w siebie. Dobrze wiedziałam, że ta magia nie jest dla każdego, ale chciałam się wykazać, chciałam udowodnić mu, że potrafię. W sumie nie wiem dlaczego. Może chciałam pokazać, że nie jestem nieudacznikiem.
Pomimo tego, że z każdą lekcją poruszaliśmy nowy temat, to od czasu do czasu wracaliśmy do bezróżdżkowej i niewerbalnej magii. Jak on to mówił „magii dla uzdolnionych”. I udało mi się... Może nie wiele, ale transmutowałam kartkę, w niewielkie płótno, bez różdżki, bez zaklęcia. Do tej pory nie wiem, jak mi się to udało, ale zaczęłam ćwiczyć. Wiele razy zemdlałam ze zmęczenia, a mama płakała i prosiłabym przestała kopać sobie sama grób. I przestałam, ale nie na zawsze. Teraz po długim czasie ten mały patyk, chce zamienić w gałązkę wiśni. To niewielka zmiana, więc nawet nie powinnam się zmęczyć. Snape co jakiś czas na mnie patrzył, a ja musiałam pilnować, aby tego nie zauważył i na całe szczęście to się nie stało. W mojej ręce pojawiła się piękna gałązka, z kwitnącą wiśnią, która olśniewała swoim różowymi oraz delikatnymi płatkami kwiatów. Byłam z siebie zadowolona, ale jakby podczas transmutacji uraziłam swoje ciało. Nie mam pojęcia, jak to działa, ale wydawałoby się, że w moim przypadku, magia jest jednym z narządów... Potarłam kontuzjowaną rękę.
Nie wiedziałam co zrobić z gałązką, ale do głowy przyszedł mi kolejny zidiociały pomysł. Widziałam, jak profesor patrzył na występ maskotek, czy przestawienie Japończyków. Może on też posiadał dusze artysty? W każdym razie chciałam podarować mu tą małą roślinkę, ten kwiat. I tu zadanie było trudniejsze. Jak to zrobić? Przecież mu tego nie dam, a do plecaka także nie schowam "ot tak". Idiotą nie jest, więc zauważy. I znowu musiałam użyć „magii dla uzdolnionych”. Zamknęłam na chwilę oczy, aby skupić się na obiekcie, który miał zniknąć. I zniknął. W mojej ręce nie było już gałązki, a mam nadzieję, że była przyczepiona, do torby Snape'a i nie zniknęła, gdzieś w przestrzeni. Kiedy zmniejszał plecak, upewniłam się, że „prezent” tam jest, na całe szczęście on go nie zauważył. Może niepotrzebnie się wtedy w niego wpatrywałam? To było bez sensu, ale musiałam upewnić się, że nie udaje. Choć po co miałby to robić? Prędzej by na mnie nawrzeszczał. Czasem jestem taka kretynką...
Napiłam się herbaty, która była już zimna, po czym wróciłam do czytania Proroka Codziennego. Jeden artykuł niesamowicie mnie rozbawił, a dotyczył on wczorajszego meczu, a dokładniej jego żenującego zakończenia.
Żenująca przegrana, żenujące oświadczenie.
Po wczorajszej porażce reprezentacji Szkocji, w czterysta dwudziestych pierwszych finałach Mistrzostw Świata w Qudditch'u, rozpoczęły się narady co zrobić z szukającym, a jednocześnie kapitanem drużyny — Hektorem Lamontem. Trener, jak i reszta zawodników są zdruzgotani brakiem precyzji Lamonta, choć naszym zdaniem to zbyt wielka pewność siebie sprawiła, że szukający przez najbliższe kilka miesięcy będzie musiał ukrywać się przed kibicami. Tydzień przed finałami przeprowadziliśmy wywiad z Hektorem, który zapewniał nas o wygranej Szkocji, a także obrzucił Kanadyjczyków wyzwiskami, których nie powtórzymy z przyzwoitości.
Dzisiaj jednak Lamont kryje się przed prasą oraz wyczekuje decyzji trenera, który jak się okazuje, chce jak najszybciej pozbyć się Nieudolnego Szukającego z drużyny. Jednak naszym reporterom udało się porozmawiać z Hektorem, który oskarżył swojego ojca — Stubbi'ego Lamonta — o to, że podarował mu za krótkie palce! Jesteśmy zszokowanie oświadczeniem szukającego, który tuszuje swój brak precyzji oraz swoją nadętą postawę złymi genami. Lamont po raz kolejny ośmieszył się i gwarantujemy mu, że jego czyny oraz słowa nie zostaną zapomniane przez bardzo długi czas. Już dzisiaj mianujemy go Królem Porażki Qudditch'a.
W konsekwencji żenującej przegranej Szkotów, wybuchły zamieszki — 24 str.
Johnny Ristmack
Zaśmiałam się pod nosem, dopijając herbatę. Odłożyłam gazetę na bok, po czym wyszłam z domu, zamykając drzwi. Odetchnęłam z przyjemności, kiedy chłodny wiatr otulił moją twarz. Ruszyłam przed siebie, nie znając kierunku swojej wędrówki. Chciałam jedynie pospacerować, korzystać z tego, że mogę wyjść z domu. Kiedyś nie mogłam...
***
Marika tylko proszę cię, nie wychodź z łóżka, a gdybyś czegoś potrzebowała, poproś nauczyciela. — Alicja zerknęła na zegarek. — Za jakieś pół godziny powinien się zjawić.
Mamo... Poradzę sobie... — powiedziałam cicho. Nie chciałam prosić o nic tych mężczyzn... Są okropni i mnie nienawidzą.
Już powiedziałam. Kochanie wiesz, że nie wychodziłabym nigdzie, gdybym nie musiała. Załatwię szybko tę sprawę i wrócę. Dobrze? — Kiwnęłam głową na znak zgody. Pocałowała mnie w czoło, po czym wyszła z sypialni.
Kiedy tylko drzwi zamknęły się, usiadłam na brzegu łóżka, patrząc na swoje białe uda, które były pokryte fioletowymi plamami. Ten widok wita mnie codziennie od roku. Właściwie przyzwyczaiłam się do tego, bo wiedziałam, że z czasem będzie gorzej. Nie raz udawałam, że śpię, podczas kiedy mama rozmawiała z mugolskimi lekarzami oraz medykami ze świata magii. Żaden nie wiedział, co mi jest, jednak jedno było pewne. Prędzej czy później umrę i nic nie może mnie uratować. Nic. Przez pierwsze dni płakałam, jednak tylko w nocy, by rodzice nie widzieli tego, że ich mała córeczka straciła nadzieję. Po pewnym czasie nie mogłam już płakać, wydawało mi się to głupie, bo przecież łzy nie sprawią, że wyzdrowieje. Postanowiłam, więc nie płakać przez kolejne kilka lat — o ile nie umrę jutro, lub pojutrze.
Podniosłam się z trudem. Zakręciło mi się w głowie, ale wiedziałam, że to minie, i tak się właśnie stało. Powolnym krokiem ruszyłam do łazienki. Stanęłam przed prysznicem po czym, zsunęłam z siebie koszulę nocną. Zerknęłam w stronę lustra, które było zasłonięte zieloną płachtą. Zrobił to Alan na moja prośbę, gdyż nie mogę na siebie patrzeć, wyglądam strasznie. Żadne dziecko nie powinno tak wyglądać.
Nie stałam długo pod wodą, gdyż bałam się, że upadnę jak ostatnim razem. Straciłam wtedy przytomność, a mama po tym wydarzeniu nie odchodziła od mojego łóżka przez kilka dni. Nie chcę, żeby się to powtórzyło. Mimo wszystko i ja potrzebuję, od czasu do czasu samotności.
Ubrałam się w żałobną czerń, po czym stanęłam przed zasłoniętym lustrem. Przejrzeć się? Nie przejrzeć? To tylko wygląd prawda? Przecież to kiedyś minie.
Minie jak umrę.
Żadne dziecko nie powinno wyczekiwać na swoją śmierć... Złapałam za zielony materiał, po czym pociągnęłam go. Płachta opadła na ziemię, a ja patrzyłam na wychudzoną dziewczynkę. Miałam piwne, przekrwione oczy, którym brakowało życia, wolności oraz nadziei. Na szarej niezdrowej skórze, która przypominała zabrudzony śnieg, jawiły się fioletowe oraz różowe plamy. Przechyliłam lekko głowę, a moje usta sine usta wykrzywiły się w lekki uśmiech. Zawsze te odbarwienia na skórze przypominały mi w jakiś sposób galaktykę. Brakowało jedynie czerni, jednak z czasem i ona może się pojawić. Oczy były podkrążone, wydawałoby się, że nie spałam od kilku dni. Nie chciałam nawet patrzeć na bliznę, którą miałam... skądś. Z jakiegoś powodu. Uniosłam lekko głowę. Szyja nie wyglądała lepiej, jak i reszta ciała. Zsunęłam lekko koszulkę na ramiona, po czym próbowałam przekręcić się tak, aby obejrzeć tył moich pleców. Zamarłam, gdy zobaczyłam coś, czego nie powinnam zobaczyć. Krzyknęłam po czym, złapałam za materiał, który rzuciłam w stronę lustra. Przykucnęłam, łapiąc się za szyję. Trzęsłam się cała, zaciskając oczy oraz powtarzałam sobie, że to tylko przewidzenie. Nic tam nie było. Nic! A jednak. Kiedy przeglądałam się w lustrze, nagle poczułam mrowienie na karku, po czym pojawiło się na nim fioletowe odbicie dłoni, kolejne na szyji oraz ramionach. Tylko krzyknęłam, a wszystko zniknęło, jednak czułam się źle, strasznie. Bałam się. Jakby ktoś niewidzialny pojawił się obok mnie i próbował mnie udusić, złamać mi kark, zabić mnie.
Ty głupia dziewucho, gdzie jesteś?! — Carey... Zapomniałam o nim. Podniosłam się szybko, próbując nie patrzeć na lustro, wyszłam z łazienki, z postanowieniem, że nigdy nikomu nie powiem o dłoniach... Mężczyzna spojrzał na mnie z obrzydzeniem. — W końcu! Myślisz, że mam czas by czekać na ciebie, kiedy ty próbujesz upiększyć, bez skutku, swoje ohydne ciało? Siadaj! — warknął, po czym zrobiłam to, co rozkazał.
Przez cały rok upokorzeń, przyzwyczaiłam się do tego. Możliwe, że to on mnie uświadomił, jakim jestem potworem.
Mam nadzieję, że powtarzałaś. Ach no tak przecież, jak mogłabyś tego nie robić. Nie masz czego innego do roboty, nikt cię nie chce znać, prawda? Boją się takiej osoby.
Właśnie w tej chwili usłyszałam śmiechy innych dzieci, które wychodziły do mugolskiej szkoły. Przyjaciele... Kiedyś oni mnie znali, dzisiaj mnie nie pamiętają. Zerknęłam przez okno, dostrzegając sylwetki moich byłych znajomych. Zabolało. Ignorancja najbardziej boli.
Ty! Patrz na mnie! — Zrobiłam co polecił. — A teraz słuchaj, kretynko...
***
Siedziałam na huśtawce, kołysząc się lekko w rytm wiatru. Jak się okazało, celem mojej wędrówki był pobliski plac zabaw. Patrzyłam na maluchy, które bawiły się w piaskownicy, budując, jak niegdyś Egipcjanie, piramidy. Odchyliłam lekko głowę do tyłu, zamykając oczy. Delikatny uśmiech pojawił się na mojej twarzy, kiedy zdałam sobie już ostatecznie sprawę z tego, że teraz będzie lepiej. Nie mogę już wracać do tego, co było. Przeszłość niech zostanie przeszłością. Tak... Czas zacząć żyć.
***
Właśnie kończyłem czytać list Lucjusz, w którym po raz kolejny mnie poniżał, kiedy mój wzrok powędrował, znów ku gałązce kwitnącej wiśni. W pierwszej chwili miałem ochotę spalić ten badyl, jednak ostatecznie wziąłem pierwszy lepszy wazon, wsadziłem do niego gałązkę, po czym postawiłem go na kominku. Wstałem, wrzucając list Lucjusza do ognia, który już w pierwszych sekundach zaczął niszczyć pergamin. W opuszki palców złapałem jeden z płatków kwiatu wiśni, zastanawiając, się po cholerę ta mała gówniara to zrobiła? I kiedy? Czy mogę to nazwać prezentem? Merlinie... To było tak durne, tak bardzo komiczne, że miałem ochotę płakać, ale z zażenowania. Chciałem spalić tego nic nie wartego patyka, ale nie mogłem. A może mogłem, ale nie chciałem? Czy mam to uznać za swoją słabość? Złapałam gałązkę i rzuciłem ją w ogień. Patrzyłem jak każdy kwiat po kolei, spala się w Czerwonym Pomiocie Diabła. W końcu odwróciłem się i ruszyłem do sypialni.
***
Po powrocie z finałów Reverse, jak i Marika nie dostali żadnego listu od Albusa, nie musieli także gościć go u siebie, gdyż się nie zjawił. Snape był oczywiście niesamowicie zadowolony z takiego obrotu spraw, myśląc, że jego praca została skończona i nie będzie musiał zawracać sobie głowy "durną gówniarą". Marika za to próbowała nie myśleć o tym, dlaczego dyrektor się nie odzywa. Często chodziła na spacery oraz malowała przed domem, aby zająć czymś swój wolny czas, swój umysł. Kilka razy przeczytała już podręczniki, które były spakowane do jej kufra obok innych rzeczy, niezbędnych jej w Hogwarcie. Severus spędzał czas tak jak zawsze. Robił badania, nad kilkoma nowymi eliksirami, studiował czarną magię, jak i alchemię. Wieczorami czytywał książki, które podarowała mu dziewczyna, przez co jakiś czas wędrował myślami do Mariki. Oczywiście nie robił tego celowo, więc denerwował się sam na siebie, przeklinając się za swoją głupotę. Wybrał się także do teatru, a ten dzień mógł być dla niego pechowy, gdyż młoda czarownica wybrała sobie właśnie ten czas i to samo miejsce na spędzanie czasu z matką. Jednak nie spotkali się i mogłoby się wydawać, że ich drogi rozeszły się do tego wyczekiwanego dnia przez dziewczynę oraz tak bardzo znienawidzonego przez Severusa, czyli pierwszego września. Ten, który to wszystko rozpoczął miał jednak inne plany.
***
Albusie czy mógłbyś łaskawie powtórzyć? — Wściekły przemierzałem salon, w tą i z powrotem, starając się nie patrzeć na starca, który siedział na kanapie, uśmiechając się do mnie, jakby nic się nie stało. A stało się!
Severusie, jesteś inteligentny, na pewno rozumiałeś moje słowa — mówi spokojnie, może z lekkim rozbawieniem w głosie. Drań.
Mam nadzieję, że nie będę musiał tego robić. — Opadłem na fotel, krzyżując ręce na piersi.
Spokojnie, przyjacielu. Jutro i tak musisz wracać do Hogwartu, po prostu tym razem będzie ci ktoś towarzyszył.
Tak, głupia dziewucha, która sprawia, że te wakacje są najgorszymi w moim życiu. Zabiorę ją ze sobą i co dalej, Albusie? — starałem się mówić spokojnie. Starałem się.
Oczywiście oprowadzisz ją po zamku, a, jako że nie jest jeszcze przydzielona do domu, będzie mieszkała przez ten tydzień razem z tobą.
Słucham? — Poderwałem się z miejsca. — Albusie, przecież to jakieś szaleństwo. Jest tyle wolnych pokoi w Hogwarcie, nawet mogłaby spać w Pokoju Życzeń, a ty jak zawsze stawiasz mnie w takiej sytuacji. Podczas finałów zrobiłeś coś podobnego... Czy ty w ogóle pomyślałeś kiedykolwiek o mnie? — zapytałem błagalnym głosem.
Ciągle o tobie myślę, Severusie. Przekonasz się o tym kiedyś. — Mrugnął do mnie. Cholerny Albus. Wstał. — Jutro zjawisz się u niej wieczorem, po czym zabierzesz ją do Hogwartu. Będziesz jej przewodnikiem oraz opiekunem, znowu.
Albusie...
Miłego dnia, Severusie. — Zniknął.
Ponownie siadłem w fotelu, przecierając oczy. Powinienem się zastrzelić, miałbym święty spokój.
***
To znaczy, że nie pojadę razem z innymi uczniami pociągiem do Hogwartu? — zapytałam dyrektora z uśmiechem, choć w głębi duszy byłam zawiedziona. Siedziałam naprzeciwko niego, popijając herbatę.
To raczej konieczne. Szósty rok to naprawdę trudny okres, wiem to z doświadczenia. Nauczyciele będą wymagać już od drugiego dnia szkoły, nie przejmując się twoją sytuacją. Śmiem nawet twierdzić, że od ciebie będą wymagać więcej, gdyż będą chcieli sprawdzić twoje dotychczasowe umiejętności. Nie będziesz mieć czasu na zapoznanie się z zamkiem, w taki sposób, w jaki byś chciała. — Uśmiechnął się, a ja kiwnęłam głową potwierdzająco. — Ten tydzień bardzo ci pomoże.
Rozumiem. Dziękuje, profesorze. Mam jeszcze jedno pytanie. Co na to profesor Snape? — zapytałam niepewnie, domyślając się, jak zareagował na wieść o tym, że znowu będzie się mną zajmował.
Był wręcz zachwycony. — Kolejny uśmiech oraz niepokojący błysk w oku. Dyrektor widocznie świetnie się bawi. — Mam jeszcze jedną wiadomość. Jako że nie należysz do żadnego z domów, będziesz mieszkać przez ten czas z profesorem Snape'em. — Skończył mówić.
Wpatrywałam się w niego zszokowana, nie wiedząc co powiedzieć. Przecież Snape mnie zabije! Już na mistrzostwach pokazał, że nie życzy sobie takich akcji, a tu znowu... Chryste!
Oczywiście wszystko załatwię, przecież nie będziecie dzielić wspólnego łóżka.
Oczywiście, że nie! — podniosłam głos, zarumieniona. Cholera, co on sobie myśli, mówiąc takie rzeczy. Zaśmiał się jedynie z mojej gwałtowności i wstał.
Rok szkolny się zbliża, a ja mam masę roboty, także będę się zbierał. Pamiętaj, jutro profesor Snape zjawi się u ciebie wieczorem.
Tak, pamiętam, profesorze.
Cudownie. Do zobaczenia w Hogwarcie. — Ukłonił się lekko, po czym zniknął.
Byłam wdzięczna dyrektorowi za wszystko, jednak z każdą naszą rozmową, tracę do niego sympatię.
***
Spakowałaś wszystko? — Alicja mówiąc to, po raz kolejny przeglądała zawartość mojego kufra. Ta kobieta była nie do zniesienia. Naprawdę...
Tak, na pewno. Sprawdzałaś ten kufer już dziesięć razy! Spokojnie, już tydzień temu byłam spakowana.
Nie musisz się unosić — odezwała się obrażona. — Ja po prostu się martwię. Zawsze byłaś w domu, a nagle... Całe dziesięć miesięcy! A jak coś ci się stanie? Nie przemyślałam mojej decyzji do końca. Właściwie, dlaczego ja nigdy nie rozmawiałam z twoim dyrektorem ani nauczycielem? Jestem taka nieodpowiedzialna.
Mamo! Zacznijmy od tego, że to nie jest jakaś dzicz, będę pod stałą opieką nauczycieli, a nawet jeśli coś miałoby mi się stać, to jest takie coś jak Skrzydło Szpitalne i gwarantuje ci, że złamanie ręki, jest niczym zadrapanie. To się nazywa magia. — Uśmiechnęłam się z wyższością, na co ta prychnęła. — Co do rozmowy z nauczycielem to będziesz mieć okazję dzisiaj.
Cóż trochę się obawiam tego spotkania. Mama kontra Snape... To jakby walka pomiędzy Ogniem z północy a Ogniem z południa. Wypalą się nawzajem, kończąc remisem oraz wielkimi szkodami. Westchnęłam ciężko, opadając na kanapę. Nie spałam pół nocy. Sama nie wiedziałam, czy byłam tak bardzo podekscytowana, czy przestraszona mieszkaniem wraz z profesorem. To wydawało się tak nierealne... To nie jakiś głupi namiot, a jego dom! Jeśli skończę jako składnik do eliksirów, to Alicja może obwiniać o to jedynie dyrektora. Mama usiadła obok mnie, obejmując ramieniem. Byłam jej za to wdzięczna. Może nie okazywałam tego, ale w tej właśnie chwili odczuwałam potrzebę zostania w domu. Jestem pewna, że to przyzwyczajenie tak na mnie działa, ale jednak... Chyba się bałam tej nagłej zmiany, która miała całkiem zmienić moje życie.
Nie będzie tak źle — szepnęła Alicja.
Wiem o tym doskonale, jednak mogę odczuwać niepokój, prawda? To raczej nie codzienna sytuacja.
Oczywiście, tylko nie stresuj się za bardzo. Jeśli nie znajdziesz przyjaciół, to stań się wredotą, przynajmniej będziesz mieć wytłumaczenie.
Dzięki, mamo! — Zaśmiałam się. — Już zamieniam się w drugiego Careya.
O Boże! Tylko nie to! Chcesz, abym cię wydziedziczyła? To ja już wolę, być została jakąś sierotą, niż takim kretynem — paplała z przejęciem i wydawałoby się, że całkiem poważnie.
Zapamiętam. Teraz tak serio. Jak nie znajdę przyjaciół, to będę cię męczyć każdego dnia listami. Będę się żalić. Nie dam ci świętego spokoju.
Będę czekać, ale jak będzie mnie, to denerwować to przestanę odpisywać.
Po raz kolejny... Dzięki, mamo! — Nie mogłam się na nią gniewać, była niesamowicie kochana. Stres zniknął.
Na chwilę. Pukanie do drzwi powiadomiło mnie o przybyciu Snape'a. Podniosłam się szybko, kierując się w stronę drzwi, które po chwili otworzyłam. W progu stał oczywiście profesor.
Dobry wieczór, profesorze. — Wpuściłam go do środka.
Dobry wieczór — odpowiedział z obojętnym tonem głosu, mijając mnie i kierując się do salonu.
Szłam za nim, modląc się, aby mama nie zaczęła go wypytywać o wszystko i straszyć, sądem, jeśli mnie źle mnie potraktuje. Ona chyba nie wie, że taka groźbą nic nie wskóra. Snape na widok Alicji ukłonił się lekko, podając jej dłoń. Widać, był zaskoczony jej obecnością. Trudno się dziwić, skoro zawsze, kiedy się zjawiał, byłam tylko ja.
Profesor Severus Snape, Mistrz Eliksirów.
Czy to „Mistrz Eliksirów” było konieczne? — Mamo! Wręcz krzyczałam w myślach, oczywiście musiała coś palnąć. — Alicja Snape, prawnik. — Posłała mu uśmiech pełen wyższości. Co za kobieta. Jak dobrze, że się do niej nie wrodziłam. Chyba... Snape zrobił tylko nie przyjemną minę, kiedy mama się przedstawiła. Nadal nie mógł się przyzwyczaić do tego samego nazwiska, cóż ja także.
To nazwisko? Panieńskie? — zapytał, jednak nie wyglądał na bardzo zainteresowanego.
Raczej wiem, jak się nazywał mój ojciec, myślę, że pan także to wie.
Spojrzałam na nią błagalnie, jednak ta nie patrzyła na mnie, a na Snape, który także mierzył ją wzrokiem. Można byłoby pomyśleć, że ta nieprzyjemna atmosfera zamieniła się w coś stałego, gdyż była tak gęsta. Nagle Snape przybrał taki wyraz twarzy, jakby sobie coś przypomniał, jakby go olśniło.
Czy my nie spotkaliśmy się wcześniej? — To pytanie padło tak nagle, że Alicja zapomniała utrzymać złowrogiego wyrazu twarzy. Co on znowu?... Przecież to nie możliwe.
Jestem wręcz pewna, że zapamiętałabym, człowieka o tak charakterystycznym wyglądzie oraz tym samym nazwisku, więc nie.
Rozumiem — powiedział jedynie, choć nie wyglądał na przekonanego.
Profesorze Snape, byłabym wdzięczna, gdyby pan traktował moją córkę przyzwoicie. Nie będę ukrywać, że poprzednich nauczycieli, chciałabym nabić na pal, po czym wrzucić do rzeki, także mam nadzieję, że będzie pan wyrozumiały — uśmiechnęła się uroczo.
Skarżyła się na mnie? — Uniósł lekko brew, w jakby rozbawieniu. Widać przemowa mamy, nie zrobiła na nim ważenia.
Nie, jednak to nasze pierwsze spotkanie, więc mówię to, co matka powiedzieć powinna.
Ach, tak... — mruknął, po czym zwrócił się do mnie. — Sna... Mar... Będziemy się zbierać. Pożegnaj się. — Przewróciłam oczami i podeszłam do mamy, ściskając ją mocno.
Gdyby coś się działo, pisz — mruknęła mi do ucha.
Oczywiście, że tak. Przecież ci mówiłam, będę pisać listy codziennie. Pozdrów Alana i ucałuj go ode mnie. Wielka szkoda, że nie może tu teraz być. — Puściłam kobietę i złapałam za kufer.
Nie pomoże jej pan? — Alicja spojrzała na Snape, jakby tylko wyczekiwała, aż ten zabierze ode mnie mój bagaż. I zabrał, co wprawiło mnie w osłupienie. Ja trzymałam klatkę Arona, który spał nieświadomy niczego. Profesor złapał mnie za ramię, a jak ostatni raz spojrzałam na Alicję.
Kocham cię — szepnęłam i już mnie nie było.
Nienawidziłam się teleportować, zawroty głowy po tym, były niewyobrażalne, choć chłód, który panował w tym pomieszczeniu, znacznie mi pomagał. Jeszcze chwile, po wylądowaniu miałam zamknięte oczy, a Snape jak zwykle mnie przytrzymywał. W końcu odsunęłam się od niego kawałek, otwierając oczy. Przywitała mnie zieleń, na co uśmiechnęłam się zadowolona. Już po pierwszych chwilach wiedziałam, gdzie jestem. Mieszkanie Snape'a. Tak. . Zdecydowanie on tu mieszka. Tylko raz była w jego domu, jednak wystrój, który panował tam, niesamowicie przypomina tutejszy. Ściany oraz dywany były zielone. Wszędzie były motywy wężów, które świadczyły o przynależności do Slytherinu. Zabytkowe meble, wykonane były z czarnego drewna, na których zazwyczaj jawiły się świeczniki, książki, lub fiolki z eliksirami. Nad kominkiem, znajdowały się szable, miecze, oraz łuki. Jedna ściana całkiem była poświęcona sztuce. Obrazy prezentowały się niesamowicie w panującym tutaj półmroku.
Profesor Dumbledore usunął z mojej sypialni łóżku, stawiając w jego miejsce dwa inne, jednoosobowe — właściwie mówił szeptem, z pewnością powstrzymywał się, by nie krzyczeć. Podszedł do jednych z drzwi. — Tutaj znajduje się sypialnia, z łazienką. Nie mamy wyjścia, musimy korzystać z niej wspólnie. Biblioteka, laboratorium oraz kuchnia. Jedynie nie masz wstępu do laboratorium, a jeśli postanowisz złamać zakaz, to oddam cię Filchowi, który zamknie cię w jednej z cel, oraz zakuje w łańcuchy.
Dziwaczny fetysz... — Kącik jego ust uniósł się delikatnie, jednak nadal patrzył na mnie jak wilk gotowy do ataku. — Czy mogę się rozpakować?
Ależ proszę. Jestem pewien, że dyrektor będzie chciał cię przywitać w skromnych progach Hogwartu, więc radzę ci się pośpieszyć.
Oczywiście — powiedziałam jedynie i ruszyłam do sypialni wraz z kufrem oraz klatką. To będzie trudny tydzień.
Nie wiem, jak wyglądała sypialnia przed zmianami dyrektora, jednak teraz przypominała mi pokój z namiotu. Łóżka nasze nie były zbyt bardzo oddalone, co z pewnością utrudni mi sen. Przyciągnęłam kufer do jednej z szaf, po czym zaczęłam go opróżniać, zostawiając w nim jedynie książki oraz mundurek. Kiedy skończyłam, położyłam się na łóżku, zamykając oczy.
***
Siedziałem na kanapie, wpatrując się w drzwi mojej sypialni. Jakież to dziwne słyszeć dobiegające stamtąd dźwięki, kiedy nie powinno się ich słyszeć. Tam nie powinno nikogo być, szczególnie jakiejś młodej czarownicy, która poprzestawiała moje życie do góry nogami. Westchnąłem, po czym położyłem się na kanapie, jednak nie mogłem się nacieszyć względną chwilą spokoju, gdyż Albus pojawił się znikąd. Marika słysząc trzask teleportacji, wyszła z sypialni.
Witaj w Hogwarcie, moja droga!

14 komentarzy:

  1. Pierwszy^^
    Rozdział jak zwykle idealny. Ciekawy jestem do jakiego domu zostaniesz przydzielona i jak sobie poradzisz w Hogwarcie oraz jak będzie z twoją nauką. Życzę weny i czekam na następny rozdział.
    A co do długości rozdziału jest OK tylko jakbyś zrobiła troszeczkę dłuższy. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Czyżby pierwsza? :3
    Rozdział tak jak inne przecudny!
    Czy tylko ja mam takie wrażenie, że Dumbledore chce zeswatać Snape'a i Marikę?
    Życzę dużo weny i czekam na kolejny rozdział :**

    OdpowiedzUsuń
  3. Kocham twój styl pisania :) Masz talent! Jestem ciekawa co się potem wydarzy c:
    Pozdrawiam ciepło i życzę weny
    ~NaĆpAnA pAmElA

    OdpowiedzUsuń
  4. Marrie! *.*

    W końcu doczekałam się Twojego rozdziału! Bo wczorajsze urywki to za mało na moją ciekawość! :D
    Rozdział idealny - zauważyłam tylko jedną literówkę, ale to i tak nie jest coś zbyt znaczącego według mnie. Treść jest boska... Biedna Marrie... :C Ale Drops jest spoko. ^^ Swata ich. Powinien otworzyć biuro swatka. Nazwa to była by ''Dropsowe Miłostki''. Ale odbiegam od tematu, przepraszam. T^T
    Ten były nauczyciel Mariki jest straszny... Pomyśl, co by było,gdybyś zrobiła z niego czarny charakter. :O
    Podoba mi się też relacja Mariki z mamą. Jest to coś pięknego. A, i ukazuj ją też od czasu do czasu. Jej komentarze są BOSKIE!
    Podoba mi się także Severus... W sensie nie takim, jak Marice, tylko w takim, jak go ukazujesz, jak oddajesz jego myśli i emocje.
    Nie mogę się doczekać, aż będzie kolejny rozdział i dostanę odpowiedź w nim na wszystkie moje pytania.

    WENY, weny i jeszcze raz WENY. <3 xDDD
    Mam nadzieję, że rozdział pojawi się już niedługo. <3 Nunununununu. *.*

    OdpowiedzUsuń
  5. No więc tak...
    Rozdział taki jak zwykle. Nie zaskoczył mnie swoją jakością.
    Czyli innymi słowy: Rozdział jak zwykle cudowny!! I tak samo niesamowity jak inne! <3
    Severus i Marika przez tydzień w jednym pokoju... no, no, będzie ciekawie. :D
    Nie mogę się doczekać następnego rozdziału! :D

    Pozdrawiam baaaaaaaaaaaaaaardzo serdecznie <3 i życzę duuuuuuuużo weny! <333

    OdpowiedzUsuń
  6. Cudowny rozdział!
    Albus moim idolem! NIECH ICH ŁĄCZY DALEJ!
    Pozdrawiam i czekam na następny rozdział.
    Aleksandra

    OdpowiedzUsuń
  7. Ehhh....czyli tylko ostatnio miałam ten zaszczyt bycia pierwszą...
    Duuuumb ^-^ *wygrała życie*
    Była wzmianka o Lucjuszu :D
    Poddaję się.... Severus kanon 100% *kończy narzekanie*
    Rozdział zdecydowanie za krótki -,- nie fajnie....
    Następny ma być 10 razy dłuższy :3
    No, chyba tyle...
    Powodzenia i weny życzę :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Droga Mariko...
    Wiele osób zmienia charakter postaci. Np. "Severus Snape: Ohhh, Baby lovciam Cię"
    Ty tego nie robisz.
    Dlatego uwielbiam twoje ff.

    OdpowiedzUsuń
  9. Super! Powodzenia w dalszym pisaniu :*
    Pomysł z wspólną sypialnią- EXTRA!

    OdpowiedzUsuń
  10. Haha :D <3 Severus i Marika w jednym pokoju! :D
    Przyznaj, to prędzej czy później musiało się wydarzyć. xD
    Rozdział krótki - w 100% rozumiem brak weny, to się zdarza. c: Mam tylko nadzieję, że następny będzie dłuższy jak obiecałaś. :D
    Dobra, to chyba na tyle... pozdrawiam. ^^
    ~Goferek :D

    OdpowiedzUsuń
  11. W końcu w Hogwarcie!
    Zdziwiła mnie ta zaistniała sytuacja. Nie spodziewałam się, że znów będą razem w sypialni xD
    Ciekawi mnie teraz to, jak Marikę do domu przyjmą. Przy wszystkich czy u dyrektora xD

    OdpowiedzUsuń
  12. I jestem ponownie. W dodatku śliczny szablon! Tak tu zielono!

    Często zapomina się o sprawach małych, patrząc tylko na najważniejsze. A przecież magia kryje się we wszystkim. mam nadzieję, że Marika będzie kontynuowała przyjaźń z Mistrzostw, a Tonks nie bedzie na nią zła. W końcu to tylko małe kłamstewko...
    Podoba mi się magia dla uzdolnionych. Jak widać nawet chora Marika jest ponad przeciętnia. W magia jako część ciała... Ciekawe
    Choć chyba najlepsze są szczegóły w twoim opowiadaniu, jak ta mała gałązka. Można by było odwołać się do symboliki... jednak sobie daruje.
    Rozbroił mnie artykuł, zbyt krótkie palce, też coś. Choć od razu mam przed oczami Pottera i jego mistrzowskie łapanie znicza, wszytskimi możliwymi sposobami. Choć nie zawsze ręką xD
    Okej... Chwila... Zawiesiłam się. Co to ma być? Jestem zszokowana, zaskoczona, wstrząśnięta, zmieszana i sama nie wiem co jeszcze. Na początku myślałam, ze jest okej. Wspomnienie, choroba, najbardziej przezywają to rodzice. Dziecko bardziej rozumie że jest chorę, jednak rodzice nie mogę sobie wybaczyć. Potem łazienka i... Co? Co to za dłonie? Slady? Kto to? Jestem bardzo, ale to bardzo zaintrygowana. Ale to chyba dobrze W dodatku ten nauczyciel... Mam nadzieję, że w przyszłości coś im zrobisz, tym... Okej, kończe.
    Twój Albus jest podłym manipulatorem. Brak mi na niego słów. Choć to trochę dziwne, mimo wszystko powinien ich rozdzielić jakoś. Co powiedzieli by inni nauczyciele, zwłaszcza McGonagall, która chętnie zajęłaby się jeszcze jedną, małą duszyczką. Choć twój pomysł może być ciekawy.
    Okej, w całym rozdziale wygrywa starcie Snape vs. Snape. Chcę tego więcej, fenomenalne. Już widzę ich spotkanie, gdy dowie się, że pomiędzy Snape'm a Mariką coś się dzieje... Choć pewnie i tak wszystkich wtedy zaskoczysz.
    No i sama końcówka. Marika w pokoju Severusa, ten tydzień będzie chyba ciekawy i to bardzo. Albus jak zawsze nagle wyskakuje znikąd...
    A i masz błąd w ostatniej linijce w słowie "Hogwart".
    Przede mną jeszcze dużo Seviki i postaram sie czytać jak najszybciej ;)
    Do napisania,
    Croy
    niger-stories.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  13. Chwała Bogu, że owymi nieistotnymi rzeczami, którymi Marika zaprzątała sobie głowę, były sprawy meczu, Tonks i Japończyków, a nie Snape'a, bo coś czuję, że kiedy przyjdzie kolej na wyznanie Severusa, trochę się o Marice naczytam. Odnoszę wrażenie, że to nie ona, a on będzie za nią latał.
    Nie, jednak o nim myśli. Ale okej, byłoby dziwne, gdyby jego nazwisko ani raz nie przemknęło jej przez myśl. Nie, to jest całkiem okej. Myśli Mariki są naturalne.
    Marika bawi się w czary. Wszystko pięknie, łanie, nawet całkiem nieźle jej idzie... Ale przecież ona znajduje się poza szkołą. Nie ma jeszcze siedemnastu lat, więc dlaczego czaruje? A miałam ją za taką rozsądną dziewczynę...
    Ach, ten wisielczy humor Mariki. Nawet mi się tutaj podoba i pasuje do całości; po latach choroby dziewczyna już tak się przyzwyczaiła do swojego cierpienia, że zaczyna sobie z tego żartować, widzę, że ma do tego dystans, podczas gdy rodzina umiera ze strachu o nią. Ale to jest jak najbardziej poprawne, zdarza się w życiu i chyba pomaga w walce z chorobą. Przynajmniej tak mi się wydaje. Mnie by pomogło.
    Podoba mi się też opis ciała Mariki, jest dokładny, ale bez jakiejś wielkiej przesady, bez filozofowania nad kształtem najmniejszego pieprzyka (bo takie opisy też istnieją).
    Nie lubię Carleya. Nie znoszę go, a jego zachowanie nie powinno w ogóle mieć miejsca. ON nie powinien mieć miejsca w domu Mariki, nie powinien jej uczyć ani jej odwiedzać, jest wredny i wulgarny, a tymi krzykami chce sobie chyba zrekompensować małego ptaszka.
    O, widzę fragment pisany w trzeciej osobie. Jeszcze chyba czegoś takiego tutaj nie napisałaś, przynajmniej ja sobie nie przypominam, więc podejrzewam, że to dość istotny fragment.
    Dumbledore coś za bardzo troszczy się o Marikę. Po co Snape ma ją oprowadzić po zamku? Marika trafi do któregoś z czterech domów, a to zadanie można powierzyć prefektowi. Już sobie wyobrażam reakcję uczniów na fakt, że Marika kumpluje się ze Snape'em. Dumbledore chyba nie chce, żeby dziewczyna miała przyjaciół. xD
    Ale i tak już się cieszę, bo już w następnym (nie łudzę się, że jeszcze w tym) rozdziale dziewczyna trafi do Hogwartu, a fabuła nareszcie ruszy z miejsca. :D
    Marika zamieszka chwilowo u...? Snape'a? ;_; Nope. Znowu jestem w krainie Nope, najpierw u Kamany, teraz u Ciebie. Dziewczyny, dlaczego mi to robicie? ;_____; Dlaczego Marika nie mogła pojechać sobie do Hogwartu tak, jak Bóg przykazał, z innymi uczniami, pociągiem, wpintalając czekoladowe żaby z wózka ze słodyczami? Dlaczego ją tak upośledzasz? Wszyscy obchodzą się z nią jak z jajkiem, a to chyba nie sprzyja zdrowieniu ani poczuciu, że Marika żyje normalnie.
    Dybra.
    Mam nadzieję, że kolejny rozdział pozytywnie mnie powali. Nie rozpisuję się już, bo jadę na zajęcia, a wieczorem przeczytam rozdział dziesiąty. Niech ta dziesiątka będzie szczęśliwa.

    OdpowiedzUsuń

Layout by Alessa