sobota, 20 września 2014

Rozdział VII

Witam! Tak oto i ja, beta ponownie mam przyjemność dodać rozdział w imieniu waszej umiłowanej autorki. Nacieszcie się nowym rozdziałem. Za wszystkie niewychwycone przeze mnie błędy, przepraszam i proszę o wybaczenie. Miłego czytania. :)




Siedziałem na kanapie, popijając zieloną herbatę. Chciałem się uspokoić, by przy najbliższym spotkaniu z Albusem nie rzucić na niego niewybaczalnego. Było to trudne zadanie, dyrektor bawi się mną, jak tylko chciał. Marionetka w jego sztuce... Nienawidziłem tego z całego serca. Potrafiłem — chociaż nie chciałem — zrozumieć, dlaczego musiałem zająć się dziewczyną. Mogłem zrozumieć opiekę nad nią podczas testów, zabranie jej na Pokątną. To było normalne. Nie wykraczało poza moje obowiązki, jednak Albus zdecydowanie przesadził. Jakim prawem ten cholerny manipulant chciał mnie wysłać na mistrzostwa tego jakże głupiego, brutalnego i przeznaczonego dla idiotów sportu? To nie był zwykły „wypad” na Ulicę Pokątną. W tym roku mistrzostwa odbywały się we Francji, tysiące kilometrów od domu, w którym powinienem spędzać resztę wakacji, a nie rozbijać się po Europie. Westchnąłem ciężko i wziąłem kolejny łyk herbaty. Od razu lepiej... Kilka kropel Eliksiru Uspokajającego robi swoje.
Odłożyłem filiżankę na stolik, po czym zabrałem z niego książki, które dostałem od dziewczyny. Wpatrywałem się w ciemną okładkę z czarnej skóry, przypominając sobie ostatnie trzy godziny spędzone z młodą czarownicą. Nie miałem pojęcia, ile rzeczy tego dnia mnie zszokowało oraz zirytowało. Mogłem się domyślić, że dziewczyna dostanie niemałą fortunę. To było wręcz oczywiste. Tajemniczy ojciec, klucz do Gringotta. Tak, zdecydowanie to było do przewidzenia, ale książki? I to jakie! Nie wiedziałem, kim on był, ale dzięki niemu, a właściwie uprzejmości panny Snape mogę teraz trzymać księgę, która na pewno poszerzy moje horyzonty w dziedzinie eliksirów. Nie mogłem się powstrzymać, przejrzałem jedynie kilka i wpadłem na wiele interesujących oraz niesamowitych rzeczy. Badania nad łzami feniksa planowałem rozpocząć w najbliższym czasie, tylko dokładnie, tak aby nie przegapić żadnego szczegółu, po przeczytaniu nowych zdobyczy. Pozbycie się tamtych książek na rzecz tych to bardzo udany interes. Mimo tego, że dziewczyna nie opanowałaby wiedzy zawartych w książkach od ojca, to nie powinna mi ich oddawać. Są cenne, zbyt cenne. Pozwoliłem sobie też zabrać kilka o obronie przed czarną magią, jak i o samej czarnej magii. Marice chyba umknął ten tytuł, na szczęście mnie nie. Zadowolony ponownie sięgnąłem po herbatę. Zachowanie dziewczyny u Madam Malkin było tak idiotyczne... Naprawdę mogła się domyślić, tak oczywistej rzeczy, ale nie... Jej radość całkowicie ją ogłupiła. Oczywiście zapamiętałem twarze dwóch chłopców, którzy mieli czelność rozmawiać o mnie w tak jawny sposób. Nie dam im żyć w Hogwarcie. Uśmiechnąłem się wrednie, po czym myślami wróciłem do zakupów z dziewczyną. Kruk... Cóż dość dziwaczny wybór, nie powiem, ale za to, jaki oryginalny. Osobiście uwielbiam kruki, mądre ptaki, zwiastuny śmierci. Nie obraziłbym się, gdyby podczas mojej śmierci, kruki zebrały się dookoła mojego martwego ciała. Widok wyjęty niczym z obrazów epoki Romantyzmu. Mrok, samotność oraz tajemnica.
Co do tajemnicy... Co miał na myśli Ollivander? Robię się wściekły za każdym razem, gdy pomyślałem o słowach starca. Tajemnica, po czym nagle nie pamięta czyja to różdżka? Co za bzdury. Byłem jedną z tych osób, która nienawidziła tajemnic, manipulowania, która nienawidziła nie wiedzieć czegoś niesamowicie istotnego. Mogłem podziękować za to Albusowi, gdyż to on dopiero pokazał mi, jak to jest żyć w niewiedzy. Jestem też przekonany, że to właśnie ten wspaniały dyrektor Hogwartu kazał Ollivanderowi w ten sposób zagrać ten akt. Czułem się jak w teatrze. Oczywiście Albus musiał to świetnie zaplanować, nie mógł mieć pewności, że dziewczyna będzie chciała tak rozwiązać tę sprawę. Przeanalizował wszystko od początku do końca, nie pomijając żadnego szczegółu. Tak, to on. Jestem tego pewien.
Przetarłem oczy i ruszyłem do laboratorium, zająć się warzeniem eliksiru spokoju. Zdecydowanie dwie fiolki na prawdopodobnie kilkudniowy wyjazd do Francji nie wystarczą. Tak, z pewnością nie wystarczą.


***
Reszta dnia minęła mi niesamowicie przyjemnie. Starałam się nie myśleć o słowach Ollivandera, gdyż zamartwianie się nimi nic mi nie da. Kiedyś dowiem się, o co chodzi tym wszystkim ludziom... Kiedyś. W tej chwili siedziałam na kanapie w salonie i czytałam podręcznik od Zielarstwa. Oczywiście nie mogłam się powstrzymać, by nie przymierzyć swojej nowej szaty, mojego mundurka. Kilka razy przeglądałam się w lustrze i muszę stwierdzić, że mi pasuje i to bardzo. Urodziłam się po to, by go nosić. Westchnęłam. Zdecydowanie przesadzam, ale moja radość jest tak wielka, że aż nie do opisania. Zastanawiałam się tylko jakiego koloru będzie mój krawat, który herb będzie jawił się dumnie na mojej piersi. Właściwie to było mi to obojętne, każdy dom miał swoje dobre i złe cechy, każdy był tak samo wspaniały. Ważne było to, że będę w Hogwarcie. Uśmiechałam się pod nosem, jak głupia, dobrze, że mamy teraz nie było. Wybrała się z Alanem — który miał wyjątkowo wolny wieczór — na kolację. Byłam przyzwyczajona do tego, że spędzałam samotnie większą część dnia, po takim czasie stało się to nawet przyjemne. Cisza i spokój. Żadnych zbędnych słów, czy rozmów. Tylko ja i samotność. Czy w Hogwarcie porzucę wieloletnie przyzwyczajenie? Czy znajdę przyjaciół? Czy będę mogła mówić o sobie, jako wykształconej czarownicy, która nie ma problemów z magią? Nadzieja jest tu jak najbardziej wskazana.
I jeszcze ten wyjazd. Nie każdy czarodziej wybierze się na Mistrzostwa Świata w Quidditchu, a w tym roku są we Francji! Nigdy nie ruszyłam się z Londynu, a teraz opuszczę nawet kraj. Alicja nie będzie mieć nic przeciwko, w końcu mam naprawdę dobrego opiekuna. Sama też nie mam wątpliwości, że to będzie wspaniały wyjazd. Ataku — plucia krwią — nie miałam od czasu drugiego dnia testu, czuję się silniejsza i w głębi duszy wiem, że to koniec tej przeklętej choroby.
Odłożyłam książkę na bok, wpatrując się w okno. Niebo, które przez cały dzień było szare, teraz zamieniło się w plamę atramentu, pokrytą kilkoma małymi gwiazdami. Podniosłam się, po czym ruszyłam na górę, chciałam przed snem jeszcze coś namalować lub poczytać "Cierpienia młodego Wertera". Musiałam jednak wrócić na doł, gdyż usłyszałam pukanie do drzwi. Czyżby rodzice postanowili dokończyć swój wieczór w domu? Dziwne... Otworzyłam drzwi, a dyrektor przywitał mnie swoim ciepłym uśmiechem. Ach tak, mogłam się domyślić. Przecież musimy uzgodnić coś w sprawie mistrzostw.
Dobry wieczór profesorze — mówiąc to, usunęłam się z progu.
Witaj Mariko. — Gdy już był w środku, wskazałam ręką, aby kierował się do salonu. Zasiadł na jednym z foteli, ja usiadłam na kanapie.
Profesorze nie wiem jak panu dziękować — zaczęłam z promiennym uśmiechem. — To naprawdę niesamowity i jak się domyślam kosztowny prezent. — Ten jedynie machnął pobłażliwie ręką.
Jak pisałem w liście, staram się zrozumieć, chcę ci pomóc poznać lepiej nasz, twój świat. Jak mniemam, na mistrzostwach będzie dużo uczniów z Beauxbatons, może uda ci się z kimś nawiązać kontakt. Jak nikt popieram międzynarodową magiczną współpracę. Czy to nie piękne jak młodzież z tak różnych krajów razem śmieje się, przyjaźni. Ach... — Przetarł łzę, która leniwie spłynęła mu po policzku. Uśmiechnęłam się ciepło, czekając, aż zacznie kontynuować.
Wybacz starcowi, który wzruszył się tak piękną wizją.
Nie jest pan starcem.
Jesteś uprzejma i taktowna, Alicja cudownie cię wychowała, ale wracając do tematu. Jak pewnie wiesz, mistrzostwa odbywają się we Francji. Dokładniej w Parc National des Pyrénées — powiedział z francuskim akcentem. — Park ten powstał w 1967 roku z inicjatywy francuskiego ministerstwa magii. Potrzebowaliśmy dość dużego terenu, gdzie czarodzieje z całego świata mogą się zbierać i świętować różne uroczystości, nie tylko mistrzostwa świata. Oczywiście cały park obłożony jest, na czas przybycia większej ilości czarodziejów, zaklęciami antymugolskimi. Z tego co wiem, francuski Minister Magii udostępnia od czasu, do czasu te tereny mugolom, by społeczność poza czarodziejską niczego nie podejrzewała. Jest to naprawdę piękna lokalizacja położona na granicy z Hiszpanią. Liczne jeziora oraz wodospady, są otoczone przez piękne lasy oraz łąki alpejskie. Większość krajobrazu parku tworzą skaliste szczyty i strome stoki, rozcięte siecią głębokich dolin. — Słuchałam go oczarowana. To musi być naprawdę przepiękne oraz magiczne miejsce.
Idealna lokalizacja na mistrzostwa oraz przyjemna dla oka. Już rozmawiałem z francuskim dyrektorem Departamentu Magicznych Gier i Sportów, który zajął tobie i profesorowi Snape'owi jedno z najlepszych miejsc. Blisko jeziora, przez które trzeba będzie przepłynąć łódką, gdyż po drugiej stronie brzegu stoi już boisko. — Puścił do mnie oczko. Zabawny człowiek.
Nigdy nie jest wiadome, kiedy szukający złapie znicz. Zakończenie meczu może nastąpić po pięciu minutach, a zdarzyć się może, że nastąpi to i po tygodniu. Spakuj najpotrzebniejsze rzeczy na kilka dni. Profesor Snape zjawi się u Ciebie 16 sierpnia, czyli za dwa dni o dwunastej, ze świstoklikiem, który przeniesie was do lasu położonego obok jeziora. Jakieś pytania? — Zakończył swój monolog z uśmiechem i wyczekiwaniem.
W czym będziemy spać? — Może to śmieszne pytanie, ale chyba nie w śpiworach.
Ach tak, zapomniałem. Tym także zajmie się Severus. Będzie miał ze sobą wasz namiot.
Nasz? Nie będziemy spać osobno?
Spokojnie, czarodzieje mają inne namioty niż mugole. Sama się o tym przekonasz. — Wstał. — Powinienem się już zbierać. Muszę odwiedzić jeszcze profesora Snape'a. Miłej nocy moja droga.
I nawzajem profesorze. — Uśmiechnęłam się po raz ostatni, po czym dyrektor teleportował się z cichym trzaskiem.
***
Albusie nie każ mi tego robić. Mało zrobiłem? Zajmowałem się nią podczas testów, byliśmy dzisiaj na tych cholernych zakupach. To już przesada, nienawidzę quidditcha.
Dumbledore pofatygował się, by powiedzieć mi o tej wspaniałej wycieczce do Francji w twarz. Zdejmowałem właśnie rękawice ochronne, które dzisiaj kupiłem, po czym rzuciłem je na stół. Oparłem się o szary blat laboratoryjny, wpatrując się w starca wyczekująco. Oczywiście dobrze wiedziałem, że będę musiał wziąć udział w tych mistrzostwach, ale nie miałem zamiaru pokazywać Albusowi, że zgadzam się na wszystko jak piesek. Zawsze była nadzieja, że się nade mną zlituje. Dziesięć fiolek Eliksiru Uspokajającego spoczęło już w drewnianej skrzynce, gotowe do podróży. Czuje, że po wyjściu Albusa zostanie ich tylko dziewięć.
Severusie nic Ci nie będzie, a jej to sprawi ogromną radość. Gdybym cię wysłał na światowy zjazd Mistrzów Eliksirów w Aleksandrii, nawet nie pisnąłbyś słowem, a to jeszcze dalej.
Może dlatego, że to byłoby coś, co mnie interesuje. Nie wiem, czy umknęło to twojej uwadze, ale najwidoczniej tak. Ja nienawidzę quidditcha.
Dobrze o tym wiem, jednak może to wydarzenie zmieni twoje podejście do tego sportu. Nie oceniaj go poprzez pryzmat przeszłości. — Spojrzał na mnie znad swoich okularów połówek.
Dobrze wiedziałem, co ma na myśli. Potter był dla mnie synonimem quidditcha. Chłystek, który był tak z siebie dumny, bo potrafił złapać złotą kulkę. Jego włosy wiecznie rozczochrane, jakby dopiero zlazł z miotły, ogólnie cały przesiąknięty quidditchm. Możliwe, że to przez niego teraz nie mogę słyszeć o tym cholernym sporcie, jednak to nie jedyny powód. Bezsensowna i śmieszna brutalność mnie nie interesowała.
Zmienianie siłą mojego podejście do różnych spraw, bezsensowne — powiedziałem spokojnie.
Minąłem Albusa i skierowałem się do salonu, w laboratorium robiło się za gorąco. Albus ruszył za mną. Nalałem nam po kieliszku wina i zasiedliśmy w fotelach.
Oczywiście masz rację Severusie. Już poinformowałem pannę Snape, że zjawisz się u niej o dwunastej za dwa dni. Świstoklik już jest gotowy. — Wyjął naszyjnik z herbem Hogwartu. — Aktywuje się równo w południe. Po skończonym meczu będziecie mieć godzinę, a naszyjnik znowu stanie się świstoklikiem. Jest automatycznie zaprogramowany na schwytanie znicza. Każ go nosić pannie Snape. — Wziąłem biżuterię od niego.
Coś jeszcze? — zapytałem zniecierpliwiony.
Namiot. Niestety teraz go nie mam przy sobie, jednak nie ma się co martwić, moja sowa jutro ci go dostarczy. — Kiwnąłem głową. — Severusie proszę, zajmij się nią, pilnuj i dbaj o nią. Pierwszy raz będzie tak daleko poza domem. Raczej wątpię, by sprawiała kłopoty. I jeszcze jedno, nie wyżywaj się na pannie Snape za mój prezent dla niej. Jeśli chcesz coś powiedzieć, to powiedz to tu i teraz.
Chciałem wiele powiedzieć; że nie podoba mi się to, że marionetką w jego sztuce, że czuje się jak pies na posyłki. Mam dość jego tajemnic, mam dość niewiedzy, jego gier. Pragnąłem wygarnąć Albusowi wiele rzeczy, lecz nie miałem do tego nawet prawa. Przytknąłem na chwilę powieki, napiłem się wina. Pomogło, zawsze pomaga.
Powiedz mi jedno.
Tak, Severusie?
Kim jest ojciec panny Snape?
Severusie sam chciałbym to wiedzieć.
Przecież wiesz, Albusie. Uśmiechnąłem się słabo, nie mając siły na gry Dumbledore'a.
Pora na mnie. Nie będę ukrywał, że jestem wykończony, minister od kilku dni nie daje mi spokoju. — Szybka zmiana tematu. — Skontaktuje się z tobą przed podróżą. Miłej nocy, Severusie.
Wróciłem do laboratorium, kontynuując swoje badania.
***
Dwa dni minęły niesamowicie szybko. Po rozmowie z mamą, następnego dnia po wizycie dyrektora, upewniłam się w przekonaniu, że to będzie niezapomniany czas. Obawiałam się, że Alicja mnie nie puści, w końcu ustaliłam wszystko z dyrektorem za jej plecami. Właściwie to w tamtej chwili zapomniałam o całym otaczającym mnie świecie. Jednak Alicja po dziesięciu minutach mojego monologu skapitulowała. Martwiła się o mnie, lecz nie byłam już małą dziewczynką, a na dostatek posiadałam opiekuna. Musiała się zgodzić, nie odebrałaby mi możliwości wyjechania do Francji na takie ważne wydarzenie.
Dni przed wycieczką spędziłam nad czytaniem podręczników do szkoły, musiałam się przygotować mentalnie na to, co czeka mnie na szóstym roku. Jak zawsze eliksiry i zielarstwo wydały mi się niesamowicie łatwe, jednak reszta mnie załamała. Nie miałam zamiaru teraz się tym martwić, przynajmniej próbowałam o tym nie myśleć. Namalowałam kilka nowych obrazów, na podstawie mojej ukochanej książki — Cierpienia młodego Wertera — które w konsekwencji wyszły dość przygnębiająco — też mi zaskoczenie. Na ścianie zawisło dzieło zatytułowane Dwanaście godzin. Śmierć Wertera... Mama nie była zadowolona oraz zniesmaczona tym widokiem, jednak nie odezwała się nawet słowem.
Dyrektor przysłał mi książkę — Quidditch przez wieki — którą pochłonęłam w jedną chwilę. Dowiedziałam się z niej wiele istotnych rzeczy, które na pewno pomogą mi zrozumieć, co się będzie działo na boisku. Nigdy bym się nie spodziewała, że jest aż siedemset rodzajów fauli. Brutalny sport... Jednak warto się o tym przekonać samemu, by niczego w życiu nie stracić.
W tej chwili pakowałam do plecaka ostatnie drobiazgi. Zabrałam kilka par spodni, kilka koszul, piżamę oraz inne część garderoby. Oczywiście rzeczy typu szczoteczka do zębów czy ręcznik już dawno znalazły miejsce w moim bagażu. Oprócz tego spakowałam dwie książki, szkicownik oraz ołówki. Zastanawiałam się, czy nie zabrać ze sobą Arona, jednak uznałam to za bezsens. Zostawiłam mu jedynie otwarte okno, będzie mógł polować. Aron pomimo tego, że był krukiem, wydawał się bardzo inteligentnym zwierzęciem.
Schowałam w małą kieszonkę kopertę z biletami i zbiegłam na dół. Ledwo zdążyłam wejść do kuchni, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Zawróciłam i skierowałam się w stronę drzwi wejściowych. Snape ubrany na czarno — tak jak zawsze — porzucił swoje czarodziejskie szaty na rzecz mugolskich, zwykłych spodni, koszuli oraz marynarki. Co najdziwniejsze nie miał żadnego bagażu przy sobie. Wpuściłam go do środka.
Witam profesorze.
Mhm. Gdzie twoja torba? Zaraz świstoklik się aktywuje.
Pobiegłam po plecach, zarzucając go na plecy. Ugh... Ciężki. Wróciłam do niego. Staliśmy w ciszy, nawet na siebie nie patrząc, chciałam tylko być już na miejscu. Właśnie czym jest świstoklik? Zerknęłam na jego rękę, w której trzymał naszyjnik z herbem Hogwartu. Dziwny wybór jak na świstoklik zważając na, że zazwyczaj te magiczne przedmioty wyglądają jak śmiecie. Byłam zamyślona i dopiero po chwili zorientowałam się, że Snape zakłada mi go na szyję, po czym zbliża się do mnie. Chciałam coś powiedzieć, ale ten mnie objął i zasłonił oczy tak samo, jak w wagoniku. Poczułam szarpnięcie w okolicach pępka, moje stopy oderwały się od ziemi. Nie miałam pojęcia, co się dzieje, czułam tylko, że naszyjnik ciągnie nas jakbyśmy byli do niego przyczepieni. Towarzyszył mi jedynie głośny szum wiatru. Modliłam się, abyśmy zaraz wylądowali, bo zrobiło mi się niedobrze od tej prędkości. Moje prośby się spełniły, po chwili uderzyłam nogami o ziemię, jednak Snape mnie nie puścił od razu, za co jestem mu wdzięczna — inaczej bym się przewróciła. Minęło kilka sekund i odsunął się ode mnie. Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego z wdzięcznością.
Dziękuję, znowu...
Po tej sytuacji w banku wiedziałem, że teraz będzie tak samo. Nie miałem zamiaru zbierać cię z ziemi. To wyjście wydawało się korzystniejsze dla mnie. — Powiedział to tak oschle, jakby w tej chwili zawiał wiatr pustynny. Odwrócił się do mnie plecami, następnie skierował się w stronę muzyki, na którą dopiero teraz zwróciłam uwagę. Ruszyłam za nim, poprawiając swój ciężki plecak, po jakie licho wzięłam, aż tyle tego?
Mimo tego, że był środek dnia, szliśmy w półmroku. Mogliśmy to zawdzięczać wysokim drzewom, których korony przysłaniały prawie całe niebo. Z każdym krokiem słyszałam chrzęst łamanych gałązek oraz piachu. Dróżka, którą szliśmy była już wyraźnie zaznaczona, a od czasu do czasu pojawiał się znak, wskazujący nam drogę. Muzyka stawała się coraz wyraźniejsza, jednak ja byłam zachwycona pięknem lasu, który wyglądał niesamowicie dziko i tak naturalnie. Krzewy, które porastały dookoła, wyglądały na niebezpieczne, nie dałoby się przez nie przejść, więc naprawdę dziękuję za znaki. Nie chciałabym się tutaj zgubić... A może?
Dochodziliśmy do skraju lasu, podbiegłam do Snape'a by trzymać się blisko niego. Nie chce zgubić się w tłumie. Ostatni zakręt i jesteśmy... Wychyliłam się zza pleców profesora i doznałam szoku. Wiedziałam, że będzie mnóstwo czarodziejów, ale to chyba przewyższyło moje oczekiwania. Cały dostępny teren był zajęty przez namioty, które wyglądały dość dziwacznie. Zamki, pałace, domek wiedźmy na kurzej nodze. Tysiące kolorowych i najdziwniejszych namiotów, jakie można sobie wyobrazić, wyglądały naprawdę pociesznie, uświadamiając mi, że czarodzieje mają niesamowitą wyobraźnię. Grupa młodych mężczyzn — kibice Szkocji — biegali w tą i z powrotem śpiewając. Zabawny widok zważając na to, że byli w kiltach, a od pasa w górę byli wymalowani na niebiesko. Ich plecy zdobił malunek brązowo — białego jednorożca. Niedaleko nich, dzieci bawiły się na swój własny sposób. Maluchy tańczyły wesoło wokół instrumentów, które same grały. Z trąbki wydobywały się bańki mydlane w kształcie najróżniejszych nut. Daleko, poza zasięgiem mojego wzroku, ktoś puścił fajerwerki, które utworzyły w powietrzy napis „Kanada do boju!”. Słowa zamieniły się w czerwone liście klonu, które zaczęły spadać z gracją na ziemię.
Chciałam zaklaskać w dłonie za taki wspaniały pokaz, ale Snape pociągnął mnie za sobą. Ach tak, najpierw zajmiemy swoje miejsce. Mijaliśmy starsze kobiety, które dyskutowały nad wynikiem meczu, po czym zaczęły się zakładać. Dalej młodzi Hiszpanie, wypatrzyli dla siebie wolne Francuski. Patrzyłam zaciekawiona na zaloty chłopców i reakcje dziewcząt. Nie były wiele starsze ode mnie. Rozglądałam się dookoła, by niczego nie przegapić, ale rozbolała mnie szyja, do tego z powodu tłumu zrobiło mi się strasznie gorąco. Od czasu do czasu wpadałam na kogoś lub się potykałam. Dobrze, że Snape był ubrany na czarno, nie będzie łatwo go zgubić w tym tłumie najróżniejszych barw. Doszliśmy do ogromnego jeziora, nad którym były rozłożonych niewiele namiotów — to było coś w rodzaju strefy dla VIP — ów. Do Snape'a podszedł jakiś mężczyzna.
Pan Snape?
Tak.
Niech pan pozwoli za mną.
Niczego nie zrozumiałam, niczego, ale Snape ruszył za nieznajomym — jak mniemam francuzem — więc ruszyłam za nimi. Po chwili już staliśmy przed wolnym miejscem, czekającym na rozbicie namiotu. Obok była wbita w ziemię niewielka tabliczka, na której było napisane „Pan Snape i Panna Snape”. Profesor kiwnął głową mężczyźnie, który z lekkim uśmiechem zostawił nas samych. Czarnowłosy sięgnął do kieszeni, wyciągając różdżkę oraz coś jeszcze. Jedno machnięcie, a jego bagaż stał obok jego nóg. Drugie machnięcie, a nasz namiot był rozstawiony. Wyglądał całkiem normalnie w porównaniu z innymi. Ciemno-zielony, wyglądał jak mniejsza wersja namiotów książęcych. Snape przewrócił oczami, po czym wszedł do środka. Nie wiedziałam co zrobić... Namiot był całkiem spory, ale nie czułam się na tyle pewnie, aby w nim spać wraz z profesorem. Westchnęłam głośno, ruszając się z miejsca i wchodząc do środka. Ile razy dzisiaj jeszcze coś mnie zaskoczy? Namiot był namiotem tylko od zewnątrz. Wewnątrz był zwykłym, eleganckim mieszkaniem. Stałam właśnie w salonie, wpatrując się w Snape'a, który zdjął marynarkę, rzucając ją na jeden z zielonych foteli. Z miejsca gdzie stałam, widziałam kuchnię i dwie pary drzwi. Czarnowłosy podszedł do jednych, otwierając je. Zamarł. Zaciekawiona ruszyłam w jego stronę. Już wiem, dlaczego tak zareagował. To była sypialnia, a w niej dwa łóżka, które stały niedaleko siebie. To znaczyło, że mamy spać w jednym pokoju. Merlinie... Czy dyrektor nie przesadził ze środkami bezpieczeństwa? Snape otworzył drugie drzwi, za którymi znajdowała się duża, jasna łazienka. Przeklął pod nosem, po czym wziął swoją torbę i rzucił je na jedno z łóżek. W takim razie ja zajęłam drugie. W pokoju jak już wiadomo były dwa spore łóżka z baldachimem, dwie szafy z ciemnego drewna oraz kilka półek z książkami. Rozpakowałam się szybko w milczeniu, po czym opuściłam sypialnię, aby dać trochę prywatności profesorowi. Chciałam, aby się uspokoił, bo wyglądał na wściekłego. Wcale mu się nie dziwię, kto by nie był na jego miejscu? Spanie z przyszłą uczennicą w jednym pokoju musi być uwłaczające. Przeszłam się po małym mieszkanku lekko zniecierpliwiona. Miałam ochotę wyjść z namiotu bez jego zgody i przejść się po tym ogromnym obozowisku, tyle się tu działo, a ja chciałam zobaczyć jak najwięcej. Liczyłam też na jakąś pamiątkę. W końcu Snape opuścił sypialnię.
Profesorze, czy mogę iść na spacer?
Musisz? — warknął. — Niestety będę musiał iść z tobą, gdyż dyrektor dał mi cię pod opiekę.
Nic mi nie będzie...
Jeśli jakiś nieodpowiedzialny czarodziej sprawi, że stracisz rękę przez fajerwerki, to ja będę musiał się tłumaczyć, nie ty. Rusz się.
Jak kazał, tak zrobiłam. Opuściłam namiot i ponownie się rozejrzałam. Spojrzałam na szczyty gór, które były daleko na horyzoncie, pomimo tego, że było tak gorąco, dało się dostrzec śnieg na szczytach. Gładka tafla jeziora błyszczała od słońca, przez co wydawałoby się, jakby świetliki zrobiły sobie kąpiel. Spojrzałam na drugi brzeg i dopiero teraz zauważyłam ogromny, srebrny stadion, który wglądał naprawdę imponująco. Ile w takim miejscu może zmieścić się na raz ludzi?
Długo tak będziesz bezsensownie wpatrywała się w boisko? Chyba chciałaś pozwiedzać.
Ostatni raz zerknęłam na drugi brzeg i ruszyłam przed siebie. Trudno było się nie uśmiechać, skoro dobry humor udzielał się każdemu — Snape jest wyjątkiem potwierdzającym zasadę. Wiele narodowości zjechało dzisiaj, by kibicować swojej ukochanej drużynie. Oprócz Hiszpanów i Francuzów spotkałam wielu Anglików — jak starsze panie, które się zakładały — Afrykanów, oczywiście Kanadyjczyków oraz Włochów. Wydaje mi się, że kilkoro Polaków, także odwiedziło dzisiaj Francję. Znałam język polski prawie tak dobrze, jak angielski. Alicja była w połowie Polką i nie chciała, bym znała swoje korzenie. W końcu znalazłam jakiś stragan, było na nim tak wiele rzeczy, a ja nie miałam pojęcia, co do czego służyły wystawione przedmioty. Trudno było mi nawet je opisać. Od typowych rzeczy takich jak koszulki, plakaty i inne rzeczy z postaciami danej drużyny, do dziwnych okularów oraz szczypiec. Sprzedającym był Francuz. Zaopatrzyłam się jedynie w kopię koszulki szukającego Szkocji oraz kilka słodyczy, po czym ruszyłam dalej. Snape ciągle za mną chodził — podobnie jak na Pokątnej — oczywiście naburmuszony. Ech...
A może pan czegoś chce? — zatrzymałam się, aby z nim porozmawiać.
Słucham?
Przecież jesteśmy tu razem, może pan chce się gdzieś przejść? Ja nie wiem, co tu można znaleźć...
Chodź — powiedział tylko, skręcając w prawo i przeciskając się przez tłumy.
Szłam obok niego, zastanawiając się, gdzie mnie prowadzi. Nie wygląda na towarzyskiego człowieka i z pewnością taki nie był, więc nie mogłam się spodziewać czegoś niesamowitego, jednak mnie zaskoczył. Weszliśmy do namiotu, który należał z pewnością do Japończyków. W progu do japońskiej herbaciarni przywitały nas dwie gejsze i poprowadziły nas do wolnego stoliczka. Oboje usiedliśmy na poduszkach, a Snape zamówił dwie zielone herbaty. Wyszczerzyłam się zadowolona, chętnie napije się ukochanego napoju.
Cisza i spokój. To na pewno lepsze wyjście od tego głośnego... Towarzystwa.
Skrzyżował ręce na piersi, rozglądając się po pomieszczeniu. Zrobiłam to samo. Niby nic wyjątkowego, a jednak. Sceneria wyjęta, jak z jakiegoś filmu, trudno to właściwie opisać. Jednak najbardziej spodobał mi się mini ogródek japoński oraz mały strumyk, przepływający przez całe pomieszczenie. Po wodzie dryfowały zwierzęta wykonane z papieru — origami. Ruszały się delikatnie pod rytm powolnej muzyki. Papierowe żurawie fruwały pod sufitem namiotu, co jakiś czas sfruwając do goszczących w lokalu. Jedna z gejsz przyniosła nam herbatę. Zadowolona powąchałam pierw napój, delektując się tym cudownym zapachem. Zauważyłam, że Snape robi to samo. Uśmiechnęłam się pod nosem, na co spiorunował mnie wzrokiem.
Siedzieliśmy w lokalu prawie trzy godziny, ponieważ akurat trafiliśmy na rozpoczęcie przedstawienia. Snape nie szykował się do wyjścia, za co byłam mu wdzięczna, bo chciałam zobaczyć to, co goście ze wschodu mają do pokazania. Sztuka opowiadała o smutnej legendzie japońskiej. Nie zabrakło w niej smoków, samurajów oraz oczywiście miłości, honoru czy zdrady. Musiałam przyznać, że się wzruszyłam i kilka łez spłynęło po moim policzku. Profesor wyglądał na zadowolonego, co w głębi duszy i mnie ucieszyło. Po opłaceniu rachunku — Snape zapłacił również za mnie, może sztuka tak na niego wpłynęła — wróciliśmy do swojego namiotu. W drodze powrotnej zauważyłam, że ludzie byli jeszcze bardziej podnieceni niż wcześniej. Widziałam o wiele więcej wymalowanych twarzy, które wiernie, jeszcze przed rozpoczęciem meczu, kibicowały swojej drużynie. W naszym "mieszkaniu" zdążyłam wziąć prysznic i oraz przebrać się w zakupioną koszulkę. Siadłam w fotelu i rysowałam, kiedy Snape tym razem zajął łazienkę. Nie wiem, ile minęło czasu, ale kiedy profesor powiedział mi, że musimy już iść, poczułam i u mnie wzmagające się podniecenie. Upewniłam się, że mam bilety, po czym wyszłam z namiotu za Snape'em.
Minęło kilka chwil, a już siedzieliśmy w łódce — których wcześniej nie było — i płynęliśmy jako jedni z pierwszych na drugi brzeg. Z każdym metrem boisko wyglądało na okazalsze, a ja nie mogłam się napatrzeć. Wyszliśmy na brzeg, po czym zostaliśmy skierowani przez jakiegoś Francuza. Skierowaliśmy się do najbliższego wejścia. Byłam wdzięczna losowi, że kiedy zaczęliśmy się wspinać po schodach na swoje miejsce, nie minęliśmy zbyt wielu ludzi. Ciągle szłam za Snape'em, bo sama nie wiedziałabym, którędy miałabym się kierować. Byliśmy już bardzo wysoko i zaczęłam się niepokoić. Nie wiem, czy nie mam lęku wysokości... Przeszliśmy przez srebrne drzwi, a moim oczom ukazały się dwa, miękkie, czerwone fotele. Loża dla dwóch osób... Ile to musiało kosztować! Profesor Dumbledore przesadził zdecydowanie z prezentem. Snape usiadł na jednym z miejsc, a ja wyjrzałam za barierkę, po czym cofnęłam się szybko na miejsce. Merlinie jak wysoko! Z bezpiecznej odległości oglądałam to, co się działo na trybunach. Ludzie zaczęli zajmować swoje miejsce, co w konsekwencji sprawiło, że widownia była niesamowicie kolorowa. Barwy niebieskiego i czerwonego mieszały się ze sobą. Naprzeciwko nas prawdopodobnie była loża honorowa, jednak nie widziałam dokładnie, kto w niej zasiadł. Zerknęłam na Snape'a, którego nie obchodziło, co się dzieje dookoła.
Skąd pan wiedział o namiocie Japończyków?
Musiałem sprawdzić, czy znajdę coś dla siebie, nie miałem zamiaru spędzić bezsensownie dnia w tym miejscu.
Nie lubi pan quidditcha, prawda? — Odezwałam się niepewnie.
Cóż za spostrzeżenie. Nie mam za co lubić tego, jakże głupiego sportu — odpowiedział obojętnie.
Rozumiem... — Tym bardziej jestem mu wdzięczna, że jest tu dzisiaj ze mną, skoro całe to wydarzenie działa mu na nerwy.
Po prawie piętnastu minutach widownia była pełna i zaczęła się niecierpliwić.
Witam wszystkich na finałowym meczu czterysta czterdziestych pierwszych mistrzostw świata w qudditchu! — Wszyscy zaczęli klaskać, a ja zaczęłam żałować, że nie znam francuskiego. — Nie przedłużając, zapraszam na boisko maskotki drużyn!
Niczego z początku nie rozumiała, jednak mężczyzna nagle zaczął mówić po angielsku, z czego byłam niesamowicie zadowolona. Z wyczekiwaniem wypatrywałam jakiegoś ruchu, jednak nic się nie działo, każdy zaczął spoglądać w dół zniecierpliwiony. Nic.
Zaczęła grać jakaś podniosła muzyka, a na niebie pojawił się krwisto czerwony feniks, który zaczął robić ogniste pętle po niebie. Widownia krzyknęła zadowolona, że w końcu się zaczęło. Magiczny ptak nie zwracając na nikogo uwagi, nadal robił swoje. Gracja, z która się poruszał, przypominała łyżwiarkę tańczącą na lodzie. Rozłożył szeroko skrzydła, tworząc napis na niebie: „Kanada najlepszą z drużyn”. Kibice krzyknęli potwierdzająco. Napis zaczął zmieniać się w ognistych ludzi na miotłach, którzy wesoło fruwali wśród widowni, zostawiając za sobą błyszczące ślady. Ogniści ludzie zmienili się w czerwone liście klonu, po czym opadły na kibiców Kanady. Feniks nadal latał nad boiskiem, jednak dołączył do niego pegaz — maskotka Szkocji. Brązowo — biały, skrzydlaty koń podobnie, jak wcześniej feniks, zaczął robić pętle, które tworzyły małe, błyszczące tornada. Pegaz zniżył się do samej ziemi, dotykając kopytem podłoża, a za nim powstała wielka fala wody, a dokładniej wodne konie, które biegły za swoim przywódcą. Pegaz ruszył do góry, a fala za nim, jednak zaraz opadła tworząc przy tym mały, orzeźwiający deszczyk. Kibice Szkocji oszaleli z radości, jednak to nie był koniec. Kilka mocniejszych ruchów skrzydłami konia, uwolniły pióra, które zamieniły się w małe, puchate znicze. Te z kolei, także utworzyły napis. "Szkocja zwycięży!". Pióra opadły na ziemię, po czym zniknęły. Wielkie oklaski ze strony kibiców rozniosły się po całym boisku. Chyba każdy, łącznie ze mną, myślał, że to koniec widowiska, jednak na szczęście się rozczarowaliśmy. Feniks oraz pegaz zrobiły kilka obrotów, po czym z ogromną prędkością, zaczęły kierować się w swoją stronę. Kibicie zaczęli krzyczeć, ze się rozbiją, ale widocznie taki był plan. W momencie, kiedy magiczne zwierzęta się dotknęły, rozbłysło czerwono — niebieskie światło, które oślepiło wszystkich. Zamknęłam na chwilę oczy i usłyszałam słowa Snape'a.
Umówili się.
Słucham?
Chcieli, by było większe widowisko. Patrz, to jeszcze nie koniec.
Spojrzałam na niebo, na którym zaczęły się pojawiać elfy oraz jeśli się nie mylę, bahanki. Elfy ubrane na niebiesko ułożyły się we flagę Szkocji, po czym szybko sfruwając, niosły za sobą promienie słońca. Nie miałam pojęcia jakim sposobem, ale na pewno to były promienie słońca... Wyglądało to niesamowicie przepięknie, zważając na to, że prawdziwa kula ognia zniknęła już dawno za horyzontem, a w tej chwili niebo było ciemne. Elfy rozsypały się nad całą widownią, zrzucając na nią błyszczący pył. Trochę wylądowało na mnie, jak i na profesorze. Bahanki — ubrane na czerwono — nie mogły dłużej czekać. Ułożyły się najpierw w wielką flagę Kanady, po czym zamieniły się w wielkiego czerwonego węża, który latał nad boiskiem i ten z kolei zostawiał za sobą blask gwiazd. Wąż poszybował w niebo, po czym bahanki rozsypały się po niebie, tworząc efekt tęczowego fajerwerku. Małe ludziki opadły na ziemie, tak samo jak elfy, feniks oraz pegaz, a oszołomiona i podniecona publiczność nie mogła przestać krzyczeć i bić braw. Musiałam przyznać, ze to było niesamowite... Teraz już nie wiem, co miało być głównym tematem spotkania. Mecz, czy występ maskotek.
Tak, to było niesamowite — odezwał się znowu ten sam mężczyzna z francuskim akcentem. — A teraz przywitajmy narodową reprezentację Szkocji!

19 komentarzy:

  1. Łał cudny rozdział! <3 I wg blog cały i pomysł! :3 Od teraz śledzę twojego bloga na bieżąco! :D Kiedy mogę się spodziewać następnego rozdziału? ;)
    Pozdrawiam ciepło i życzę duuuużo weny! ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Trutututu...Saru po transformacji zaczyna komentarz :D
    Ojeeeej :D Strasznie (wręcz przerażająco) xD podoba mi się twój styl pisania. Taki...prawdziwy, a zarazem fantastyczny :3
    Rozdział świetny, co tu dużo mówić...
    Dumby, jak Dumby <3
    Snape...Snape...Severus Snape (za dużo PPP ;; ) moja ulubiona postać z HP i mimo, że świetnie jest tu stworzony, no cóż...coś mi nie gra :P Ale to tylko moje dziwne przeczucia...
    Hmmm....co jeszcze? Aaa....no...ogółem cud, miód i malina, cukier to przy tym kranówka...
    Niechętnie zapraszam do mnie: http://opowiadaniasally.blogspot.com
    ~Niegdyś Saru, teraz Sally xd

    OdpowiedzUsuń
  3. Marikuś (matko, mam nadzieję, że mogę Ci tak mówić, bo z mojej strony brzmi to za słodko XD)! Nie wiem kiedy uda mi się nadrobić te rozdziały, ale uwierz mi proszę, że zrobię to jak najprędzej! :< Nie foszaj się na mnie, postaram się poprawić!

    – Hola! – krzyknął Grantaire, idąc w jego kierunku chwiejnym krokiem – Jak nas tu znalazłeś... co?! Jest przecież noc! O! – Wskazał ręką na nieistniejące okno – Ciemno! Użyłeś magii... prawda?! – Oparł się na jego ramieniu i zaczął się śmiać.
    – Nie, dobrze wiesz, że nie używam magii – warknął Enjolras – Zostaw mnie Grantaire! – odepchnął od siebie chłopaka, a ten padł na krzesło nadal się śmiejąc – Do diabła, ile on wypił?!
    Courfeyrac zaśmiał się dźwięcznie.
    – Zdecydowanie za dużo – warknął Combeferre.


    Jeżeli chcesz wiedzieć więcej zapraszam na nowy rozdział (już trzeci)!
    Ogród Różany <---- klik!

    OdpowiedzUsuń
  4. Znalazłam trochę czasu więc wpadłam i przeczytałam! *.*
    Nie ma potrzeby dużo mówić... Piszesz zajebiście! ^^
    Nie mogę doczekać się kolejnego! :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Pisanie komentarzy zostało istną reklamą, może zaraz ktoś zacznie reklamować kupony do MacDonalda? :D
    Co do rozdziału to świetny jak i 6 :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Przeczytane! ^^
    1. Od poczatku podobal mi sie pomysl z mistrzostwami. To dla Mariki naprawde cos :3
    2. Wszyscy Snape'owie to fani herbaty! Chyba zmienie nazwisko xd
    3. Bardzo podoba mi sie opis rozpoczecia meczu i kibicow. Jest taki naturalny, jakbys tam byla ^^
    4. Gdyby nie to, ze wzieli mnie na zawody przez pomylke i nie mialam lekcji caly dzien to znowu czytalabym w nocy, ale nie! Przeczytalam wczesniej wiec automatycznie nadrobilam juz wszystko, wiec pozwalam na opublikowanie nowego rozdzialu! XD
    caluje, Tris

    OdpowiedzUsuń
  7. Omomooommo świetne! <333
    Ach ten nasz Snape :D
    I ta sypialnia najlepsza XD

    Czekam na kolejny rozdział, życzę dużo weny i pozdrawiam :***

    Jakbyś się nudziła to zajrzyj do mnie dramioone.blogospot.com


    OdpowiedzUsuń
  8. Hah. Jedna sypialnia ? Tylko grzecznie mi tam!
    M.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ciekawi mnie to, co się wydarzy dalej - w końcu wspólna sypialnia... Uh, jestem głupia xD
    Czytam kolejny rozdział ^^
    _____________

    elstella-x.blogspot.com
    dorcas-meadowes-karaye.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  10. Ostrzezenie: Kazda niespojnosc wypowiedzi, glupota interpretacje zwalam na moj mozg maturzystki na goraczke. jestem chora i wkoncu znalazam czas a-na nadrabianie. Przepraszam, za tak dluga zwloke. (Zwykle czytam od gwiazdek do gwiazdek i zapisuje czesc komentarza. Moze to brzmiec w sumie troce dziwnie)
    Tak wiec rozdzial siodmy, ktory powinnam skomentowac juz tak dawno temu...
    Severus na uspokajaczach, piekny, choc troche nietypowy widok. Marika (i chyba przede wszystkim Albus) musza niezle zachodzic mu za skore. Jednak najbardziej zapadl mi w pamiec obraz kryjowki. Elementy romantyzmu, pelen grozy, brak tu tyko nieszczesliwej milosci, ukochanej szlochajacej za nim. Ostatnio duzo opowiadan nawiazuje do romantyzmu, jakas moda? Czy po prostu matura z polskiego rzuca sie na mozg...?
    Okej, idziemy dalej.
    Albus. Na niego brakuje mi okreslen. Z jednej strony mily dziadek, ktory wzrusza sie byle czym, zas z drugiej podly manipulator. Oj, nie mam pojecia coo z nim zrobic. No i Marika. Mloda dziewczyna tak bardzo podekscytowana nowa szkola.Przypomina mi sie tu miniaturka o Heldze, pasuje doskonale.
    No i znow romantyzm. Lbisz ten okres, ksiazke? Czy to specjalne nawiazanie do wczesniejszych slow Severusa (internekstualnosc wewnetrzna?) Najchetniej rozlozylabym ten tekst na czynniki pierwsze i wszystko przeanalizowala. Taki odruch maturzystki... Choc watpie by chcial to ktokolwiek czytac.
    And next.
    Wspomina Albus to podly manipulator? Nawet jesli tak, to powtorze. Chcialby miec wszystko, a nie patrzy na uczucia innych... Severus nie lubi sportu, chyba swoj wklad w to mial Potter Senior, a Junior tylko to poglebi. I kto wybralby mecz, gdy moze byc na wykladach w Aleksandrii o eliksirach? Sama odrzucilabym Francje, mimo iz uwielbiam tenkraj. Chocmoze ten wyjazd cos zmieni? Jednak racej nie polubi Mariki, to przez nia musi sie tam fatygowac...
    Puis,...
    No i w koncu poczatek pobytu na Mistrzostwach, jednak chyba doszam do wniosku, ze to ty lubisz Wertera, co? Przy tylu wzmiankach to chyba oczywiste. Urzekl mnie tu opis miejsca namiotowego. Byl tak magiczny... Ci wszyscy ludzie, ta odmiennosc, a jednak tworza calosc. No i namiot... Dumbledore na serio jest... Okej, wracajac,mimo duzej przestrzeni sa oni na siebie skazani. Nie wiem czy wyjdzie im to na dobre, zwlaszcza Severusowi, ktoremu cos nie udziela sie magiczna atmosfera zawodow.
    Zakochuje sie w tych twoich opisach. Japonski namiot i ten jego klimat, i poczatek mistrzostw. Wyszlo ci to genialnie, niesamowicie i ... brak mi slow.
    Maskotki druzyny i ich akrobacje latwo bylo sobie wyobrazic, dzieki twoim opisom. To tym urzeklam mnie chyba najbardziej. Mistrzostwa... Chyba czas bym wziela sie za reszte...
    Raczej bedzie mi to szlo po malutku. Choroba ogranicza mi dostep do internetu, choc na szczesciejest jeszcze telefon (co tlumaczy brak polskich znakow).
    Do napisania,
    Croy
    niger-stories.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  11. Ten rozdział był po prostu cudowny! Czułam się tak jakbym sama oglądała to piękne widowisko! Naprawdę mega rozdział! Pozdrawiam bardzo serdecznie i przepraszam że dopiero teraz komentuje ale dopiero zaczęłam czytać twojego bloga :)

    OdpowiedzUsuń
  12. jestem pod wrazeniem tego jak to wszystko opisalas. naprawde bardzo szczegolowo i obrazowo. genialnie.
    www.czarnekrolestwo.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
  13. A ja wszystko dzielnie nadrabiam!
    Bez urazy, ale tego działania bety to ja nie widzę. Jest trochę błędów gramatycznych, czasami zła składnia, noale ja się czepiać nie będę.
    Z tego całego nadrabiania aż zapomniałam zjeść śniadanie, ups. XD To chyba dobrze o tobie świadczy, wciągnęło mnie

    OdpowiedzUsuń
  14. Skoro Marika nie jest zachwycona towarzystwem Snape'a podczas meczu, a Snape jest wręcz sceptycznie nastawiony do towarzyszenia jej, to wychodzi na to, że Dumbledore chce ich zeswatać. Dumbledore jest swatką. xD Nie uważam to za dobry pomysł, ponieważ był na tyle rozsądny, aby zrezygnować z Grindelwalda, więc skąd ta nagła troska o życie uczuciowe Mistrza Eliksirów (dorosłego, destrukcyjnego chłopa) i dziewczyny, która jest delikatna i chora?
    Twój Snape jest słaby, a to miejsca nie powinno mieć, ponieważ używa na wszystko eliksirów. Kac? Eliksir. Troszkę się zdenerwował? Eliksir. Po Ronie czy Lockharcie można się tego spodziewać, ale Snape jest śmierciożercą. Sama pisałaś, że jego ciało znaczą liczne blizny po wrogich zaklęciach, bitwach czy torturach. Potrafił znieść ból, a już delikatne nerwy czy kac wymagają wypicia eliksiru?
    Za to coraz bardziej mnie ciekawi ojciec Mariki. Może to Czarny Pan? Hehe, nie no, heheszki, ale przypuszczam, że to pewnie jakiś czarnoksiężnik/śmierciożerca. Zobaczymy, czy zgadłam. xD
    Mam nadzieję, że kiedy Marika pójdzie już do Hogwartu, coś nareszcie zacznie się dziać, bo fabuła kręci się jedynie dookoła spotkać Mariki ze Snape'em, spotkań Snape'a z Mariką i (od czasu do czasu) Dumbledore'a z jednym albo drugim. Naprawdę ciężko mi tu znaleźć coś więcej, dlatego Hogwart staje się zbawieniem, no i jeszcze te mistrzostwa świata. Sam pomysł z meczem jest jak najbardziej okej, bo nigdzie jeszcze nie czytałam, aby bohaterowie oglądali mistrzostwa (lub brali w nich udział) - oczywiście poza HP4, ale to się nie liczy, bo to pomysł Rowling. Za to duży plus. No, genialnie by było, gdyby jeszcze Marika lub Snape (okaże się, z czyjego punktu widzenia będzie przedstawiony - liczę na Marikę, bo czuję, że ona będzie o wiele mniej sceptyczna) opisali cały mecz, a nie swoje uczucia względem siebie, a mistrzostwa mają być tylko tłem albo (co gorsza) pretekstem do ich kolejnego spotkania. Wiesz, ja nie mam nic przeciwko opowiadaniom pairingowym, które polegają jedynie na romansach bohaterów (głównych lub drugoplanowych), ale to jest jako tako fajne tylko wtedy, gdy coś się dzieje. Kiedy spotykają się w różnych miejscach, robią różne rzeczy, coś się między nimi poprawia, psuje, ktoś mąci... Jeśli chodzi o myśli Mariki i to, co czuje do Snape'a, to jak najbardziej zrozumiała sprawa - życie większości nastolatków kręci się praktycznie tylko dookoła związków, przyjaciół i osób płci przeciwnej. Nie mówię, że każdego, ale tak jest skonstruowana psychika obecnego młodzieniaszka, więc ani u Ciebie, ani w żadnym innym opowiadaniu pisanym w pierwszej osobie nie ma błędu, kiedy pojawiają się jedynie miłosne westchnienia, romanse i tego typu perypetie, a wszystko inne jest tylko tłem. Ale w momencie, kiedy coś takiego dzieje się w głowie ponad 30-letniego profesora (i dość poważnego człowieka, bo tej cechy nie można Severusowi odmówić), Czytelnik ma wrażenie, że Snape jest albo niedojrzały, albo cofnął się w rozwoju. No, nareszcie napisałam to, co mi chodziło po głowie od momentu, kiedy zaczęłam czytać Twoje ff i poznałam bohaterów. To takie denerwujące uczucie, bo piszesz mniej więcej to, o co Ci chodzi, ale tak naprawdę jedynie dookoła tej konkretnej rzeczy krążysz.

    OdpowiedzUsuń
  15. Chociaż... Wiesz, cieszy mnie to, że (jak na razie) nie zrobiłaś z Mariki takiej typowej wrednej, złośliwej i wulgarnej Ślizgonicy. To jest dość modny zabieg - ni to zła, ni to jakieś takie głupie... A do tego powalająco piękne. Na to była moda już dawno temu, ale teraz - makabra, a najgorsze jest to, że zero usprawiedliwienia takiego zachowania, jakby dom określał charakter głównej bohaterki. Ma kochający dom, kasę, uwagę rodziców i przyjaciół, urodę i inteligencję (ale tylko wynikającą z ocen, które biorą się z kosmosu, bo przecież OC się nigdy nie uczy, a także z prostego stwierdzenia w bohaterach: "piękna, złośliwa, inteligentna mieszkanka Domu Węża", bo poza tym w fabule odznacza się nieprzeciętną wręcz głupotą i pustotą). U Ciebie jest inaczej, bo (mimo że Dumbledore twierdzi, że Marika jest ułożona i uprzejma) ona naprawdę jest taka, jak piszesz.
    Nie mogę się doczekać, aż dotrę do momentu, kiedy opiszesz ich wspólną noc w namiocie. Zaraz... Nie, nie Mariki i Dumbledore'a. Mariki i Snape'a. XD
    Fajnie, że nareszcie wspominasz (w myślach Snape'a) o czymś innym, mianowicie o quidditchu i Jamesie Potterze, bo to pokazuje, że jednak pozostała w Mistrzu Eliksirów jakaś szczątka dawnych wspomnień. Szkoda tylko, że Snape jedzie z Mariką sam, uważam, że jej matka powinna jechać z nimi. Ba, ten bilet prędzej się należał Alicji i Marice, a Snape mógłby ich tylko eskortować. :)
    Mimo kruczości Arona, ptak okazał się inteligentniejszy, niż Marika podejrzewała. A może on był inteligentny właśnie dlatego, że był krukiem? To jedne z bardziej ogarniętych ptaków. A może tym krukiem jest ojciec Mariki? Dość populary zabieg, nawet sama go u siebie zastosowałam. Ale to u Ciebie byłoby zbyt proste, bo ojciec Mariki został owinięty tak grubą warstwą tajemnicy, że wciśnięcie go w postać animaga byłoby zbyt proste. Oczekuję tu na prawdziwe fajerwerki. :)
    Alicja jest w połowie Polką? <3
    Cieszę się z tych opisów, nareszcie jest tu coś wolnego od Snape'a, aczkolwiek naprawdę musisz zainwestować w jakąś dobrą betę, bo popełniasz bardzo podstawowe błędy interpunkcyjne, a w niektórych momentach Twój język jest nienaturalny, ale obiecałam, że nie będę się tego czepiać i wypisywać, co jest nie tak, więc dotrzymuje słowa. To tylko taka sugestia. xD

    OdpowiedzUsuń
  16. Hej ;)
    W chwili kiedy przeczytałam o ich wspólnym pokoju myślałam, że padne. Reakcja Snape'a była niesamowita. Te zaskoczenie i zniesmaczenia. Ciekawe jakby zareagowała na coś takiego jakaś osoba z zewnątrz. Najwyraźniej Albus na siłę pcha do sobie tą dwójkę. Ciekawe co z tego wyniknie.
    W tym rozdziale zauważyłam, że było mnóstwo opisów. To czasami jest też fajne bo możemy się więcej dowiedzieć o bohaterach i ich zachowaniu czy też zwyczajach.
    Dubledote jak zawsze musi postawić na swoim. Sądzę, że idealnie to zinterpretowałaś niby powie, że każdy ma wolność wyboru, ale za dwa dni ma już przygotowany świętości i wszystko. Typowy Dumbledore.
    Spodobało mi się to, że Alicja jest w połowie Polką. Patriotyzm się kłania <3.
    Co tu jeszcze by powiedzieć/ napisać?
    Chyba nie mam po części pomysłu, a po części było dużo opisów, wiec jakoś ciężko jest mi się bardziej wypowiedzieć, jednak obiecuje, że pod następnym rozdziałem więcej się wypowiem.
    ~The princess od the moon

    OdpowiedzUsuń

Layout by Alessa