czwartek, 14 sierpnia 2014

Rozdział IV

Kocham Bloggera, po prostu kocham. Podkreślał jakieś błędy, które nie były błędami, rozdziela niepotrzebnie tekst lub go łączy w jeden spójny, zapominając, czym są spacje. Raz usunął mi cały rozdział... Nienawidzę.
Witam jeszcze raz. Rozdział wydaje mi się dość długi, ale nie wiem, sami ocenicie. Przepraszam za błędy wszelkiego rodzaju. Miłego czytania życzę.




 
Wstałem o siódmej, rozpoczynając swój dzień tym, co zazwyczaj, po odwiedzinach Lucjusza, czyli potwornym kacem — jakże kolokwialne stwierdzenie. Słońce ledwo zawitało na bladym niebie, a już musiałem się zmierzyć ze złym samopoczuciem. Ból, rozdrażnienie oraz frustracja były wypisane na moje twarzy. Jeszcze bardziej rozzłościł mnie fakt, iż byłem na tyle zmęczony, a raczej pijany, że nie dałem rady się przebrać.
Przetarłem oczy, następnie sięgnąłem do szafki nocnej. Moje zapasy kończyły się, została zaledwie jedna fiolka „lekarstwa”. Powinienem był przechodzić z kacem jeden dzień, a może pożałowałbym swoich libacji alkoholowych i przestałbym pić. Prychnąłem, następnie opróżniłem fiolkę z wywaru. Nie wierzyłem w cuda.
Westchnąłem z ulgą, kiedy eliksir zaczął działać. Wieloletnie służenie u Czarnego Pana uodporniło mnie na cierpienie fizyczne, jak i psychiczne. Byłem jednak człowiekiem i tak jak większość ludzi nienawidziłem bólu. Wielokrotnie zastawiałem się, która gehenna jest gorsza. Domeną świata doczesnego z pewnością było cierpienie fizyczne niepożądane przez żadną istotę. Jednak ono z czasem się kończył, a ból psychiczny istniał... Może nawet i po śmierci. Rozrywające dusze doznanie, doprowadzające do szaleństwa i nic nie mogło sprawić, aby zniknęło. Czas jest uprzejmy, łagodzi ból, ale nie może doprowadzić do jego unicestwienia. W zakamarkach naszej pamięci, naszego umysłu on jest i żyje. Gdyby istniał eliksir niszczący cierpienie psychiczne, wypiłbym go, nie zważając na łączące się z tym konsekwencje.
Nie chcąc dalej myśleć o filozoficznych bzdurach, skupiłem myśli na towarzyszu mojej wczorajszej libacji alkoholowej. Lucjusz z pewnością nie miał nawet najmniejszego bólu głowy, cholerny szczęściarz. Nie ważne ile by pił, następnego dnia wyglądał i czuł się niczym młody bóg. Niejednokrotnie po ukończeniu Hogwartu spotykałem się z Malfoyem, Regulusem oraz innymi Ślizgonami, aby napić się, powspominać. Zazwyczaj kończyło się to uciążliwym kacem oraz tymi samymi słowami: „Następnym razem nie piję”. Nic nie warta obietnica, bo któż mógłby się oprzeć cudownej Ognistej Whisky? Z początku każde z nas zapominało o „lekarstwie”, przez co jedynie Lucjusz kolejnego dnia funkcjonował prawidłowo.
Arystokrata czerpał z naszego bólu wiele przyjemności. Przyjaciele, przyjaciółmi, aczkolwiek poniżenie kogoś było najważniejsze. Zawsze pełen gracji, idealny pod wieloma względami. Czysta niesprawiedliwość.
Ponownie przetarłem oczy, siadając na skraju łóżka. Wpatrywałem się w ścianę, choć moje oczy widziały coś, a właściwie kogoś całkiem innego. Przed moim obliczem pojawiła się imaginacja panny Snape, u której miałem się pojawić za jakieś dwie godziny. Wraz z nią musiałem udać się do miejsca, gdzie zbierali się najwięksi kretyni, partacze, kłamcy oraz oszuści, czyli do Ministerstwa Magii, zapełnianego nadętymi urzędnikami. Zmuszono mnie do zjawienia się w miejscu, którego szczerze nienawidziłem i to tylko dlatego, aby poniańczyć głupiego bachora. A stan taki miał trwać, aż przez cały tydzień. Warknąłem, rozdrażniony. Nienawidziłem swojego życia.
Podszedłem do lustra, oceniając swój stan. Pomięta hebanowa koszula oraz spodnie tego samego koloru. Podkrążone oczy, blada cera oraz popękane usta. Nie chciałem komentować tego, jak wyglądały moje włosy. Rozpiąłem koszulę, po czym zdjąłem ją i odrzuciłem na bok. Wpatrywałem się w zniszczone ciało, poprzecinane bliznami oraz naznaczone poparzeniami. Każde okaleczone coś oznaczało, przywoływało inne wspomnienie. Spokojnie mogłem porównać moją skórę do swoistego albumu cierpień. Nie pominąłem najgorszego oznaczenia, wisienki na torcie. Robaczywej, spleśniałej wiśni na okropnym, kwaśnym cieście. Mroczny Znak jawił się na lewej ręce, hańbiąc moje całe życie. Podziękowałem w myślach z drwiącym uśmiechem ojcu oraz rówieśnikom z lat szkolnych za wprowadzenie do moje duszy tyle nienawiści.
Lecz to ty wykonałeś nieodpowiedni krok, nie obwiniaj nikogo za swoje błędy — pomyślałem i miałem cholerną rację.
Po wykonaniu zwyczajnych, porannych czynności, ubrałem się w ciemno szmaragdową szatę, z motywem węży na mankietach oraz kołnierzu. Strój ten o wiele bardziej pasował na wyjście do Ministerstwa niż moja codzienna robocza garderoba.
Dopiero po wypiciu szatańskiego napoju, czyli czarnej kawy, mogłem uznać swój dzień za w pełni rozpoczęty. Pierwszą, jak i ostatnią filiżankę ohydnego napoju, wypiłem ciurkiem, mrużąc przy tym oczy. Po tylu latach spożywania „tego czegoś” powinienem był przyzwyczaić się do specyficznego smaku kawy, jednak tak się nie stało. Gdy kawowy rytuał został zakończony, przyszedł czas na kolejną rutynę.
Parzenie zielonej herbaty, zawsze miało w sobie dziwny urok. Aromat świeżych liści, zalewanych wrzątkiem, drażnił przyjemnie moje nozdrza, które poruszyły się mimowolnie. Zamknąłem oczy, po czym napiłem się. Warto było obudzić się rano dla takiego drobiazgu.
Stanąłem przy oknie, delektując się smakiem nektaru bogów. Jezioro, skąpane w promieniach słońca, pobłyskiwało niczym gwiazdy. Wiatr zapraszał do tańca drzewa, niemające zamiaru się ruszyć z miejsca. Jedynie kołysały się w rytm głuchej muzyki. Cisza i spokój, pragnąłem tego od zawsze. Dzięki sprzedaży dużej ilości mikstur mogłem sobie pozwolić sobie na kupno sporego kawałka ziemi, obejmującego część lasu oraz jezioro. Tytuł Mistrza Eliksirów umożliwił mi osiągnięcie sukcesu, ponieważ moja niewielka sława przyciągała do mnie kupców, nie tylko z wysp brytyjskich.
Miejsce, które wybrałem, nie było przypadkowe. Najbliższe miasto znajdowało się kilkadziesiąt kilometrów od domu, przez co czułem się jakbym żył sam na świecie.
Wyszedłem przed budynek, wdychając świeże powietrze. Wyraźnie czułem zapach lata oraz sosen. Zbliżyłem się do jeziora, przykucnąłem, po czym zanurzyłem opuszki palców w krystalicznie czystej wodzie. Deszczowa natura Walii, nigdy nie pozwoliła słońcu ocieplić źródła życia, dzięki czemu było ono wiecznie lodowate. Na horyzoncie niebo zostało spowite ciemnymi chmurami, dodając krajobrazowi dzikości. Nie uważałem się za romantyka ani człowieka, który w nadmiarze podziwiałby dzieła Matki Natury, jednak nie potrafiłem oderwać wzroku od tak przepięknego widoku. W głębi duszy cieszyłem się, że tak niewiele osób widziało miejsce, w którym się znajdowałem.
Podniosłem się, strzepując z szaty niewidzialny kurz, następnie teleportowałem się.
Nie musiałem przejmować się mugolami, gdyż żaden nie miał prawa ujrzeć mojego nagłego pojawienia się pod domem panny Snape. Albus już poprzedniego dnia rzucił zaklęcia ochronne, pozwalając mi na komfortową aportację. Upewniwszy się, iż moja twarz wyraża obojętność z nutą podirytowania, zapukałem. Już po chwili, w progu stała młoda dziewczyna, uśmiechająca się lekko.
Dzień dobry profesorze — przywitała się uprzejmie.
Zmrużyłem oczy, przyglądając się jej. Na policzku Mariki jawiło się coś czerwonego.
Jeśli mógłbym wiedzieć, to co ty masz na twarzy? — Usłyszała, zamiast powitania.
Automatycznie ruszyłem ręką, chcąc zetrzeć brud z twarzy dziewczyny, ale na szczęście w ostatniej chwili opamiętałem się. Nie miałem zamiaru dotykać panny Snape, o ile nie było to koniecznym.
Jeśli się nie mylę, jest to farba, przed chwilą malowałam. Czy mógłby pan chwilę na mnie poczekać?
Wydaje mi się, że nie mam wyjścia — odrzekłem, krzyżując ręce na piersi.
Proszę wejść i skierować się do salonu. Drogę pan zna. Ja zaraz wrócę.
Jak powiedziała, tak zrobiła. Dziewczyna pobiegła na górę, nie oglądając się za mną. Wszedłem do środka, zamykając za sobą drzwi. To dziecko irytowało mnie niemiłosiernie, aczkolwiek nie miałem zamiaru — na razie — komentować jej zachowania.
Znalazłem się w tradycyjnie urządzonym salonie. Pomieszczenie emanowało dziwnym spokojem oraz rodzinnością, której nigdy nie doświadczyłem. Pomimo że bawialnia skąpana została w jasnych barwach, to nie przeszkadzało mi to, choć nie przepadałem za kolorami niebędącymi zielonym lub czarnym. Gdyby nie fakt, że dom należał do dziewczyny, to mógłbym uznać, że czułem się tam dość swobodnie.
Rozejrzałem się po salonie, zdając sobie sprawę, iż ostatnim razem tego nie zrobiłem. Myślałem wtedy tylko o szybkim powrocie do domu oraz ukatrupieniu Albusa.
Zdjęcia stojące na kominku przykuły moją uwagę. Zacząłem je oglądać, chcąc jakoś zająć czas, kiedy czekałem na Marikę. Zza pierwszej ramki uśmiechało się do mnie niemowlę trzymane przez młodą blondynkę. Kolejne przedstawiało mniej więcej trzyletnią dziewczynkę, siedzącą na różowym rowerku, a na następnym, już nieco starszą, zdmuchującą świeczki z urodzinowego tortu. Mógłbym powiedzieć, że niczego wyjątkowego nie dostrzegałem, zwyczajne zdjęcia będące małą pamiątką dorastania panny Snape. Wtem w oczy rzuciły mi się fotografię stojące nieco z tyłu jakby ukryte za tymi normalnymi. Zdjęcia przedstawiały wychudzoną dziewczynę, o bladej twarzy, przekrwionych oczach oraz popękanych ustach. Ciało panny Snape pokrywały pąsowe, purpurowe, a nawet zielone odbarwienia. Żyły przypominające labirynt dostrzegało się bez trudu spod szarej skóry. Patrząc na fotografie, nie mogłem pojąć, dlaczego osoba na nich była szczęśliwa. Ciało Mariki wyglądało, jakby gniło od wewnątrz, jednak dziewczyna nie wyzbyła się uśmiechu, z pewnością niepasującego do tego obrazka. Osoby mogące stracić zbyt wcześnie życie doceniały je najbardziej.
Przyjrzałem się innym zdjęciom, choroba rozwijała się (wydawało mi się, że najgorsze chwile nie zostawały uwiecznione), a z czasem zaczęła ustępować. Niewiarygodne, że wyszła z tego cało. Spotkałem się z wieloma strasznymi chorobami nieznanymi, we wcześniejszych wiekach ludziom, aczkolwiek to było coś nowego.
Wypuściłem głośno powietrze z płuc, opadając na fotel. Zastawiałem się, w jaki sposób mam traktować dziewczynę. Nawet ja jej współczułem, ale mogłem się tylko domyślać, przez co przeszła.
Przepraszam, że tyle to trwało. Sprzątałam jeszcze po sobie. Ruszamy? — Jej słowa wyrzuciły mnie z myśli.
Wstałem, przyglądając się jej przez chwilę. W tamtej chwili wyglądała jak każda inna uczennica Hogwartu, złe dni minęły.
Oczywiście — odpowiedziałem.
Złapałem ją za ramię, Marika nawet nie zareagowała. W jednej chwili staliśmy w jej salonie, a w drugiej w ministerstwie. Niestety. Z dwojga złego wolę jednak jej dom.
Wylądowaliśmy w głównym holu działu Edukacji. Ministerstwo nie pchało się, aż tak bardzo w sprawy Hogwartu, ale chętnie tworzyło swoją własną „szkołę”. Marika — wolę jej imię niż nazwisko, nie jest jedynym dzieckiem, które miało zajęcia indywidualne. Bogaci oraz jakże dumni urzędnicy nie chcieli wysyłać swoich dzieci do szkoły Starego Wariata — tak, chodziło o Albusa. W tym dziale rozpuszczone bachory były uczone przez tępych oraz nadętych nauczyli, którzy tak naprawdę nic nie potrafili. W ministerstwie było wiele utalentowanych i inteligentnych ludzi, ale żadna z tych osób nie była nauczycielem. I tak właśnie najbogatsze dzieci, które prawdopodobnie w przyszłości same zostaną urzędnikami, są uczone przez debili, co w konsekwencji sprawi, że sami nimi zostaną. Lucjusz jest na wyższym poziomie, chętnie by wynajął nauczycieli dla Malfoya juniora, ale tu nie chodzi o dumę, ale o pokazanie swojego syna, a także potęgi rodu. Draco zostanie wychowany na Księcia Slytherinu i stanie się kopią swego ojca. Biedne dziecko.
Zerknąłem na dziewczynę, która patrzyła przed siebie nieobecnym wzrokiem.
W której sali uczyłaś się eliksirów? — Przestraszyła się, chyba wybudziłem ją z transu.
W ósemce, niech pan idzie za mną — uśmiechnęła się lekko, po czym ruszyła przodem.
Niech pan idzie za mną”? Czy ona bierze mnie za idiotę i myśli, że nie znam cyferek? Albo to zwykła uprzejmość. Trudno to rozróżnić.
Podeszliśmy pod wskazany pokój, Marika zapukała. Po chwili drzwi otworzył nam wysoki młody mężczyzna, będący prawdopodobnie w tym samym wieku co ja. Pomimo młodzieńczego wyglądu, nie dało się ukryć jego już sporego wieku (trzydzieści lat, to wcale nie mało). Ponure i nadęte spojrzenie, zdradzało go — na czole i w kącikach oczy jawiły się już zapewne nieporządne zmarszczki. Blond włosy, tęczówki barwy niebieskiej, jednym słowem „przystojniaczek”. Twarz jego była niewiarygodnie poważna, a może raczej totalnie bez wyrazu. Ubrany w garnitur, lekko zgarbiony. Nudna, szara osobowość; nadęty, beznadziejny urzędnik. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że Marika wpatruje się w niego wzrokiem pełnym nienawiści. Ciekawe...
No nareszcie jesteś... — zwrócił się do dziewczyny głosem pełnym niechęci.
Poczułem się, jakbym usłyszał, zobaczył samego siebie. Ta sama niechęć do uczniów, ta sama wygórowana postawa. Jednak ona nie była zwykłym uczniem. Marika chorowała tyle lat i jak się okazuje przeszła piekło, on ją uczył i wiedział, a nadal była dla niego śmieciem. Narodziło się pytanie w mojej głowie: czy ja byłbym taki sam?
Przepraszam, proszę pana — mruknęła Marika, nawet nie patrząc na mężczyznę.
Witam, jestem Matthew Carey. — Wyciągając swoją śliczną i zadbaną rączkę w moją stronę. Jedynie po stanie dłoni urzędnika byłem w stanie stwierdzić, że jego doświadczenie z eliksirami było niewielkie, więc skąd ta posada? Ach no tak, pieniądze. Uścisnąłem mu dłoń niechętnie.
Pan nie musi się przedstawiać, Severus Snape. Nasz sławny Mistrz Eliksirów. — Drogi Merlinie daj mi siłę, bym go nie przeklął. To lizusostwo, tak bardzo mnie obrzydzało.
Zgadza się — odpowiedziałem, siląc się na obojętny ton głosu.
Dzięki panu zabrałem się za Eliksiry.
Rozumiem — powiedziałem beznamiętnie. Nic nie wiedział o eliksirach, tak samo, jak o życiu. Analiza tak prostych ludzi była nudna.
To może rozpoczniemy egzamin. Wejdźcie. — Ten przesłodzony głos mógłby zabić.
Dziewczyna zrobiła krok do przodu, jednak mężczyzna ją zatrzymał. Młoda czarownica spojrzała na niego pytająco, jednak w jej oczach kryła się wściekłość.
Najpierw dorośli — syknął, a w tym dźwięku kryła się złość, jak i obrzydzenie. — Brak kultury, naprawdę.
Blondyn kiwnął do mnie, zaraz ustępując mi przejścia w drzwiach. Przekroczyłem próg, odwracając się, aby spojrzeć na Marikę. Dziewczyna nawet nie patrzyła na Careya. Widocznie jego zachowanie było jej już obojętne. Urzędnik zasiadł za długim drewnianym biurkiem, gdzie przygotowane zostało i dla mnie miejsce. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, choć właściwie nie było co oglądać. Wszystkie ściany, sufit oraz podłoga były pokryte ciemnogranatowymi płytkami. Na środku stała szkolna ławka, na której już znajdował się test gotowy do wypełnienia oraz kałamarz. Naprzeciwko, kilka metrów dalej, stało już wymienione wcześniej biurko. Pod ścianą znajdowało się stanowisko do warzenia eliksirów. Usiadłem na swoim miejscu, krzyżując ręce. Nagle na biurku pojawił się poczęstunek — ciasto oraz herbata. Ach, no przecież... Ta dobroć ministra.
Ty — Carey zwrócił się do dziewczyny niczym jak do psa, a może nawet gorzej. — Siadaj przy ławce i nie odwracaj testu, póki nie powiem, że możesz. — Marika obojętna na jego słowa, bawiła się piórem, kiedy Carey nastawiał zegar.
Możesz zaczynać.
Po tych słowach dziewczyna odwróciła test, po czym zabrała się do pisania. Urzędnik rozsiadł się na krześle, próbując wciągnąć mnie w rozmowę.
Myślę, że przyda jej się cisza — odpowiedziałem mężczyźnie, na głupie pytanie dotyczące mikstur, najbardziej oschle jak potrafię.
Och. tak oczywiście — powiedział zgaszony Carey. Sięgnął po ciasto i zamilkł.

***

Nie mogłam w ogóle się skupić na teście. Durny Carey poniżył i ośmieszył mnie przy nowym nauczycielu. Nie przeszkadzało mi, to gdy mówił o mnie w ten sposób, kiedy byliśmy sami. Nikt nie słyszał słów mężczyzny prócz mnie, a ja szczerze miałam gdzieś, co taka nędzna i bezuczuciowa kreatura sądziła o Marice Snape. Tępy, nadęty, rozpieszczony bachor, mający sieczkę zamiast mózgu. Oczywiście byłam przyzwyczajona do jego jakże błyskotliwych uwag, ale jednak sponiewieranie publiczne trudniej było mi znieść. Szczególnie gdy robił to idiota.
Kiedy Carey powiedział, że zabrał się za eliksiry przez Snape'a myślałam, że wybuchnę śmiechem. Zdecydowanie zbyt zabawne, zważając na to, że nauczyciel nie potrafił przyrządzić nawet najostrzejszego eliksiru poprawnie. Sztuka ta była mu tak samo obca, jak uprzejmość czy skromność. Jego prowadzenie lekcji kończyło się na czytaniu tekstów z podręczników. Niczego ciekawego ani pomocnego od urzędnika nie usłyszałam. Zdarzało się, iż prosiłam tych znośnych nauczycieli o przyniesienie mi książek dotyczących eliksirów, by móc rozwijać, chociaż teoretycznie tę dziedzinę. Musiałam czymś nadrabiać. Trzeci oraz czwarty rok całkiem zawaliłam w kwestii umiejętności praktycznych. Byłam w tym okresie człowiekiem nie do życia (dosłownie). Właściwie nie opuszczałam łóżka, lecz jakoś udało mi się zdać. Dave Walker, nauczyciel zielarstwa, litował się nade mną i przynosił od czasu do czasu jakiś poręcznie. Nie lubił mnie, ale lekcje z nim były naprawdę w porządku. Obeszło się bez żadnych obelg kierowanych w moją stronę oraz karcących spojrzeń. Zielarstwo także jest moim ulubionym przedmiotem.
Musiałam przestać myśleć o tak mało istotnych sprawach. Najważniejsze było poprawne napisanie testu. Pomimo tego, iż stres wręcz mnie zabijał, starałam zapanować nad swoim umysłem i starać się pamiętać jak najwięcej.
Przejrzałam cały test dokładnie. Pięćdziesiąt pytań i wypracowanie. Przeczytałam temat i cała się rozpromieniłam — pewnie wyglądałam jak kretynka. Tematem był Eliksir Wielosokowy, czyli składniki, jak się go przyrządza, do czego można go wykorzystać. Miałam także napisać, kto był twórcą tego eliksiru oraz co może się stać, jeśli niewłaściwie uwarzymy lub użyjemy mikstury. Przewróciłam test na pierwszą stronę i przeczytała pierwsze zadanie: „Co to są eliksiry?” Pierwsze pytania były dość proste. Czasami śmiałam się pod nosem, jak takie coś mogli zamieścić na sumach. Jeśli ktoś nie znał podstawowych informacji o eliksirach to, co robił przez te całe pięć lat? Jedno z poleceń brzmiało: „Wyjaśnij pojęcie — Inokreacja". Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Jeśli tak miało, to wyglądać to skończenie egzaminu w rekordowym czasie wydawało się bardzo na miejscu. Jednak dalej zagadnienia były trudniejsze. Większość dotyczyła eliksirów, ich składników, zastosowań, antidotum. Pojawiły się też pytania o nazwiska twórców wywarów. Musiałam zapisać kilka wzorów magicznych — jak to dobrze, że znałam Tablice ViruSojewa na pamięć. Kilka zadań naprawdę sprawiło mi trudność. Nie dziwne, jeśli się miało tak mało lekcji praktycznych...
Gdy pisałam, wyraźnie czułam czyjś wzrok na sobie. Z pewnością nie był to Carey, on nie zaszczyciłby mnie swoją uwagą. Snape skupił na mnie swą całą zimną uwagę. Nieprzyjemny dreszcze przeszedł przez moje ciało. Mógłby łaskawie przestać, dekoncentrowało mnie to...
Po półtorej godziny zapisałam ostatnie zdanie w moim wypracowaniu, zadowolona z efektu. Przeleciałam oczami szybko po teście, sprawdzając, czy nie zostawiłam wolnego zadania. Wyglądało dobrze, więc podniosłam się z miejsca i podeszłam do biurka, za którym siedzieli mężczyźni.
Już? — zapytał obojętnym tonem Snape.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, gdyż Carey musiał się wtrącić. Spojrzał na mnie z pogardą.
Pół godziny przed czasem. To, czego nie wiedziałaś? — Głupi uśmieszek pojawił się na twarzy mężczyzny.
Napisałam wszystko, profesorze — wyraźnie podkreśliłam ostatnie słowo, ukazując tym samym swój udawany szczunem. Uśmiechnęłam się ciepło. Naprawdę nienawidziłam tego gnojka.
Carey wyrwał mi test z ręki, po czym zaczął go przeglądać. Jego oczy błądziły po pergaminie, a uśmiech powoli znikał z jego twarzy, zastępując miejsca złości. Snape jak na razie przyglądał się sytuacji. Z tego, jak patrzy na Careya, mogłam wywnioskować, że też go nie potrafił zdzierżyć — choć to chyba mało powiedziane.
Ściągałaś? — syknął, odwracając wzrok od pergaminu i spojrzał na mnie.
Słucham? — zapytałam spokojnie. Tonący brzytwy się chwytał.
Przepraszam bardzo — wtrącił się Snape — jak to niby miała to zrobić? — Uniósł brwi, czekając na odpowiedź. Wyglądał na znudzonego tą sytuacją.
Jakoś widocznie mogła. Niemożliwością jest, żeby to wszystko napisała i jeszcze skończyła przed czasem. Ona jest beznadziejna z eliksirów. — Aż się we mnie zagotowało. Miałam ochotę go uderzyć.
Od Albusa Dumbledore'a słyszałem, co innego, a on się raczej nie myli. Skoro jest taka zła to, dlaczego jej wyniki z tego przedmiotu wyglądają dobrze? — Urzędnik jedynie prychnął, co widocznie zirytowało Snape'a. Kontynuował: — I dla twojej wiadomości pióra są zaczarowane w taki sposób, że ściąganie jest niemożliwe. Powinieneś o tym wiedzieć jako nauczyciel.
Dobrze o tym wiem. Jestem urzędnikiem w Ministerstwie. — Wypiął dumnie pierś. — Wiem o takich rzeczach. Jednak ona na pewno ściągała, musiała to zrobić.
Carey... Ty... — Odetchnęłam. Nie chciałam go obrazić i zniżyć się tym samym do jego poziomu. — Jestem lepsza od ciebie z eliksirów. — Urzędnik poderwał się gwałtownie z miejsca.
Jak śmiesz się tak do mnie odzywać ty mała... — warknął, nachylając się w moją stronę.
Odzywam się w podobny sposób, w jaki pan do mnie — odpowiedziałam, nadal nie tracąc nad sobą kontroli.
Żałosne oskarżenie o ściąganie, a do tego tak nieudolne. Znając Careya, sam nie znał odpowiedzi na większość tych pytań. Nie miałam pojęcia, w jaki sposób tacy niewykształceni idioci zostają nauczycielami. Ach, tak pieniądze i kontakty rodziców. To smutne, że tak durne osobowości zajmowały ważne stanowiska w ministerstwie.
Zerknęłam na Snape'a, który przecierał oczy. Wyglądał na silnie poirytowanego naszą wymianą zdań. Nie mogłam zaprzeczyć, że w tamtej chwili w pewien sposób mnie przerażał. Nie chciałam go widzieć w pełni wściekłego. Ponownie zwróciłam swoją uwagę na urzędnika, który nadal wpatrywał się na mnie z pogardą. Uśmiechnęłam się lekko, co jeszcze bardziej zdenerwowało Careya. Chyba chciał coś powiedzieć, lecz wyprzedził go Snape:
Dowody? Skoro oskarżasz pannę Snape, oczekuję jakichkolwiek dowodów, że dziewczyna jest oszustką. Jeśli takowego nie masz, jest czysta. Zresztą, uważasz, że przez tyle lat uczenia w Hogwarcie nie umiem przypilnować jednego ucznia przed ściąganiem? — Snape nie czekał na żadną odpowiedź, przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Górował nad mężczyzną, niszczył go swoją swoistą charyzmą. Ulżyło mi, że był po mojej stronie (chociaż tylko na chwilę).
Nic takiego nie powiedziałem — zaczął się tłumaczyć. — Z nią wszystko jest możliwe. To bezczelna gówniara. Przecież pan słyszy, jak się do mnie odzywa. Pieprzona szlama — ostatnie słowa wypowiedział z sadystycznym uśmieszkiem na ustach.
Wyczekiwał mojej reakcji. Czyżby rzucił mi rękawice? Chwila... Czy on mną pomiatał tyle lat, bo myślał, że jestem szlamą? To bezczelny gnojek. Bez słowa wyciągnęłam różdżkę, po czym podstawiłam ją pod gardło Careya. Nie uraził mnie tą „szlamą”. Właściwie zignorowałam to wyzwisko. Powodem mojej gwałtowności było, co innego. Jak mógł mną pomiatać, gardzić, robić mi z życia piekło przez status krwi? Czy byłam w jakiś sposób gorsza? Nie, oczywiście, że nie. Czarodziej jak czarodziej. Czystokrwista menda, myśląca, że status krwi sprawia, że ktoś jest śmieciem, a ktoś panem i władcą. Pieprzona gnida. Spojrzałam mu w oczy. Bał się, cholernie się bał. Uśmiechnęłam się do niego słodko. Tak bardzo było mi go szkoda. Nie byłabym w stanie go skrzywdzić, chciałam zaledwie wywołać w nim strach. Snape widocznie to wyczuł, ponieważ siedział spokojnie, dalej przyglądając się rozgrywanej scenie.
Skąd masz różdżkę? — zapytał cicho Carey. — Nie dawaliśmy ci żadnej na stałe. — Mówił coraz głośniej. — Ukradłaś?!
Te patyki, co mi dawaliście, są niczym przy mojej różdżce, a teraz przeproś.
Chyba kpisz! — prychnął, odwracając wzrok. Twarz Careya wyrażała niedowierzanie.
Przeproś — powtórzyłam.
Radzę ci przestać. Chyba nie chcesz mieć kłopotów. Mam bardzo dobre stosunki z panem ministrem i...
Nie dokończył swojej litanii z pogróżkami, gdyż Snape podniósł się z miejsca, wyrywając mi różdżkę, po czym schował ją do kieszeni. Sfrustrowany złapał mnie gwałtownie za ramię, prowadząc w stronę wyjścia.
Wrócimy za godzinę na drugą część egzaminu. Tobie radzę nikomu o tym nie wspominać. — Syknął na urzędnika. — Sprowokowałeś ją, jestem świadkiem. Albus Dumbledore stanie po mojej stronie. Wywalą cię. — Na twarzy blondyna pojawił się na nowo strach.
Ale ona... Musi ponieść jakieś konsekwencję! — krzyknął z desperacją.
Nie wydzieraj się kretynie. Ja się nią zajmę — odrzekł, a na jego twarzy pojawił się drwiący uśmieszek.
Carey tylko kiwnął głową. Snape wyszedł z sali, ciągnąc mnie za sobą. Zdążyliśmy opuścić salę, a Snape od razu teleportował nas. Wylądowaliśmy przed nieznanym mi domem, który został otoczony lasem, a przed nim znajdowało się wielkie błyszczące jezioro. Nawet nie zdążyłam się nacieszyć nadobnym widokiem, ponieważ pociągnął mnie w stronę domu.
Gdzie jesteśmy? — zapytałam Snape'a, który był zdenerwowany jeszcze bardziej niż przed chwilą.
Cisza! — wrzasnął, otwierając drzwi i wpychając mnie do środka.
W końcu mnie puścił. Pomasowałam zmaltretowane ramię. Snape poszedł przodem, więc ruszyłam za nim. Przeszliśmy przez niedługi korytarz, po czym znaleźliśmy się w salonie. Zachwycona wystrojem wnętrza domu, stałam jak wryta i uśmiechałam się szama do siebie.
Ściany były pomalowane prawie tą samą barwą zielonego, co końcówki moich włosów. Na kamiennej podłodze, zostały porozkładane szmaragdowe dywany z motywem węży. Przed kominkiem znajdowała się wygodnie wyglądająca kanapa wykonana z czarnej skóry, a obok niej dwa fotele do kompletu. Na stoliku wykonanym z czarnego drewna leżało kilka starych ksiąg oraz papirusów. Oprócz tego w salonie mieściły półki z książkami, zabytkowe meble oraz spory kredens zapewne z alkoholem. Największe wrażenie na zrobił na mnie czarny prosty fortepian — wglądał niesamowicie. Przeleciałam oczami po drzwiach, które prowadziły do innych pomieszczeń. Strome schody, które prowadziły na wyższe piętro.
W końcu zerknęłam na mężczyznę, szukającego czegoś w jednej z szafek. Widocznie znalazł daną rzecz, następnie zwrócił się do mnie. Jedno spojrzenie i wiedziałam, co powinnam zrobić. Usiadłam na kanapie, jak mi kazał. Zbliżył się i podał mi fiolę z miksturą.
Eliksir uspokajający. Wypij — rozkazał tylko.
Przepraszam, ale nie potrzebuję go. Jestem całkowicie spokojna. Niech pan go zażyje. — Chciałam się uśmiechnąć, ale nie dałam rady. Snape spiorunował mnie wzrokiem.
Bezczelna... Pij — warknął. Zrobiłam, jak polecił. Zabrałam od niego fiolkę, wypijając zaraz jej zawartość. Tak jak sądziłam, nie poczułam żadnej różnicy.
Dziękuję profesorze i przepraszam. Przesadziłam. Nie powinnam tego robić… — W ogóle nie pomyślałam o Snape'e w chwili swojego triumfu. W końcu był moim opiekunem, odpowiadał za mnie. Gdyby coś się stało, odpowiedzialność spadłaby na profesora.
Głupia dziewczyno „chyba”? Ciesz się, że cała ta sytuacja mnie rozbawiła, bo w przeciwnym razie już siedziałabyś u profesora Dumbledore'a lub u Knota! Jak można być takim bezrozumnym, żeby atakować jednego z urzędników? — Skrzywiłam się. Rzeczywiście to nie było zbyt mądre. Ton jego głosu był chyba największa karą.
On też nie był bez winy. Nie zrobiłabym niczego, gdyby nie jego zachowanie. — Bardzo, bardzo głupie tłumaczenie. Zniżyłam się do poziomu Careya.
To nie jest ważne, to nadal twój nauczyciel. Jeśli w Hogwarcie także ktoś urazi twoją dumę, to rzucisz się na niego? Skoro tak, nie fatyguj się z przyjazdem do szkoły.
Przepraszam! Oczywiście, że nie. Carey po prostu tyle lat mną...
Cisza. Nie chce o tym słyszeć, po prostu masz się zastanowić nad tym, co zrobiłaś, dziewczyno. — Przetarł oczy sfrustrowany. — To mój dom. Masz nikomu nie mówić, że w nim byłaś. Nawet nie wspominać o tym, nie myśleć. Po prostu zapomnieć, kiedy wrócimy do ministerstwa. Zrozumiano? — Zadał w taki sposób to pytanie, że nie dało się nie odpowiedzieć pozytywnie.
Tak, zrozumiałam profesorze.
Dobrze, a teraz skąd masz różdżkę? — Nadal wściekły dotknął kieszeni, gdzie znajdowała się moja własność. Zastanawiałam się, czy nie skłamać, ale nie widziałam w tym sensu.
Od ojca... Tego prawdziwego. Jak się okazało, był czarodziejem. Zostawił mi to w spadku.
Ah, tak — mruknął cicho i nie pytał już więcej. To dobrze, gdyż sama o wiele więcej nie wiedziałam.
Mam nadzieję, że masz jakąś wiedzę o eliksirach i nie będę się męczył z jakimś ścierwem.
Pan będzie go sprawdzać? Byłam pewna, że ten idio... Carey.
Oczywiście, że ja, choć wolałbym być pozbawiony tego zadania. Nauczyciele z Hogwartu będą oceniać twoje sumy, by wiedzieć, na jakim poziomie jesteś. Masz książki — wskazał na stolik. — Poczytaj przed drugą częścią testu. Zaraz wrócę.
Po tych słowach zniknął za jednymi z drzwiami, a ja zagłębiłam się w lekturze, uciekając od świata realnego do świata eliksirów.

***
Severus Snape nigdy nie był miłym człowiekiem, właściwie to był aroganckim, bezczelnym, gburowatym Mistrzem Eliksirów. Każdy, kto choć raz w życiu miał z nim do czynienia potwierdziłby to bez chwili zastanowienia. Nie można też zaprzeczyć, że ten mężczyzna miał niewątpliwie świra na punkcie Slytherinu.
Można pomyśleć, że sławny Mistrz Eliksirów, który dorobił się wielkiej fortuny, będzie mieszkał w ogromnym domu przepełnionym najdroższymi przedmiotami, aczkolwiek rzeczywistość wyglądała inaczej.
Nigdy nie interesowało mnie życie w takich luksusach, w jakich żył mój przyjaciel Lucjusz. Cały ten przepych przytłaczał mnie, a duże rezydencje odstraszały swoją cichą pustką. Pozwoliłem sobie tylko na piwnicę wypełnioną najwyśmienitszymi winami pochodzącymi z całego świata. Dumny ze swojej kolekcji, często wspominałem o niej Malfoyowi, gdyż nawet on nie posiadał takich zbiorów.
W mieszkaniu znajdowały się trzy sypialnie, jedna należała do mnie, a dwie kolejne przeznaczone były dla gości. W prawdzie nie wiedziałem, po co w ogóle były mi one potrzebne, nikt z nich nie skorzystał od czasu wybudowania Snape Manor (lubiłem tak nazywać swoje królestwo) i raczej nic nie wskazywało na to, aby cokolwiek miało się zmienić. Biblioteka i podziemne laboratorium były przeze mnie najczęściej odwiedzanymi miejscami. Wyznawałem zasadą, mówiącą, że człowiek uczy się przez całe życie, więc chętnie właśnie to robiłem — studiowałem, bezustannie. Mistrzowie Eliksirów nie różnili się niczym od odkrywców wynalazców, wręcz oczekiwano od nich, aby tworzyli nowe dzieła nauki. Ulepszałem eliksiry, szukałem zastępstw dla rzadkich lub zagrożonych składników, wymyślałem nowe receptury. Kochałem to.
Każde z wymienionych miejsc było ciemne, mroczne, a jednocześnie eleganckie i przesycone potężną magią. Nie dało się także nie zauważyć, iż dom zamieszkiwał stary wierny Ślizgon. Motywy węży były częstym widokiem w moim domu. Arrasy z herbem Slytherinu wisiały w trzech sypialniach, a meble wykonane zostały z najlepszego czarnego drewna i do złudzenia przypominały te znajdujące się w Pokoju Wspólnym Ślizgonów. Każda ściana w domu została skąpana w zieleni, lecz w każdym pomieszczeniu w innym odcieni tego koloru. Okna średniej wielości wpuszczały do domu tyle, ile światła było potrzeba, a w dni, kiedy słońce w ogóle się nie pokazywało, korzystałem ze świec (magicznie zabezpieczonych tak, aby się nie wypalały do końca) oraz paliłem w kominku. Podobieństwo do lochów nie było przypadkowe, po prostu uwielbiałem swoje hogwarckie kwatery i sprawiłem, iż dom mój wyglądał podobnie. Jedynie kuchnia różniła się wystrojem. Miejsce to było światełkiem w ciemności. Jeśli dom byłby zaprojektowany na podobieństwo mojej duszy, to nikt nie miałby wątpliwości, że snutym człowiekiem o ciemnym wnętrzu, lecz kuchnia stała się czymś, co wskazywało, na to, że nie do końca byłem, aż tak zły. Wbrew pozorom także miałem sumienie i uczucia. Nie byłem pieprzoną maszyną zaprojektowaną na nienawiść.
Ściany w kuchni były koloru jasnego brązu, co niepodważanie imitowało uczucie ciepła. Meble zostały wykonane na specjalne zamówienie i tak jak ściany były jasnej barwy. W porównaniu do poprzednich pomieszczeń, okna w kuchni ciągnęły się od podłogi po sam sufit, dzięki czemu wpuszczały do środka mnóstwo promieni słońca — jeśli akurat jawiło się na niebie, jednak na szczęście nie często witało ono w tej części Walii. Z kuchni był doskonały widok na błękitne głębokie jezioro, które tak bardzo uwielbiałem pod każdym względem. Lubiłem gotować. Zawsze kojarzyło mi się to z ważeniem eliksirów oraz chemią. Przepadałem za eksperymentowaniem ze smakami, bawieniem się w kreatora i mistrza, gdzie jedzenie stawało się drugorzędną sprawą. Odprężało mnie to, stało się zajęciem w chwilach, gdy zbyt magiczne czynności stawały się męczące. Spędzałem w kuchni mnóstwo czasu, choć nie więcej niż w laboratorium czy bibliotece.
Także w tej chwili stałem przy oknie, wpatrując się w wiekowe drzewa, kołyszące się lekko na wietrze i rozmyślałem o młodej osobie, siedzącej teraz w moim salonie. W moim domu. Jak mogłem być tak lekkomyślny, zabierając ją do siebie? Cholera... Byłem głupcem. Odruchowo teleportowałem się do siebie, nawet wcześniej o tym nie myśląc.
Musiałem przyznać, że wbrew pozorom z początku rozbawiło mnie zachowanie Mariki, a tym bardziej tego idioty. Zabawnie było patrzeć na to, jak czarownica podkładała Careyowi różdżkę pod szyję. Strach urzędnika był aż namacalny, chyba nie spodziewał się tak zaskakującego zakończenia. Marika Snape trochę przypomina mi mnie. Prześladowanie, obrażanie jej osoby, jej minimalna zemsta przypomniała mi mnie samego za czasów szkolnych, kiedy to byłem pośmiewiskiem Hogwartu. Bolesne wspomnienia. Największe upokorzenia mego życia wydarzyły się właśnie wtedy (a przynajmniej starałem sobie tak wmawiać). Chyba właśnie dlatego nie przerwałem przedstawienia od razu; nie odciągnąłem dziewczyny od urzędnika. W głębi chciałem, aby nacieszyła się chwilową władzą uzyskaną nad Careyem, aby zapamiętała dokładnie strach mężczyzny. Nie zrobiłabym mu krzywdy, Marika nie była, aż tak głupia. Oczywiście musiałem zainterweniować, w końcu położyła rękę na idiocie z ministerstwa, gdyby trafiła na innego opiekuna, tak szczęśliwie nie skończyłaby się cała historia. Marika nie przemyślała swoich czynów, działała pod wpływem emocji i to ją zgubiło, cholerny brak kontroli. Nie wróżyłem jej niczego dobrego z takim piekielnym, a także gryfońskim temperamentem i wysokim poziomem głupoty. Trudno było mi sobie wyobrazić Marikę w szacie, nie widziałem w niej swojej uczennicy (przynajmniej nie w taki sposób). Przyzwyczajony zostałem do patrzenia na jedenastolatków dorastających pod moimi skrzydłami. Widziałem, jak się zmieniają nie tylko fizycznie, ale także psychicznie. Obserwacja — elementarna czynność życiowa. O pannie Snape wiedziałem niewiele, choć jej życie jest synonimem marności, także niewiele też straciłem.
Sięgnąłem do kieszeni, wyjmując z niej różdżkę Mariki. Zagadka... Czyli nie była mugolakiem, a półkrwi. Różdżka jako prezent od ojca. Zapewne zainteresuje to Albusa, będę musiał go o tym poinformować. Choć znając Dumbledore'a on już o tym wiedział, w końcu to dyrektor, bóg czarodziejskiego świata — co mogłoby się uchronić przed jego wszystko widzącym okiem? Lalkarz.
Westchnąłem, po czym podszedłem do zlewu i przemyłem twarz lodowatą wodą. Nie musząc przybierać maski obojętności, wróciłem do salonu.
Dziewczyna nie siedziała już na kanapie, a stała niedaleko kominka i wpatrywała się obraz nad nim. Kiedyś znajdowały się tam mojego szpady, lecz po tym, jak to niesamowite dzieło trafiło w moje ręce, zajęło honorowe miejsce w salonie.
Na płótnie znajdował się król zwierząt — lew oraz potępiony przez świat gad — wąż. Istoty umieszczone zostały naprzeciwko siebie i wyglądały, jakby szykowały się do przerażającej walki na śmierć i życie. Utalentowany artysta sprawił, iż im dłużej wpatrywało się w namalowane postacie, wtedy zdawało się, że zwierzęta ruszają się; biegną ku sobie. Na mordach urokliwych kreator widać masę emocji: gniew, złość, pasję, nienawiść, wzajemny szacunek. Niesamowita gra emocji, a także barw! Czerwień i zieleń łączyły się w pewnym momencie w nową barwę, której nie potrafiłem określić. Obraz był mroczny, mistyczny, zapewne odpychający normalnego prostego człowieka. Pewien czas temu, kiedy przechadzałem się po mugolskiej galerii sztuki, wpadłem na to dzieło i od pierwszej chwili wiedziałem, że musi należeć ono do mnie. Symboliczne arcydzieło, idealnie odzwierciedlające relację Slytherinu i Gryffondoru.
Odwróciłem wzrok od obrazu, następnie odchrząknąłem cicho. Marika odwróciła się przez ramie, dopiero mnie zauważając. Wróciła na kanapę.
Miałam powtarzać.
Powtórzyłam i mam tę książkę w domu. Znam ją właściwie na pamięć. Ten obraz. — Wskazała na miejsce nad kominkiem. — Jest niesamowity. — Kiwnąłem głową, zgadzając się z dziewczyną.
Pan go namalował, czy kupiony? Raczej druga opcja, nie dostrzegam w panu artysty. — Przekrzywiła lekko głowę. Analizuje mnie! Bezczelne, lecz intrygujące.
Podszedłem do Mariki, siadając na drugim końcu kanapy. Czarownica nie spuszczała ze mnie wzroku.
Nie twoja sprawa. Skoro powtórzyłaś, to zaraz możemy wracać. — Musiałem się jej jak najszybciej pozbyć.
Nie minęła jeszcze godzina.
Mało odkrywcza uwaga, ale gratuluję znajomości zegarka — zakpiłem. Dziewczyna sobie nic z tego nie zrobiła, za to ponownie spojrzała na obraz. — Nawet jeśli czas nie minął, to zaraz będziemy wracać — powiedziałem stanowczo.
Wiem — odrzekła beznamiętnie. Zamilkła na chwilę i wyglądała, jakby biła się z własnymi myślami.
Profesorze...
Tak?... — Irytacja pojawiła się na mojej twarzy.
Nie mam żadnego dostępu do magicznych ksiąg. Zastanawiam się, czy nie mógłby mi pan pożyczyć książki o eliksirach lub o zielarstwie. Oczywiście, jeśli nie sprawi panu to problemu. — Spojrzała na mnie wręcz błagalnie.
Czy sprawi mi to problem? Oczywiście, że tak! Nie miałem największej ochoty na pożyczanie moich książek. Dzielenie się prawie nie wchodziło w grę, jeśli chodziło o moje cenne zbiory. Lubiłem porównywać rozdzielenie mnie z moimi książkami, do rozdzielenia matki z dzieckiem. Niezdrowe przywiązanie do rzeczy martwych, czy już powonieniem się o siebie martwić?
Byłem dumny z tego, co uzbierałem przez ostatnie kilka lat. Jako, iż byłem wybitnym Mistrzem Eliksirów, w moje ręce wpadło wiele niezwykle starych oraz bezcennych ksiąg poprzednich Mistrzów. W kolekcji znajdowały się staroegipskie oraz starogreckie zwoje, których nie dało się zdobyć w pierwszej lepszej księgarni. Wiele ksiąg dotyczyło eliksirów zakazanych przez ministerstwo, lecz nie zawracam sobie tym głowy. Czarno magiczne eliksiry zajmowały połowę mojego składu z miksturami. Zazwyczaj ważyłem, je tylko po to, aby mieć dany napój w swoje kolekcji, lecz nie obeszło się bez kilku groźnych eksperymentów.
Moja biblioteka była mroczniejszym miejscem niż Dział Ksiąg Zakazanych. Hogwarckie książki w porównaniu z moimi to najmilsze bajeczki dla dzieci. Oczywiście ani Albus, ani Czarny Pan — kiedy jeszcze żył — nie byli świadomi o istnieniu tak pokaźnej i potężnej kolekcji, a Dumbledore miał pozostać w swojej niewiedzy. Za bardzo znałem dyrektora, żeby wiedzieć, że chciałby wykorzystać „dla większe dobra” twory światowych Mistrzów Eliksirów. To, że Albus brzydził się czarną magią, nie oznaczało, że nie starałby się użyć mikstur, w końcu, od czego miał mnie — Severusa Snape, psa króla.
Myślami wróciłem do młodej czarownicy i jej prośby... Chciałem odmówić, lecz czułem, że powinienem pożyczyć Marice chociaż jedną z książek. W końcu z własne woli chciała studiować eliksiry! Niewiele takich ludzi na świecie istniało, a jako nauczyciel powinienem poczuwać się do kształcenia młodych umysłów.
Wskazałem na stół, leżało na nim kilka książek.
Te dwie z wierzchu... Masz je? — Pokręciła przecząco głową. — Możesz je pożyczyć, ale nie radzę Ci ich zniszczyć, bo pożałujesz.
Uśmiechnęła się promiennie.
Dziękuję profesorze. — Zachwycona od razu sięgnęła po książki.
Wpatrywałem się w czarownicę, kiedy ta przeglądała strony lektury. Jej skóra nadal była blada, a ciało wychudzone. Blizna na prawym policzku była widoczna, aż za bardzo. Pomimo młodego wieku oczy zmęczone i podkrążone. Już na pierwszy rzut oka było widać, że dnie do końca było z nią w porządku. Nagle na jej wykrzywiła się w grymas bólu.
Upadła na ziemię, uderzając kolanami o podłogę. Zatkała dłonią usta i dopiero po chwili zorientowałem się, że spomiędzy palców zaczęła wyciekać szkarłatna krew. Marika pluła krwią, kaszląc przy tym silnie. Oczy zaszły jej łzami, a tęczówki jakby zrobiły się bledsze, podobnie jak jej skóra. Ciało trzęsło się, traciło się z każdą sekundą.
Poderwałem się z miejsca, kucając przy niej. Uniosłem twarz dziewczyny ku górze. Krew leniwie spływała po ręce Mariki, skapując na ubranie oraz dywan. Upewniłem się, że atak się skończył i posadziłem ją na kanapie delikatnie. Że też u mnie musiała zacząć pluć krwią, jasna cholera! Wziąłem z barku eliksiry wzmacniające oraz uspokajające, po czym jej wręczyłem oba.
Wypij. — Pokręciła przecząco głową. Myślałem, ze szlag mnie na miejscu trafi. W ściekły postawiłem fioki na stole. Przyjrzałem się Marice. — Jak się czujesz?
Dobrze... Ostatnio przydarzyło mi się to tydzień temu, więc nie jest źle... — Ręce jej się trzęsły. Powinna wypić ten przeklęty eliksir! — Możemy wracać?
Tak — odpowiedziałem lakonicznie. Skoro tego chciała, nie mogłem jej odmówić.
Musiałem porozmawiać o tym z Albusem, nie wiedziałem, co było czarownicy, ale jak widać, choroba nie do końca zniknęła.
Podniosła się, złapałem ją za ramię i już byliśmy w ministerstwie. Przeszliśmy szybko korytarzem, wchodząc do sali, gdzie czekał na nas Carey. Ten spojrzał na nas obojętnie, lecz po ułamku sekundy jego twarz opanowało przerażenie. Uniosłem brwi, nie wiedząc, o co urzędnikowi chodziło. Zerknąłem na dziewczynę i już wiedziałem, o czym ten idiota myślał. Marika oglądała stan swoich rękawów i koszuli. Nadal była cała wymazana krwią. Zapomniałem jej wyczyścić, przetarłem oczy sfrustrowany. Cholera.
Coś ty jej zrobił?! — Pokazał na dziewczynę, czyżby się o nią martwił... — Nie odpowiem za to, wszystko będzie na ciebie. Zaprzeczę wszystkiemu! — Przez chwilę nie nie pojmowałem sensu słów Careya. Przewróciłem oczami, po czym go spiorunowałem wzrokiem.
Idioto nie krzycz. Myślisz, że mógłbym jej coś zrobić? Albus dał mi pannę Snape pod opiekę, chyba oszalałeś, myśląc, że zrobiłbym jej krzywdę — ściszyłem głos. — Tylko takich kretynów jak ty mógłbym doprowadzić do wylewu krwi. — Wykrzywiłem wargi w kpiący uśmieszek, kiedy Carey zrobił się cały blady. Momentalnie się zamknął i już nawet na nas nie patrzył. Zwróciłem się do dziewczyny, która była rozbawiona tą sytuacją. Jednym machnięciem różdżki sprawiłem, że cała krew zniknęła.
Notka informacyjna, jaki eliksir masz uwarzyć, leży na twoim stanowisku. Masz dwie godziny. Zaczynaj — powiedziałem, po czym usiadłem koło blondasa, który patrzył w ziemię. Idealnie.
Dziewczyna podeszła do kociołka, przeczytała krótką instrukcje, następnie uśmiechnęła się lekko i zabrała do pracy. Odwróciłem od niej wzrok, który skupiłem na lekko pomiętym — dzięki Careyowi — teście Mariki. Po dziesięciu minutach sprawdzania musiałem przyznać, że ta mała pyskata gówniara miała pojęcie na temat eliksirów.
Oczywiście były błędy, ale nie dużo i nie specjalnie istotne. Zerknąłem w jej stronę. Pracowała w nadzwyczajnym skupieniu i wyglądało na to, że wybrany eliksir nie sprawił jej żadnego problemu. Rzadko się widziało coś takiego. Mimo wszystko byłem dość zadowolony i dumny... Dobrze, że ktoś potrafi dostrzec piękno tej dziedziny, gdyż jest coraz mniej doceniana. Wróciłem do sprawdzania testu, próbując nie myśleć o krwi.
Po dwóch godzinach dziewczyna podeszła do biurka z fiolką eliksiru do sprawdzenia. Wziąłem go od niej w milczeniu, od razu chowając do kieszeni. Przypomniałem sobie o jej różdżce. Nie oddam jej Marice, musiałem pokazać różdżkę Albusowi, opowiedzieć o całym dniu. Raporty jak za czasów Voldemorta.
Schowałem również test. Podniosłem się z miejsca i ruszyłem w stronę wyjścia, dziewczyna szła za mną. Żadne z nas nie pożegnało się z Careyem, Marika pewnie była szczęśliwa, widząc go ostatni raz. Na korytarzu złapałem czarownicę za ramię i teleportowałem nas do jej domu.
Jutro o tej samej porze będę u Ciebie — poinformowałem pannę Snape, szykując się do kolejnej teleportacji.
Dobrze. Jutro testy z...?
Transmutacji. — Nie miałem pojęcia, nikt nie uzgodnił kolejki... Zresztą, chyba ona miała sama to zrobić. Trudno.
Dobrze. — Uśmiechnęła się lekko. Po chwili milczenia stwierdziłem, że jestem zbędny.
Do widzenia — pożegnałem się i nie czekając na jej odpowiedź, wróciłem do domu.

57 komentarzy:

  1. Pierwsza! Cieszę się, że dodałaś nowy rozdział. Opis pierwszego testu Mariki, no i okazało się, że nie jest taka zła. mam nadzieję, że nie zmaienisz naszego Severusa w alkoholika, choć jego charakterek jest niezły z rana. I ten rytuał z kawa.
    Musze jednak przyznać, że najbardziej podobało mi się stracie z nauczycielem eliksirów. Od początku widać było, że jest idiotą i do do kwadratu. Jak można zwracać się tak do młodej dziewczyny? Nawet Severus zaczął jej żałować, gdy zobaczył zdjęcia. Jednak dobrze, że pokłóciła się z nim, zasługiwał na to.
    Martwię się tym atakiem Mariki. Chyba nie powróci jej choroba, co? Biedna i tak już tyle przecierpiała.
    Sumując rozdział świetny i dobrze, że długi. Dodatkowo znalazłam trzy błędy.
    "bo moja berta " powinno być "bo moja beta",
    "nadętych nauczyli" powinno być chyba "nadętych nauczycieli"
    "ze jestem zbędny" powinno być "że jestem zbędny".
    Czekam na więcej
    Croy http://black-redstart.blogspot.com/
    P.S. U mnie nowy rozdział chyba jutro, tak na długi weekend ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zamienię... Jemu jest się trudno uzależnić, jednak alkohol jest dla niego "lekarstwem". Z czasem będzie mniej pił. Nigdy nie wyobrażałam sobie Severusa jako fana kawy... Herbata do niego pasuje :D
      JA zawsze tak postrzegam ludzi z rządu. Magicznego i mugolskiego. Zarozumialce, którzy o życiu nic nie wiedzą.
      To tajemnica, ale ataki będą co jakiś czas.
      Cieszę się, ze długość nie przeszkadza, choć ja się spotkałam z dłuższymi i to dwa razy :D
      Błędy ;; Zawsze muszą jakieś być. Poprawię to później - jak się blogger uspokoi.

      Zacznę twojego bloga czytać od jutra :D Przełamię bariery ^^

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam,
      Marika Snape

      Usuń
    2. Wiem, że są błędy bo sama mam ich masę, ale pisałaś, że beta się postarała, więc chciałam pokazać, żeby było perfekcyjnie ;)
      Herbata może do niego pasuje, sama uwielbiam pić zieloną, albo czerwoną.
      Co do ludzi z rządu to mam podobnie, ale unikam ich w swoich opowiadaniach, choć czasem się nie da.
      Długość w sam raz, ja też mam u siebie długie, na min. 5 stron, choć zwykle dochodzi do 7.
      Co do bloga to piszę zawsze adres, bo często sama zaglądam na inne, które znajduję na blogach innych w komentarzach.
      A wiesz, że znalazłam Sevikę na facebboku, gdy w grupie wymienialiśmy ulubione ff? Masz fanów ;)
      Croy

      Usuń
    3. I dziękuję ci za to. Nie każdemu się chce wypisywać błędy, także doceniam to ^^ JA błędów nie widzę w ogóle, chyba, że ktoś pisze "żeczy" itp. Jestem dyslektykiem i większe błędy, literówki, przecinki nie są dla mnie przeszkodą w czytaniu :D
      Ten rozdział ma chyba 14 stron... Przynajmniej tak w moim programie pokazało ><
      Rozumiem :D Tylko mówię, ze zacznę jutro. Miałam zawalenie głowy ostatnio... Nadal mam, a mój leń mi nie pomaga ;;
      Ooo a mogę wiedzieć jaka to grupa? :D *szczęśliwa*

      Marika

      Usuń
    4. Grupa https://www.facebook.com/groups/144298415738706/311611685674044/?notif_t=group_comment_reply
      Ja mam problem z błędami u siebie, za nic żadnego nie wychwycę. Nie wygląda mi to na 14 stron, szybko się czytało. Sprawdziłam u siebie i wychodzi mi 10, choć i tak jestem zdziwiona.
      Nie ma co, teraz czekam na więcej ;)

      Usuń
    5. Och ta grupa... Byłam w niej, ale... Ona chyba nie jest dla mnie. Widziałam, ze jest tam dużo hejtów oraz fanek sevmione ;;
      To normalne... Raczek każdy tak ma :D
      Cieszę się niesamowicie, ze ci się podoba :D

      Usuń
  2. Kolejny świetny rozdział, czekam na więcej :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję <3 W przyszłym tygodniu kolejny ^^
      Pozdrawiam,
      Marika

      Usuń
  3. przeczytałam cały jeden rozdział. choć po długości widać, że scaliłaś dwa w jedno.
    bardzo mi się podobał, a i są drobne błędy. ale to nie ważne, nie zaburza to toku czytania jak wcześniejsze przeskoki między narracją pierwszo- a trzecio- osobową.

    życzę weny, czasu i chęci do pisania !
    zapraszam oczywiście do siebie, jednak nie wiem, czy moje pomysły Cię zainteresują.

    pisz pilnie panno Snape, czekam na kolejne rozdziały !
    pozdrowienia !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej nie piszę długich rozdziałów, bo wiem, że niektórym to przeszkadza... Ja osobiście wolę takie. Pisałabym i jeszcze dłuższe... Błędy są zawsze ;; życie ;;

      Dziękuję ^^
      Pani Snape, Pani ;; XD

      Pozdrawiam również,
      Marrie

      Usuń
    2. dwa blogi, jeden oryginalny o młodszej siostrzyczce Pottera, wspominałam CI o nim ;) a drugi, dość świeży z jednym króciutkim rozdziałem - młodość Lucjusza Malfoy'a. pary oczywiście Lucek x Cyza i Bella x Robert Lestrange.

      Usuń
    3. jeśli któryś z nich Cię zainteresował, to powiedz a dam Ci adres. bo tak o, to nie będę robić spamu

      Usuń
  4. oki, to to jest to -> http://only-the-truth-about-you.blogspot.com drugi rozdział się pisze.

    OdpowiedzUsuń
  5. Kurcze, wreszcie komentuję!
    Więc tak, opowiadanie mi się bardzo podoba, tylko oczywiście nie komentowałam. Heh. Taki mój urok, zapominam o wyrażeniu swojej opinii, bardzo Cię przepraszam Marika ;_;
    Pisz następny, bo jestem ciekawa co dalej :>
    Pozdrawiam,
    Tristesse
    ______________
    Nadal nucąc, wstała i usiadła na parapecie. Deszcz rytmicznie uderzał w szybę, pięknie komponując się z zachodzącym słońcem. Ostatnie promienie słońca dnia dzisiejszego delikatnie musnęły okiennice i czmychnęły, by zastąpił je srebrzysty blask księżyca. Po jej policzku spłynęła łza, całkowicie niekontrolowana, cicha łza. Patrzyła jak najpiękniejszy dzień w jej życiu, który dał jej tak wiele radości znika za horyzontem.

    Zapraszam na rozdział drugi. Może Ci się spodoba czy cuś :x
    Ogród Różany

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic się nie dzieję. Komentarze są ważne, ale nie aż tak bardzo szczerze powiedziawszy :D Nie chce nikomu zabierać czasu ^^
      Kolejny rozdział w przyszłym tygodniu ^^

      Podasz linka?

      Usuń
    2. Przeciez podalam :D Jest zalinkoany w slowach "Ogrod Rozany". ;)

      Usuń
  6. Wreszcie się zebrałam i przeczytałam :)
    Strasznie długi rozdział, spokojnie mogłabyś przedzielić go na dwa.
    Ok, najpierw kwestia Rose
    "Nie było, by ich...", "Można było, by powiedzieć..."- byłoby razem, nie oddzielaj ich przecinkiem.
    "Myśli, ze nie znam cyferek?", "Szok, ze w ogóle potrafi czytać"- że, a nie ze
    "Wyraz jego twarzy był niewiarygodnie poważny, bez wyrazu"- zbyt częste użycie słowa "wyraz"
    "...którym z pewnościĄ był"- połknęłaś "ą"
    "Przeleciałam oczami po drzwiach, które prowadziły do innych powieszeń"- chyba pomieszczeń :)
    "Pija, jak Ci każę"- raczej "Pij"
    "Każde z wymienionych miejsce jest ciemne"- miejsc, nie miejsce
    "Kiwnąłem (że Severus) jedynie głową na to stwierdzenie. Severus kiwnął głową na znak zgody"- co?
    "A Albus się nie dowie. Za bardzo znam Albusa..."- znowu powtórzenie.
    To tyle, dalej się wyłączyłam więc nie wyłapałam żadnych błędów :)


    Teraz ogólna ocena :)
    Świetnie opisane, ale za długie. Na sam widok długości rozdziału oczy zaczęły mnie boleć... Nie żebym miała coś do Twojego opowiadania, ale wolę, jak rozdziały są trochę krótsze.
    Snape i kac... Jakoś nie potrafię sobie tego wyobrazić :) A Lucjusz, jak to Malfoyowie, wychodzi z tego z uniesioną głową :D
    Ale żeby taki arystokrata jako prefekt przemycał alkohol? Oj, nieładnie :P
    A Severus nadal wraca myślami do Lily. Jakoś mi tu ona nie pasuje, wolałabym, aby o niej zapomniał (sorry mamo) :P
    "Przyjaciele przyjaciółmi, ale poniżenie kogoś jest najważniejsze" hahah, Ślizgoni <3
    Wątek, w którym Snape wspomina o Blacku i Potterze przypomina mi rozmowę na grupie o tym, że to właśnie ich wina itp.
    Severus w swoim domu.. Świetnie to opisałaś, jego drugie oblicze. Z wrednego, siejącego grozę nauczyciela zmienia się w czułego człowieka *.*
    Severus w domu Marrie przeglądający zdjęcia za czasów jej choroby. Ahhh ten mętlik w głowie. Jak można się cieszyć, gdy wszyscy przewidują Ci śmierć?
    "Draco zostanie wychowany na Księcia Slytherinu i stanie się jak swój ojciec. Biedne Dziecko"- zgadzam się. Jakoś nie wyobrażam sobie Dracona w długich włosach, z laską, zachowującego się jak Lucjusz...
    "Niech pan idzie za mną"? Czy ona bierze mnie za idiotę i myśli, że nie znam cyferek?" hahah może Snape, może :P
    "Ten przesłodzony głos może zabić"- i przed oczami pojawia się obraz Umbridge w różowym gabinecie :P
    "Debil, to znaczy Blondas..." nic nie znacząca pomyłka. Można by rzec, literówka :P
    Nie ma nic gorszego niż poniżanie uczennicy przed testem. Wytrącanie ucznia z równowagi powinno być karalne, zarówno w świecie mugoli, jak i czarodziei
    Ale cóż poradzić, gdy nauczyciel kupuje sobie posadę? Doprawdy żałosne. A potem weź tu się czegoś naucz :|
    "Jeszcze nikt z nich nie skorzystał i wątpię, by to się zmieniło" czyżby Marika rozwiała te wątpliwości? :D
    Snape kucharzem :3
    Heheheh Marrie Sadystka, karmi się strachem innych :P

    Rozdział wspaniałoświetny, choć musiałam się namęczyć, by wziąć się za czytanie. Ale jeżeli następne rozdziały będą pisane z tym samym zapałem, ale trochę krótsze to punkty dla Ciebie :d
    Pozdrawiam, życzę mega mnóstwo weny :*
    ~Rose Lily Evans

    OdpowiedzUsuń
  7. Ano i uwierz mi na słowo, ze błędów nie było. Serio! Ja poprawiłam potem beta, znowu ja sprawdziłam. Nie było nic. Jak czytałaś na początku blogger zrobił ze mnie żarty i nie tylko usunął mi rozdział, ale porobił błędy. Nie pytaj się mnie jak... Nie mam zielonego pojęcia. Ech... i weź tu się staraj. Rzucę to w cholerę. Serio.

    Ja kocham długie rozdziały... Jakbym podzieliła to an dwa to bym tak to strasznie rozciągała, przedłużała. To by było męczące dopiero...
    Większość ludzi ma kaca... Nie róbmy z Severusa robota, on też jest człowiekiem.
    On często myśli o Lily... Gdybym wymazała ten wątek z jego życia to już nie byłby Severus...
    Nie będę już odpowiadać na komentarze do zdań XD Masz rację z tymi uwagami, więc nie mam co komentować ^^
    Snape jest idealnym kucharzem ;; Czy tylko ja widzę go jako gotującego mężczyznę, który lubi słodycze? Większość je lubi!

    Ano wybacz, ale raczej nie zmienię długości rozdziałów ;; Chyba już nie będziesz czytać mojego ff ;;

    Również pozdrawiam,
    Marika Snape

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Weź mnie nie rozśmieszaj. Nie czytać Twojego ff? To grzech, jakiego dopuścić się nie mam zamiaru, sam Merlin niech świadkiem :)
      Bloggerowi chyba ujął się nastrój psotnika. Miałam gotową część rozdziału, a tu Puff... nagle wszystko zniknęło ;-;
      Ja lubię długie, ale bez przesady. Jeszcze u Ciebie jest mała czcionka, na pierwszy rzut oka było to masakrycznie długie.
      Nie robię z Severusa robota, ale ciężko mi po prostu wyobrazić sobie go pijanego. Taki Sev idący ulicą i śpiewający biesiady...
      Nie byłby, owszem, ale jakoś mi to tu nie pasowało.
      Nie twierdzę, że nie jest. W sumie to nie mam zdania, jeszcze nigdy nie próbowałam jego potraw. Marrie, wyślesz mi jedno danie? Dostawa do domku :P
      Ja się pytam, jak można słodyczy nie lubić ;-;
      Toż to jest złoto, skarb <3

      Jakoś przeżyję długość rozdziałów. Problemem jest to, że wszystkie informacje, które chcę potem zapisać w komentarzu, muszę zapisać na kartce/kartkach, bo inaczej zapomnę. Ale znajdź u mnie piszący długopis, ołówek, kredkę itp...
      Dobra, nie ważne :P

      Nie przestanę czytać, zapomnij o tym :)
      Tak szybko to Ty się mnie nie pozbędziesz ^^

      Usuń
    2. Ale pewnie będą takie długie ;; ZA bardzo się rozpisuje ;;
      Sama widzisz... Coś to głupieje. Myślałam, wtedy, ze w poprzednich rozdziałach źle betą sprawdziłyśmy a tu puff. Blogger żarty sobie stroi. Teraz czekam na hejty od takiej Ces :D
      Ano, ale kac a śpiewanie biesiad to co innego ;; Niektórzy mają kaca po dwóch piach...
      ....Ostatnio stwierdził, ze to ja mam gotować. Jeśli nie będę tego robić, będzie głodował... Kretyn z niego.
      Dokładnie! Severus jest wrednym draniem, ale dlaczego ma sobie odmówić tabliczki czekolady? To głupie myślenie. Tak samo jak większość pisze, ze kocha kawę. Bo co? Bo jest czarna? Tss.

      Ano nie musisz takich dokładnych pisać. Bardziej mi chodzi o wytykanie błędów. Nie chce męczyć ludzi ;;

      Hahahah i wcale nie chcę :D

      Usuń
    3. Nie męczysz. Ostatnio lubię się rozpisywać, a szczegółowe informacje tylko urozmaicają komentarz, przynajmniej w moim mniemaniu :)
      Chodzi mi o samo upicie się Seva, lubię się zastanawiać, co się działo z postaciami w sytuacjach, które nie są opisane :P
      I nasunęła mi się myśl koślawo chodzącego Seva z szatą ubraną na odwrót, butelką Ognistej w ręce i śpiewającego na całe gardło "Gdybym miał gitarę..." xd
      Nie daj mu się, on nie może tak Tobie rozkazywać. Niech się głodzi, w końcu wymięknie i przestanie być taki uparty :P
      Ja kawy może nie tyle kocham, bo po niej mam mdłości ;-;
      Nie zawsze jest czarna, ja piję z mlekiem, słodzoną. Ona najmniej mi "szkodzi"
      Ale herbata jest o wiele lepsza. Owocowa <3

      No ja mam nadzieję, że nie chcesz :P

      Usuń
    4. Chyba, ze tak :D
      Hahah no tak. Pijany Sev... Kiedy człowiek jest pijany to jego cechy charakteru stają się dwa razy silniejsze *myśli o miniaturce*. Ta... On by na pewno nie śpiewał.
      Nie ;; Jest dla mnie jak małe dziecko *często całuje go w czoło*.
      Ja kawy nienawidzę ><
      A ja kocham zieloną. Ach ten smak....

      No oczywiście, ze tak :D

      Usuń
    5. Pewnie, że tak, a jak? :P
      Nigdy nie wiadomo, co pijanemu do głowy strzeli :P
      No cóż, ja nie wiem, jaki jest po godzinach :D
      Ja od kawy trzymam się już z daleka :P
      Rzadko kiedy piłam zieloną więc smaku nie pamiętam :P

      I żeby tak mi zostało :D

      Usuń
    6. Tak, tak.
      Ja wiem! :D
      U mnie podobnie. Nie dotykam się napoju szarlatana.
      Zielona jest pyszna...

      Oczywiście <3

      Usuń
  8. Zazwyczaj nie mam weny do komentowania niczego, ale rozdział cudowny, to kom musi być *u*

    Strasznie podobało mi się, że rozdział taki długi, mega przyjemnie się czyta i jestem za tym, żeby było takich więcej :D. Według mnie najlepsza "scena" była właśnie u Mariki w domu, kiedy Severus oglądał te zdjęcia w czasie choroby. "Do jasnej cholery, przez pięć lat wyglądała niczym zombie, nawet ja zaczynałem jej współczuć" Snape i współczucie :D <3.


    Z każdym rozdziałem bardziej mi się podoba i liczę, że będzie tak dalej.
    Pozdrowienia! C:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za poświęcenie <3

      Uff to dobrze :D Kocham pisać takie rozdziały. Severus też ma jakieś uczucia, zresztą większość by zaczęła współczuć takiej dziewczynce ;;

      Dziękuje za komentarz.
      Pozdrawiam,
      Marika Snape

      Usuń
  9. Zakochałam się w twoim blogu *,* Bardzo ciekawa jestem jak to się dalej potoczy. Trochę błędów jest ale nie są aż tak widoczne. Czekam na kolejny rozdział ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się,że ci przypadł do gustu ^^ Dziękuję za komentarz. Rozdział powinien pojawić się w przyszłym tygodniu.

      Pozdrawiam,
      Marika

      Usuń
  10. Czemu takie małe literki tym razem? Oślepnę xd I zasugerowałabym zmianę czcionki na białą, bo ta szara na zielonym tle, tonie bardzo, oczy bolą od czytania.
    Trochę błędów było niestety ale i tak mi się podobało. Akcja toczy się powoli, ale nie jest nudno. :) Ugh, nienawidzę tych głupich urzędasów, dobrze, że Marika trochę go postraszyła. :P I Severus jest fajny, chłodny, ale jednak zachowujący jakieś ludzkie uczucia i odruchy. :)
    Czekam na następny rozdział, weny! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma pojęcia dlaczego... Blogger tak ustawił... On w ogóle się mną bawi. Postaram się zmienić.
      W takim razie się cieszę ^^
      Ja tez ich nie lubię... Musiałam to pokazać i w ff :D Severus w końcu nie jest bez uczuć ^^
      Dziękuje i pozdrawiam C:

      Usuń
  11. Boski ! <3
    Cudowny ! <3
    Świetny ! <3
    Wspaniały ! <3
    Normalnie kocham twoje opowiadanie ! :D Jak dobrze, że je znalazłam :3
    Mogłabyś zadedykować mi kolejny rozdział... Proooooszę *.*
    Czekam ! Czekam i to z niecierpliwością ! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, dziękuję i jeszcze raz dziękuję <3!
      Ach to jest miód dla moich oczu. Naprawdę bardzo mnie to motywuje :D
      Oczywiście ^^ Dla mnie to będzie większy zaszczyt.
      Możliwe, ze rozdział pojawi się przed wtorkiem.

      Usuń
    2. Ojj *.*
      Już nie mogę się go doczekać ! :D
      Masz napisać szybko <3 :3
      Pamiętaj, że ja czekam ! ^^

      Usuń
  12. Twoj blog jest swietny!Mam nadzieje , ze niedlug nowy rozdzial.nic dodac, nic ujac.naprawde bardzo ciekawe :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo! Kolejny rozdział chyba w poniedziałek.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. To super, bo bym chyba nie wytrzymala z ciekawosci :*

      Usuń
    4. Ano chyba plany się zmienią i będzie później ^^"

      Usuń
  13. Rozdział bardzo mi się podoba, szczególnie opis domu Severusa i kłótnia z Carley'em :) Czekam na następny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciesze się, że ci się podoba. Kłótnie zawsze spoko :D
      Dziękuję za komentarz.

      Usuń
  14. Dzisiaj będzie krótko, bo z telefonu xD Jesten na kolonii.
    Jezu, ale mnie wpienia ten Carey...iCo za skończony idiota! Jak on mógł... to... ugh.
    Severus budzi w sobie pierwsze ludzkie instynkty w stosunku do Mariki :3
    Fajną ma chatę nasz Mistrz Eliksirów ;)
    Super, kochana! :)
    Pisz dalej! :*
    Weny
    Basia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miłej kolonii życzę <3
      Mnie również... Wkurzający gość - to nic, ze sama go wymyśliłam ;;
      Nawet on ma uczucia i sumienie ;;
      Kto bogatemu zabroni :D
      Dziękuję C:

      Pozdrawiam,
      Marika Snape

      Usuń
  15. Bardzo mi się spodobało twoje opowiadanie :) Nie często znajduje się takie Fanfiction w których autorzy umieszczają swoje postacie na głównego bohatera/bohaterkę ale tobie udało się wspaniale. Najlepszy moment to jak Marika zagroziła temu idiocie różdżką :D. Mam nadzieję, że postacie się do siebie przekonają ;). Życzę dobrych stosunków z Weną :*

    Miłego pisania,
    Rita

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że udało mi się nie zepsuć ff już na początku swoją osobą/postacią :D Groźby zawsze spoko. Czy się przekonają... Cóż to się okaże. Dziękuję <3

      Pozdrawiam,
      Marika Snape

      Usuń
  16. Wow XD Świetne! Talent masz kobieto! Życzę weny :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Fantastyczny opis emocji i okoliczności testów, po prostu ubawił mnie tak, że śmiałam się od ucha do ucha... Masz wyobraźnię :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciesze się, że ktoś widzi w tym coś wartościowego, bo osobiście uważam, ze wiele brakuje moim opisom... Dziękuje ^^

      Usuń
  18. Czy to źle jeżeli chciałam zrobi krzywdę temu pożal się Merlinowi nauczycielowi ?
    Tylko takich zabić. Ech...
    M.

    OdpowiedzUsuń
  19. Jakieś tam małe prezenty(tj. błędy) blogger po sobie zostawił :P
    Z czasem czyta mi się coraz przyjemniej. Wątpię, by to była zasługa bety c:
    _____________

    elstella-x.blogspot.com
    bonnie-karaye.blogspot.com
    dorcas-meadowes-karaye.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  20. Wiem że trochę spóźnione te komentarze ale dopiero zaczęłam czytać twojego bloga. :-) Naprawdę świetny! Ciekawy, i w ogóle ;-) Są tam minimalne błędy typu że napisałaś niepotrzebne słowo, ale nie ma się co czepiać, bo w końcu każdy je popełnia! ;-) Ogólnie fabuła jest świetna, oby tak dalej! Życzę weny i pozdrawiam seserdecznie! :-*

    OdpowiedzUsuń
  21. ooooo...czyli Marica wciaz jest chora.. wiec wlasciwie to Hogwart stoi pod znakiem zapytania...
    www.czarnekrolestwo.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
  22. Przepraszam za wczorajszą nieobecność, ale nie miałam już w domu internetu. *Jasło jako stolica Podkarpacia*
    Coś Ci się stało z akapitami, bo ich w ogóle nie ma.
    Złotego ŚrodkA, nie ŚrodkU. :D
    Zaraz, Lucjusz libował sobie ze Snape'em przy Draconie? Draco z nimi też pił? Oj, trochę to niezbyt. xD
    Najpierw napisałaś, że na twarzy Snape'a widać było frustrację, złość czy coś tam innego. Myślałam, że on wtedy spojrzał w lustro, ale nie, okazało się, że on dopiero później spojrzał w lustro, aby ocenić swój wygląd. W takim razie skąd wiedział zaraz po wstaniu, co maluje się na jego twarzy? Mógł CZUĆ frustrację, która NAJPRAWDOPODOBNIEJ też malowała się na jego obliczu. Tak byłoby poprawnie. Z pierwszą osobą jest ten problem, że nie wszystko, co dotyczy wyglądu narratora, można napisać.
    Cieszę się, że napisałaś o tych bliznach Snape'a. Trochę mi nie pasuje to, że bez problemu ludzie zdają sobie sprawę z tego, że członkowie Zakonu Feniksa mogą mieć obrażenia (Moody, Ron, Hermiona, Bill), ale jakoś nikt nigdy nie wspomniał o śladach po bitwach czy pojedynkach, które noszą ciała śmierciożerców. Mimo że Rowling wspominała, że np. Bella nosiła ślady po Azkabanie, Lucjusz po Azkabanie i regularnych torturach (po utracie przepowiedni). Zatem - duży plus, chociaż jednak Snape był śmierciożercą z górnej półki, więc troszkę za dużo tych śladów.
    Dziewczyna nie mogła być brudna czymś czerwonym, mogła być czymś POBRUDZONA. :) Jeśli jest brudna, to po prostu - brudna.
    Mam pytanie. Czy zdanie "Słońce po prostu mnie boli" jest wzorowane na odcinku Trudnych Spraw? Była tam taka dziewczyna, która udawała, że jest wampirem, a kiedy mama rozsunęła zasłony, to zaczęła się wydzierać, że boli ją światło. xD
    Nie dziwię się Severusowi, że woli imię Mariki, na jego miejscu też bym wolała. Jestem tylko zdziwiona, że on nie poznaje ani Mariki, ani osób z jej zdjęć.

    OdpowiedzUsuń
  23. Te wewnętrzne komentarze Snape'a są lekko dziecinne. Takie dopowiadanie rozpieszczonego księcia, który dziwi się wszystkiemu, jakby był wychowany w złotek klatce, a tak naprawdę on przeżył naprawdę bardzo dużo. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że Snape nigdy przy ludziach nie byłby przyjazny czy cierpliwy, ale z pewnością myślał inaczej i dużo, naprawdę dużo głębiej. To inteligentny człowiek.
    Ech, Carey ośmieszył Marikę? Czy ja wiem? Chyba nie, coś tam do niej warknął, ale dziewczyna nie powinna się nim tak przejmować, bo podejrzewam, że Twojego Snape'a stać na dużo gorsze docinki. Ale widzę, że poziom dojrzałości Snape'a i Mariki jest dokładnie taki sam - przypuszczam, że Marika ma kilkanaście lat, skoro zdaje SUMy, ma 15/16, więc nie mam absolutnie żadnych problemów z tym, że przejmuje się takimi sprawami, nazywa kogoś "debilem". Okej. W przemyśleniach Mariki czujesz się dobrze, to widać. Ale niepokoi mnie zachowanie Snape'a, ponieważ inteligentny, powściągliwy i doświadczony facet nie może mieć problemów na poziomie kilkunastoletniej uczennicy. Musisz bardzo popracować nad jego przemyśleniami i nad charakterem, bo obawiam się, że im bardziej uczuciowo Snape będzie się rozwijał, tym bardziej szczeniacko to będzie wyglądało.
    Do tego rozdziału jestem dość sceptycznie nastawiona, ale komentarz tego blondyna pasowałby do Snape'a, naprawdę bardzo trafny, szkoda, że nie włożyłaś u tych słów w usta, bo są naprawdę mega snejpowe. :)
    Ta kłótnia była nieco żenująca, na Twoim miejscu podczas betowania albo bym ją zmodyfikowała, albo całkowicie wywaliła, bo nie brzmiała ani dojrzale, ani śmiesznie.
    Wiesz, jak się nazywa kolor, który powstanie z połączenia czerwonego i zielonego? Brązowy. xD Nie jest to tak nowa barwa. :)
    Kurcze, im dłużej Snape rozmawia z Mariką, tym bardziej denerwuje mnie to, jak szybko toczy się akcja między nimi. Co innego, gdyby Severus jakoś był do niej dobrze nastawiony, ale on jej nie lubi, Marika wręcz go denerwuje, jego myśli są pełne jadu, a mimo wszystko wdaje się z nią w dyskusję, która jest na średnim poziomie. Gdybyś tylko ubrała wypowiedzi Snape'a w inne słowa, nie byłoby z tym problemu, to mogłoby być jakimś jadowitym flirtem między nimi. Zrobiłaś z Mistrza Eliksirów ostrego gościa. I to jest fajne. Musisz jeszcze popracować nad tym, co on mówi.
    Ten atak Mariki to jedyna scena, która w tym rozdziale jest okej, ale poświęciłaś opisowi zaledwie kilka wersów. Mogłaś z tego naprawdę dużo wyciągnąć, podkreślić, co dzieje się z jej ciałem, mogłaś dodać jakieś opisy uczuć Snape'a... Z całą pewnością musiał być w szoku, Marika również.
    Podsumowując: ten rozdział był najgorszy z czterech, które czytałam. Ale będę miała możliwość szybkiego przekonania się, czy to po prostu jednorazowy spadek formy, czy popadłaś wtedy w jakieś zwątpienie, które jest jak najbardziej naturalne, ale na blogu masz już dwadzieścia rozdziałów, więc przypuszczam, że udało Ci się z tego wybrnąć. :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Hej ;)
    Może jestem jedyną taką osobą, która zauważyła wątek zielonej herbaty. Mi się wydaje ( chociaż nie wiem czy to zrobiłaś celowo czy też nie, fajnie by było gdyby tak, bo to bardzo pokazuje wielka wartość tekstu, a także pomysł i kreatywność autorki), że ona jest taką przenośnią. Jest nazywana zieloną, chociaż często ma taki bardziej brązowawy kolor, jednak mi chodzi o mentalność koloru zielonego. Działa ona uspokajająco i zaspokaja nasze potrzeby. Może nie jest ona słodka, ale to nawet dobrze, bo możemy rozkoszować się jej mocną stroną, która przez niewielu jest doceniana. Z czym ja to skojarzyłam? Otóż ja zieloną herbatę kojarzę ze spokojem, odpoczynkiem, uspokojeniem, subtelnością, a także harmonią. Ja te wplecenie herbaty zielonej uważam za fantastyczne, bo nie dość, że Snape uwielbia ta barwę i Slytherin to wskazuje na jego wielką chęć do harmonii, ułożenia sobie jakoś życia, aby się odprężyć czy zaznać spokoju. To dla mnie przenosi się na cześć zatkania w jakiś sposób swoich myśli i wspomnień o Lily. Ja osobiście uważam to za świetny pomysł. No to chyba koniec mojego rozważania o zielonej herbacie, wiec teraz przejdę do reszty. Oczywiście nadal podoba mi się twoje wyobrażenie Snape'a. On jako kucharz? Czemu nie. Pasuje to trochę do niego. Taki samotnie w kuchni z jego wiernym towarzyszem nożem bez, którego nie wyobraża sobie życia. A więc mi się ten pomysł spodobał. Niby Snake taki mroczny, a jednak posiada takie urocze zainteresowania. Co mogę powiedzieć o Marice? Chyba tylko to, że nadal ją poznaje, ale jedno mogę stwierdzić: Lubie jej chumor i ten pozytywizm w stosunku do Snape. Nie dziwię się Snapowi i Marice, że nie potrafią wytrzymać z tym blondaskiem, ja bym też nie wytrzymała i nie jestem pewna czy nie zrobiłabym czegoś strasznie głupiego w tej sytuacji. A tak w ogóle jak juz kończę to faktycznie rozdział był dłuższy, ale to fajnie, chociaż poprzedni tez mi się podobał.
    Cieplutko pozdrawiam
    ~The princess of the moon

    OdpowiedzUsuń

Layout by Alessa